Żeby móc prowadzić polemikę trzeba wpierw zrozumieć i przeanalizować to co zostało przez kogoś napisane.
To oczywiste, że w tej chwili w Polsce faszyzmu nie ma... Przywiązanie
do tego pojęcia bierze się stąd, że niesie ono w sobie potężny ładunek
emocjonalny. Słowa: prawica, konserwatywna prawica, reakcja, nacjonalizm
już takiego ładunku ze sobą nie niosą -> a tego mamy u nas pod
dostatkiem, to zostało oswojone. To o czym wcześniej pisałem to fakt, że
rząd i establishment w treści nadbudowy politycznej jest w gruncie
rzeczy tym samym co ONR i ruchy skrajności - które od dwóch dni budzą
tak wielkie emocje.
Bardzo wzrusza mnie także obrona PRLu przez antyprlowskich
socjalliberałów, z trudem przyznających, że w PRLu nie zagazowano
milionów ludzi (Czy nie warto może było jeszcze rozważyć składania
takiej deklaracji? Niejeden grant mógł przepaść). Szkoda tylko, że tak
późno będziecie dochodzić do tego, że w rezultacie /postępującej/
katastrofy kapitalizmu coraz częściej będziecie stawać przed wyborem
reakcyjna prawica/socjalizm.
Bezpieczny środek, w który wielu nadal wierzy nigdy nie istniał, był pozorem utrzymywanym przez łupieżcze siły kapitału.
W Polsce żadnej demokracji nie ma. Jest dyktatura kapitału /głównie
zagranicznego/ i fasadowa demokracja parlamentarna. Bronić tej
demokracji i bronić establishmentu na miejscu lewicy dążącej /jak
rozumiem/ do zyskania kiedyś władzy nie radzę. Komorowski i Tusk mają
swoich "rycerzy" i są to "rycerze" podobnie antylewicowi i
antysocjalistyczni co ludzie Zawiszy. To oni , na czele z Wyborczą,
zajęci byli przez lat dwadzieścia tym, żeby z lewicy i z socjalizmu nie
ostał się kamień na kamieniu. Jedyna lewicowość osiągalna w III RP to
wzruszanie się (i nic więcej) nad losem wykluczonych. Próba wytworzenia
jednolitej, prawicowo-konserwatywno-reakcyjnej polityki historycznej
powiodła się: dzięki CAŁKOWICIE LEGALNEJ działalności IPNu i dzięki
likwidacji wszystkiego co realnie antysystemowe. A lewica musi być
antysystemowa jeśli systemem jest kapitalizm.
Polski Establishment założył sobie, że stworzy jedną, uniwersalną
politykę wiecznego konsensusu. Tym konsensusem miał być konsensus
prawicy, ten 'właściwie patriotyczny' i przede wszystkim -
antysocjalistyczny. Systemowi wydawało się, że wystarczy usunąć lewicę i
stworzona zostanie płaszczyzna wiecznej władzy i wiecznej dominacji. To
się jednak nie udało. Bolesne przebudzenie nastąpiło w momencie, w
którym okazało się, że co prawda polityczne wentyle bezpieczeństwa na
lewo zostały zatkane, ale te po prawej stronie stoją otworem. Okazało
się po prostu, że język antysystemowej kontestacji to nie tylko
'czerwoni', ale też i 'czarni', którzy pragną wydostać się przez wyłom
stworzony przy pomocy sprawy smoleńskiej... To prawdziwy szok dla
Prezydenta i [ProNSZowskich] sił rządowych, świadomość że jednak można
obejść ich z prawa, że wraz z neutralizacją lewicy nie wyczerpał się
język buntu i że antysystemowość w złodziejskiej rzeczywistości i tak i
tak wypłynie na wierzch... Na razie bardziej przypomina to farsę, ale w
dalszej perspektywie może przerodzić się w tragedię, choć raczej nie w
obecnie kompletnie niepodmiotowej historycznie Polsce.
Jak to zwykle często bywa prawica establishmentowa stworzyła też sobie
nowego wroga, którego się nie spodziewała. Na razie ten wróg raczkuje i
nie wiadomo, czy kiedykolwiek na dobre się rozwinie. Tym wrogiem jest
tak samo konserwatywna i reakcyjna prawica... tyle tylko, że jest to
siła antyrządowa i radykalniejsza w środkach, rozładowująca napięcie
poniżonej części społeczeństwa. Co ciekawe, pojawienie się tego wroga
jest też establishmentowej reakcji po części na rękę, przy Zawiszy i
Młodzieży Wszechpolskiej każdy prezentować się będzie jak oświecony
wolnościowiec, podczas gdy w realu klęczał będzie pod pomnikiem
Dmowskiego, NSZu i wznosił będzie te same polityczne hasła - "Raz
sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę!".
Zadaniem Lewicy nie jest pilnowanie mydlanej poprawności dyskursu
neoliberalnej, kapitalistycznej demokracji. Tym zadaniem jest
antysystemowa i antyprawicowa działalność polityczna. Łatwo jest dziś
wskazywać na organizatorów marszu niepodległości jako na "tych złych".
Jednak bez uchwycenia kontekstu, w którym (ta niewielka jak na razie)
zaraza zaczęła się rozprzestrzeniać nie będziemy wiedzieli niczego o
tym, kto naprawdę rządzi polityczną sceną i gdzie znajdują się prawdziwe
źródła "faszyzacji" sceny politycznej.
Żyjemy dziś w samym środku fabryki zła. Ci, którzy uwierzyli w ludzką
twarz kapitalistycznej demokracji niech lepiej przyjrzą się twarzy
Breivika. Nie ma czego bronić. Trzeba walczyć o nowe.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demokracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demokracja. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 20 listopada 2012
Bez różnicy
Medialny szum wokół wyborów prezydenckich w USA trwa już od wielu
tygodni. Zainteresowanie wyborami w Stanach Zjednoczonych znacząco
przekracza w Polsce zainteresowanie jakimikolwiek innymi wyborami
zagranicznymi. Szybko dociera do nas, że musi chodzić o coś naprawdę
bardzo ważnego, skoro tylu dziennikarzy, tylu komentatorów i tyle stacji
telewizyjnych zajmuje się tym tematem tak intensywnie. Tak duże
zainteresowanie wyborami w USA jest podyktowane przede wszystkim tym, że
Polska od dłuższego czasu jest w stanie politycznej zależności /czy też
służalczości/ wobec Wielkiego Brata zza oceanu.
Mamy do czynienia z wyborami, podczas których koronowany zostanie nowy, współczesny Cezar.
Niełatwo jest przedrzeć się przez cyrkowe i estradowe sztuczki kampanijnej fasady – niewielu osobom też się ma to udać. Nas jednak mniej interesować powinno to co ma do powiedzenia Fryzjer Obamy, która gwiazda estrady wystąpiła podczas przemówienia Romneya i który z kandydatów lubi rozwiązywać krzyżówki, a który wybiera tylko ekologiczną sałatę.
Zadajmy sobie pytanie o faktyczne różnice pomiędzy jednym i drugim kandydatem. Jaka jest polityka w wydaniu Obamy, jaka jest polityka w wydaniu Romneya? A wreszcie – czym są Stany Zjednoczone?
Od razu powiem, że mało interesuje mnie wewnętrzna polityka gospodarcza USA. Tutaj różnice między kandydatami są największe, tutaj też faktycznie możemy mówić o jakichkolwiek różnicach. Obama jest tutaj delikatnie na lewo od Romneya, choć jego rekordowa pomoc dla banków i prywatnych firm w postaci pakietu ratunkowego nijak nie przełożyła się na nacjonalizację, czy na przejęcie kontroli nad tymi instytucjami i zamienienie ich w mienie społeczne.
Nie jestem jednak obywatelem Stanów Zjednoczonych, niewielką też różnicę robi mi to co okupanci Iraku i Afganistanu robią później z kradzionymi pieniędzmi pochodzącymi z eksploatowanych w koloniach złóż surowców. Zachęcam więc do innej niż amerykańskiej refleksji nad wyborami w USA, zachęcam nie do refleksji kolonizatora, lecz do refleksji kolonizowanych.
Bez wątpienia Romney znajduje się na prawo od Baracka Obamy. Reprezentuje bardziej twardogłowe, bardziej rusofobiczne i bardziej zimnowojenne podejście w sprawach polityki międzynarodowej. Dlatego prawica polska upatruje w nim szansy na powrócenie do planu budowy tarczy antyrakietowej, dlatego też wybór Romneya na prezydenta prawdopodobnie sprzyjałby PiSowskiej polityce. Czy jednak Obama to dla nas lepsza ‘oferta’? Nie bardzo. Nasza obecność w amerykańskich napaściach jest stale taka sama, rządzi nami sprzyjający USA, odporny na wszelkie zmiany polityczne minister spraw zagranicznych. Z perspektywy Polski nie zmienia się więc zbyt wiele. Z perspektywy świata podobnie: czy to krwawy noblista, czy krwawy bushysta - jeden pies. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że lepszy już krwawy bushysta - bowiem wszystko co fałszywe i pozornie dobre mąci tylko w głowach idealistów (a także lewicowców) wydając im się dobrem nie tylko z pozoru. Reklamowanie ‘dobra do wewnątrz’ kosztem ‘zła na zewnątrz’ też nie wydaje się być działaniem moralnym.
Prezydent USA to trybik imperialnej machiny korporacyjno-militarnej. Imperialistyczny interes amerykański dominuje nad wszystkim pozostałym i jest dobrem transpolitycznym, niezależnym od sztandaru rządzącej partii, czy prezydenta. Wizje kandydatów są więc takie same. Imperializm i funkcje imperium są stałe i niezmienne. Obsługa może nosić krawat albo muszkę, lecz zawsze będzie robić to samo. Maszyna zatnie się dopiero w chwili, w której mechanizm eksploatacji przestanie być skuteczny i aprobowany.
Nie ma więc większej różnicy między obydwoma kandydatami. Nie ma większego znaczenia kto wygra te wybory. Kapitał na pewno wolałby Mitta Romneya, jemu też dałbym większe szanse na zwycięstwo dzisiejszej nocy (Czarnoskóry prezydent przez dwie kadencje to już chyba jak na Stany zbyt wiele, zwłaszcza że jest jeszcze opcja oszustwa wyborczego). Jeśli jednak wygra Obama strategia polityczna imperium i tak nie ulegnie zmianie, w obydwu wypadkach możemy za to rychło spodziewać się wojny na Bliskim Wschodzie.
Mamy do czynienia z wyborami, podczas których koronowany zostanie nowy, współczesny Cezar.
Niełatwo jest przedrzeć się przez cyrkowe i estradowe sztuczki kampanijnej fasady – niewielu osobom też się ma to udać. Nas jednak mniej interesować powinno to co ma do powiedzenia Fryzjer Obamy, która gwiazda estrady wystąpiła podczas przemówienia Romneya i który z kandydatów lubi rozwiązywać krzyżówki, a który wybiera tylko ekologiczną sałatę.
Zadajmy sobie pytanie o faktyczne różnice pomiędzy jednym i drugim kandydatem. Jaka jest polityka w wydaniu Obamy, jaka jest polityka w wydaniu Romneya? A wreszcie – czym są Stany Zjednoczone?
Od razu powiem, że mało interesuje mnie wewnętrzna polityka gospodarcza USA. Tutaj różnice między kandydatami są największe, tutaj też faktycznie możemy mówić o jakichkolwiek różnicach. Obama jest tutaj delikatnie na lewo od Romneya, choć jego rekordowa pomoc dla banków i prywatnych firm w postaci pakietu ratunkowego nijak nie przełożyła się na nacjonalizację, czy na przejęcie kontroli nad tymi instytucjami i zamienienie ich w mienie społeczne.
Nie jestem jednak obywatelem Stanów Zjednoczonych, niewielką też różnicę robi mi to co okupanci Iraku i Afganistanu robią później z kradzionymi pieniędzmi pochodzącymi z eksploatowanych w koloniach złóż surowców. Zachęcam więc do innej niż amerykańskiej refleksji nad wyborami w USA, zachęcam nie do refleksji kolonizatora, lecz do refleksji kolonizowanych.
Bez wątpienia Romney znajduje się na prawo od Baracka Obamy. Reprezentuje bardziej twardogłowe, bardziej rusofobiczne i bardziej zimnowojenne podejście w sprawach polityki międzynarodowej. Dlatego prawica polska upatruje w nim szansy na powrócenie do planu budowy tarczy antyrakietowej, dlatego też wybór Romneya na prezydenta prawdopodobnie sprzyjałby PiSowskiej polityce. Czy jednak Obama to dla nas lepsza ‘oferta’? Nie bardzo. Nasza obecność w amerykańskich napaściach jest stale taka sama, rządzi nami sprzyjający USA, odporny na wszelkie zmiany polityczne minister spraw zagranicznych. Z perspektywy Polski nie zmienia się więc zbyt wiele. Z perspektywy świata podobnie: czy to krwawy noblista, czy krwawy bushysta - jeden pies. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że lepszy już krwawy bushysta - bowiem wszystko co fałszywe i pozornie dobre mąci tylko w głowach idealistów (a także lewicowców) wydając im się dobrem nie tylko z pozoru. Reklamowanie ‘dobra do wewnątrz’ kosztem ‘zła na zewnątrz’ też nie wydaje się być działaniem moralnym.
Prezydent USA to trybik imperialnej machiny korporacyjno-militarnej. Imperialistyczny interes amerykański dominuje nad wszystkim pozostałym i jest dobrem transpolitycznym, niezależnym od sztandaru rządzącej partii, czy prezydenta. Wizje kandydatów są więc takie same. Imperializm i funkcje imperium są stałe i niezmienne. Obsługa może nosić krawat albo muszkę, lecz zawsze będzie robić to samo. Maszyna zatnie się dopiero w chwili, w której mechanizm eksploatacji przestanie być skuteczny i aprobowany.
Nie ma więc większej różnicy między obydwoma kandydatami. Nie ma większego znaczenia kto wygra te wybory. Kapitał na pewno wolałby Mitta Romneya, jemu też dałbym większe szanse na zwycięstwo dzisiejszej nocy (Czarnoskóry prezydent przez dwie kadencje to już chyba jak na Stany zbyt wiele, zwłaszcza że jest jeszcze opcja oszustwa wyborczego). Jeśli jednak wygra Obama strategia polityczna imperium i tak nie ulegnie zmianie, w obydwu wypadkach możemy za to rychło spodziewać się wojny na Bliskim Wschodzie.
wtorek, 7 sierpnia 2012
Bezrobotni? Niedostosowani
Panujące w Polsce wysokie bezrobocie – oscylujące w tym momencie wokół
14 procent – jakoś specjalnie nie zaprząta czyjejkolwiek uwagi.
