Święto Wojska Polskiego stało się wspaniałą okazją do hucznego
zamanifestowania narodowego militaryzmu. Zamiast zdystansowanej,
historycznej refleksji i dnia pamięci o ofiarach przeszłych wojen święto
to jest dla władz czymś na kształt wezwania do wielkiej mobilizacji i
ciągłej bitwy.
Te bitwy, które rzekomo mają nadejść to bitwy z Talibami, Ruskimi i
wszystkimi tymi, których zwalcza nasz Wielki Brat z Ameryki. Gdy Bush
marzył o tarczy antyrakietowej i projektował ją w swoich myślach nie
przypuszczał chyba nawet tego, jak silnie obraz ten zapisze się w
świadomości polskich elit. To, co dla USA jest prostym planem
strategicznym skierowanym przeciwko Rosji i mającym na celu odbieranie
wpływów Moskwie przy pomocy pożytecznego idioty (Polski), dla nas miało
stać się sensem życia i usprawiedliwieniem naszego istnienia w świecie.
Tak właśnie tarcza antyrakietowa stała się Świętym Graalem polskiej prawicy.
To tarcza ma udowodnić powagę naszej misji i naszej dziejowej,
antybolszewickiej misji, to tarcza ma uczynić z nas światową potęgę
militarną, kraj którego inne kraje miałyby się obawiać... Takie są
marzenia naszych elit rządzących, tak zaszczepiono w wyobraźni prawicy
zwykłe sługusostwo.
Obama, który zwlekał i zwlekał, aż zaniechał budowy tarczy
antyrakietowej nie przypuszczał nawet jak głębokie uczucia
lumpenpatriotyczne, kwitnące w umysłach prawicy, zdradził (Czarni po
prostu nie rozumieją naszej misji!). Tak się nie godzi. To było dla
prawicy nie do zniesienia.
I tak powstał projekt Polskiej Tarczy Antyrakietowej. No może nie
dosłownie tarczy, no może bez satelity wystrzelonego w kosmos, może bez
najnowocześniejszej technologii... może skończy się na nielatającej
replice samolotu bojowego... nieważne! Liczy się idea i tę ideę prawica
gotowa jest nawet realizować (niestety przy pomocy prawdziwych, nie
zabawkowych, pieniędzy, do tego w dużych ilościach).
I tak, pośród błogosławionych szeregów wojsk kolonialnych (które
wspaniale przysłużyły się ojczyźnie w Iraku i Afganistanie) Prezydent
Komorowski rozpościera przed nami wizje polskiego imperializmu, polskiej
potęgi wojskowej. W rocznicę bitwy warszawskiej ma to szczególne
znaczenie.
Historia podobno lubi się powtarzać.
Jeśli bolszewik ze wschodu uderzy po raz drugi (a przecież nastąpić ma
to lada chwila) będziemy zwarci i gotowi. Jeśli tylko zdążymy wezwać z
powrotem trzy miliony emigrantów, jeśli zdołamy ustawić naszą tarczę w
widocznym miejscu (by siała lęk niczym strach na wróble), jeśli wszyscy
na czas wrócą z pielgrzymek - dzień to będzie ich ostatni!
Amen.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą militaryzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą militaryzm. Pokaż wszystkie posty
piątek, 24 sierpnia 2012
wtorek, 7 sierpnia 2012
Europa nie pomoże cz I&II
I
Polska jest na samym dnie Unii Europejskiej. Przejmujemy się protestami i ruchami społecznymi w Hiszpanii i Grecji, ale kryzys tych państw jest niczym w porównaniu z sytuacją gospodarczą Polski i skalą wyzysku w naszym kraju. To co przynosi niezadowolenie i bunt gdzie indziej u nas dawno już stało się normą. Unia Europejska nie jest organizmem jednorodnym, jest organizmem wzajemnie oddziałujących na siebie narodów, w przypadku Polski wymiana ta ma na celu przede wszystkim kradzież i wywłaszczenie.
Zachodni robotnicy, którzy walczą o swoją wysoką płacę minimalną są zajęci własnym interesem i sytuacja Polski nie mieści się w ich horyzoncie zainteresowań. Co więcej, dobra koniunktura w krajach zachodniej Europy żywi się tanią robocizną, której dostarczają Polacy. Drenaż mózgów, emigracja robotników, wolna amerykanka dla zagranicznego kapitału to narzędzia, które pozwalają okradać nas w zgodzie z literą prawa. W ten właśnie sposób Unia Europejska wypracowała szeroki wachlarz metod, dzięki którym Polska na stałe traci gospodarczą podmiotowość i samodzielność.
Dopóki Unia Europejska nie stanie się prawdziwą federacją, o charakterze socjalistycznym i robotniczym, dopóty nierówności i przepaście między poszczególnymi państwami będą nastawiać klasę robotniczą poszczególnych państw przeciwko sobie. Za konfliktem między różnymi odłamami klasy robotniczej stoi oczywiście kapitał i jego ideologia, tworząca z tych najbardziej uprzywilejowanych pracowników swoją wierną gwardię. Wydostać się z tych sideł nie jest łatwo, szczególnie jeśli władze kraju sprzyjają kapitalistycznej polityce tworzenia tych nierówności...
Polska znajduje się na szarym końcu unijnego ogonka i to właśnie my musimy coś z tym zrobić, cud z Brukseli nie nadejdzie. Lewica przyzwyczajona wyłącznie do sekundowania zachodnim robotnikom zapomina o ich niezwykle uprzywilejowanym położeniu. Zachodni ruch robotniczy to w większości ruch tradeunionizmu, ruch konserwatywnej walki o swoje – narodowe – przywileje w ramach imperialistycznego kapitalizmu – którego łupem padamy niestety i my.
Można rzec, że doili nas (i doją nadal) aż przywykliśmy. Słabość naszej lewicy i brak klasowych związków zawodowych nie pozwalają na walkę o godność polskiego robotnika w sytuacji, w której to jemu w Europie dzieje się najgorzej. Stąd też klęska i niekompatybilność wszelkich ‘zachodnich recept’, których targetem jest bogata arystokracja pracy, mogąca liczyć na zyski z trzeciego świata i z kolonii takich jak Polska. Symulowana ‘zachodnia demokracja’ przyjmuje w Polsce postać komediową, bowiem brakuje u nas „społeczeństwa obywatelskiego”, charakteryzującego się silną podmiotowością wynikającą wprost z zasobności portfela. Ten portfel w przypadku Polski jest pusty. Będąc zapatrzonymi we francuską klasę robotniczą lewicowi działacze nie myślą o kolonialnej przeszłości i kolonialnej teraźniejszości tego kraju. W chwili obecnej francuski internacjonalizm to wspomnienie, które w naszej kolonii żyje jeszcze z sentymentu dla Napoleona, którym nakarmiono nas poprzez hymn...
II
Cele Polski i naszej klasy robotniczej są po prostu inne od celów najbogatszych krajów europejskich. Sytuacja wyzyskiwanych wymaga walki o jej zmianę. Europa nie pomoże. Europa będzie milczeć i będzie zadowolona jeśli jej niewolnicy także będą milczeć. Walka o polepszenie bytu polskiego pracownika to walka w sercu Europy z całą liberalną maszynerią, którą Unia Europejska wypracowała i którą pacyfikuje każdy opór. Możliwość wyjazdu zarobkowego i inne bajki o unijnej wspólnocie bledną przy porównaniu płacy minimalnej poszczególnych krajów. Unijna Federacja, jeśli w ogóle powstanie, pozostanie również Unią dwóch prędkości i różnych standardów – o ile nie upomnimy się o równe prawa i nie będziemy o nie walczyć.
Walka polityczna to w przypadku pracowników najemnych walka o klasową świadomość i jej zmianę, która rodzi się dopiero w ogniu politycznych sporów i konfliktów. Świadomość klasy robotniczej zależna jest od przyjmowanej przez nią ideologii, którą wytwarza systemowa hegemonia. Każda klasa społeczna stać się może narzędziem doktryny liberalizmu, faszyzmu, konserwatyzmu… W przypadku klasy robotniczej nie jest inaczej. Z nadania nie posiadania ona nic. Każda klęska i ułomność pracowników zostanie wykorzystana przez kapitalizm, który bezlitośnie i metodycznie umacnia swoją władzę nad ogółem społeczeństwa. O wszystkim finalnie decyduje więc poziom świadomości klasowej. Ale rzeczona świadomość klasowa – jak już zostało napisane – może być różna i nie zawsze pozostaje w zgodzie z interesem całej, wielkiej klasy robotniczej.
Konflikt poszczególnych gospodarek, poszczególnych państw, a nawet konflikt poszczególnych klas robotniczych może być w swej treści konfliktem burżuazyjno-robotniczym. W tęsknocie za autentyczną świadomością klasową działacze państw-kolonii zerkają na państwa wchodzące w skład imperium, gdzie podmiotowa klasa robotnicza posiada świadomość swojego uprzywilejowania i świadomość korzyści płynących dla niej z polityki imperializmu. W taki właśnie sposób mylona jest wysoka świadomość swojego klasowego położenia, którą posiadają zachodni robotnicy z lewicową, internacjonalistyczną świadomością socjalistyczną. Świadomość jednych i drugich pracowników jest nieprzekładalna, bo nieprzekładalne są i interesy, różne są usytuowania. Dla jednych celem jest trwanie w ekstraklasie kapitalizmu i zbieranie jego owoców (zrywanych gdzie indziej), dla drugich celem jest wyrwanie się ze szpon kapitalizmu kolonialnego i odrzucenie tego systemu.
Dlatego Szwecję - o której tak wielu marzy - w Polsce trzeba dopiero wywalczyć i zdobyć przy pomocy rewolucyjnych haseł i rewolucyjnego, socjalistycznego programu. Dlatego kryzys, czy jego brak w Europie nie wpłynie na złą sytuację polskich pracowników najemnych. Dlatego też europejski socjal sytych uprzywilejowanych omija i omijał będzie Polskę. Dlatego też skupić należy się przede wszystkim na polityce na własnym podwórku...