Bezrobotni na stałe wpisali się w pejzaż rzekomo kwitnącej gospodarki, a
wykorzystywane przez wszystkie partie polityczne hasło walki z
bezrobociem jest już nawet nie pustą obietnicą, tylko kultywowanym na
chłodno rytuałem.
A mimo to rząd ma z bezrobotnymi duży problem. Oto są ludzie, którzy swoim położeniem najwyraźniej nie potwierdzają oficjalnej doktryny, zgodnie z którą każdy kto chce pracować, pracę może mieć. Kapitalistyczne państwo w erze powszechnej informacji nieustannie musi dbać o swoje Public Relations. Dlatego też na potrzeby propagandy sukcesu ewolucji ulega sposób przedstawiania zagadnienia bezrobocia i ludzi bezrobotnych. Jest to ewolucja wyjątkowa, bo całkowicie dehumanizująca, nie tylko pracę, ale przede wszystkim – ludzi.
Uruchamiane przez rząd urzędy pracy starają się dostosowywać ludzi do ofert funkcjonujących na rynku pracy. Powstają szkolenia, którym w sukurs idzie oficjalna ideologia, w myśl której praca jest, tylko ludzie są do niej niedostosowani. Dostosowywanie ludzi do pracy przychodzi o tyle trudno, że nie każdy obywatel Polski pogodził się już z pracą na umowie śmieciowej. Oferty pracy, które obecnie znaleźć możemy w urzędach nie pozwalają samodzielnie przetrwać, nie pozwalają nawet na wynajem mieszkania, jedyne do czego się przyczyniają to obniżanie się poziomu życia i ogólna pauperyzacja. Nic więc dziwnego, że do takiej pracy należy opornego obywatela dostosować.
Walka z bezrobociem to we współczesnej Polsce walka nie ze zjawiskiem bezrobocia, ale z samymi bezrobotnymi! Jest to jednak tylko walka na niby. Tak naprawdę celem rządu jest zwiększanie liczby bezrobotnych, ale przy jednoczesnej – wciąż - pejoratywnej ocenie zjawiska bezrobocia przez społeczeństwo próbuje się tę prawdę ukryć. Dlatego bezrobotni w kapitalizmie nigdy nie są ofiarą, nie są produktem mechaniki funkcjonowania systemu. Są leniwi, złodziejscy, są nieludźmi, są bezczelni! Urzędy pracy, które zajmują się bezrobotnymi nie są w stanie znaleźć im pracy ponieważ miejsc pracy nie ma. Państwową politykę pełnego zatrudnienia zastąpiła państwowa polityka maksymalizacji bezrobocia, do której świetnie przyczyni się podniesienie wieku emerytalnego oraz projekty prywatyzacji urzędów pracy, o których ostatnimi czasy jest coraz głośniej.
Strukturalne bezrobocie, które jest nierozerwalnie związane z systemem kapitalistycznym tworzy rezerwową armię pracy i rezerwowych robotników, skutecznie obniżających cenę siły roboczej ludzi pracujących. Im większe jest bezrobocie tym mniejsze jest wynagrodzenie tych, którzy pracują. A im mniej ludzie pracujący rzeczywiście pracują, tym mniejsze otrzymują wynagrodzenie. To ostatnie uzyskano dzięki polityce tzw. uelastycznienia. Ta polityka ciągłego zwalniana i zatrudniania to stara kapitalistyczna strategia, doskonale znana Karolowi Marksowi już w XIX wieku. Wówczas to fabryki zatrudniały pracowników na konkretne zlecenia, konkretne prace. Stały etat, ciągłość pracy to owoce walki robotników o swoje prawa, walki z kapitałem. W czasach klęski ruchu robotniczego i bez oporu z jego strony te prawa zostaną odebrane.
W krajach kapitalistycznych wypracowano szereg metod radzenia sobie z bezrobotnymi. Hasła przemawiające za otwarciem szkolnictwa wyższego dla wszystkich były zbieżne z tym kapitalistycznym programem. Młodych bezrobotnych zamraża się na studiach na okres pięciu lat, skutecznie maskując fakt braku pracy na rynku. Drugą metodą jest otwarcie międzynarodowego rynku pracy. Wykwalifikowana siła robocza z Polski może nawet zechcieć zmywać naczynia w sytuacji, w której za roboczogodzinę otrzyma 10, ale nie złotych, tylko funtów. Kolejnym sposobem maskowania bezrobocia jest ewolucja samego sposobu zatrudniania i wspomniane już uelastycznienie…
Człowiek jest w kapitalizmie przedmiotem nieustannego wywłaszczania, wywłaszcza się go z majątku, z produktu jego pracy i finalnie z samej pracy. W niekapitalistycznej rzeczywistości człowiek realizuje się poprzez pracę i jest ona naturalnym przedłużeniem jego aktywności. W kapitalizmie jest inaczej. Praca jest w nim przedmiotem panowania nad człowiekiem, dlatego też, wbrew pozorom, w kapitalizmie to nie człowiek szuka pracy, ale praca szuka sobie człowieka, lub raczej, jak to ma miejsce dziś, praca (a w zasadzie skryty za nią kapitał) dopasowuje do siebie ludzi przy pomocy usłużnego, agenturalnego państwa.
Czy wszystkich uda się "dopasować"?
Skądże! W końcu nie taki jest prawdziwy cel kapitalistycznej "walki z bezrobociem". Sukcesem walki z bezrobociem w kapitalistycznym wydaniu będzie nie aktywizacja społeczeństwa i pełne zatrudnienie, lecz powszechna bieda i tańsza praca, oraz jeszcze tańsze bezrobocie. "Dopasowani" zamiast pracy i godnej płacy zyskają chroniczną biedę, a ich praca będzie karykaturą...
A mimo to rząd ma z bezrobotnymi duży problem. Oto są ludzie, którzy swoim położeniem najwyraźniej nie potwierdzają oficjalnej doktryny, zgodnie z którą każdy kto chce pracować, pracę może mieć. Kapitalistyczne państwo w erze powszechnej informacji nieustannie musi dbać o swoje Public Relations. Dlatego też na potrzeby propagandy sukcesu ewolucji ulega sposób przedstawiania zagadnienia bezrobocia i ludzi bezrobotnych. Jest to ewolucja wyjątkowa, bo całkowicie dehumanizująca, nie tylko pracę, ale przede wszystkim – ludzi.
Uruchamiane przez rząd urzędy pracy starają się dostosowywać ludzi do ofert funkcjonujących na rynku pracy. Powstają szkolenia, którym w sukurs idzie oficjalna ideologia, w myśl której praca jest, tylko ludzie są do niej niedostosowani. Dostosowywanie ludzi do pracy przychodzi o tyle trudno, że nie każdy obywatel Polski pogodził się już z pracą na umowie śmieciowej. Oferty pracy, które obecnie znaleźć możemy w urzędach nie pozwalają samodzielnie przetrwać, nie pozwalają nawet na wynajem mieszkania, jedyne do czego się przyczyniają to obniżanie się poziomu życia i ogólna pauperyzacja. Nic więc dziwnego, że do takiej pracy należy opornego obywatela dostosować.
Walka z bezrobociem to we współczesnej Polsce walka nie ze zjawiskiem bezrobocia, ale z samymi bezrobotnymi! Jest to jednak tylko walka na niby. Tak naprawdę celem rządu jest zwiększanie liczby bezrobotnych, ale przy jednoczesnej – wciąż - pejoratywnej ocenie zjawiska bezrobocia przez społeczeństwo próbuje się tę prawdę ukryć. Dlatego bezrobotni w kapitalizmie nigdy nie są ofiarą, nie są produktem mechaniki funkcjonowania systemu. Są leniwi, złodziejscy, są nieludźmi, są bezczelni! Urzędy pracy, które zajmują się bezrobotnymi nie są w stanie znaleźć im pracy ponieważ miejsc pracy nie ma. Państwową politykę pełnego zatrudnienia zastąpiła państwowa polityka maksymalizacji bezrobocia, do której świetnie przyczyni się podniesienie wieku emerytalnego oraz projekty prywatyzacji urzędów pracy, o których ostatnimi czasy jest coraz głośniej.
Strukturalne bezrobocie, które jest nierozerwalnie związane z systemem kapitalistycznym tworzy rezerwową armię pracy i rezerwowych robotników, skutecznie obniżających cenę siły roboczej ludzi pracujących. Im większe jest bezrobocie tym mniejsze jest wynagrodzenie tych, którzy pracują. A im mniej ludzie pracujący rzeczywiście pracują, tym mniejsze otrzymują wynagrodzenie. To ostatnie uzyskano dzięki polityce tzw. uelastycznienia. Ta polityka ciągłego zwalniana i zatrudniania to stara kapitalistyczna strategia, doskonale znana Karolowi Marksowi już w XIX wieku. Wówczas to fabryki zatrudniały pracowników na konkretne zlecenia, konkretne prace. Stały etat, ciągłość pracy to owoce walki robotników o swoje prawa, walki z kapitałem. W czasach klęski ruchu robotniczego i bez oporu z jego strony te prawa zostaną odebrane.
W krajach kapitalistycznych wypracowano szereg metod radzenia sobie z bezrobotnymi. Hasła przemawiające za otwarciem szkolnictwa wyższego dla wszystkich były zbieżne z tym kapitalistycznym programem. Młodych bezrobotnych zamraża się na studiach na okres pięciu lat, skutecznie maskując fakt braku pracy na rynku. Drugą metodą jest otwarcie międzynarodowego rynku pracy. Wykwalifikowana siła robocza z Polski może nawet zechcieć zmywać naczynia w sytuacji, w której za roboczogodzinę otrzyma 10, ale nie złotych, tylko funtów. Kolejnym sposobem maskowania bezrobocia jest ewolucja samego sposobu zatrudniania i wspomniane już uelastycznienie…
Człowiek jest w kapitalizmie przedmiotem nieustannego wywłaszczania, wywłaszcza się go z majątku, z produktu jego pracy i finalnie z samej pracy. W niekapitalistycznej rzeczywistości człowiek realizuje się poprzez pracę i jest ona naturalnym przedłużeniem jego aktywności. W kapitalizmie jest inaczej. Praca jest w nim przedmiotem panowania nad człowiekiem, dlatego też, wbrew pozorom, w kapitalizmie to nie człowiek szuka pracy, ale praca szuka sobie człowieka, lub raczej, jak to ma miejsce dziś, praca (a w zasadzie skryty za nią kapitał) dopasowuje do siebie ludzi przy pomocy usłużnego, agenturalnego państwa.
Czy wszystkich uda się "dopasować"?
Skądże! W końcu nie taki jest prawdziwy cel kapitalistycznej "walki z bezrobociem". Sukcesem walki z bezrobociem w kapitalistycznym wydaniu będzie nie aktywizacja społeczeństwa i pełne zatrudnienie, lecz powszechna bieda i tańsza praca, oraz jeszcze tańsze bezrobocie. "Dopasowani" zamiast pracy i godnej płacy zyskają chroniczną biedę, a ich praca będzie karykaturą...
Arystokratyzm
Na antenie Polsat News w audycji po Wydarzeniach we wczorajszym wydaniu
obecna była marszałek sejmu Ewa Kopacz. Gość kontrowersyjnej zacności i
znana wszystkim liberałka nie spodziewała się chyba jednak tego o co w
pierwszej kolejności zapytała ją dziennikarka. Dorota Gawryluk rozmowę
zaczęła od pytań o upodobania... sportowe. Z niecierpliwością drżeliśmy
wszyscy w niepewności i oczekiwaniu by dowiedzieć się, czy Ewa Kopacz
gorętszym uczuciem darzy tenis, czy być może siatkówkę... Cała rozmowa
przebiegała w atmosferze sobotniej herbatki, pełnej salonowych żartów,
przekomarzań i ogólnej sympatyczności...
Takich, prowadzonych w ten sposób rozmów są setki, jeśli nie tysiące. Taki też jest kształt dominującej narracji.
Ten przypadek to przykład narastającego arystokratyzmu. Arystokratyzm polega na zastąpieniu w dyskursie publicznym instytucji obywatela instytucją osobistości. Społecznie podmiotową i odczuwającą jednostką staje się więc ‘gwiazda’, osoba o nadnaturalnej genezie, postać granitowa, ponadczasowa i pozaspołeczna. Świat celebrytów, gwiazd i ekspertów to właśnie świat ludzi pozbawionych zmartwień dotyczących codzienności, świat zdystansowanych, sytych obserwatorów. Co ciekawe - nowe gwiazdy to nie tylko ludzie show biznesu, to nie tylko artyści, naukowcy i osoby tradycyjnie znajdujące się poza politycznym nawiasem zaangażowania. Dołączyli do nich także politycy, którzy wręcz muszą udowodnić swoje zdystansowanie i osobistą obojętność względem spraw prawdziwie politycznych, ekonomicznych czyli tzw. „kwestii wrażliwych”. Dzisiejszy polityk to człowiek, który legalnie podnieść głos może tylko w trakcie kampanii wyborczej – i wtedy będzie usprawiedliwiony – bo w każdym innym wypadku będzie on potępiony i zniszczony za szerzenie ‘języka nienawiści’ lub ‘tworzenie podziałów’.
Media tworzą przekaz dla ludzi i przy pomocy ludzi. Na potrzeby systemu wykluczającego znaczną większość społeczeństwa rola człowieka w mediach, rola komentatora, uczestnika publicznej debaty uległa przemianie. Do posługiwania się językiem sukcesu potrzebni są ludzie sukcesu. Ludźmi sukcesu stali się więc wszyscy pojawiający się na wizji. Nowi społeczni reprezentanci – arystokraci – są zupełnie pozbawieni społecznie powszechnych uczuć i odczuć, zamiast tego raczą nas oni swoim osobistym indywidualizmem i własnymi - szlacheckimi - perypetiami, próbując zarazić nimi samotne matki i rzesze bezrobotnych.
Ten celebrycki indywidualizm jest jednak za słaby i nie gasi on wystarczająco społecznego pragnienia autentyzmu. Ten drenaż emocji media próbują więc zrekompensować wpychając do wiadomości i dzienników ‘informacje emocjonujące’, czyli prowokujące treści o marginalnym znaczeniu. Pełno jest newsów dotyczących matek nie kochających własnych dzieci, osób chorujących na przerażające schorzenia, czy psów wyciągających tonące dzieci z jeziora. Tak otwarty zostaje (nie do końca skuteczny) wentyl bezpieczeństwa i powstaje możliwość kontrolowanego złoszczenia się w odniesieniu do kwestii politycznie obojętnych.