Moda na morderców
Chris Kyle, czyli "najskuteczniejszy snajper w historii USA" nie kryje
swojego dorobku, a wręcz przeciwnie - chwali się i szczyci tym, że
podczas amerykańskiej inwazji na Irak zabił co najmniej 160 ludzi. W
Polsce, nakładem wydawnictwa ZNAK właśnie ma ukazać się autobiograficzna
książka Kyle'a, zatytułowana "Cel Snajpera".
W świecie celebrytów, ludzi słynnych z tego, że są słynni prawdziwie autentyczne osiągnięcie Chrisa Kyle'a budzi wielki szacunek. Promocją jego osoby i działalności zajęły się wszystkie polskie czołowe portale internetowe. Kyle traktowany jest jak człowiek, który spełnił swój patriotyczny obowiązek, wykazał się męstwem, odwagą i stanowi wzór do naśladowania. Całą robotę odwala w tym przypadku liczba. 160 zabitych brzmi jak dobry wynik w grze komputerowej, takiej jak Counter Strike czy innej, z licznego grona niezwykle modnych gier-strzelanek. Fetowanie osiągnięcia tego mordercy wydaje się nie mieć końca. Musimy mieć jednak świadomość tego, że w imperialistycznych wojnach zginęło nie 160, a setki tysięcy osób, Chrisów Kyle'ów jest więc cała rzesza, prawdziwa chmara.
Do czego musiało dojść, żeby snajper-morderca mógł stać się herosem zachodniej cywilizacji (tej cywilizacji, która zawsze szczyciła się swoim humanizmem i etyką postępowania)? Przede wszystkim dehumanizacji i uprzedmiotowieniu ulec musieli mieszkańcy państw Wschodu, w szczególności Irakijczycy, których narodowość stała się tożsama z pojęciem terroryzmu. Dzięki temu Chris Kyle zabijając terrorystów, zabijał nie ludzi, a zagrażające nam zjawisko - terroryzm. Gloryfikacja amerykańskich morderców i polskich okupantów przychodzi łatwo, bo życie ludzkie przestało mieć znaczenie. Kult praw człowieka, o które Zachód zabiega wtedy, gdy chce zaatakować jakieś państwo z pozycji moralnej po to, by następnie usprawiedliwić militarną inwazję to nie kult człowieka, lecz kult wyłącznie Człowieka Zachodniego.
Kapitalizm liberalny przedstawia jednoznaczną wizję człowieka. Człowiek kupuje. Człowiek sprzedaje się na wolnym rynku. Człowiekowi zależy wyłącznie na pieniądzach. Człowiek jest bogaty i zamożny. Człowiek jest piękny i ma 'seksowne' ciało. Człowiekiem jest tylko pan i władca. Człowiekiem jest więc tylko podobny do mnie - do władcy.
Prawa człowieka dotyczą wyłącznie ludzi wpasowujących się w powyższą definicję. Zgodnie z tą definicją człowieka, osoby które nie są kapitalistycznie piękne, nie sprzedają się i nie kupują, nie są władcami, zakrywają ciało... nie są też i ludźmi. Stąd już bardzo krótka droga do wojny, legalnego mordowania i systematycznej likwidacji. Ofiary nie robiły zakupów w centrach handlowych, nie wyjeżdżały na wakacje do ciepłych krajów, nie miały konta na facebooku... a więc nie istniały. Tylko w nielicznych miejscach krążą jeszcze pogłoski, zgodnie z którymi Chris Kyle zlikwidował ludzi a nie ruchome, komputerowe cele o niskim ilorazie sztucznej inteligencji.
Utrata uprzywilejowanej pozycji na światowym rynku pracy jest czymś niewyobrażalnym. Chris Kyle to bohater, który zapewnił Zachodowi niezmierzone ilości Big Maców z McDonalda i tysiące litrów ropy do naszych wspaniałych, błyszczących samochodów. Cóż z tego, że przy okazji nie obyło się bez ofiar, lecz skoro ofiary nie były ludźmi, nikt o nich nie słyszał - żadna z nich nie wystąpiła przecież w "Tańcu z gwiazdami". Chris Kyle, nie Jezus, jest prawdziwym męczennikiem Zachodu. To właśnie Kyle musiał odwalić 'brudną robotę', a jak sam wspomina "miał opory" przed strzelaniem do kobiety z dzieckiem na rękach, ale opory te zdołał w sobie zwalczyć i dzięki temu sięgnął nieba, ideału, złamał ostatnią barierę w obronie 'wartości zachodu', które to umożliwiły i które na to zezwalają.
Na Zachodzie wszyscy szkolą się na Chrisów Kyle'ów. Trening jest bardzo skuteczny. Nie wszystkich zdołano niestety wysłać na czas do Iraku... Być może gdyby sprawcy masakry na premierze "Batmana", Jamesowi Holmesowi zdołano by dostarczyć na czas Irakijczyków zapobieżono by tragedii... Holmes w Iraku byłby kimś użytecznym, może nawet pobiłby rekord Kyle'a.
Chris Kyle może mordować. Polska, Stany Zjednoczone i inne kraje mogą brać udział w wojnach. Społeczeństwa nie reagują. Nie wierzą w to, że inny świat jest możliwy. Ofiara z trupów na zagranicznych wojnach wydaje się być ofiarą skromną i niezauważalną. Gdy ginie jeden z nas - reagujemy. Gdy ginie nie ktoś, a coś i płynie dla nas z tego korzyść... fetujemy.
-----------------------------------
Dopiero co rozpoczęły się Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Przy okazji przemarszu reprezentacji Syrii komentatorowi wymknęło się, że państwa uczestniczące w wojnach nie mogą - zgodnie z prawem olimpijskim - brać udziału w igrzyskach. Dla komentatora jedynym światowym agresorem jest Syria. Nie USA, nie Wielka Brytania, Nie Francja, nie Polska... lecz Syria. Mordercą również nie jest Barack Obama, nie jest nim Nicolas Sarkozy, nie jest nim Chris Kyle. Mordercami są ci, którzy działają przeciw nam, czyli przeciw imperializmowi, kimkolwiek by nie byli, z dzieckiem na rękach lub bez...
W świecie celebrytów, ludzi słynnych z tego, że są słynni prawdziwie autentyczne osiągnięcie Chrisa Kyle'a budzi wielki szacunek. Promocją jego osoby i działalności zajęły się wszystkie polskie czołowe portale internetowe. Kyle traktowany jest jak człowiek, który spełnił swój patriotyczny obowiązek, wykazał się męstwem, odwagą i stanowi wzór do naśladowania. Całą robotę odwala w tym przypadku liczba. 160 zabitych brzmi jak dobry wynik w grze komputerowej, takiej jak Counter Strike czy innej, z licznego grona niezwykle modnych gier-strzelanek. Fetowanie osiągnięcia tego mordercy wydaje się nie mieć końca. Musimy mieć jednak świadomość tego, że w imperialistycznych wojnach zginęło nie 160, a setki tysięcy osób, Chrisów Kyle'ów jest więc cała rzesza, prawdziwa chmara.
Do czego musiało dojść, żeby snajper-morderca mógł stać się herosem zachodniej cywilizacji (tej cywilizacji, która zawsze szczyciła się swoim humanizmem i etyką postępowania)? Przede wszystkim dehumanizacji i uprzedmiotowieniu ulec musieli mieszkańcy państw Wschodu, w szczególności Irakijczycy, których narodowość stała się tożsama z pojęciem terroryzmu. Dzięki temu Chris Kyle zabijając terrorystów, zabijał nie ludzi, a zagrażające nam zjawisko - terroryzm. Gloryfikacja amerykańskich morderców i polskich okupantów przychodzi łatwo, bo życie ludzkie przestało mieć znaczenie. Kult praw człowieka, o które Zachód zabiega wtedy, gdy chce zaatakować jakieś państwo z pozycji moralnej po to, by następnie usprawiedliwić militarną inwazję to nie kult człowieka, lecz kult wyłącznie Człowieka Zachodniego.
Kapitalizm liberalny przedstawia jednoznaczną wizję człowieka. Człowiek kupuje. Człowiek sprzedaje się na wolnym rynku. Człowiekowi zależy wyłącznie na pieniądzach. Człowiek jest bogaty i zamożny. Człowiek jest piękny i ma 'seksowne' ciało. Człowiekiem jest tylko pan i władca. Człowiekiem jest więc tylko podobny do mnie - do władcy.
Prawa człowieka dotyczą wyłącznie ludzi wpasowujących się w powyższą definicję. Zgodnie z tą definicją człowieka, osoby które nie są kapitalistycznie piękne, nie sprzedają się i nie kupują, nie są władcami, zakrywają ciało... nie są też i ludźmi. Stąd już bardzo krótka droga do wojny, legalnego mordowania i systematycznej likwidacji. Ofiary nie robiły zakupów w centrach handlowych, nie wyjeżdżały na wakacje do ciepłych krajów, nie miały konta na facebooku... a więc nie istniały. Tylko w nielicznych miejscach krążą jeszcze pogłoski, zgodnie z którymi Chris Kyle zlikwidował ludzi a nie ruchome, komputerowe cele o niskim ilorazie sztucznej inteligencji.
Utrata uprzywilejowanej pozycji na światowym rynku pracy jest czymś niewyobrażalnym. Chris Kyle to bohater, który zapewnił Zachodowi niezmierzone ilości Big Maców z McDonalda i tysiące litrów ropy do naszych wspaniałych, błyszczących samochodów. Cóż z tego, że przy okazji nie obyło się bez ofiar, lecz skoro ofiary nie były ludźmi, nikt o nich nie słyszał - żadna z nich nie wystąpiła przecież w "Tańcu z gwiazdami". Chris Kyle, nie Jezus, jest prawdziwym męczennikiem Zachodu. To właśnie Kyle musiał odwalić 'brudną robotę', a jak sam wspomina "miał opory" przed strzelaniem do kobiety z dzieckiem na rękach, ale opory te zdołał w sobie zwalczyć i dzięki temu sięgnął nieba, ideału, złamał ostatnią barierę w obronie 'wartości zachodu', które to umożliwiły i które na to zezwalają.
Na Zachodzie wszyscy szkolą się na Chrisów Kyle'ów. Trening jest bardzo skuteczny. Nie wszystkich zdołano niestety wysłać na czas do Iraku... Być może gdyby sprawcy masakry na premierze "Batmana", Jamesowi Holmesowi zdołano by dostarczyć na czas Irakijczyków zapobieżono by tragedii... Holmes w Iraku byłby kimś użytecznym, może nawet pobiłby rekord Kyle'a.
Chris Kyle może mordować. Polska, Stany Zjednoczone i inne kraje mogą brać udział w wojnach. Społeczeństwa nie reagują. Nie wierzą w to, że inny świat jest możliwy. Ofiara z trupów na zagranicznych wojnach wydaje się być ofiarą skromną i niezauważalną. Gdy ginie jeden z nas - reagujemy. Gdy ginie nie ktoś, a coś i płynie dla nas z tego korzyść... fetujemy.
-----------------------------------
Dopiero co rozpoczęły się Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Przy okazji przemarszu reprezentacji Syrii komentatorowi wymknęło się, że państwa uczestniczące w wojnach nie mogą - zgodnie z prawem olimpijskim - brać udziału w igrzyskach. Dla komentatora jedynym światowym agresorem jest Syria. Nie USA, nie Wielka Brytania, Nie Francja, nie Polska... lecz Syria. Mordercą również nie jest Barack Obama, nie jest nim Nicolas Sarkozy, nie jest nim Chris Kyle. Mordercami są ci, którzy działają przeciw nam, czyli przeciw imperializmowi, kimkolwiek by nie byli, z dzieckiem na rękach lub bez...
sobota, 11 lutego 2012
Stulecie wojny
World Peace Or Universal Death!
Albert Einstein & Bertrand Russel
Albert Einstein & Bertrand Russel
Ziemia pełną gębą wkroczyła w erę globalnych wojen surowcowych. Teraz - w przededniu potencjalnej wojny w Iranie i Syrii - staje się to szczególnie widoczne. Przetrwanie Stanów Zjednoczonych oraz utrzymanie dobrobytu w Europie uzależnione jest od tego, czy Zachodowi uda się zapanować nad kurczącymi się zasobami ropy naftowej, wyścig dodatkowo przyśpiesza rosnące zagrożenie ze strony Chin, Indii i uniezależnionej Ameryki Południowej. W realiach globalnego kryzysu gospodarczego wojna to dobra inwestycja i pewność zdobyczy finansowej, czysty zysk z kolejnej działki pod akumulację. Pozbawmy się na chwilę resztek poczciwych złudzeń dotyczących praw rządzących światowym kapitalizmem i postarajmy się przejrzeć zamiary kapitału, uchylić rąbka tajemnicy i odkryć motywy podejmowanych przezeń działań.
Metody wojny o ropę uległy zmianie, tak jak zmianie uległ geopolityczny, globalny układ sił. Dziś wojna nie dotyczy już konfliktu w sferze idei i wartości, wojna propagandowa stała się zbędna. Wszyscy należą do jednego obozu, wszystkie siły i - poza nielicznymi wyjątkami - wszystkie kraje są równoprawnymi śmiertelnymi rywalami w wyścigu po globalny kapitał. Nieliczne, pozostające ochłapy ocierające się o miano konfliktu ideologicznego, dotyczą deklaracji, jakoby to kolejne działania militarne podejmowane były w imię walki o prawa człowieka. Po przeliczeniu ofiar tych działań prawa człowieka należy już traktować w kategoriach zbrodni przeciwko ludzkości. Wojna jest dziś działaniem i przedsięwzięciem masowym, w którym uczestniczą nie tylko armie, ale całe społeczeństwa włącznie z całym swym potencjałem informacyjnym. Wojna jednoczy Zachód, nakazuje spójność i spaja dziennikarzy, polityków, publicystów i społeczeństwo. Wojna totalna to w tym przypadku taka, która - w różnym stopniu - łączy interesy niemal całego społeczeństwa, stając się poprzez to konfliktem uświęconym i niepodważalnym. W ten sposób można interpretować wojny w Iraku, Afganistanie oraz w Libii - przeciwko tym konfliktom nie protestowała nawet [jak to miało miejsce kilkukrotnie w przeszłości] lewicowa inteligencja i zbuntowana młodzież. Wojna jest docelowa. Do wojny przystosowują nas poszczególne elementy korespondującej z wojenną propagandą rzeczywistości. Dziś wroga nie przedstawia się już jako zła bezwzględnego, nie jest dzikim zwierzęciem, wręcz przeciwnie - dzisiaj wróg i późniejsza ofiara staje się istotą godną współczucia, bytem uwięzionym w swej niedorzecznej(!) i nieludzkiej realności. Wobec tak nieszczęsnej istoty, której wszelkie możliwe scenariusze życia będą zaprzeczeniem normalnych standardów, powstających na skrzyżowaniu Paryża z Nowym Jorkiem, wszelkie działania zostają uprawomocnione i usprawiedliwione - groźba śmierci tego nieszczęśnika jest niczym wobec nawet fikcyjnego wyzwolenia go z kajdan jego rzeczywistości. Walka o uwolnienie kobiet z burek może przynieść za sobą milion ofiar, ale nadal będzie walką o dobro, najwyższe wartości i cele. Wielki konflikt jest już na stałe wpisany w rzeczywistość, jest produkowany zgodnie z potrzebami dyktatorów światowej polityki. Wojna jest przedstawiana jako rozwiązanie ostateczne, podczas gdy w rzeczywistości produkuje się ją na życzenie. Funduje się opozycję, dozbraja przeciwników, fałszuje informacje, tworzy sztuczny portret krzywdzonych, którzy modlić się mają o zachodnią interwencję. Ale tak jest od zawsze. Koncepcje wojny sprawiedliwej wraz z odpowiednią propagandą zawsze zjawiały się na czas, gdy trzeba już było wystrzelić pierwsze salwy w przeciwnika.
Pojawia się pytanie, do czego może doprowadzić polityka wojenna Zachodu, wspierana przez lobby militarno-kapitałowe? Czy będziemy świadkami kolejnych lokalnych konfliktów, w których miliony ofiar przejdą bez echa i wpiszą się na stałe w etos zachodniej walki o demokrację? Czy ta bezkarność jest być może jedynie fikcyjna? Raczej to drugie. Wojna dawno już uległa delokalizacji. W każdym konflikcie od ostatnich stu lat stali naprzeciw siebie nie tylko pozorni przeciwnicy, ale także imperia, rywalizujące ze sobą o stawkę znacznie większą niż los pojedynczego państwa. Zimna wojna skończyła się tylko jako dychotomiczny konstrukt USA/ZSRR. Globalny konflikt imperiów, obecnie z trzema najważniejszymi potęgami USA-UE/Chiny/Rosja trwa i dopiero się rozkręca. Społeczeństwo przyzwyczajono do myśli, że kapitalizm jest systemem całkowitej finansowej racjonalności, ale nie ma na to dowodów. Kapitalizm nie tylko, że z gruntu "się nie opłaca" to działa na ślepo, jest systemem rywalizujących grup i wielu sprzecznych interesów oraz ich manifestacji. Każdy konflikt to wojna nieopłacalna. Jest jeszcze gorszy scenariusz - wojny i konfliktu światowego, z wykorzystaniem broni nuklearnej, scenariusz o który nie trudno w sytuacji, gdy ważą się losy bezpieczeństwa energetycznego, losy z którymi związane są całe społeczeństwa i ich dotychczasowe bezpieczeństwo, ich konsumencki narkotyczny trans. Wojna światowa, jak i wojna w ogóle, nigdy nie jest tak na dobrą sprawę planem samym w sobie - lecz pojawia się w sytuacji ekonomicznego parcia i w chwili chaotycznej przepychanki wielu wywierających nacisk elementów. Wojna światowa może wymsknąć się całkowicie "niespodziewanie" jako zespół czynników, które parły do podobnych celów i przy użyciu równoważącej się siły militarnej, jako efekt śmiertelnej irracjonalności kapitalizmu w jego zindywidualizowanej, podzielonej decyzyjności.