Oglądając kolejne - prowadzone w ten sposób - rozmowy, debaty i spotkania zaczynamy odnosić wrażenie, że elity nie tylko doskonale się znają, ale panuje wśród nich zasadnicza zgodność poglądów i nawet - temperamentów. Powszechna sympatia, spokój to efekty poczucia bezpieczeństwa i braku zagrożenia. 'Situation is under control', więc możemy się trochę pośmiać i odprężyć. Nawet politycy SLD zapraszani do TVN 24 wykorzystują swój czas antenowy głównie na pogadanki o sporcie i rozmowy na temat pogody, skutecznie udowadniając swój establishmentowy charakter. I tak jest z każdą polityczną opozycją - w tej grze przeistacza się ona w element salonowej braci i towarzystwa wspólnoty władzy.
Aktorzy noszą przepaski na oczach. Salonowi arystokraci nie są w pełni świadomi swojej roli, często nie są jej świadomi w ogóle. Ale w zdumiewającej ilości przypadków powstaje między nimi podświadoma, czytelna więź i nić porozumienia. Tworzy się coś na kształt wspólnej, salonowej multitożsamości, która to pozwala z wielką łatwością dziennikarzom, politykom, komentatorom, artystom rozpoznawać się i jednoczyć na płaszczyźnie wspólnego działania i reprezentowania interesów tej samej grupy, czy też zasadniczo – klasy społecznej.
Dostrzec możemy pewne prawa. Salon establishmentu, salon arystokracji charakteryzuje się wspólnotą interesów, unikaniem konfliktów i powstawania podziałów. Zasadą salonu jest unikanie spraw drażliwych, unikanie palenia mostów i promocja sporu nie wychodzącego poza kategorię utarczek pomiędzy parą przyjaciół. Bycie arystokratą jest też nierozerwalnie połączone z oportunizmem. Salonowi arystokraci nigdy nie przywiązują swej istoty do konkretnego stanowiska innego niż to związanie z podtrzymywaniem ich obecnego panowania przy pomocy przyjętych narzędzi i stosowanych metod.
Salon pełen jest reformatorów, ale nie ma pośród nich rewolucjonistów.
Każdy salon ze zdumiewającą łatwością rekrutuje też swoich kolejnych członków. Każdy kto będzie się wybijał, będzie stanowił potencjalne zagrożenie dla całości systemu otrzyma możliwość dołączenia do salonu. Wraz z tym awansem taka osoba otrzyma też przyzwoitą pensję pozwalającą na w miarę znośny żywot. Tylko głupiec lub maniak po otrzymaniu takiej oferty kontynuowałby dalsze starania o jakiekolwiek zmiany.
Atak arystokratyzmu to zjawisko typowe dla słabego, ubogiego i pełnego napięć państwa, pozbawionego prawa do podejmowania suwerennych decyzji. Inwazja celebrytów, gwiazd i nowocześnie apolitycznych polityków to dowód na postępujące wyobcowanie elit i dyskursu publicznego względem ogółu społeczeństwa. To zjawisko drażniące tym bardziej, że pozostaje relatywnie skuteczne, wciągając pospolitych ludzi w sprawy ich władców…
Takich, prowadzonych w ten sposób rozmów są setki, jeśli nie tysiące. Taki też jest kształt dominującej narracji.
Ten przypadek to przykład narastającego arystokratyzmu. Arystokratyzm polega na zastąpieniu w dyskursie publicznym instytucji obywatela instytucją osobistości. Społecznie podmiotową i odczuwającą jednostką staje się więc ‘gwiazda’, osoba o nadnaturalnej genezie, postać granitowa, ponadczasowa i pozaspołeczna. Świat celebrytów, gwiazd i ekspertów to właśnie świat ludzi pozbawionych zmartwień dotyczących codzienności, świat zdystansowanych, sytych obserwatorów. Co ciekawe - nowe gwiazdy to nie tylko ludzie show biznesu, to nie tylko artyści, naukowcy i osoby tradycyjnie znajdujące się poza politycznym nawiasem zaangażowania. Dołączyli do nich także politycy, którzy wręcz muszą udowodnić swoje zdystansowanie i osobistą obojętność względem spraw prawdziwie politycznych, ekonomicznych czyli tzw. „kwestii wrażliwych”. Dzisiejszy polityk to człowiek, który legalnie podnieść głos może tylko w trakcie kampanii wyborczej – i wtedy będzie usprawiedliwiony – bo w każdym innym wypadku będzie on potępiony i zniszczony za szerzenie ‘języka nienawiści’ lub ‘tworzenie podziałów’.
Media tworzą przekaz dla ludzi i przy pomocy ludzi. Na potrzeby systemu wykluczającego znaczną większość społeczeństwa rola człowieka w mediach, rola komentatora, uczestnika publicznej debaty uległa przemianie. Do posługiwania się językiem sukcesu potrzebni są ludzie sukcesu. Ludźmi sukcesu stali się więc wszyscy pojawiający się na wizji. Nowi społeczni reprezentanci – arystokraci – są zupełnie pozbawieni społecznie powszechnych uczuć i odczuć, zamiast tego raczą nas oni swoim osobistym indywidualizmem i własnymi - szlacheckimi - perypetiami, próbując zarazić nimi samotne matki i rzesze bezrobotnych.
Ten celebrycki indywidualizm jest jednak za słaby i nie gasi on wystarczająco społecznego pragnienia autentyzmu. Ten drenaż emocji media próbują więc zrekompensować wpychając do wiadomości i dzienników ‘informacje emocjonujące’, czyli prowokujące treści o marginalnym znaczeniu. Pełno jest newsów dotyczących matek nie kochających własnych dzieci, osób chorujących na przerażające schorzenia, czy psów wyciągających tonące dzieci z jeziora. Tak otwarty zostaje (nie do końca skuteczny) wentyl bezpieczeństwa i powstaje możliwość kontrolowanego złoszczenia się w odniesieniu do kwestii politycznie obojętnych.
Oglądając kolejne - prowadzone w ten sposób - rozmowy, debaty i spotkania zaczynamy odnosić wrażenie, że elity nie tylko doskonale się znają, ale panuje wśród nich zasadnicza zgodność poglądów i nawet - temperamentów. Powszechna sympatia, spokój to efekty poczucia bezpieczeństwa i braku zagrożenia. 'Situation is under control', więc możemy się trochę pośmiać i odprężyć. Nawet politycy SLD zapraszani do TVN 24 wykorzystują swój czas antenowy głównie na pogadanki o sporcie i rozmowy na temat pogody, skutecznie udowadniając swój establishmentowy charakter. I tak jest z każdą polityczną opozycją - w tej grze przeistacza się ona w element salonowej braci i towarzystwa wspólnoty władzy.
Aktorzy noszą przepaski na oczach. Salonowi arystokraci nie są w pełni świadomi swojej roli, często nie są jej świadomi w ogóle. Ale w zdumiewającej ilości przypadków powstaje między nimi podświadoma, czytelna więź i nić porozumienia. Tworzy się coś na kształt wspólnej, salonowej multitożsamości, która to pozwala z wielką łatwością dziennikarzom, politykom, komentatorom, artystom rozpoznawać się i jednoczyć na płaszczyźnie wspólnego działania i reprezentowania interesów tej samej grupy, czy też zasadniczo – klasy społecznej.
Dostrzec możemy pewne prawa. Salon establishmentu, salon arystokracji charakteryzuje się wspólnotą interesów, unikaniem konfliktów i powstawania podziałów. Zasadą salonu jest unikanie spraw drażliwych, unikanie palenia mostów i promocja sporu nie wychodzącego poza kategorię utarczek pomiędzy parą przyjaciół. Bycie arystokratą jest też nierozerwalnie połączone z oportunizmem. Salonowi arystokraci nigdy nie przywiązują swej istoty do konkretnego stanowiska innego niż to związanie z podtrzymywaniem ich obecnego panowania przy pomocy przyjętych narzędzi i stosowanych metod.
Salon pełen jest reformatorów, ale nie ma pośród nich rewolucjonistów.
Każdy salon ze zdumiewającą łatwością rekrutuje też swoich kolejnych członków. Każdy kto będzie się wybijał, będzie stanowił potencjalne zagrożenie dla całości systemu otrzyma możliwość dołączenia do salonu. Wraz z tym awansem taka osoba otrzyma też przyzwoitą pensję pozwalającą na w miarę znośny żywot. Tylko głupiec lub maniak po otrzymaniu takiej oferty kontynuowałby dalsze starania o jakiekolwiek zmiany.
Atak arystokratyzmu to zjawisko typowe dla słabego, ubogiego i pełnego napięć państwa, pozbawionego prawa do podejmowania suwerennych decyzji. Inwazja celebrytów, gwiazd i nowocześnie apolitycznych polityków to dowód na postępujące wyobcowanie elit i dyskursu publicznego względem ogółu społeczeństwa. To zjawisko drażniące tym bardziej, że pozostaje relatywnie skuteczne, wciągając pospolitych ludzi w sprawy ich władców…
piątek, 29 czerwca 2012
Spontaniczna cenzura
Rację ma pisząc na swoim blogu Prof Jan Hartman - "Poniewieranie
Rabczewską i Wojewódzkim przez jakieś sądy, ministerstwa i gazety, przy
wtórze rozhisteryzowanej gawiedzi godne jest kościelnych polowań na
czarownice i heretyków"[1].
W obu przypadkach 'publiczne oburzenie' pragnie skarcić i zakneblować ludzi powtarzających niepopularne systemowo treści. W kapitalistycznej demokracji parlamentarnej rola cenzora zastąpiona została kontrolowanym przez prywatny kapitał dyskursem medialnym oraz posłusznymi giermkami. Ci giermkowie to społeczeństwo, czyli wszyscy uczestnicy życia publicznego. Pranie mózgu, którym dręczy system modeluje całościowy system oceny i zatrudnia wszystkich jako policjantów, pilnujących (a to ci dopiero!) "wolności słowa"!
Dlatego nie można powiedzieć, że biblię napisali napruci winem i palący zioło ludzie, dlatego nie można (w sposób ironiczny i drwiący z drobnomieszczańskiej poprawności) zwrócić uwagi słuchaczy na dramatyczną sytuację pracujących w Polsce imigrantek... przykłady są jednak wszędzie... i tak reżyser Lars Von Trier nie mógł nawet "zrozumieć" Hitlera.
"Wolność słowa" to specyficzny konstrukt. Tak jak specyficznym konstruktem jest w kapitalizmie parlamentarna demokracja. Ta druga jest całkowicie niegroźna i całkowicie bezsilna wobec panujących w społeczeństwie przy pomocy kapitału elit i dlatego bardzo odpowiada systemom kapitalistycznym, które przyzwalając na fałszywą partycypację ogółu w życiu politycznym skrzętnie maskują stosunki własności i przepaście w wykształceniu, wynagrodzeniach i w związku z tym - w świadomości obywatelskiej.
Wolność słowa dotyczy z kolei tych, którzy spełniają warunki poprawności: kapitalistycznej, "demokratycznej", chrześcijańskiej (!) i zakrapianej sosem infantylnej naiwności. Sprawa jest poważna, bo nie dotyczy wyłącznie polityków. Dyktatura fałszywej wolności słowa dotyka artystów, reporterów i komików!
Złudzenie wolności słowa łatwo jest obnażyć. Nie tak dawno temu doskonale zrobili to Paweł Demirski i Monika Strzępka, artyści wyraźnie bowiem wyczuli i poznali się na umiejętnym zawłaszczaniu dyskursu przez neoliberalną narrację. W rezultacie wybuchła - słuszna - "awantura" [2], która wyraźnie obnażyła cynizm i wyrachowanie dziennikarza, karnie wypełniającego rolę kata swobód kulturowych, obywatelskich i politycznych. Gdy w programie Wojewódzkiego i Figurskiego wykorzystana została ta sama narracja, którą posługiwał się Chlasta, lecz na sposób prześmiewczy i wyraźnie drwiąco ironiczny (a więc na sposób niepoważny!) momentalnie zrodziło się wielkie oburzenie i w dzwony bić zaczęli ‘poprawnościowi’ lewicowcy. Zamiast dziękować i wykorzystać tą okazję do wyciągnięcia zagadnienia położenia i sytuacji imigrantów w Polsce zrobiono to, co najchętniej zrobiliby panujący wyzyskiwacze – zaatakowano, potępiono i wymazano sprawę jako nieważną, bo skandaliczną i nieczystą w treści.
Jeżeli ‘wolność słowa’, którą kapitalizm tak obiecywał, poddana ma zostać słusznej i zasłużonej krytyce, to zmienić musi się podejście krytyków systemu. Humor, dowcip i ironia potrafią być potężniejszą bronią niż nabożne i egzaltowane wynoszenie cierpienia na ołtarze. W cierpieniu nie ma bowiem żadnej szlachetności, ani nie jest ono samo w sobie jakąkolwiek wartością! Wstydliwe podejście do spraw dotyczących własnego ciała, czy nabożna powaga, która każe zakryć faktyczne zjawiska to archaizm, efekt indoktrynacji i droga całkowicie nieskuteczna, taka, która nic nie zmieni. W działaniu politycznym liczą się bowiem efekty, a każdy politycznie działa na swój sposób.
Rosnąca cenzura, obecna już w Internecie, życiu politycznym, a nawet artystycznym skłania do wyciągania wniosków. Późny kapitalizm, w którym władza – już mniej nawet niż – 1% staje się coraz bardziej wyraźna i w którym coraz łatwiej podważyć jest logikę, którą kierują się panujący reaguje coraz bardziej agresywnie i histerycznie na każdy przejaw, czy nawet złudzenie ataku. Liberalizm, który jest dyskursem kapitalizmu nie jest w stanie poradzić sobie z wolnością słowa, nie może pozostawić jej przy życiu. Albowiem prawda przeczy jego mechanice. Dlatego praktycznie nie można nazywać już najeźdźcami i bandytami polskich i amerykańskich agresorów w Iraku, nie można żartem/na poważnie/motywująco do działania mówić krytycznie o sytuacji imigrantów, zabijanych w imperialistycznych wojnach, czy umierających z głodu w trzecim świecie… nie można też naruszać świętości – boskiego panowania i antysocjalistycznych fundamentów.
Cenzura pójdzie dalej. Mylili się jednak wszyscy ci, naiwni, którzy sądzili, że cenzurę stosuje – najlepiej przebrany za Stalina – gruby i odpychający cenzor w biurze politycznym. Cenzura jest wszędzie gdzie realizowane są interesy systemu i gdzie spotkać można posłusznych mu wykidajłów. Cenzura finansowa nie jest wystarczająca, potrzebna jest też cenzura spontaniczna i obywatelska. Dopóki nawet najbiedniejsi potrafią jeszcze czytać i pisać (choć akurat to się może wkrótce zmienić) słowo i dźwięk głosu ludzkiego są nadal niebezpieczne. W najgorszej sytuacji, w największej alienacji sami staniemy się kapitalistycznymi cenzorami.
Spoglądając na świat kapitalizmu = świat reklam zostajemy poinstruowani, co wolno, a czego nie. Cieszmy się więc, że pozwalają nam jeszcze chociaż wpadać w piłkoszał, wymachiwać wypranymi ze znaczenia barwami narodowymi, czy pić na umór.