Życie w świecie, w którym kraj może zostać skazany na wojnę poprzez kilkutygodniową emisję materiałów propagandowych w mediach nie należy do najbezpieczniejszych. Globalna wojna to codzienność, której zapobiec może tylko rewolucja i obalenie dotychczasowych potęg kapitalizmu. Odarcie się ze złudzeń pacyfistycznej mrzonki dzieci-kwiatów stworzyło cynicznego boga wojny, śmierć pacyfizmu w społeczeństwie doprowadziła do wielkiego kulturowego i etycznego regresu - który zrobił miejsce na nastanie 'demokratycznych wartości', wprowadzanych z bronią w ręku. Rozwinięciem pacyfizmu jest walka o pokój, walka z tyranią światowego kapitalistycznego militaryzmu... W przeszłości to właśnie okropieństwa wojen doprowadzały społeczeństwa na skraj wytrzymałości - i reagowały one odrzucając dotychczasowy porządek, buntując się, tworząc alternatywny model. Dzisiaj, kiedy dla Europy i Zachodu wojna jest tylko motywem kulturowym i pozornością, realną tak jak krwawe gry video zainstalowane w komputerach, te okropieństwa nie dochodzą do głosu, odbijając się tylko słabym echem. Jeżeli aktualna, mordercza rzeczywistość ma ulec zmianie, niech nie ulega jej po kolejnej wojnie, po której ludzkość może już siebie samej nie przypominać.
sobota, 7 maja 2011
Kapitalizm Wojenny
Zachodnia tragikomedia
Zachód oszalał. Publiczna egzaltacja wywołana uśmierceniem Osamy Bin Ladena, przyzwolenie społeczeństw na kolejną z wojen na Bliskim Wschodzie, anemiczna odpowiedź klasy pracowniczej, na którą przerzucono przecież koszty kryzysu - przynosi na myśl tylko i wyłącznie szaleństwo. Te zdarzenia i reakcje na nie, gdzie jedynym logicznym następstwem jest rośnięcie w siłę skrajnie prawicowych ugrupowań, uzmysławiają nam jak dalece posunęła się tocząca Europę od dawien dawna erozja kulturalna i polityczna. Europa jest współcześnie miejscem rosnącej przemocy. Mamy przemoc zorientowaną na wroga: wobec imigrantów, wobec mniejszości etnicznych czy też przemoc stosowaną wobec związków zawodowych i protestujących. Mamy również okazję obserwować rosnącą przemoc gospodarczą stosowaną poprzez naciski europejskich i światowych instytucji finansowych. Hipokryzja, a także po raz wtóry stosowane te same (z rodzaju tych na alibi) triki rządzących w odpowiedzi na wymykającą się spod kontroli sytuację powodują, że rośnie także natężenie przemocy komediowej, absurdalnej a przez to po wielokroć straszniejszej od przemocy pozostałych rodzajów. Dla krytycznych jednostek zatopionych w tej tkance społecznej coraz bardziej oczywista i widoczna staje się jednowymiarowość modelu Zachodniego Świata. Turbokapitalizm ze swoim zestawem neoliberalnych narzędzi kształtujących rzeczywistość jest dziś dla mas czymś tak dalece normalnym, że jednocześnie dla większości zjawiskiem kompletnie nieczytelnym. Przyuczeni do życia w gospodarce wolnorynkowej ludzie nie zwykli zadawać sobie pytań dotyczących istoty mechaniki systemu w jakim się znaleźli.
Jest to sytuacja wręcz przyrodnicza, gdzie zindywidualizowany podmiot odpowiada we własnym przekonaniu tylko i wyłącznie za siebie, gdzie Ja stoi w sprzeczności do Ciebie i Innych, gdzie mimo, że jest nas w jednej celi trzech, każdy będzie twierdził, że jest sam jeden. Gdy poobserwujemy naszą kulturę z większą dozą dystansu - dotknie nas zestaw tych dziwnych, powszechnych zjawisk. Zachodni system wypracował regułę pacyfikowania oporu, którą nazwę na potrzebę opisu regułą przedstawicielstwa. Ta doskonale spisująca się reguła jest czynnikiem oddzielającym jednostkę od jego tła. Następuje swego rodzaju obietnica życia po śmierci. Różnica między chrześcijańską koncepcją życia po śmierci jako formą nagrody a obietnicą życia po śmierci we współczesnym nam kapitalizmie dotyczy relacji obietnicy z czasem. Kapitalizm zachodni w odróżnieniu od religii daje ci życie po śmierci za życia. Jesteś jednym z dziesięciu milionów ludzi, którzy wypełniają kupon Lotto, a wygrać może tylko jedna, bądź kilka osób? Nie przejmuj się, żyj chwilą złudzenia. Nie masz u siebie wystroju wnętrz jak wyższa klasa średnia? Nie przejmuj się, żyj naszym serialem i jego wspaniałą scenografią wnętrz. Ni cholery nie jesteś w stanie znaleźć pracy, a talent do śpiewania jaki wieszczyła Ci mamusia w przedszkolu nie przekroczył progu podstawówki? Nie martw się, nasi ludzie już biorą za Ciebie udział w śpiewanym-tanecznym reality show, gdzie ktoś wygrywa i zdobywa upragnione uznanie za Ciebie. Jest to unowocześniony model chrześcijańskiej wersji pacyfikowania oporu społecznego, z tą różnicą że obejmuje zasięgiem wszystkich bez względu na wyznanie, rasę, zarobki i całą resztę. Ta rzeczywistość narkotycznego, umiarkowanego dobrobytu [patrząc na mapy świata] aż prosi się by jej bronić. Nie ma bowiem spójnego systemu ideologicznego bez jasno wytyczonej strefy zakazanej, bez wskazanego wroga, na bazie którego odmienności możemy sami rysować sobie nasz wyidealizowany obraz samych siebie. System podpowie ci z kim walczyć. Walcz z socjalizmem, walcz z terroryzmem. Jednym słowem: walcz ze Wschodem.
Maghreb, Islam, Rewolucja
Tymczasem w krajach Arabskich obserwujemy ponowne narodziny dążeń do ograniczonej autonomii. Kraje wybrzeża Afryki przez wiele lat funkcjonowały tylko na zasadzie mniejszej, lub większej podległości państwom Zachodnim. Choć nie możemy być jeszcze pewni rezultatów Arabskiej Wiosny Ludów, powinniśmy dostrzec kilka ważnych czynników i możliwych do realizacji scenariuszy. Jednym z podstawowych, zauważalnych czynników jest wysoki stopień zależności - kluczowej - dla gospodarki UE i USA ceny ropy z kontrolą nad krajami wybrzeża Morza Śródziemnego. Jawnie kolonialne stosunki Stanów Zjednoczonych z Egiptem, Tunezją czy innymi krajami regionu ujawniają jak ważne są państwa Maghrebu, które ostatnio są świadkami gwałtownych wydarzeń dla długoterminowej polityki strategicznej Zachodu. Wysysanie pieniędzy z tychże krajów skutkowało i skutkuje rosnącymi, potwornymi przepaściami między poszczególnymi warstwami tych społeczeństw. Obok magistrów wyższych uczelni, bądź to na eksport, bądź na lokalne bezrobocie, oraz obok bogatych udziałowców w zyskach zachodnich korporacji, czy prawdziwie formującej się przy rosnącym sektorze usług klasie średniej istnieją obszary nędzy, czy wręcz średniowiecza [1] - i istnieją one wszędzie tam, gdzie nie istniał zintensyfikowany dostęp do przepływu kapitału na rynki zachodnie.
Taki rozwarstwiony świat jest wprost idealnym polem pod wzrost popularności dla dążeń premiujących solidarność społeczną. Dla tych krajów, możliwym scenariuszem jest dojście do władzy konserwatywnych religijnych podmiotów, takich jak organizacja Braci Muzułmańskich. Ta organizacja, przez Zachód, w dużej mierze utożsamiana z terroryzmem [2], lub podobna do niej grupa jest swego rodzaju koniecznością na drodze do rozwoju tych państw. Tak jak solidaryzm narodowy wyrastał na gruncie państw religijnych w Europie i USA, gdzie nadal chrześcijaństwo jest potężnym fundamentem spójności - tak samo etap ten musi w pewnej formie nastąpić w krajach Arabskich. Te religijne podwaliny, w państwach bogatszych zanikają, przeradzając się w ideologię liberalną [Niemcy, inne państwa UE, USA], w biedniejszych nadal silnie oddziałują, odnajdując stały grunt na bazie nawiązań do ideologii narodowej [Polska]. We wszystkich europejskich państwach jako przykładach, religijna spójność była i jest ważnym etapem, który prowadzi do powstania spójności kulturowej, z pułapu której na dobre zadomawiać mógł się w Europie kapitalizm. Zrozumiała jako działanie destrukcyjne, i dalece krzywdząca w takiej sytuacji jest odmowa dialogu z wieloma organizacjami religijnymi Wschodu przez Zachód. Zarzut liberałów odnośnie kwestii obyczajowych, jest użyteczną bronią, która godzić ma w poczucie najmniejszej choćby spójności państw Arabskich. Jest to oczywiście zarzut nie tylko komicznie idealistyczny, co wynikający zwyczajnie z niezrozumienia kluczowych procesów historycznych. Alternatywę dla tej drogi religijnej spójności, wydaje się stanowić droga poprzez ludowy socjalizm, który sądząc po ostatnich protestach w regionie i stronach konfliktu, nie osiągnął na razie wystarczającej spójności i chłonności społecznej - i co więcej, ta ewentualna forma socjalizmu, będzie przez Zachód w razie ewentualnej ekspansji tępiona z jeszcze większą zajadłością niż motyw spójności religijnej.
Rodzina Forresterów wkracza do akcji
Obserwując sytuację w Syrii, mam deja vu z sytuacji Polski w czasie przemian ustrojowych. Obecnie, w Syrii mamy antyrządową część społeczeństwa, która protestuje, mając poparcie zagraniczne do stopnia prawdopodobnej interwencji armii USA [3]. Wywalczą sobie ten sam los, co wywalczyła finalnie Solidarność Polsce - wolnorynkowy, złodziejski neoliberalizm, w wersji z zewnętrzną kontrolą. Stara droga przez szał prywatyzacyjny ma jednak w wypadku Wschodu odmienną dynamikę. W tych krajach główną stawką jest kontrola surowcowa, oraz ewentualna pozycja w regionie, umożliwiająca kontrolę surowcową gdzie indziej. Tym samym społeczeństwa krajów Maghrebu pozostają niejako obok ekonomicznej dominacji, będąc odsuwanymi od jednocześnie mającego miejsce drenażu finansowego. Ten proces był i będzie czynnikiem wywołującym rosnący gniew społeczny. Podobny proceder drenażu kapitału w Ameryce Łacińskiej doprowadził w wielu krajach do dojścia do władzy ugrupowań socjalistycznych i silnie radykalnych, które nacjonalizowały krajowe wydobycie - wypowiadając wręcz jawną gospodarczą wojnę interesowi USA. Stany kierując się starą szkołą przyzwyczaiły nas, że na takie dążenia niepodległościowe odpowiada się akcją militarną. Nie ma już jednak tak dogodnych warunków makropolitycznych pod takie działania. Wiążąc się z Chinami, grupami inwestycyjnymi, które swoim kapitałem i wpływem sięgają Waszyngtonu - wiele państw jest w stanie zapewnić sobie nietykalność [4]. Doba państw narodowych minęła wraz z ekspansją sieci interesów giełdowych. Wojna, w której w grę wchodziłoby zrównanie z ziemią spółek 'wroga', w których znaczna część kapitału pochodzić może z rynku agresora, nie jest w czyimkolwiek interesie. Stany przez lata eksportując "Modę na sukces" wraz ze wzrostem wpływów na zagranicznych rynkach, w wypadku większości z konfliktów narażałyby już istniejące na miejscu własne interesy. Obamie pozostaje zabawa w wojnę ze względnie zamkniętymi na światową giełdę państwami. Stąd zainteresowanie Koreą Północną, Białorusią czy Libią. Ta sytuacja drażni mamuta jakim na mapie świata są USA - oto kurczące się terytoria pod ewentualne kolonie zmuszają go do komicznej walki z ostatnimi gniazdami myszy, gdzie walkę z Kim Dzong Ilem mają usprawiedliwiać tezy, jakoby zagrażał on całemu światu [5] [w odróżnieniu od USA, które pomimo posiadania arsenału nuklearnego pozwalającego jednym guziczkiem zniszczyć planetę i prowadzenia rozlicznych wojen, uchodzić mają za wiarygodne i etyczniemoralniechrześcijańskieswojskie]. Stany z coraz bardziej związanymi rękoma niedługo skazane będą na już tylko jeden rodzaj wojny: wojnę gospodarczą o globalnej skali - gdzie pozycja narodowa stopniowo słabnie na tle rosnącej siły sektora prywatnego.
Sprzedaż wojny na miejscu
Promocja atmosfery konfliktu w Stanach jest wobec ogółu sytuacji gospodarczej czymś chybionym. Choć konserwatywna euforia towarzysząca 'Wojnie z terroryzmem' nadal, chwilami świeci silnym blaskiem, wynika ona z fundamentalnie błędnie przeprowadzonej interpretacji układu sił i sytuacji. Wypada wobec tego stworzyć nową definicję tej wojny. 'Wojna z terroryzmem' - jest to populistyczna metoda na zdobywanie poparcia dla interwencji gospodarczych, użyteczna w konserwatywnym społeczeństwie Ameryki i UE. Konflikt - pozornie - kulturowy jest subtelną grą ekonomiczną, która odbywa się na zasadach neoliberalizmu i neokolonializmu. W tej sytuacji - powrót do narodowego dyskursu i separatystyczne ruchy w stronę izolacji od innych rynków, czy imigrantów są uwstecznieniem wobec procesu globalizacyjnego. Jest to uwstecznienie, które grozi skutkami o wiele poważniejszymi, i wojnami o wiele bardziej krwawymi niż te z topniejącego repertuaru interwencji opartych o zasady neoliberalne. Dla wielu anarchistów, alterglobalistów, dla radykalnej lewicy nie do przyjęcia są obie strony konfliktu Faszyzm - Liberalizm. W obecnym kształcie sił politycznych, każdy, alternatywny ruch polityczny zmuszony jest jednak do ciągłego ustosunkowywania się wobec tych dwóch ideologii. W tym miejscu warto poświęcić chwilę wydarzeniom, jakie mają miejsce w Unii Europejskiej. Dania i inne kraje chcą zaostrzyć politykę antyimigracyjną zaostrzając kontrole na granicach i de facto łamiąc reguły Schengen [6]. Te klasyczne działania motywowane strachem przed utratą swojego uprzywilejowanego rynku pracy wywodzą się z rzeczywistych przesłanek. Tu drzemie największe zagrożenie dla całego projektu Unijnego. Można spierać się nad obecną formułą Unii Europejskiej, jest ona jednak historycznie bezprecedensowym projektem, swego rodzaju odpowiedzią na obie Wojny Światowe, do których doprowadziły właśnie te same trendy izolacyjne, prowadzące w rezultacie do śmiertelnej konkurencji. Obserwujemy jak odległa wojna cywilizacyjna, wojna kultur, wojna z terroryzmem rzutuje na ruchy izolacjonistyczne najbogatszych unijnych gospodarek. Ten przerzut 'dalekiego' wroga na Wschodzie, którego ze swego rodzaju konieczności lansowały również środowiska liberalne, na wroga zza miedzy, wroga Europejczyka, wroga Rumuna [dla Francji Sarkozego] ujawnia potworne dawki agresji, jakie magazynuje w Europie 'wolna konkurencja' oparta o zasady narodowe.
Kapitalizm Wojenny
Złudzenie pokoju jakie nam narzucono, wmawiając, że z wojen na świecie zachowała się już tylko delikatna przemoc giełdowa i 'misje stabilizacyjne', przesłania kształt świata, do którego doprowadził obecny kształt kapitalizmu. Cechy tego 'wolnego' świata to: Amerykańska dyktatura korporacyjna, która nazywając siebie demokracją wywołuje wojny, gdzie zwietrzy dla siebie najmniejszy choćby interes, pierwotna nienawiść chciwych państw Europejskich, bezdomni bezrobotni, którzy zajęli miejsce nazisty w wyobrażeniach o zagrożeniu, wiara religijnych ekstremistów w boga lub reguły wolnego rynku, wojna z publicznie wrogą kulturą i cywilizacją jako stały element krajobrazu, całe społeczeństwa pozbawione pieniędzy (poza tymi do przeżycia najtańszym kosztem) - jednocześnie społeczeństwa poddające się wierze w złudzenie, iż każdemu uda się zostać przywódcą tego stada ubogich. A to tylko początek długiej listy cech współczesnego świata. Bazy wojskowe, rakiety, broń nuklearna, broń biologiczna, samoloty wojskowe, agenci specjalni, agenci superspecjalni a przecież miało nie być już z kim walczyć? Stany, podwajając, potrajając wydatki na armię w porównaniu do wydatków za czasów Zimnej Wojny... chcą nam o czymś powiedzieć? Czy sam jeden Łukaszenko i fakt, że więzi reportera Gazety Wyborczej to wystarczający powód tego wyścigu zbrojeń? Czy rozbite resztki Talibów z okupowanego Afganistanu skazują nas na życie w wiecznej klatce wojny, klatce paktu armii z Wall Street, klatce kapitalizmu?
W tej perspektywie założenia Doktryny Szoku wydają się optymistyczne, ot rozkaz, wydany raz, drugi, lub trzeci. Ale to co obserwujemy to nie doktryna, nie rozkaz. Obserwujemy najdzikszą przemoc w historii świata, podaną w najbardziej ucywilizowany i kwiecisty z możliwych sposobów. Ta sama przemoc mogłaby stanowić [7] narzędzie o wiele silniejszej propagandy niż potrajające się rokrocznie ofiary socjalizmu i komunizmu. Czy można ufać europejskiej socjaldemokracji, która ostrożnym reformizmem ucieka od globalnych problemów? Tak jak wcześniej opisałem, pole pod 'interwencje demokratyzujące' znacząco się zawęża, ale konflikt nadal będzie się opłacać. Zawsze jest wojna - zawsze jest biznes. Teoretycy neoliberalizmu, którzy jak Fukuyama przepowiadali koniec historii, upatrując nastania tego królestwa bożego na ziemi, jakim miał być ukończony kapitalizm, sami zaczynają wątpić w ten pomysł [8]. Czy to wojna kultur, cywilizacji, wojna z terroryzmem, wojna z uchodźcami, wojna z bezrobotnymi, wojna z wykluczonymi, wojna z gejami, wojna z czarnymi, wojna z komunistami - każda wojna oprócz klasowej. Jak wojna może się skończyć, jak kultura wojny może się skończyć jeśli replikuje ją mistrz konsumpcyjnych, narkotycznych transów społecznych - kapitalizm? Odpowiedź jest prosta: nie może.
Przypisy:
[1] http://www.pacificfreepress.com/news/1/7854-tunisia-the-imf-and-worldwide-poverty.html
[2] http://www.investigativeproject.org/2581/fbi-chief-muslim-brotherhood-supports-terrorism
[3] http://www.wsws.org/articles/2011/may2011/syri-m07.shtml
[4] http://gornictwo.wnp.pl/chiny-daja-miliardy-dolarow-na-wydobycie,130483_1_0_0.html
[5] http://www.rp.pl/artykul/311862.html
[6] http://wiadomosci.onet.pl/swiat/dania-zamknie-swoje-granice-unia-grozi-surowymi-sa,1,4303898,wiadomosc.html
[7]http://www.internacjonalista.pl/historia-i-wspoczesno/15-dzial-imperializm/512-william-blum-krotka-historia-interwencji-amerykaskich-od-1945-do-1999-roku.html
[8] http://www.polityka.pl/swiat/tygodnikforum/1515186,2,nie-stac-nas-na-kapitalizm.read
Zachód oszalał. Publiczna egzaltacja wywołana uśmierceniem Osamy Bin Ladena, przyzwolenie społeczeństw na kolejną z wojen na Bliskim Wschodzie, anemiczna odpowiedź klasy pracowniczej, na którą przerzucono przecież koszty kryzysu - przynosi na myśl tylko i wyłącznie szaleństwo. Te zdarzenia i reakcje na nie, gdzie jedynym logicznym następstwem jest rośnięcie w siłę skrajnie prawicowych ugrupowań, uzmysławiają nam jak dalece posunęła się tocząca Europę od dawien dawna erozja kulturalna i polityczna. Europa jest współcześnie miejscem rosnącej przemocy. Mamy przemoc zorientowaną na wroga: wobec imigrantów, wobec mniejszości etnicznych czy też przemoc stosowaną wobec związków zawodowych i protestujących. Mamy również okazję obserwować rosnącą przemoc gospodarczą stosowaną poprzez naciski europejskich i światowych instytucji finansowych. Hipokryzja, a także po raz wtóry stosowane te same (z rodzaju tych na alibi) triki rządzących w odpowiedzi na wymykającą się spod kontroli sytuację powodują, że rośnie także natężenie przemocy komediowej, absurdalnej a przez to po wielokroć straszniejszej od przemocy pozostałych rodzajów. Dla krytycznych jednostek zatopionych w tej tkance społecznej coraz bardziej oczywista i widoczna staje się jednowymiarowość modelu Zachodniego Świata. Turbokapitalizm ze swoim zestawem neoliberalnych narzędzi kształtujących rzeczywistość jest dziś dla mas czymś tak dalece normalnym, że jednocześnie dla większości zjawiskiem kompletnie nieczytelnym. Przyuczeni do życia w gospodarce wolnorynkowej ludzie nie zwykli zadawać sobie pytań dotyczących istoty mechaniki systemu w jakim się znaleźli.