Szczególnie odebrania tego ostatniego nie zniósł by chyba już nikt.
[1]http://hartman.blog.polityka.pl/2012/06/23/kuba-robi-to-z-doda/
[2]http://kultura.gazeta.pl/kultura/1,114532,11447122,Awantura_u_Chlasty__Strzepka_i_Demirski_skrytykowali.html
W obu przypadkach 'publiczne oburzenie' pragnie skarcić i zakneblować ludzi powtarzających niepopularne systemowo treści. W kapitalistycznej demokracji parlamentarnej rola cenzora zastąpiona została kontrolowanym przez prywatny kapitał dyskursem medialnym oraz posłusznymi giermkami. Ci giermkowie to społeczeństwo, czyli wszyscy uczestnicy życia publicznego. Pranie mózgu, którym dręczy system modeluje całościowy system oceny i zatrudnia wszystkich jako policjantów, pilnujących (a to ci dopiero!) "wolności słowa"!
Dlatego nie można powiedzieć, że biblię napisali napruci winem i palący zioło ludzie, dlatego nie można (w sposób ironiczny i drwiący z drobnomieszczańskiej poprawności) zwrócić uwagi słuchaczy na dramatyczną sytuację pracujących w Polsce imigrantek... przykłady są jednak wszędzie... i tak reżyser Lars Von Trier nie mógł nawet "zrozumieć" Hitlera.
"Wolność słowa" to specyficzny konstrukt. Tak jak specyficznym konstruktem jest w kapitalizmie parlamentarna demokracja. Ta druga jest całkowicie niegroźna i całkowicie bezsilna wobec panujących w społeczeństwie przy pomocy kapitału elit i dlatego bardzo odpowiada systemom kapitalistycznym, które przyzwalając na fałszywą partycypację ogółu w życiu politycznym skrzętnie maskują stosunki własności i przepaście w wykształceniu, wynagrodzeniach i w związku z tym - w świadomości obywatelskiej.
Wolność słowa dotyczy z kolei tych, którzy spełniają warunki poprawności: kapitalistycznej, "demokratycznej", chrześcijańskiej (!) i zakrapianej sosem infantylnej naiwności. Sprawa jest poważna, bo nie dotyczy wyłącznie polityków. Dyktatura fałszywej wolności słowa dotyka artystów, reporterów i komików!
Złudzenie wolności słowa łatwo jest obnażyć. Nie tak dawno temu doskonale zrobili to Paweł Demirski i Monika Strzępka, artyści wyraźnie bowiem wyczuli i poznali się na umiejętnym zawłaszczaniu dyskursu przez neoliberalną narrację. W rezultacie wybuchła - słuszna - "awantura" [2], która wyraźnie obnażyła cynizm i wyrachowanie dziennikarza, karnie wypełniającego rolę kata swobód kulturowych, obywatelskich i politycznych. Gdy w programie Wojewódzkiego i Figurskiego wykorzystana została ta sama narracja, którą posługiwał się Chlasta, lecz na sposób prześmiewczy i wyraźnie drwiąco ironiczny (a więc na sposób niepoważny!) momentalnie zrodziło się wielkie oburzenie i w dzwony bić zaczęli ‘poprawnościowi’ lewicowcy. Zamiast dziękować i wykorzystać tą okazję do wyciągnięcia zagadnienia położenia i sytuacji imigrantów w Polsce zrobiono to, co najchętniej zrobiliby panujący wyzyskiwacze – zaatakowano, potępiono i wymazano sprawę jako nieważną, bo skandaliczną i nieczystą w treści.
Jeżeli ‘wolność słowa’, którą kapitalizm tak obiecywał, poddana ma zostać słusznej i zasłużonej krytyce, to zmienić musi się podejście krytyków systemu. Humor, dowcip i ironia potrafią być potężniejszą bronią niż nabożne i egzaltowane wynoszenie cierpienia na ołtarze. W cierpieniu nie ma bowiem żadnej szlachetności, ani nie jest ono samo w sobie jakąkolwiek wartością! Wstydliwe podejście do spraw dotyczących własnego ciała, czy nabożna powaga, która każe zakryć faktyczne zjawiska to archaizm, efekt indoktrynacji i droga całkowicie nieskuteczna, taka, która nic nie zmieni. W działaniu politycznym liczą się bowiem efekty, a każdy politycznie działa na swój sposób.
Rosnąca cenzura, obecna już w Internecie, życiu politycznym, a nawet artystycznym skłania do wyciągania wniosków. Późny kapitalizm, w którym władza – już mniej nawet niż – 1% staje się coraz bardziej wyraźna i w którym coraz łatwiej podważyć jest logikę, którą kierują się panujący reaguje coraz bardziej agresywnie i histerycznie na każdy przejaw, czy nawet złudzenie ataku. Liberalizm, który jest dyskursem kapitalizmu nie jest w stanie poradzić sobie z wolnością słowa, nie może pozostawić jej przy życiu. Albowiem prawda przeczy jego mechanice. Dlatego praktycznie nie można nazywać już najeźdźcami i bandytami polskich i amerykańskich agresorów w Iraku, nie można żartem/na poważnie/motywująco do działania mówić krytycznie o sytuacji imigrantów, zabijanych w imperialistycznych wojnach, czy umierających z głodu w trzecim świecie… nie można też naruszać świętości – boskiego panowania i antysocjalistycznych fundamentów.
Cenzura pójdzie dalej. Mylili się jednak wszyscy ci, naiwni, którzy sądzili, że cenzurę stosuje – najlepiej przebrany za Stalina – gruby i odpychający cenzor w biurze politycznym. Cenzura jest wszędzie gdzie realizowane są interesy systemu i gdzie spotkać można posłusznych mu wykidajłów. Cenzura finansowa nie jest wystarczająca, potrzebna jest też cenzura spontaniczna i obywatelska. Dopóki nawet najbiedniejsi potrafią jeszcze czytać i pisać (choć akurat to się może wkrótce zmienić) słowo i dźwięk głosu ludzkiego są nadal niebezpieczne. W najgorszej sytuacji, w największej alienacji sami staniemy się kapitalistycznymi cenzorami.
Spoglądając na świat kapitalizmu = świat reklam zostajemy poinstruowani, co wolno, a czego nie. Cieszmy się więc, że pozwalają nam jeszcze chociaż wpadać w piłkoszał, wymachiwać wypranymi ze znaczenia barwami narodowymi, czy pić na umór.
Szczególnie odebrania tego ostatniego nie zniósł by chyba już nikt.
[1]http://hartman.blog.polityka.pl/2012/06/23/kuba-robi-to-z-doda/
[2]http://kultura.gazeta.pl/kultura/1,114532,11447122,Awantura_u_Chlasty__Strzepka_i_Demirski_skrytykowali.html
sobota, 16 czerwca 2012
Bezprawne długi, prawny system
Czy długi zawsze należy spłacać? Czy społeczeństwa powinny czuć się
zobowiązane do spłaty długów, które zaciągane były na ich szkodę? Co zrobić
ażeby uzdrowić pogrążoną w kryzysie finansowym Unię Europejską? Kogo posłać do
więzienia? Na te i wiele innych pytań odpowiada książka "Bezprawne
długi". W swej książce François Chesnais, francuski profesor ekonomii i
członek rady naukowej ATTAC-France bada przyczyny europejskiego kryzysu. Autor
nie tylko dokonuje drobiazgowej analizy poszczególnych, najsilniej zadłużonych
państw strefy euro, ale także demaskuje reguły gospodarki kapitalistycznej.
Pojęcia takie jak "dług", czy "reforma" przywykło się w Polsce interpretować na jedno, neoliberalne kopyto. Podobnie przedstawiany jest "kryzys". Oto chciwi i z natury złodziejscy oraz śmiertelnie leniwi pracownicy zadłużyli swoim rozpasaniem i chciwością niewinne i poszkodowane tym samym państwa, które nie mają teraz innego wyjścia jak dokonać tzw. "koniecznych reform". Ekonomia w krajach pozbawionych społecznej nad nią kontroli stała się zbiorem magicznych sformułowań. W umysłach komentatorów i polityków gospodarka to zbiór potocznych sformułowań takich jak: „Długi należy spłacać”, „Nie należy żyć ponad stan”, czy „Dobrze jest oszczędzać”. Za tym prostactwem w myśleniu stoi śmiertelnie poważna strategia finansowa wielkich instytucji finansowych i całej Unii Europejskiej, opierająca się na serii kłamstw i niepodważalnej dominacji sił bezwzględnego kapitalizmu.
Władze europejskich państw przez całe dziesięciolecia działały na szkodę własnych społeczeństw. Ich strategia oparta na całkowitym podporządkowywaniu polityki państwa żądaniom rynków, dokonywaniu nieustannych obniżek podatków dla najbogatszych i przedsiębiorstw oraz - ostatnimi czasy - ratowaniu instytucji finansowych przy pomocy publicznych środków bez ich późniejszego nacjonalizowania i zachowania starannej kontroli nad wydawanymi pieniędzmi doprowadziła do poważnego w społecznych skutkach krachu gospodarczego. Kryzys wyprodukowany został na życzenie polityków, którzy decydowali o takim, a nie innym kształcie gospodarki. Mówiąc o panowaniu neoliberalizmu mówimy w istocie o imperializmie, w którym polityka poszczególnych państw zostaje całkowicie podporządkowana żądaniom najbogatszych, międzynarodowych instytucji finansowych, czy też podpiętym pod państwa firmom przemysłu zbrojeniowego.
Nie powinno nas więc dziwić to, że w latach 2005 - 2009 Grecja była jednym z pięciu największych importerów broni w Europie. Zakupione przez Grecję samoloty bojowe (26 F-16, 25 Mirage) stanowiły 38% wolumenu importu. Równocześnie, od lat 80-tych stale obniżane są w Europie podatki dla najbogatszych - stopa podatkowa dla najwyższego progu dochodowego w pogrążonej dziś w kryzysie Hiszpanii w 1986 roku wynosiła 66%, by w 2007 spaść do 43%. Ta sama praktyka cięć i kapitalistycznej kolonizacji króluje w Polsce. Najwyższa stawka podatkowa wynosi u nas 32%, a CIT 19% (o 4,5 pkt proc. mniej od średniej w UE). Przy tak prowadzonej polityce gospodarczej zmagających się obecnie z kryzysem państw krachu nie dało się uniknąć.
U źródła kryzysu finansowego i kryzysu długu publicznego leży charakter kapitalistycznej gospodarki, na czele z działalnością sektora finansowego. François Chesnais doskonale analizuje proces zyskiwania na znaczeniu tego co określa on mianem finansjery. Finansjera to nic innego jak wielkie banki, fundusze emerytalne i fundusze inwestycji finansowych o dużym ryzyku. Rosnące ryzyko spekulacji na różnorodnych, coraz bardziej niepewnych (nazwanej później "toksycznymi") aktywach doprowadziło w efekcie do powstania i pęknięcia baniek spekulacyjnych. Przyczyniło się do tego umiarkowanie płacowe, które uniemożliwiło konsumentom partycypację w konsumpcji. By ratować system kapitalistyczny instytucje finansowe z błogosławieństwem kapitalistów poczęły oferować kolejne, coraz bardziej ryzykowne kredyty. W pewnym momencie kurtyna zostaje podniesiona i obnażona zostaje nierentowność i wyłącznie fikcyjna możliwość spłaty kolejnych kredytów. Jak na statku, tak i na rynku zwycięża w takim momencie strategia "ratuj się kto może" i dotychczas opłacalne aktywa w skutek wycofywania się kapitału z rynku potrafią tracić swą wartość z dnia na dzień. Jak mogło dojść do takiej sytuacji? Musiały zostać wytworzone odpowiednie narzędzia, przemianie ulec musiał cały system bankowy.
Zdaniem autora tradycyjne banki przestały już istnieć, te musiały bowiem upewniać się co do występowania zdolności kredytowej wśród obdarzonych kredytami klientów. Nowoczesne banki po prostu pozbywają się ryzyka, przerzucając je skutecznie na inne instytucje finansowe i wypuszczając niepewne papiery na 'giełdową wolność'. Takie właśnie zakłady i spekulacje na ryzyku stały się specjalnością całego segmentu gospodarki kapitalistycznej. Do tej polityki dostosowały się kolejno: instytucje finansowe, fundusze emerytalne, firmy, korporacje i wszystkie państwa Unii Europejskiej. Rozpoczęło się panowanie neoliberalizmu.
To co obserwowaliśmy i obserwujemy w Europie miało także swój szerszy wymiar, wymiar konfrontacji wielkich gospodarczych podmiotów – Chin, USA, z Unią Europejską w tle. Wynik tego starcia staje się nam powoli znany, to osłabienie waluty Euro, obniżenie się poziomu życia państw europejskich i wielki awans Państwa Środka.
Można rzec, że dobiegła końca era wiary w "gospodarkę opartą na wiedzy". Pozbawianą przemysłu Europę miały zasilać fundusze, którym europejskie instytucje finansowe umożliwiły łatwe finansowanie swojej działalności. Neoliberalizm sprzedawano u nas właśnie pod takim płaszczykiem. Rzeczywistość zweryfikowała te śmiałe plany. Wraz z ucieczką kapitału do Chin i innych krajów trzeciego świata uciekł też do nich przemysł, dzięki któremu państwa te szybko przekształciły się w wyjątkowo atrakcyjne dla zachodnich inwestorów rezerwuary wartości dodatkowej i w pola pod szybką akumulację. Europejska kontrola nad kapitałem, który z kapitalistycznie słusznych pobudek wyemigrował na wschód okazała się zbyt słaba. Na nic nie zdał się płacz konserwatystów. Ucieczki kapitału nie powstrzymała misja dziejowa obrony Cywilizacji Zachodu – którą tak sugestywnie przedstawiali w swoich pracach zwolennicy teorii Zderzenia Cywilizacji i inni agenci światowego Bushyzmu.
Proces o którym mówimy ma wiele negatywnych konsekwencji odczuwanych w państwach europejskich, ale ma też (o czym François Chesnais pisze niechętnie) strony pozytywne. Będą to przede wszystkim: postęp, internacjonalizacja światowej produkcji oraz stopniowe, powolne wyrównywanie się stopy życiowej, której podnoszenie się najlepiej widoczne jest dzisiaj w Chinach.
Proces dalszego wyrównywania się poziomu życia wymaga jednak społecznej kontroli. Uwolnić się z karuzeli nieustannych kryzysów i spod podporządkowania polityki społecznej zyskom prywatnych instytucji, to zyskać prawdziwą władzę i kontrolę, odzyskać demokrację i stworzyć warunki dla socjalistycznej wspólnoty.
Tej kontroli nie zapewnią instytucje kapitalistyczne, fundusze inwestycyjne, czy neoliberalne think-tanki. Potrzebna jest kontrola konkretna, kontrola własnościowa, potrzebna jest własność społeczna.
Droga do nacjonalizacji, czy też audytu lub restrukturyzacji bezprawnego i haniebnego długu, który ściągnął na nas neoliberalny demiurg nie będzie drogą politycznie łatwą. Wręcz przeciwnie - spotka się z oporem całej maszynerii, którą przez lata wypracował na swój użytek neoliberalny kolos kapitalizmu. Nie ma jednak na dziś innej politycznej drogi dla lewicowych ugrupowań, nie ma innej drogi do budowy gospodarki dla człowieka.
Tymoteusz Kochan
Pojęcia takie jak "dług", czy "reforma" przywykło się w Polsce interpretować na jedno, neoliberalne kopyto. Podobnie przedstawiany jest "kryzys". Oto chciwi i z natury złodziejscy oraz śmiertelnie leniwi pracownicy zadłużyli swoim rozpasaniem i chciwością niewinne i poszkodowane tym samym państwa, które nie mają teraz innego wyjścia jak dokonać tzw. "koniecznych reform". Ekonomia w krajach pozbawionych społecznej nad nią kontroli stała się zbiorem magicznych sformułowań. W umysłach komentatorów i polityków gospodarka to zbiór potocznych sformułowań takich jak: „Długi należy spłacać”, „Nie należy żyć ponad stan”, czy „Dobrze jest oszczędzać”. Za tym prostactwem w myśleniu stoi śmiertelnie poważna strategia finansowa wielkich instytucji finansowych i całej Unii Europejskiej, opierająca się na serii kłamstw i niepodważalnej dominacji sił bezwzględnego kapitalizmu.
Władze europejskich państw przez całe dziesięciolecia działały na szkodę własnych społeczeństw. Ich strategia oparta na całkowitym podporządkowywaniu polityki państwa żądaniom rynków, dokonywaniu nieustannych obniżek podatków dla najbogatszych i przedsiębiorstw oraz - ostatnimi czasy - ratowaniu instytucji finansowych przy pomocy publicznych środków bez ich późniejszego nacjonalizowania i zachowania starannej kontroli nad wydawanymi pieniędzmi doprowadziła do poważnego w społecznych skutkach krachu gospodarczego. Kryzys wyprodukowany został na życzenie polityków, którzy decydowali o takim, a nie innym kształcie gospodarki. Mówiąc o panowaniu neoliberalizmu mówimy w istocie o imperializmie, w którym polityka poszczególnych państw zostaje całkowicie podporządkowana żądaniom najbogatszych, międzynarodowych instytucji finansowych, czy też podpiętym pod państwa firmom przemysłu zbrojeniowego.
Nie powinno nas więc dziwić to, że w latach 2005 - 2009 Grecja była jednym z pięciu największych importerów broni w Europie. Zakupione przez Grecję samoloty bojowe (26 F-16, 25 Mirage) stanowiły 38% wolumenu importu. Równocześnie, od lat 80-tych stale obniżane są w Europie podatki dla najbogatszych - stopa podatkowa dla najwyższego progu dochodowego w pogrążonej dziś w kryzysie Hiszpanii w 1986 roku wynosiła 66%, by w 2007 spaść do 43%. Ta sama praktyka cięć i kapitalistycznej kolonizacji króluje w Polsce. Najwyższa stawka podatkowa wynosi u nas 32%, a CIT 19% (o 4,5 pkt proc. mniej od średniej w UE). Przy tak prowadzonej polityce gospodarczej zmagających się obecnie z kryzysem państw krachu nie dało się uniknąć.
U źródła kryzysu finansowego i kryzysu długu publicznego leży charakter kapitalistycznej gospodarki, na czele z działalnością sektora finansowego. François Chesnais doskonale analizuje proces zyskiwania na znaczeniu tego co określa on mianem finansjery. Finansjera to nic innego jak wielkie banki, fundusze emerytalne i fundusze inwestycji finansowych o dużym ryzyku. Rosnące ryzyko spekulacji na różnorodnych, coraz bardziej niepewnych (nazwanej później "toksycznymi") aktywach doprowadziło w efekcie do powstania i pęknięcia baniek spekulacyjnych. Przyczyniło się do tego umiarkowanie płacowe, które uniemożliwiło konsumentom partycypację w konsumpcji. By ratować system kapitalistyczny instytucje finansowe z błogosławieństwem kapitalistów poczęły oferować kolejne, coraz bardziej ryzykowne kredyty. W pewnym momencie kurtyna zostaje podniesiona i obnażona zostaje nierentowność i wyłącznie fikcyjna możliwość spłaty kolejnych kredytów. Jak na statku, tak i na rynku zwycięża w takim momencie strategia "ratuj się kto może" i dotychczas opłacalne aktywa w skutek wycofywania się kapitału z rynku potrafią tracić swą wartość z dnia na dzień. Jak mogło dojść do takiej sytuacji? Musiały zostać wytworzone odpowiednie narzędzia, przemianie ulec musiał cały system bankowy.
Zdaniem autora tradycyjne banki przestały już istnieć, te musiały bowiem upewniać się co do występowania zdolności kredytowej wśród obdarzonych kredytami klientów. Nowoczesne banki po prostu pozbywają się ryzyka, przerzucając je skutecznie na inne instytucje finansowe i wypuszczając niepewne papiery na 'giełdową wolność'. Takie właśnie zakłady i spekulacje na ryzyku stały się specjalnością całego segmentu gospodarki kapitalistycznej. Do tej polityki dostosowały się kolejno: instytucje finansowe, fundusze emerytalne, firmy, korporacje i wszystkie państwa Unii Europejskiej. Rozpoczęło się panowanie neoliberalizmu.
To co obserwowaliśmy i obserwujemy w Europie miało także swój szerszy wymiar, wymiar konfrontacji wielkich gospodarczych podmiotów – Chin, USA, z Unią Europejską w tle. Wynik tego starcia staje się nam powoli znany, to osłabienie waluty Euro, obniżenie się poziomu życia państw europejskich i wielki awans Państwa Środka.
Można rzec, że dobiegła końca era wiary w "gospodarkę opartą na wiedzy". Pozbawianą przemysłu Europę miały zasilać fundusze, którym europejskie instytucje finansowe umożliwiły łatwe finansowanie swojej działalności. Neoliberalizm sprzedawano u nas właśnie pod takim płaszczykiem. Rzeczywistość zweryfikowała te śmiałe plany. Wraz z ucieczką kapitału do Chin i innych krajów trzeciego świata uciekł też do nich przemysł, dzięki któremu państwa te szybko przekształciły się w wyjątkowo atrakcyjne dla zachodnich inwestorów rezerwuary wartości dodatkowej i w pola pod szybką akumulację. Europejska kontrola nad kapitałem, który z kapitalistycznie słusznych pobudek wyemigrował na wschód okazała się zbyt słaba. Na nic nie zdał się płacz konserwatystów. Ucieczki kapitału nie powstrzymała misja dziejowa obrony Cywilizacji Zachodu – którą tak sugestywnie przedstawiali w swoich pracach zwolennicy teorii Zderzenia Cywilizacji i inni agenci światowego Bushyzmu.
Proces o którym mówimy ma wiele negatywnych konsekwencji odczuwanych w państwach europejskich, ale ma też (o czym François Chesnais pisze niechętnie) strony pozytywne. Będą to przede wszystkim: postęp, internacjonalizacja światowej produkcji oraz stopniowe, powolne wyrównywanie się stopy życiowej, której podnoszenie się najlepiej widoczne jest dzisiaj w Chinach.
Proces dalszego wyrównywania się poziomu życia wymaga jednak społecznej kontroli. Uwolnić się z karuzeli nieustannych kryzysów i spod podporządkowania polityki społecznej zyskom prywatnych instytucji, to zyskać prawdziwą władzę i kontrolę, odzyskać demokrację i stworzyć warunki dla socjalistycznej wspólnoty.
Tej kontroli nie zapewnią instytucje kapitalistyczne, fundusze inwestycyjne, czy neoliberalne think-tanki. Potrzebna jest kontrola konkretna, kontrola własnościowa, potrzebna jest własność społeczna.
Droga do nacjonalizacji, czy też audytu lub restrukturyzacji bezprawnego i haniebnego długu, który ściągnął na nas neoliberalny demiurg nie będzie drogą politycznie łatwą. Wręcz przeciwnie - spotka się z oporem całej maszynerii, którą przez lata wypracował na swój użytek neoliberalny kolos kapitalizmu. Nie ma jednak na dziś innej politycznej drogi dla lewicowych ugrupowań, nie ma innej drogi do budowy gospodarki dla człowieka.
Tymoteusz Kochan
Etykiety:
demokracja,
ekonomia,
globalizacja,
imperializm,
kapitalizm,
kryzys,
neokolonializm,
neoliberalizm,
prywatyzacja,
recenzja,
teoria,
uspołecznienie
piątek, 1 czerwca 2012
Performance nie zastąpi polityki
Organizowane w Polsce akcje okupacyjne, czy lokatorskie są bez wątpienia efektem antykapitalistycznego zaangażowania społeczeństwa. Stale pogarszająca się sytuacja gospodarcza Polski i pesymistyczne prognozy na przyszłość stymulują obywatelskie niezadowolenie. Za tym niezadowoleniem podąża zaangażowanie, którego poziom zdaje się powoli wzrastać, jednocześnie rośnie też desperacja społeczeństwa i jego odwaga.
Rosnące niezadowolenie - szczególnie środowisk politycznych - pcha do działania. W przypadku polskiej lewicy - głównie pozaparlamentarnej - najistotniejszym problemem staje się forma działania politycznego. Z uwagi na słabość lewicy antykapitalistycznej i socjalistycznej możliwości organizowania protestu stają się wyraźnie ograniczone. Dlatego też lewica adaptuje nieinwazyjne i niewymagające wysiłku techniki działania - skazując się na performance zamiast polityki i rolę klienta wobec potężniejszych i prawicowych niby-partnerów politycznych.
Trud związany z zakładaniem partii, tworzeniem listy wyborczej czy organizowaniem trwałej i silnej struktury politycznej mało kogo dziś interesuje. Lewica, szczególnie młoda, pragnie uczynić praktykę polityczną działką aktywności w rodzaju wyjścia na zakupy, pójścia do kina, czy okazjonalnego uczestnictwa w demonstracji. To co trwałe w polityce i co może stać się w którymś momencie zarzewiem szerokiego ruchu politycznego - a więc partia polityczna lub innego typu powszechna organizacja lewicowa - jest nielubiane, niemodne, wyparte z dyskursu publicznego, a nawet z przestrzeni możliwości.
W grę wchodzą tu trzy podstawowe, demobilizujące czynniki. Pierwszym czynnikiem jest panowanie ideologiczne, drugim są braki finansowe, trzecim jest brak proletariackich interesów klasowych.
Pisząc o panowaniu ideologicznym mam na myśli przede wszystkim panująca ideologię, w myśl której każda organizacja polityczna - a w szczególności partia - nie służy niczemu dobremu i nie realizuje czyichkolwiek interesów poza swoimi żądnymi sukcesu i szmalu liderami[1]. Ta propaganda skutecznie paraliżuje siły strukturotwórcze na lewicy korzystając z naiwności i płytkiego idealizmu lewicowców. Jeżeli chodzi o braki finansowe, to wynikają one przede wszystkim z tego, że nie jest się w stanie ukonstytuować struktura zdolna koncentrować fundusze na swą działalność. Jest też druga strona finansowania lewicy w Polsce - w pewnej części pieniądze trafiają do lewego skrzydła (mam tu na myśli szczególnie inteligencję) poprzez prawicowe ośrodki panowania, przez co późniejsza działalność tejże lewicy jest już z góry zdefiniowana i określona koniecznością podtrzymywania dotacji - politycznie i teoretycznie odbiorcy tych środków siłą rzeczy skręcać więc będą na prawo. Brak proletariackich interesów klasowych to także czynnik uniemożliwiający wytworzenie struktury prawdziwie lewicowej i socjalistycznej. Partie i grupy, w których dominują reprezentanci jednej z grup przedsiębiorców, lub drobnomieszczańska klasa średnia nie będą chciały rzucić się w wir walki o lewicową politykę, zamiast tego staną się częścią (bardziej lub mniej) wrażliwego - pacyfikującego lewicę - liberalizmu.
Dochodzimy do ważnego zagadnienia, zagadnienia ruchu społecznego. Niektórzy lewicowi komentatorzy przyjęli strategię wspierania i popierania każdego ruchu społecznego, szczególnie wszelkiego rodzaju aktywizmu. W interpretacjach sytuacji politycznych należy wrócić do oceny celów, efektów, pobudek i treści. Sam w sobie ruch społeczny nie jest czymś bezsprzecznie wartościowym. Dopiero realizując pewną konkretną, lewicową strategię polityczną ruch społeczny dojrzewa do miana ruchu lewicowego i jako taki może włączyć się w lewicowe spektrum oddziaływania. Polityczny performance, demonstracje, a nawet protesty i strajki wcale nie muszą kryć w sobie lewicowych treści.
Mam na myśli, modne ostatnimi czasy okupacje, a także m.in ostatnie działania "Solidarności", które uzyskały niemal fanatyczne poparcie ze strony lewicy, poparcie, którego udzielenie zgodnie z zapewnieniami niektórych osób, stanowiło wręcz ostateczny sprawdzian lewicowości i obowiązek każdego lewicowca.
Pomijając charakterystykę współczesnej "Solidarności", na pochodach której nieprzypadkowo dominuje hasło "precz z komuną" (oczywiście lewicy i socjalistom wydaje się, że hasła te ich nie dotyczą) i która przez całe lata maskowała i przyzwalała na antypracownicze praktyki rządu, po czym przykleiła się do PiSu, zwrócić należy uwagę na rolę, na którą lewica skazuje się udzielając tego poparcia. Oto zamiast tworzyć lewicowe, klasowe związki zawodowe i jednoczyć lewicę - co jest zadaniem trudnym, ale jest też jedyną możliwością uzyskania samodzielności politycznej - lewica nieświadomie staje się klientem prawicowych podmiotów politycznych.
Podzielona i słaba lewica powinna pchać scenę polityczną na lewo, nie przyłączać się, ale tworzyć w dyskursie wyłom dla nowych, radykalnych treści. Przyłączanie się do najsilniejszych, z uwagi na ich - z rzadka - lewicujące postulaty jest drogą nie tylko do zatracenia politycznej odrębności, ale też drogą do jeszcze dalej idącej marginalizacji i gwarantem powszechnego lekceważenia ze strony wszystkich - w rzeczywistości wrogo nastawionych do socjalistycznego programu - 'partnerów'. Kiedy działanie polityczne staje się działaniem poważnym? Kiedy lewicowość staje się hasłem przekutym w konkretną polityczną praktykę.