Jest to sytuacja wręcz przyrodnicza, gdzie zindywidualizowany podmiot odpowiada we własnym przekonaniu tylko i wyłącznie za siebie, gdzie Ja stoi w sprzeczności do Ciebie i Innych, gdzie mimo, że jest nas w jednej celi trzech, każdy będzie twierdził, że jest sam jeden. Gdy poobserwujemy naszą kulturę z większą dozą dystansu - dotknie nas zestaw tych dziwnych, powszechnych zjawisk. Zachodni system wypracował regułę pacyfikowania oporu, którą nazwę na potrzebę opisu regułą przedstawicielstwa. Ta doskonale spisująca się reguła jest czynnikiem oddzielającym jednostkę od jego tła. Następuje swego rodzaju obietnica życia po śmierci. Różnica między chrześcijańską koncepcją życia po śmierci jako formą nagrody a obietnicą życia po śmierci we współczesnym nam kapitalizmie dotyczy relacji obietnicy z czasem. Kapitalizm zachodni w odróżnieniu od religii daje ci życie po śmierci za życia. Jesteś jednym z dziesięciu milionów ludzi, którzy wypełniają kupon Lotto, a wygrać może tylko jedna, bądź kilka osób? Nie przejmuj się, żyj chwilą złudzenia. Nie masz u siebie wystroju wnętrz jak wyższa klasa średnia? Nie przejmuj się, żyj naszym serialem i jego wspaniałą scenografią wnętrz. Ni cholery nie jesteś w stanie znaleźć pracy, a talent do śpiewania jaki wieszczyła Ci mamusia w przedszkolu nie przekroczył progu podstawówki? Nie martw się, nasi ludzie już biorą za Ciebie udział w śpiewanym-tanecznym reality show, gdzie ktoś wygrywa i zdobywa upragnione uznanie za Ciebie. Jest to unowocześniony model chrześcijańskiej wersji pacyfikowania oporu społecznego, z tą różnicą że obejmuje zasięgiem wszystkich bez względu na wyznanie, rasę, zarobki i całą resztę. Ta rzeczywistość narkotycznego, umiarkowanego dobrobytu [patrząc na mapy świata] aż prosi się by jej bronić. Nie ma bowiem spójnego systemu ideologicznego bez jasno wytyczonej strefy zakazanej, bez wskazanego wroga, na bazie którego odmienności możemy sami rysować sobie nasz wyidealizowany obraz samych siebie. System podpowie ci z kim walczyć. Walcz z socjalizmem, walcz z terroryzmem. Jednym słowem: walcz ze Wschodem.
Maghreb, Islam, Rewolucja
Tymczasem w krajach Arabskich obserwujemy ponowne narodziny dążeń do ograniczonej autonomii. Kraje wybrzeża Afryki przez wiele lat funkcjonowały tylko na zasadzie mniejszej, lub większej podległości państwom Zachodnim. Choć nie możemy być jeszcze pewni rezultatów Arabskiej Wiosny Ludów, powinniśmy dostrzec kilka ważnych czynników i możliwych do realizacji scenariuszy. Jednym z podstawowych, zauważalnych czynników jest wysoki stopień zależności - kluczowej - dla gospodarki UE i USA ceny ropy z kontrolą nad krajami wybrzeża Morza Śródziemnego. Jawnie kolonialne stosunki Stanów Zjednoczonych z Egiptem, Tunezją czy innymi krajami regionu ujawniają jak ważne są państwa Maghrebu, które ostatnio są świadkami gwałtownych wydarzeń dla długoterminowej polityki strategicznej Zachodu. Wysysanie pieniędzy z tychże krajów skutkowało i skutkuje rosnącymi, potwornymi przepaściami między poszczególnymi warstwami tych społeczeństw. Obok magistrów wyższych uczelni, bądź to na eksport, bądź na lokalne bezrobocie, oraz obok bogatych udziałowców w zyskach zachodnich korporacji, czy prawdziwie formującej się przy rosnącym sektorze usług klasie średniej istnieją obszary nędzy, czy wręcz średniowiecza [1] - i istnieją one wszędzie tam, gdzie nie istniał zintensyfikowany dostęp do przepływu kapitału na rynki zachodnie.
Taki rozwarstwiony świat jest wprost idealnym polem pod wzrost popularności dla dążeń premiujących solidarność społeczną. Dla tych krajów, możliwym scenariuszem jest dojście do władzy konserwatywnych religijnych podmiotów, takich jak organizacja Braci Muzułmańskich. Ta organizacja, przez Zachód, w dużej mierze utożsamiana z terroryzmem [2], lub podobna do niej grupa jest swego rodzaju koniecznością na drodze do rozwoju tych państw. Tak jak solidaryzm narodowy wyrastał na gruncie państw religijnych w Europie i USA, gdzie nadal chrześcijaństwo jest potężnym fundamentem spójności - tak samo etap ten musi w pewnej formie nastąpić w krajach Arabskich. Te religijne podwaliny, w państwach bogatszych zanikają, przeradzając się w ideologię liberalną [Niemcy, inne państwa UE, USA], w biedniejszych nadal silnie oddziałują, odnajdując stały grunt na bazie nawiązań do ideologii narodowej [Polska]. We wszystkich europejskich państwach jako przykładach, religijna spójność była i jest ważnym etapem, który prowadzi do powstania spójności kulturowej, z pułapu której na dobre zadomawiać mógł się w Europie kapitalizm. Zrozumiała jako działanie destrukcyjne, i dalece krzywdząca w takiej sytuacji jest odmowa dialogu z wieloma organizacjami religijnymi Wschodu przez Zachód. Zarzut liberałów odnośnie kwestii obyczajowych, jest użyteczną bronią, która godzić ma w poczucie najmniejszej choćby spójności państw Arabskich. Jest to oczywiście zarzut nie tylko komicznie idealistyczny, co wynikający zwyczajnie z niezrozumienia kluczowych procesów historycznych. Alternatywę dla tej drogi religijnej spójności, wydaje się stanowić droga poprzez ludowy socjalizm, który sądząc po ostatnich protestach w regionie i stronach konfliktu, nie osiągnął na razie wystarczającej spójności i chłonności społecznej - i co więcej, ta ewentualna forma socjalizmu, będzie przez Zachód w razie ewentualnej ekspansji tępiona z jeszcze większą zajadłością niż motyw spójności religijnej.
Rodzina Forresterów wkracza do akcji
Obserwując sytuację w Syrii, mam deja vu z sytuacji Polski w czasie przemian ustrojowych. Obecnie, w Syrii mamy antyrządową część społeczeństwa, która protestuje, mając poparcie zagraniczne do stopnia prawdopodobnej interwencji armii USA [3]. Wywalczą sobie ten sam los, co wywalczyła finalnie Solidarność Polsce - wolnorynkowy, złodziejski neoliberalizm, w wersji z zewnętrzną kontrolą. Stara droga przez szał prywatyzacyjny ma jednak w wypadku Wschodu odmienną dynamikę. W tych krajach główną stawką jest kontrola surowcowa, oraz ewentualna pozycja w regionie, umożliwiająca kontrolę surowcową gdzie indziej. Tym samym społeczeństwa krajów Maghrebu pozostają niejako obok ekonomicznej dominacji, będąc odsuwanymi od jednocześnie mającego miejsce drenażu finansowego. Ten proces był i będzie czynnikiem wywołującym rosnący gniew społeczny. Podobny proceder drenażu kapitału w Ameryce Łacińskiej doprowadził w wielu krajach do dojścia do władzy ugrupowań socjalistycznych i silnie radykalnych, które nacjonalizowały krajowe wydobycie - wypowiadając wręcz jawną gospodarczą wojnę interesowi USA. Stany kierując się starą szkołą przyzwyczaiły nas, że na takie dążenia niepodległościowe odpowiada się akcją militarną. Nie ma już jednak tak dogodnych warunków makropolitycznych pod takie działania. Wiążąc się z Chinami, grupami inwestycyjnymi, które swoim kapitałem i wpływem sięgają Waszyngtonu - wiele państw jest w stanie zapewnić sobie nietykalność [4]. Doba państw narodowych minęła wraz z ekspansją sieci interesów giełdowych. Wojna, w której w grę wchodziłoby zrównanie z ziemią spółek 'wroga', w których znaczna część kapitału pochodzić może z rynku agresora, nie jest w czyimkolwiek interesie. Stany przez lata eksportując "Modę na sukces" wraz ze wzrostem wpływów na zagranicznych rynkach, w wypadku większości z konfliktów narażałyby już istniejące na miejscu własne interesy. Obamie pozostaje zabawa w wojnę ze względnie zamkniętymi na światową giełdę państwami. Stąd zainteresowanie Koreą Północną, Białorusią czy Libią. Ta sytuacja drażni mamuta jakim na mapie świata są USA - oto kurczące się terytoria pod ewentualne kolonie zmuszają go do komicznej walki z ostatnimi gniazdami myszy, gdzie walkę z Kim Dzong Ilem mają usprawiedliwiać tezy, jakoby zagrażał on całemu światu [5] [w odróżnieniu od USA, które pomimo posiadania arsenału nuklearnego pozwalającego jednym guziczkiem zniszczyć planetę i prowadzenia rozlicznych wojen, uchodzić mają za wiarygodne i etyczniemoralniechrześcijańskieswojskie]. Stany z coraz bardziej związanymi rękoma niedługo skazane będą na już tylko jeden rodzaj wojny: wojnę gospodarczą o globalnej skali - gdzie pozycja narodowa stopniowo słabnie na tle rosnącej siły sektora prywatnego.
Sprzedaż wojny na miejscu
Promocja atmosfery konfliktu w Stanach jest wobec ogółu sytuacji gospodarczej czymś chybionym. Choć konserwatywna euforia towarzysząca 'Wojnie z terroryzmem' nadal, chwilami świeci silnym blaskiem, wynika ona z fundamentalnie błędnie przeprowadzonej interpretacji układu sił i sytuacji. Wypada wobec tego stworzyć nową definicję tej wojny. 'Wojna z terroryzmem' - jest to populistyczna metoda na zdobywanie poparcia dla interwencji gospodarczych, użyteczna w konserwatywnym społeczeństwie Ameryki i UE. Konflikt - pozornie - kulturowy jest subtelną grą ekonomiczną, która odbywa się na zasadach neoliberalizmu i neokolonializmu. W tej sytuacji - powrót do narodowego dyskursu i separatystyczne ruchy w stronę izolacji od innych rynków, czy imigrantów są uwstecznieniem wobec procesu globalizacyjnego. Jest to uwstecznienie, które grozi skutkami o wiele poważniejszymi, i wojnami o wiele bardziej krwawymi niż te z topniejącego repertuaru interwencji opartych o zasady neoliberalne. Dla wielu anarchistów, alterglobalistów, dla radykalnej lewicy nie do przyjęcia są obie strony konfliktu Faszyzm - Liberalizm. W obecnym kształcie sił politycznych, każdy, alternatywny ruch polityczny zmuszony jest jednak do ciągłego ustosunkowywania się wobec tych dwóch ideologii. W tym miejscu warto poświęcić chwilę wydarzeniom, jakie mają miejsce w Unii Europejskiej. Dania i inne kraje chcą zaostrzyć politykę antyimigracyjną zaostrzając kontrole na granicach i de facto łamiąc reguły Schengen [6]. Te klasyczne działania motywowane strachem przed utratą swojego uprzywilejowanego rynku pracy wywodzą się z rzeczywistych przesłanek. Tu drzemie największe zagrożenie dla całego projektu Unijnego. Można spierać się nad obecną formułą Unii Europejskiej, jest ona jednak historycznie bezprecedensowym projektem, swego rodzaju odpowiedzią na obie Wojny Światowe, do których doprowadziły właśnie te same trendy izolacyjne, prowadzące w rezultacie do śmiertelnej konkurencji. Obserwujemy jak odległa wojna cywilizacyjna, wojna kultur, wojna z terroryzmem rzutuje na ruchy izolacjonistyczne najbogatszych unijnych gospodarek. Ten przerzut 'dalekiego' wroga na Wschodzie, którego ze swego rodzaju konieczności lansowały również środowiska liberalne, na wroga zza miedzy, wroga Europejczyka, wroga Rumuna [dla Francji Sarkozego] ujawnia potworne dawki agresji, jakie magazynuje w Europie 'wolna konkurencja' oparta o zasady narodowe.
Kapitalizm Wojenny
Złudzenie pokoju jakie nam narzucono, wmawiając, że z wojen na świecie zachowała się już tylko delikatna przemoc giełdowa i 'misje stabilizacyjne', przesłania kształt świata, do którego doprowadził obecny kształt kapitalizmu. Cechy tego 'wolnego' świata to: Amerykańska dyktatura korporacyjna, która nazywając siebie demokracją wywołuje wojny, gdzie zwietrzy dla siebie najmniejszy choćby interes, pierwotna nienawiść chciwych państw Europejskich, bezdomni bezrobotni, którzy zajęli miejsce nazisty w wyobrażeniach o zagrożeniu, wiara religijnych ekstremistów w boga lub reguły wolnego rynku, wojna z publicznie wrogą kulturą i cywilizacją jako stały element krajobrazu, całe społeczeństwa pozbawione pieniędzy (poza tymi do przeżycia najtańszym kosztem) - jednocześnie społeczeństwa poddające się wierze w złudzenie, iż każdemu uda się zostać przywódcą tego stada ubogich. A to tylko początek długiej listy cech współczesnego świata. Bazy wojskowe, rakiety, broń nuklearna, broń biologiczna, samoloty wojskowe, agenci specjalni, agenci superspecjalni a przecież miało nie być już z kim walczyć? Stany, podwajając, potrajając wydatki na armię w porównaniu do wydatków za czasów Zimnej Wojny... chcą nam o czymś powiedzieć? Czy sam jeden Łukaszenko i fakt, że więzi reportera Gazety Wyborczej to wystarczający powód tego wyścigu zbrojeń? Czy rozbite resztki Talibów z okupowanego Afganistanu skazują nas na życie w wiecznej klatce wojny, klatce paktu armii z Wall Street, klatce kapitalizmu?
W tej perspektywie założenia Doktryny Szoku wydają się optymistyczne, ot rozkaz, wydany raz, drugi, lub trzeci. Ale to co obserwujemy to nie doktryna, nie rozkaz. Obserwujemy najdzikszą przemoc w historii świata, podaną w najbardziej ucywilizowany i kwiecisty z możliwych sposobów. Ta sama przemoc mogłaby stanowić [7] narzędzie o wiele silniejszej propagandy niż potrajające się rokrocznie ofiary socjalizmu i komunizmu. Czy można ufać europejskiej socjaldemokracji, która ostrożnym reformizmem ucieka od globalnych problemów? Tak jak wcześniej opisałem, pole pod 'interwencje demokratyzujące' znacząco się zawęża, ale konflikt nadal będzie się opłacać. Zawsze jest wojna - zawsze jest biznes. Teoretycy neoliberalizmu, którzy jak Fukuyama przepowiadali koniec historii, upatrując nastania tego królestwa bożego na ziemi, jakim miał być ukończony kapitalizm, sami zaczynają wątpić w ten pomysł [8]. Czy to wojna kultur, cywilizacji, wojna z terroryzmem, wojna z uchodźcami, wojna z bezrobotnymi, wojna z wykluczonymi, wojna z gejami, wojna z czarnymi, wojna z komunistami - każda wojna oprócz klasowej. Jak wojna może się skończyć, jak kultura wojny może się skończyć jeśli replikuje ją mistrz konsumpcyjnych, narkotycznych transów społecznych - kapitalizm? Odpowiedź jest prosta: nie może.
Przypisy:
[1] http://www.pacificfreepress.com/news/1/7854-tunisia-the-imf-and-worldwide-poverty.html
[2] http://www.investigativeproject.org/2581/fbi-chief-muslim-brotherhood-supports-terrorism
[3] http://www.wsws.org/articles/2011/may2011/syri-m07.shtml
[4] http://gornictwo.wnp.pl/chiny-daja-miliardy-dolarow-na-wydobycie,130483_1_0_0.html
[5] http://www.rp.pl/artykul/311862.html
[6] http://wiadomosci.onet.pl/swiat/dania-zamknie-swoje-granice-unia-grozi-surowymi-sa,1,4303898,wiadomosc.html
[7]http://www.internacjonalista.pl/historia-i-wspoczesno/15-dzial-imperializm/512-william-blum-krotka-historia-interwencji-amerykaskich-od-1945-do-1999-roku.html
[8] http://www.polityka.pl/swiat/tygodnikforum/1515186,2,nie-stac-nas-na-kapitalizm.read
wtorek, 3 maja 2011
Obama nie żyje
Śmierć Osamy bin Ladena przyćmiła nawet tak doniosłe wydarzenie jak beatyfikacja Jana Pawła II. Od triumfującego Obamy, który egzekucję wygodnie oglądał niczym reality show z własnego fotela[1], po Radosława Sikorskiego, który stwierdził "że dziś smutni są tylko źli ludzie"[2], wszyscy hucznie świętowali śmierć bin Ladena. Przynajmniej na czas pisania tego artykułu będę wobec tego bardzo złym człowiekiem, albowiem smuci i jednocześnie budzi mój głęboki niepokój mitomania i fałsz jaki płynie strumieniem od rządzących na całym świecie. Pozostawiając obok dyskusję na temat prawdziwości tego 'dokonania' opiszmy sobie najpierw samą sytuację. Ukrywający się co najmniej od 10 lat po wioskach pakistańskich były, amerykański (nie)tajny współpracownik zostaje wytropiony przy użyciu satelitarnego namierzania, oddziałów specjalnych i najnowocześniejszej technologii, najbogatszej armii świata, następnie rozstrzelany wraz z anonimowymi osobami i najpewniej również anonimową kobietą[3], która przy nim była, następnie na wielki finał jego zwłoki wyrzucono do Afgańskiego Morza [to jednak okazało się niemożliwe - w Afganistanie dostępu do morza nie ma - uzupełniono więc informacje o Morze Arabskie]. Jeżeli to ma być "Triumf Demokracji", jak wielu komentujących opisało to dokonanie, to wypada życzyć nam wszystkim, byśmy z tą demokracją mieli jak najmniej do czynienia. Obama, laureat pokojowej nagrody, który reklamował się jako odejście od Bushowskiej polityki walki z terroryzmem, najpierw zrezygnował nawet z obiecywanego zamknięcia Guantanamo, by kolejno rozpocząć wojnę w Libii zgodnie z tradycyjnie imperialną linią polityki G. Busha i na finał słowami, którymi równie mógłby przemawiać jego poprzednik komentować bezlitosną likwidację byłego współpracownika. Rozentuzjazmowany tłum jaki wyszedł pod Biały Dom fetować śmierć Osamy zdemaskował jednocześnie nastroje liczącej się części tkanki społecznej USA. Ten wydawałoby się, bogaty i ciemiężący jedynie kraj, żył i żyje wciąż w atmosferze stanu wojennego, chcąc uchodzić za oblężoną twierdzę, która rozpaczliwie broni się przed zagładą, niosącymi demokrację wojnami na Bliskim Wschodzie. Pozycja ofiary, jest jednocześnie doskonałą bazą do poszukiwania wroga. Tym wrogiem USA są nadal terroryści, pakowani w jeden zestaw McDonalds z dzikością i irracjonalnością jaką reprezentuje wschód i co za tym idzie kraje arabskie. Nacjonalizm jaki pociąga za sobą ideologia neoliberalnej dominacji i imperialnej doktryny w USA staje się jaskrawo widoczny.