Działania doraźne, działania nieinwazyjne to w istocie desperackie próby zaistnienia. Próby, których forma zapożyczona jest z zachodnich, amerykańskich praktyk organizacji politycznych pogrążonych w atomizacji, marazmie i samotności. Fascynacja hamburgerem przełożyła się niestety na fascynację amerykańską lewicą, której reprezentanci urastają w wyobrażeniach polskiej lewicy do rangi herosów. Konia z rzędem temu, kto doszuka się sukcesów amerykańskiej lewicy w ostatnich 50 latach... chyba, że za sukces uznać należy przeniesienie się armii USA z Wietnamu do Iraku, otwarcie więzienia w Guantanamo, uchwalenie Patriot Act/NDAA, całkowitą prywatyzację służby zdrowia, czy powszechny dostęp do broni palnej.
Fascynacja tymi praktykami i lewicą amerykańską ma ukryty cel, którym jest eliminacja wszelkich lewicowych treści związanych z okresem Polski Ludowej. Wykreślając PRL wykreślono jednocześnie wszelką lewicową aktywność polskich działaczy i naukowców, wykreślono wszystkie, w wielu przypadkach skuteczne praktyki polityczne i organizacyjne... i faktycznie, w takiej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak udać się do kolebki nowoczesnej demokracji, czyli do Stanów i patrzeć z utęsknieniem na HOLLYWOOD.
Twórzmy lewicę podmiotową. Odróżniając działania doraźne od działań strategicznych, miejmy tę świadomość, że performance nieprzypadkowo najlepiej sprawdza się w sztuce i nie zastąpi on polityki.
[1] Zabawnym jest, że antypartyjna propaganda dotknęła przede wszystkim lewicy. Prawicowe partie polityczne (choć czasem nazywane 'platformami') mają się dobrze i funkcjonują wyjątkowo sprawnie. Samo słowo "partia" nasycone zostało pejoratywnie. Partia oznacza komunizm=dyktatura=śmierć w obozach, w związku z czym formalnie żadne partie nie mają prawa istnieć - dlatego też bytowanie PO, PiS i wszystkich innych klasycznych partii jest z całą siłą maskowane i skrywane pod płaszczykiem innych określeń i pozornej anty-partyjności w polityce. Partyjność jest dziś w opinii potocznej zarezerwowana dla populistycznych lewicowych partii, a walka z nią tożsama jest z walką przeciwko polityce socjalistycznej - rzecz jasna nietknięte pozostają prawicowe partie i prawicowe podmioty, których praktyka rozumiana jest jako manifestacja nieposkromionych sił przyrody.
Rosnące niezadowolenie - szczególnie środowisk politycznych - pcha do działania. W przypadku polskiej lewicy - głównie pozaparlamentarnej - najistotniejszym problemem staje się forma działania politycznego. Z uwagi na słabość lewicy antykapitalistycznej i socjalistycznej możliwości organizowania protestu stają się wyraźnie ograniczone. Dlatego też lewica adaptuje nieinwazyjne i niewymagające wysiłku techniki działania - skazując się na performance zamiast polityki i rolę klienta wobec potężniejszych i prawicowych niby-partnerów politycznych.
Trud związany z zakładaniem partii, tworzeniem listy wyborczej czy organizowaniem trwałej i silnej struktury politycznej mało kogo dziś interesuje. Lewica, szczególnie młoda, pragnie uczynić praktykę polityczną działką aktywności w rodzaju wyjścia na zakupy, pójścia do kina, czy okazjonalnego uczestnictwa w demonstracji. To co trwałe w polityce i co może stać się w którymś momencie zarzewiem szerokiego ruchu politycznego - a więc partia polityczna lub innego typu powszechna organizacja lewicowa - jest nielubiane, niemodne, wyparte z dyskursu publicznego, a nawet z przestrzeni możliwości.
W grę wchodzą tu trzy podstawowe, demobilizujące czynniki. Pierwszym czynnikiem jest panowanie ideologiczne, drugim są braki finansowe, trzecim jest brak proletariackich interesów klasowych.
Pisząc o panowaniu ideologicznym mam na myśli przede wszystkim panująca ideologię, w myśl której każda organizacja polityczna - a w szczególności partia - nie służy niczemu dobremu i nie realizuje czyichkolwiek interesów poza swoimi żądnymi sukcesu i szmalu liderami[1]. Ta propaganda skutecznie paraliżuje siły strukturotwórcze na lewicy korzystając z naiwności i płytkiego idealizmu lewicowców. Jeżeli chodzi o braki finansowe, to wynikają one przede wszystkim z tego, że nie jest się w stanie ukonstytuować struktura zdolna koncentrować fundusze na swą działalność. Jest też druga strona finansowania lewicy w Polsce - w pewnej części pieniądze trafiają do lewego skrzydła (mam tu na myśli szczególnie inteligencję) poprzez prawicowe ośrodki panowania, przez co późniejsza działalność tejże lewicy jest już z góry zdefiniowana i określona koniecznością podtrzymywania dotacji - politycznie i teoretycznie odbiorcy tych środków siłą rzeczy skręcać więc będą na prawo. Brak proletariackich interesów klasowych to także czynnik uniemożliwiający wytworzenie struktury prawdziwie lewicowej i socjalistycznej. Partie i grupy, w których dominują reprezentanci jednej z grup przedsiębiorców, lub drobnomieszczańska klasa średnia nie będą chciały rzucić się w wir walki o lewicową politykę, zamiast tego staną się częścią (bardziej lub mniej) wrażliwego - pacyfikującego lewicę - liberalizmu.
Dochodzimy do ważnego zagadnienia, zagadnienia ruchu społecznego. Niektórzy lewicowi komentatorzy przyjęli strategię wspierania i popierania każdego ruchu społecznego, szczególnie wszelkiego rodzaju aktywizmu. W interpretacjach sytuacji politycznych należy wrócić do oceny celów, efektów, pobudek i treści. Sam w sobie ruch społeczny nie jest czymś bezsprzecznie wartościowym. Dopiero realizując pewną konkretną, lewicową strategię polityczną ruch społeczny dojrzewa do miana ruchu lewicowego i jako taki może włączyć się w lewicowe spektrum oddziaływania. Polityczny performance, demonstracje, a nawet protesty i strajki wcale nie muszą kryć w sobie lewicowych treści.
Mam na myśli, modne ostatnimi czasy okupacje, a także m.in ostatnie działania "Solidarności", które uzyskały niemal fanatyczne poparcie ze strony lewicy, poparcie, którego udzielenie zgodnie z zapewnieniami niektórych osób, stanowiło wręcz ostateczny sprawdzian lewicowości i obowiązek każdego lewicowca.
Pomijając charakterystykę współczesnej "Solidarności", na pochodach której nieprzypadkowo dominuje hasło "precz z komuną" (oczywiście lewicy i socjalistom wydaje się, że hasła te ich nie dotyczą) i która przez całe lata maskowała i przyzwalała na antypracownicze praktyki rządu, po czym przykleiła się do PiSu, zwrócić należy uwagę na rolę, na którą lewica skazuje się udzielając tego poparcia. Oto zamiast tworzyć lewicowe, klasowe związki zawodowe i jednoczyć lewicę - co jest zadaniem trudnym, ale jest też jedyną możliwością uzyskania samodzielności politycznej - lewica nieświadomie staje się klientem prawicowych podmiotów politycznych.
Podzielona i słaba lewica powinna pchać scenę polityczną na lewo, nie przyłączać się, ale tworzyć w dyskursie wyłom dla nowych, radykalnych treści. Przyłączanie się do najsilniejszych, z uwagi na ich - z rzadka - lewicujące postulaty jest drogą nie tylko do zatracenia politycznej odrębności, ale też drogą do jeszcze dalej idącej marginalizacji i gwarantem powszechnego lekceważenia ze strony wszystkich - w rzeczywistości wrogo nastawionych do socjalistycznego programu - 'partnerów'. Kiedy działanie polityczne staje się działaniem poważnym? Kiedy lewicowość staje się hasłem przekutym w konkretną polityczną praktykę.
Działania doraźne, działania nieinwazyjne to w istocie desperackie próby zaistnienia. Próby, których forma zapożyczona jest z zachodnich, amerykańskich praktyk organizacji politycznych pogrążonych w atomizacji, marazmie i samotności. Fascynacja hamburgerem przełożyła się niestety na fascynację amerykańską lewicą, której reprezentanci urastają w wyobrażeniach polskiej lewicy do rangi herosów. Konia z rzędem temu, kto doszuka się sukcesów amerykańskiej lewicy w ostatnich 50 latach... chyba, że za sukces uznać należy przeniesienie się armii USA z Wietnamu do Iraku, otwarcie więzienia w Guantanamo, uchwalenie Patriot Act/NDAA, całkowitą prywatyzację służby zdrowia, czy powszechny dostęp do broni palnej.
Fascynacja tymi praktykami i lewicą amerykańską ma ukryty cel, którym jest eliminacja wszelkich lewicowych treści związanych z okresem Polski Ludowej. Wykreślając PRL wykreślono jednocześnie wszelką lewicową aktywność polskich działaczy i naukowców, wykreślono wszystkie, w wielu przypadkach skuteczne praktyki polityczne i organizacyjne... i faktycznie, w takiej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak udać się do kolebki nowoczesnej demokracji, czyli do Stanów i patrzeć z utęsknieniem na HOLLYWOOD.
Twórzmy lewicę podmiotową. Odróżniając działania doraźne od działań strategicznych, miejmy tę świadomość, że performance nieprzypadkowo najlepiej sprawdza się w sztuce i nie zastąpi on polityki.
[1] Zabawnym jest, że antypartyjna propaganda dotknęła przede wszystkim lewicy. Prawicowe partie polityczne (choć czasem nazywane 'platformami') mają się dobrze i funkcjonują wyjątkowo sprawnie. Samo słowo "partia" nasycone zostało pejoratywnie. Partia oznacza komunizm=dyktatura=śmierć w obozach, w związku z czym formalnie żadne partie nie mają prawa istnieć - dlatego też bytowanie PO, PiS i wszystkich innych klasycznych partii jest z całą siłą maskowane i skrywane pod płaszczykiem innych określeń i pozornej anty-partyjności w polityce. Partyjność jest dziś w opinii potocznej zarezerwowana dla populistycznych lewicowych partii, a walka z nią tożsama jest z walką przeciwko polityce socjalistycznej - rzecz jasna nietknięte pozostają prawicowe partie i prawicowe podmioty, których praktyka rozumiana jest jako manifestacja nieposkromionych sił przyrody.
sobota, 11 lutego 2012
Trup demokracji
Obowiązujące systemy polityczne zawsze przedstawiały się w możliwie jak najlepszym świetle. Dziś jest tak samo. Społeczeństwa krajów Zachodu żyją dziś w systemie demokratycznym. Wszystkie posunięcia polityków rządzących partii uchodzą za motywowane wolą społeczeństwa. Tak samo dzieje się z rzeczywistością ekonomiczną i polityczną, która dzięki demokratyzacji uzyskała pełnię swobody, niezależność i mandat wiecznego, niezmąconego zaufania. Każdy protestujący, każda niezgoda, każdy słuszny sprzeciw napotyka na mur, w konfrontacji z "systemem demokratycznym" staje przed koniecznością konfrontacji nie z rzeczywistością polityczną, lecz z samym sobą i z całym społeczeństwem.
Wiara w demokracją parlamentarną, która jest dziś uważana za największe osiągnięcie gatunku ludzkiego i ukoronowanie jego świętości to dziś wiara przebrzmiała, wiara czasów minionych, wiara trupa. Z wiarą tego rodzaju jest tak samo jak z - portretowaną dziś w filmach kostiumowych - wiarą ludzi średniowiecznych, gorąco wierzących w boski i ponadludzki mandat króla do sprawowania przez niego władzy absolutnej. Demokracja jest dziś ulubionym argumentem do wywoływania wojen, podejmowania krwawych i brzemiennych w złe skutki decyzji, jest orężem niszczenia sprzeciwu w wymiarze gospodarczym, kulturowym, humanistycznym i codziennym. Dzisiejsza demokracja - demokracja kapitalizmu to kaganiec, który zakładany jest społeczeństwu - kaganiec uniemożliwiający rozwój, przejście w prawdziwą samodzielność, a nawet wysuwanie samych postępowych żądań. Wiara w Zachodnią Demokracją i idące za nią "zachodnie wartości" to rezerwacja miejsca w kościele wierzących w przewagę jednostki nad siłą pieniądza - w rządzonym przez kapitał kapitalizmie. Demokracja dana panom i niewolnikom nie przedstawia sobą większej wartości. Dzisiaj demokracja jest ostatnią linią obrony władz, które nie potrafią wyobrazić sobie innego, sprawiedliwszego systemu. Nie potrafią? Nie, one nie chcą tego zrobić, słusznie boją się - bo wiedzą czym jest alternatywa.
Czym zatem jest demokracja? Czy jest sposobem wybierania władz i sprawowania kontroli? Czy jest wiarą w to, że wyposażone w nią społeczeństwo zawsze pójdzie prawą ścieżką? Czy demokracja wyczerpuje i zamyka drogę postulatom poprawy i przemian? Czy demokracja to wybór lepszy, gorszy i czy w ogóle inny od dyktatury (swego szatańskiego brata bliźniaka)?
Demokracja nie wyczerpuje niczego, co więcej - ona nie istnieje. Demokracja to mit prywatnej własności, która posługuje się nią w razie potrzeby - w chwili gdy demokracja nie jest jej potrzebna do gry wchodzi ostra amunicja i kryzys. Wobec tego - sam postulat demokracji zakrywany jest przez cień haseł Wielkiej Rewolucji Francuskiej - Wolność, Równość, Braterstwo. Demokracja nie jest orężem ludzi dążących do zmian, ani ludzi rewolucji - nie będzie prawdziwym postulatem na sztandarach przemian. Równość - oto prawdziwa demokracja, oto gwarancja prawdziwie równych szans, a równe, coraz większe szanse i szersza wiedza to gwarant braterstwa i wolności - do której droga wiedzie przez współpracę.
Rozbroimy i rozbrajamy "demokrację". Wstawiamy w to miejsce socjalizm, sprawiedliwy podział dóbr i społeczną własność. I musimy to robić, czasem nawet w samotności. Ludzie sami się nie przeciwstawią, bo nie znają i nie rozumieją zmistyfikowanej rzeczywistości, w której hegemonia i dominacja ośrodków ideologii kapdemokracji ich przytłacza. Ale, społeczeństwo wyczuwa przesłanki, które prowadzić będą do nadejścia alternatywy, bo za każdym razem gdy demokracja przestaje działać, zaczyna działać śmiertelny - dla swych wrogów - postulat równości.
Wiara w demokracją parlamentarną, która jest dziś uważana za największe osiągnięcie gatunku ludzkiego i ukoronowanie jego świętości to dziś wiara przebrzmiała, wiara czasów minionych, wiara trupa. Z wiarą tego rodzaju jest tak samo jak z - portretowaną dziś w filmach kostiumowych - wiarą ludzi średniowiecznych, gorąco wierzących w boski i ponadludzki mandat króla do sprawowania przez niego władzy absolutnej. Demokracja jest dziś ulubionym argumentem do wywoływania wojen, podejmowania krwawych i brzemiennych w złe skutki decyzji, jest orężem niszczenia sprzeciwu w wymiarze gospodarczym, kulturowym, humanistycznym i codziennym. Dzisiejsza demokracja - demokracja kapitalizmu to kaganiec, który zakładany jest społeczeństwu - kaganiec uniemożliwiający rozwój, przejście w prawdziwą samodzielność, a nawet wysuwanie samych postępowych żądań. Wiara w Zachodnią Demokracją i idące za nią "zachodnie wartości" to rezerwacja miejsca w kościele wierzących w przewagę jednostki nad siłą pieniądza - w rządzonym przez kapitał kapitalizmie. Demokracja dana panom i niewolnikom nie przedstawia sobą większej wartości. Dzisiaj demokracja jest ostatnią linią obrony władz, które nie potrafią wyobrazić sobie innego, sprawiedliwszego systemu. Nie potrafią? Nie, one nie chcą tego zrobić, słusznie boją się - bo wiedzą czym jest alternatywa.
Czym zatem jest demokracja? Czy jest sposobem wybierania władz i sprawowania kontroli? Czy jest wiarą w to, że wyposażone w nią społeczeństwo zawsze pójdzie prawą ścieżką? Czy demokracja wyczerpuje i zamyka drogę postulatom poprawy i przemian? Czy demokracja to wybór lepszy, gorszy i czy w ogóle inny od dyktatury (swego szatańskiego brata bliźniaka)?
Demokracja nie wyczerpuje niczego, co więcej - ona nie istnieje. Demokracja to mit prywatnej własności, która posługuje się nią w razie potrzeby - w chwili gdy demokracja nie jest jej potrzebna do gry wchodzi ostra amunicja i kryzys. Wobec tego - sam postulat demokracji zakrywany jest przez cień haseł Wielkiej Rewolucji Francuskiej - Wolność, Równość, Braterstwo. Demokracja nie jest orężem ludzi dążących do zmian, ani ludzi rewolucji - nie będzie prawdziwym postulatem na sztandarach przemian. Równość - oto prawdziwa demokracja, oto gwarancja prawdziwie równych szans, a równe, coraz większe szanse i szersza wiedza to gwarant braterstwa i wolności - do której droga wiedzie przez współpracę.
Rozbroimy i rozbrajamy "demokrację". Wstawiamy w to miejsce socjalizm, sprawiedliwy podział dóbr i społeczną własność. I musimy to robić, czasem nawet w samotności. Ludzie sami się nie przeciwstawią, bo nie znają i nie rozumieją zmistyfikowanej rzeczywistości, w której hegemonia i dominacja ośrodków ideologii kapdemokracji ich przytłacza. Ale, społeczeństwo wyczuwa przesłanki, które prowadzić będą do nadejścia alternatywy, bo za każdym razem gdy demokracja przestaje działać, zaczyna działać śmiertelny - dla swych wrogów - postulat równości.
sobota, 28 stycznia 2012
Internetowa wojna patentowa (ACTA w IV aktach)
I
Świadome działanie
Świadome działanie
Zaostrzanie regulacji dotyczących praw autorskich i inwigilacji w internecie to krok podejmowany przez system, który jest w pełni świadom tego co robi. To właśnie może zaskakiwać. Sfera internetu, sieci, która była dotychczas przestrzenią fikcyjnej wolności zniewolonych mas pracujących i która służyła na rzecz pacyfikacji potencjalnego gniewu społecznego oferując wirtualną karierę i pozorny dostęp do wszelkich dóbr kultury jest zamykana i ograniczana mocą tej samej siły, której dotychczas służyła. Czy system popełnia błąd, czy działa dalej zgodnie z planem? Wydaje się, że i jedno i drugie, z jednej strony masowa histeria i paniczny lęk, który zrodził się w społeczeństwie na pewno nie był planowanym przez twórców umowy efektem, można więc nazwać to błędem, lub nieprzewidzianą konsekwencją działań. Z drugiej strony, zachodni kapitalizm oparty o święte prawo własności utrzymywał i utrzymuje wysoki poziom życia społeczeństwa w dużej mierze dzięki przewadze patentowej i podążającej za nią przewadze technologicznej - coraz trudniej jest wymuszać zachodniemu kapitalizmowi zyski z praw autorskich na krajach trzeciego świata, stąd ustawodawstwo 'do wewnątrz' wydaje się być naturalną konsekwencją obcięcia finansowania zza granicy i efektem bezradności, jest to próba zdobycia dodatkowego finansowania przy pomocy zaostrzenia dyscypliny wewnętrznej.
II
Apolityczne antyACTA
Apolityczne antyACTA
Protest przeciwko ACTA jest w rzeczy samej dalece apolityczny, stroniący od identyfikacji lewicowej (w Polsce przybierający nawet groteskową formę antysocjalistyczną) - i dzieje się tak dlatego, że 'odurzeni internetem' pragną współpracy z rzeczywistością na dotychczasowych warunkach. Apolityczność to establishmentowość, nologo to logo potencjalnego prawodawcy, to brak problemów w CV, brak przemocy to czysta karta w kartotece policyjnej... Nie mamy do czynienia z buntem Spartakusa, ale z dopominaniem się o należne racje żywnościowe, lub (jak to ma miejsce w tym przypadku) o podtrzymanie dotychczasowej formy transferu określonych danych. Dlatego protesty te (poza nieoczekiwanym dla społeczeństwa swym masowym charakterem) w rzeczywistości niosą sobą pewne potwierdzenie - potwierdzenie zależności i poddaństwa w stosunku do obecnego stanu rzeczy. Takie próby ograniczania 'chleba i igrzysk' miały w przeszłości swe daleko idące konsekwencje, tym razem może być podobnie, ale tylko jeżeli protestujący zaryzykują opowiadając się za alternatywnymi rozwiązaniami i opozycyjną propozycją polityczną - domniemane problemy przy ściąganiu plików z internetu to jednak za mało by skłonić społeczeństwo do wykonania skoku na tak głęboką wodę.
III
Obrona niewoli
Obrona niewoli
Internet nie jest, jak się go czasem usiłuje przedstawić, przestrzenią wolności. Jest środkiem przedłużającym faktyczną działalność produkcyjną jednostek, jest przestrzenią posiłkującą faktyczną, końcową działalność człowieka. Tak też hasła 'obrony wolności' są jednocześnie zakamuflowaną obroną konkretnej niewoli. Internet nie jest miejscem pozbawionym klas społecznych, korzystanie z internetu nie niesie sobą oświecenia. Każdy użytkownik internetu jest jedynie użytkownikiem jego fragmentu. Internet to biblioteka. W bibliotece spotkamy czytelnika dzieł filozofów, książek naukowych, poradników, czytelnika powieści detektywistycznych, miłośnika romansów... Poszczególni przedstawiciele tych czytelniczych gatunków nie muszą się nawet ze sobą zetknąć podczas pobytu w bibliotece - podobnie jest w internecie, gdzie separacja i izolacja poszczególnych partycypantów jest o wiele większa. Wyobrażenia o internecie - w myśl których miałby on być źródłem rzetelnych wiadomości o świecie, prac naukowych, arcydzieł filmowych... są ściśle idealistyczne i egoistyczne. Dla mas, dla druzgocącej większości internet jest dziś biblią, opium i klatką, w której użytkownicy pozamykani są nie przy pomocy ograniczonego spektrum możliwości, lecz przy pomocy ograniczonej siatki poznawczej i ograniczonego wykształcenia. Jedni całe życie tkwią przy półkach z literaturą dla dzieci, inni szukają i docierają dalej. Jeśli internet jest w ogóle 'jakąś wolnością', to jest pozorną wolnością od pracy, wolnością od rzeczywistej, produkcyjnej, właściwej-kapitalistycznej aktywności ludzkiej. Jest wolnością pozorną, bo w istocie służy jako czynnik motywacyjny i stały element procesu produkcji, którego praca i jej owoce są efektem końcowym.
IV
Pragnienie wspólnoty, nieporozumienie i globalny konflikt
Pragnienie wspólnoty, nieporozumienie i globalny konflikt
Warto zastanowić się nad naturą samych protestów. To pospolite ruszenie, które miało miejsce przy okazji organizowania manifestacji oprotestowujących porozumienie ACTA było w ostatnim dwudziestoleciu bez precedensu. Tylko pozornie protesty te były jedynie wyrazem sprzeciwu przeciwko samej umowie ACTA. W istocie, te masowe wystąpienia można interpretować jako bunt przeciwko postępującej degradacji i biedzie. Zgromadzeni wspólnym celem ludzie byli masą kompletnie pozbawioną przez system podmiotowości i poczucia wspólnoty, masą zatopioną w indywidualizmie, który neoliberalizm wdrukował w całe pokolenia. To właśnie o poczucie wspólnoty protestujący zaczęli silnie walczyć i będą je pragnąć podtrzymywać nawet gdy deaktualizacji ulegnie formuła samego protestu i utraci on faktyczną rację bytu. Protestujący to silnie przywiązana do internetu młodzież, pracownicy najemni ery zaostrzającego reguły rynku kapitalizmu i wykształceni bezrobotni, których w Europie szybko przybywa - głównie dlatego, że miejsca pracy w przemyśle wyemigrowały na wschód, a zawęża się i usztywnieniu ulega zatrudnienie w usługówce i na rynku wykwalifikowanej siły roboczej. Najważniejszym celem umowy ACTA było i jest egzekwowanie płatności za amerykańskie patenty - przy czym chodzi przede wszystkim o wykorzystywanie ich na skalę przemysłową, nie indywidualną i jednostkową. W chwili obecnej państwa, które zadeklarowały, że podpiszą umowę najprawdopodobniej wycofają się z tego postanowienia, by szukać i podpisać w przyszłości umowę podobną, lecz konkretyzującą i zawężającą swe oddziaływanie do skali przemysłowej, międzynarodowej. W ten sposób skutki wprowadzenia "ACTA2" będą mogły ominąć indywidualnych internautów i ku ich niewiedzy/milczącej zgodzie oddziaływać na sprzedaż i produkcję leków generycznych, produktów zastępczych itp. Zaostrzanie kar za łamanie praw autorskich może być wstępem, przygotowaniem do prawdziwej wojny patentowej, na którą szykują się Stany Zjednoczone z Chinami. Dla Chińskiej Republiki Ludowej i innych krajów Azji, a także Ameryki Południowej podpisanie podobnej choćby umowy nie wchodzi w rachubę - dlatego też 'Zachód' chce ograniczyć wymianę danych w internecie i mieć ją pod całkowitą kontrolą służb rządowych.
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Fałszywe hasła demokracji
Na fali Hiszpańskich Protestów narodził się głęboki optymizm związany z propagowaniem szeroko rozumianych wartości demokratycznych. Demokracja, jak w "Liście otwartym do partii"[1] Sławomira Sierakowskiego, opisywana jest jako przewrotnie funkcjonująca kreatura. Narodziła się już świadomość, że demokracja funkcjonująca w ramach kapitalizmu bynajmniej nią nie jest. Zarówno nierówny dostęp do edukacji, kultury czy akumulacja kapitału w rękach nielicznych tworzą z demokracji w kapitalizmie pusty frazes. W rzeczywistości współczesna demokracja liberalna jest panowaniem kapitału, co też autor wyżej wspomnianego tekstu sam zauważa. Nie można jednak zawęzić perspektywy politycznej do perspektywy narodowej, a tym bardziej do perspektywy Polski. Wolny rynek, i działalność kapitału prowadząca w efekcie do turboglobalizacji uniemożliwiają podmiotom narodowym samostanowienie. I wbrew pozorom nie jest to jednoznacznie negatywny proces. Tak jak, nie ma szans zafunkcjonować żadna autarkia, tak siła globalnego kapitału pobudza i tworzy organizmy o rosnącej skali i coraz większych wpływach. Demokracja współcześnie nie tylko nie stanowi kategorii narodowej, lecz nie stanowi również żadnej alternatywy, żadnej konkretnej odpowiedzi, żadnej propozycji. Ze wszczepionym kulturowo w umysły pojęciem 'demokracji' społeczeństwo staje się niezdolne do rozróżniania panujących hierarchii ekonomicznych. Każda niemalże wieś w Polsce jest zniewolona decyzjami państwowymi, w ten sam sposób funkcjonuje Unia Europejska - i jest to proces od którego realny odwrót stanowi jedynie narodowy socjalizm i ideologie faszystowskie, rozpoczynające się wraz z marzeniami o polityce narodowo konstruowanej demokracji. Dlatego, skazani jesteśmy na szersze byty polityczne, i na udział w walce ideologicznej jaka trwa, ustalając ich charakter.
Ta walka nie toczy się jednak między demokracją a socjalizmem, między demokracją a totalitaryzmem. Za demokracją stoi wolny rynek, za wolnym rynkiem stoi władza nielicznych, mediokracja i oligarchia. Innymi słowy, to wciąż ten sam, nasz stary znajomy - kapitalizm - równie imperialny co dawniej. Temu systemowi przeciwstawiony może zostać jedynie socjalizm. Ale nie socjalizm, jakim próbuje się go dzisiaj przedstawiać [a na rzecz walki ideologicznej poświęca się socjalizmowi, z nieznanych pozornie przyczyn, mnóstwo czasu]. Od dawna już tylko pustym frazesem są pożądane przez wielu rządy socjaldemokracji, które miałyby być tym lekarstwem. Socjalkapitalizm - negocjacja z kapitalizmem prowadzona przez socjaldemokrację, która dochodzi do władzy -nie daje rezultatu. "Bo zwiększyłaby deficyt, obniżyła reiting, wypędziłaby kapitał do sąsiada, tworząc zagrożenie dla całej krajowej gospodarki."[1] Tym samym prowadzona przez parlamentarne, socjaldemokratyczne siły walka wewnątrz zasad funkcjonowania kapitalizmu wolnorynkowego - i zgodna z nim co do mechaniki gospodarczej - nie ma racji bytu. Zastąpić ją muszą bardziej radykalne formy organizowania się społeczeństw.
Spontaniczne protesty mają to do siebie, że ich efekty są dalece przypadkowe, a rezultaty, tak jak ruchu w Hiszpanii często niesprecyzowane. Uwięzione w sidła języka 'demokracji' społeczeństwa chcą wystrzegać się sposobów działania swoich władców. Dlatego niewolnicy nie zakładają partii, które obecnie wyjątkowo skutecznie nimi rządzą. Atomizacja i indywidualizacja w samotną wysepkę każdej jednostki ludzkiej staje się powodem do dumy i dowodem na nieskazitelność ruchu, chwalona bezideologiczność to jednocześnie bezpłciowość, brak wpływów i nieszkodliwy charakter. Mamy więc Zizkovy protest, który jednocześnie jest lekarstwem na prawdziwy protest, tak jak ciastka bez cukru, kawa bez kofeiny i pragnienie rewolucji ze staniem z transparentem. Co ciekawe, do tej apolitycznej, pozapartyjnej i zdezorganizowanej działalności nawołuje nie kto inny, jak redaktor naczelny pisma otrzymującego dotację wysokości 140 tysięcy złotych [2] wprost z hojnych rąk ministra Bogdana Zdrojewskiego.
Konkluzją z tego wywodu nie jest jednak bezsilność. To, że w skali narodowej zrobić wiele nie sposób wiadomo przecież od dawna. Prawie cały wiek XX naznaczony był walką dwóch części świata, tej kapitalistycznej i tej realnie socjalistycznej - starcia gigantów nie od dziś stanowią o geopolitycznym układzie świata. Tęsknota za demokracją narodową jest jeszcze poparta resztką rozsądku tam, gdzie wewnątrz kapitalistycznej hierarchii kraj ten zajmuje wysokie miejsce. Tak o sobie mogą powiedzieć Niemcy, USA czy Chiny [nie mniej autorytarne od Stanów]. Dla reszty, demokracja, to kłamliwie, pięknie zapakowana kiełbasa z dyskontu - w rzeczywistości wstrętna, nie do jedzenia. Walka klas, walka polityczna toczy się w realiach postępującej globalizacji, i odpowiedzią na nią nie jest, ani - łatwy dziś do zdyskredytowania - narodowy socjalizm, ani ułuda demokratycznej samodzielności wewnątrz enklaw bogatszego kapitalizmu - szczególnie dla krajów bez podstaw do bycia takimi enklawami. Tą odpowiedzią są przesuwające się w stronę socjalizmu koalicyjne rządy, na coraz większą skalę. To Europarlament jest dzisiaj miejscem prawdziwej, politycznej walki o przyszłość Europy - Europy, która sama zaczyna znaczyć coraz mniej. Tak jak rozsypała się Solidarność i nie pozostały po upadku PRL żadne znaczące partie czy struktury by podtrzymywać jej potencjalne lewe skrzydło i przełożyć je na organa władzy, tak to co z niej zostało nie przyniosło socjaldemokracji. Zamiast tego - niewolnictwo w stosunku do interesów globalnego kapitału, który podbił po prostu kolejną wioskę, ujednolicając i poszerzając wolny - dla siebie - rynek.
Populizm i pasywność dzisiejszych partii na Polskiej scenie politycznej to prosty pragmatyzm i świadomość braku suwerenności ekonomicznej. Paradygmat ekonomiczny jaki rządzi Polską i Europą można zmienić - by to zrobić, trzeba jednak mu zagrozić. Jeśli okaże się, że spłacanie kredytów jest drugorzędne wobec pieniędzy na jedzenie i mieszkanie, cały "wcielony nierozum"[1] szybko może dokonać żywota. Socjalistyczna w perspektywie Europa / czy jej część/, miałaby jednak wrogów, szczególnie byliby nimi ci, dla których z końcem wolności inwestycyjnej i wolności spekulacyjnej dobiegłaby końca demokracja - a takich jest wielu. By przełożyć współczesne hiszpańskie pragnienie demokracji na konkretne postulaty musielibyśmy się przesunąć jednak w stronę - zbyt niebezpiecznych dla wielu rejonów - pewnej ideologii, która zatruta w umysłach została wieloletnią, zmasowaną propagandą - a zatruwana była i jest, nieprzypadkowo.
[1] http://www.krytykapolityczna.pl/KrytykaPolitycznawmediach/SierakowskiListotwartydopartii/menuid-1.html
[2] Tygodnik NIE, nr 25, 2011 Rok, strona 15
Ta walka nie toczy się jednak między demokracją a socjalizmem, między demokracją a totalitaryzmem. Za demokracją stoi wolny rynek, za wolnym rynkiem stoi władza nielicznych, mediokracja i oligarchia. Innymi słowy, to wciąż ten sam, nasz stary znajomy - kapitalizm - równie imperialny co dawniej. Temu systemowi przeciwstawiony może zostać jedynie socjalizm. Ale nie socjalizm, jakim próbuje się go dzisiaj przedstawiać [a na rzecz walki ideologicznej poświęca się socjalizmowi, z nieznanych pozornie przyczyn, mnóstwo czasu]. Od dawna już tylko pustym frazesem są pożądane przez wielu rządy socjaldemokracji, które miałyby być tym lekarstwem. Socjalkapitalizm - negocjacja z kapitalizmem prowadzona przez socjaldemokrację, która dochodzi do władzy -nie daje rezultatu. "Bo zwiększyłaby deficyt, obniżyła reiting, wypędziłaby kapitał do sąsiada, tworząc zagrożenie dla całej krajowej gospodarki."[1] Tym samym prowadzona przez parlamentarne, socjaldemokratyczne siły walka wewnątrz zasad funkcjonowania kapitalizmu wolnorynkowego - i zgodna z nim co do mechaniki gospodarczej - nie ma racji bytu. Zastąpić ją muszą bardziej radykalne formy organizowania się społeczeństw.
Spontaniczne protesty mają to do siebie, że ich efekty są dalece przypadkowe, a rezultaty, tak jak ruchu w Hiszpanii często niesprecyzowane. Uwięzione w sidła języka 'demokracji' społeczeństwa chcą wystrzegać się sposobów działania swoich władców. Dlatego niewolnicy nie zakładają partii, które obecnie wyjątkowo skutecznie nimi rządzą. Atomizacja i indywidualizacja w samotną wysepkę każdej jednostki ludzkiej staje się powodem do dumy i dowodem na nieskazitelność ruchu, chwalona bezideologiczność to jednocześnie bezpłciowość, brak wpływów i nieszkodliwy charakter. Mamy więc Zizkovy protest, który jednocześnie jest lekarstwem na prawdziwy protest, tak jak ciastka bez cukru, kawa bez kofeiny i pragnienie rewolucji ze staniem z transparentem. Co ciekawe, do tej apolitycznej, pozapartyjnej i zdezorganizowanej działalności nawołuje nie kto inny, jak redaktor naczelny pisma otrzymującego dotację wysokości 140 tysięcy złotych [2] wprost z hojnych rąk ministra Bogdana Zdrojewskiego.
Konkluzją z tego wywodu nie jest jednak bezsilność. To, że w skali narodowej zrobić wiele nie sposób wiadomo przecież od dawna. Prawie cały wiek XX naznaczony był walką dwóch części świata, tej kapitalistycznej i tej realnie socjalistycznej - starcia gigantów nie od dziś stanowią o geopolitycznym układzie świata. Tęsknota za demokracją narodową jest jeszcze poparta resztką rozsądku tam, gdzie wewnątrz kapitalistycznej hierarchii kraj ten zajmuje wysokie miejsce. Tak o sobie mogą powiedzieć Niemcy, USA czy Chiny [nie mniej autorytarne od Stanów]. Dla reszty, demokracja, to kłamliwie, pięknie zapakowana kiełbasa z dyskontu - w rzeczywistości wstrętna, nie do jedzenia. Walka klas, walka polityczna toczy się w realiach postępującej globalizacji, i odpowiedzią na nią nie jest, ani - łatwy dziś do zdyskredytowania - narodowy socjalizm, ani ułuda demokratycznej samodzielności wewnątrz enklaw bogatszego kapitalizmu - szczególnie dla krajów bez podstaw do bycia takimi enklawami. Tą odpowiedzią są przesuwające się w stronę socjalizmu koalicyjne rządy, na coraz większą skalę. To Europarlament jest dzisiaj miejscem prawdziwej, politycznej walki o przyszłość Europy - Europy, która sama zaczyna znaczyć coraz mniej. Tak jak rozsypała się Solidarność i nie pozostały po upadku PRL żadne znaczące partie czy struktury by podtrzymywać jej potencjalne lewe skrzydło i przełożyć je na organa władzy, tak to co z niej zostało nie przyniosło socjaldemokracji. Zamiast tego - niewolnictwo w stosunku do interesów globalnego kapitału, który podbił po prostu kolejną wioskę, ujednolicając i poszerzając wolny - dla siebie - rynek.
Populizm i pasywność dzisiejszych partii na Polskiej scenie politycznej to prosty pragmatyzm i świadomość braku suwerenności ekonomicznej. Paradygmat ekonomiczny jaki rządzi Polską i Europą można zmienić - by to zrobić, trzeba jednak mu zagrozić. Jeśli okaże się, że spłacanie kredytów jest drugorzędne wobec pieniędzy na jedzenie i mieszkanie, cały "wcielony nierozum"[1] szybko może dokonać żywota. Socjalistyczna w perspektywie Europa / czy jej część/, miałaby jednak wrogów, szczególnie byliby nimi ci, dla których z końcem wolności inwestycyjnej i wolności spekulacyjnej dobiegłaby końca demokracja - a takich jest wielu. By przełożyć współczesne hiszpańskie pragnienie demokracji na konkretne postulaty musielibyśmy się przesunąć jednak w stronę - zbyt niebezpiecznych dla wielu rejonów - pewnej ideologii, która zatruta w umysłach została wieloletnią, zmasowaną propagandą - a zatruwana była i jest, nieprzypadkowo.
[1] http://www.krytykapolityczna.pl/KrytykaPolitycznawmediach/SierakowskiListotwartydopartii/menuid-1.html
[2] Tygodnik NIE, nr 25, 2011 Rok, strona 15
sobota, 6 lutego 2010
Wartości w obliczu kryzysu
Czymże jest obecna scena polityczna Polski, i krajów Unii Europejskiej, jeśli nie niewielkimi rozbieżnościami na tle większej, szerszej zgody. Zarówno środowiska prawicy - u tych skrajnych i nawet liberalizujących jest to widoczne gołym okiem, jak i partie centrum, oraz niemalże wszystkie partie tzw. Lewicy Europy [czy też socjaldemokracji], połączone są powszechną zgodą co do jedynej słusznej, obieranej przez wszystkich dochodzących do władzy na wysokich szczeblach wizji polityki czy kursu polityki zagranicznej.
Zasadniczo, najbardziej wymownym jest wybór Baracka Obamy na prezydenta. Jakakolwiek jego ideowa strona, która przynajmniej powierzchownie powinna przybierać formę centrolewicową, przechodzi w wizerunek wręcz nacjonalistyczny. Gdy usłyszymy, że Prezydent Obama, w wywiadzie skierowanym do pop odbiorcy, głosi, iż USA to najlepszy i posiadający największą słuszność kraj na Ziemii, nie reaguje kompletnie nikt.
Świat w obecnym wymiarze, dla człowieka UE czy USA, kończy się najdalej na Polsce, dalej pozostając bezkształtną masą, którą porównywać można w łagodnym wydaniu do skrajnie odmiennej egzotyki, niczym ananasa w stosunku do jabłek, gdzie jeszcze, pojawić może się przynajmniej szacunek dla odmienności. Najczęściej wszystko wpada jednak w szeroko zakrojony rasizm kulturowy, przez mnożenie wirtualnych różnic, poprzez wyolbrzymianie kontrastów czy obrazowanie wschodu jako czegoś jeśli nie złego u podstaw, to przynajmniej na tyle odmiennego, że nie nadającego się miejsca do życia dla każdego "Człowieka Zachodu", a w domyśle "Człowieka Normalnego".
Ciężko bowiem wyobrazić sobie, by duch demokracji, zatryumfował na skalę światową. Sterylny Zachód, zdaje sobie sprawę, że gdyby za klaśnięciem w dłonie, ustrój świata zmienił się w weryfikowalną demokrację, to przypuszczalny "Front Zjednoczenia Zachodu" zgarnąłby w najlepszym wypadku 20 procent udziału w światowym parlamencie.
Wydaje się, że kompletnie nienaruszalną jest dominacja tego typu języka, i tego typu postaw, strachu, wrogości i niezrozumienia. Łatwo jest sobie wtenczas wyobrazić, że konkretne grupy i osoby o największych korzyściach z obecnego układu, nie zawahają się kompletnie przed niczym, by tą "uduchowioną", pełną fikcyjnych wartości Europę i bogaty Zachód utrzymać zdala, od kontrolowanej przez siebie reszty świata. Internacjonalizm czy Kosmopolityzm, wydaje się w zaniku, co światlejsi liberalni, bądź umiarkowani obywatele, rozszerzyli swe szerokie pojęcie do granic możliwości, zatrzymując się na Unii Europejskiej, i ani kroku dalej.
Świat w obecnym wymiarze, dla człowieka UE czy USA, kończy się najdalej na Polsce, dalej pozostając bezkształtną masą, którą porównywać można w łagodnym wydaniu do skrajnie odmiennej egzotyki, niczym ananasa w stosunku do jabłek, gdzie jeszcze, pojawić może się przynajmniej szacunek dla odmienności. Najczęściej wszystko wpada jednak w szeroko zakrojony rasizm kulturowy, przez mnożenie wirtualnych różnic, poprzez wyolbrzymianie kontrastów czy obrazowanie wschodu jako czegoś jeśli nie złego u podstaw, to przynajmniej na tyle odmiennego, że nie nadającego się miejsca do życia dla każdego "Człowieka Zachodu", a w domyśle "Człowieka Normalnego".
Ciężko bowiem wyobrazić sobie, by duch demokracji, zatryumfował na skalę światową. Sterylny Zachód, zdaje sobie sprawę, że gdyby za klaśnięciem w dłonie, ustrój świata zmienił się w weryfikowalną demokrację, to przypuszczalny "Front Zjednoczenia Zachodu" zgarnąłby w najlepszym wypadku 20 procent udziału w światowym parlamencie.
Wydaje się, że kompletnie nienaruszalną jest dominacja tego typu języka, i tego typu postaw, strachu, wrogości i niezrozumienia. Łatwo jest sobie wtenczas wyobrazić, że konkretne grupy i osoby o największych korzyściach z obecnego układu, nie zawahają się kompletnie przed niczym, by tą "uduchowioną", pełną fikcyjnych wartości Europę i bogaty Zachód utrzymać zdala, od kontrolowanej przez siebie reszty świata. Internacjonalizm czy Kosmopolityzm, wydaje się w zaniku, co światlejsi liberalni, bądź umiarkowani obywatele, rozszerzyli swe szerokie pojęcie do granic możliwości, zatrzymując się na Unii Europejskiej, i ani kroku dalej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