Bez sądu, bez szans na obronę, 'czyściuteńka' likwidacja. Terroryzm państwowy, jaki stosuje Ameryka jest nieproporcjonalny do działań terroryzmu wschodniego, wyhodowanego za fundusze samych Stanów. Szacowany milion ofiar Wojny Irackiej, który Wikipedia nazywa Stabilizacją Iraku[4] wcale nie jest bowiem, jak głosiła i nadal głosi Bushowsko-Ameryakńska propaganda zadośćuczynieniem za 11 Września, lecz starą, dobrą, wojskową operacją poszerzania wpływów gospodarczych. Nie można też inaczej interpretować wojny w Libii, którą właśnie toczy NATO, uśmiercając wnuczęta Kaddafiego[5]. Ze swobodą łamane jest prawo międzynarodowe, a tropienie i zdalne wysadzanie ludzi [wysadzanie się samemu w samobójczym ataku, to zło, i co innego] jest stosowaną przez państwo Obamy normą. "No-fly zone" jak nazwano rezolucję Narodów Zjednoczonych pozwala NATO korzystać ze "wszystkich niezbędnych środków" by chronić cywilów przed rzekomymi atakami rządu Kaddafiego. W granicach tego może mieścić się wszystko, od zabicia dyktatora z rodziną do drugiego pokolenia, po zrzucanie bomb kasetowych, napalmu czy użycie broni atomowej jeżeli dyktator nadal nie będzie się poddawał. Nie chodzi o pokój, nie chodzi o wartości (nieobecnego tu od dawna ducha humanizmu), jedyne co liczy się dla Obamy to wpływy w regionie, a osiągnąć je z pomocą swego aparatu propagandowego USA jest w stanie nawet pod przykrywką ratowania Troskliwych Misiów, które Kaddafi mógłby molestować niczym Fritzl w swojej piwnicy. Zjawisko wyhodowanego terroryzmu, którym obecnie przeforsowuje się najbardziej ordynarne i krwawe decyzje, które w większości dotykają niewinnej ludności biedniejszych krajów jest czymś co wrosło w kulturę USA i Europy. Za tym obrazem wroga: terrorysty kryje się zakamuflowany religijny fundamentalizm i szowinizm. Ten fundamentalizm i szowinizm narodowy kryje się po obu stronach barykady, nie mają jednak one tego samego arsenału środków i nie są równorzędnymi konkurentami, czy to gospodarczymi, czy militarnymi. Oba te narzędzia kontroli społecznej, są jednak wtórne i tworzą fikcyjną przestrzeń opozycji kulturowej. Obama, i imperialna doktryna żeruje jednak na tych naturalnych dla większości lękach i dalej pod publiczkę bez procesu zarzyna starców, anonimowych ludzi i może jeszcze kozy grasujące po Afgańskich wzgórzach - jednocześnie stawiając na swoim w globalnym układzie sił ekonomicznych na świecie. Tym samym jest oczywiste, że "wojna z terroryzmem" USA, nie skończy się nigdy. Kiedyś [a dla części nadal] tym wrogiem mógł być, bardziej elegancki i lepiej przemawiający do mas komunizm radziecki, teraz wraz z postmodernizmem, pojawił się bardziej lipny, ale nadal chwytliwy motyw terrorysty.
To nie Osama bin Laden został zabity. Nie miał on już wpływu na decyzje rządu USA od bardzo dawna. W Europie to kryzys był i nadal jest najistotniejszy, a Osama od dłuższego czasu tkwił tylko w formie -jakże trafnego - żartu w "Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną" Doroty Masłowskiej. Reanimowany trup, zabitego na nowo wroga ożywił tylko skrajnie nacjonalistyczne, bezrefleksyjne, ślepo prorządowe i ultrakonserwatywne bloki. Osama nie żył już od bardzo dawna. Kto inny teraz dokonał swojego żywota, tą osobą jest prezydent USA, Barack Obama. Dawna nadzieja na 'zmianę', człowiek, który miał zmienić obliczę USA, jest teraz urozmaiceniem [bo trzeba jednak przyznać, że od Busha różni go kolor skóry] w prowadzonej w ten sam sposób polityce zagranicznej co za poprzednika. Obamie nie wyszło, aż stał się tym, z którym przysięgał walczyć. Wszedł w tą samą linię interesów i powiązań, w którą wejdzie najpewniej każdy, kto w obecnym układzie, w którym dominują siły prowojenne wygra wybory do Białego Domu. Mieliśmy wszyscy deja vu, obserwując jak rozpromieniony, triumfujący Obama melduje o śmierci Osamy, z dozą dramatyzmu, która pasowałaby do obwieszczania śmierci Adolfa Hitlera, lub samego diabła. Poziom prezentowanej nam wizji 'demokracji zachodniej' oraz jej 'dokonań', staje się coraz większym obciachem. Hussein, Osama, Kaddafi... Zawsze znajdzie się ktoś, na miejsce 'tego złego'. Należy jednak zwrócić uwagę prawnikom Obamy, by w kontraktach dla przyszłych współpracowników-dyktatorów i terrorystów, umieszczali dopisek o możliwości zmiany w umowie, lub jej spontanicznego, bolesnego bardziej niż rak którym ostrzega się na opakowaniach papierosów wygaśnięcia.
Przypisy:
[1] http://fakty.interia.pl/raport/bin-laden-nie-zyje/news/obama-na-zywo-ogladal-atak-na-bin-ladena,1632535
[2] http://lewica.pl/?id=24340
[3] http://wiadomosci.onet.pl/swiat/bin-laden-uzyl-kobiety-jako-zywej-tarczy-tchorzliw,1,4260331,wiadomosc.html
[4] http://pl.wikipedia.org/wiki/Stabilizacja_Iraku
[5] http://www.wsws.org/articles/2011/may2011/liby-m03.shtml
Bez sądu, bez szans na obronę, 'czyściuteńka' likwidacja. Terroryzm państwowy, jaki stosuje Ameryka jest nieproporcjonalny do działań terroryzmu wschodniego, wyhodowanego za fundusze samych Stanów. Szacowany milion ofiar Wojny Irackiej, który Wikipedia nazywa Stabilizacją Iraku[4] wcale nie jest bowiem, jak głosiła i nadal głosi Bushowsko-Ameryakńska propaganda zadośćuczynieniem za 11 Września, lecz starą, dobrą, wojskową operacją poszerzania wpływów gospodarczych. Nie można też inaczej interpretować wojny w Libii, którą właśnie toczy NATO, uśmiercając wnuczęta Kaddafiego[5]. Ze swobodą łamane jest prawo międzynarodowe, a tropienie i zdalne wysadzanie ludzi [wysadzanie się samemu w samobójczym ataku, to zło, i co innego] jest stosowaną przez państwo Obamy normą. "No-fly zone" jak nazwano rezolucję Narodów Zjednoczonych pozwala NATO korzystać ze "wszystkich niezbędnych środków" by chronić cywilów przed rzekomymi atakami rządu Kaddafiego. W granicach tego może mieścić się wszystko, od zabicia dyktatora z rodziną do drugiego pokolenia, po zrzucanie bomb kasetowych, napalmu czy użycie broni atomowej jeżeli dyktator nadal nie będzie się poddawał. Nie chodzi o pokój, nie chodzi o wartości (nieobecnego tu od dawna ducha humanizmu), jedyne co liczy się dla Obamy to wpływy w regionie, a osiągnąć je z pomocą swego aparatu propagandowego USA jest w stanie nawet pod przykrywką ratowania Troskliwych Misiów, które Kaddafi mógłby molestować niczym Fritzl w swojej piwnicy. Zjawisko wyhodowanego terroryzmu, którym obecnie przeforsowuje się najbardziej ordynarne i krwawe decyzje, które w większości dotykają niewinnej ludności biedniejszych krajów jest czymś co wrosło w kulturę USA i Europy. Za tym obrazem wroga: terrorysty kryje się zakamuflowany religijny fundamentalizm i szowinizm. Ten fundamentalizm i szowinizm narodowy kryje się po obu stronach barykady, nie mają jednak one tego samego arsenału środków i nie są równorzędnymi konkurentami, czy to gospodarczymi, czy militarnymi. Oba te narzędzia kontroli społecznej, są jednak wtórne i tworzą fikcyjną przestrzeń opozycji kulturowej. Obama, i imperialna doktryna żeruje jednak na tych naturalnych dla większości lękach i dalej pod publiczkę bez procesu zarzyna starców, anonimowych ludzi i może jeszcze kozy grasujące po Afgańskich wzgórzach - jednocześnie stawiając na swoim w globalnym układzie sił ekonomicznych na świecie. Tym samym jest oczywiste, że "wojna z terroryzmem" USA, nie skończy się nigdy. Kiedyś [a dla części nadal] tym wrogiem mógł być, bardziej elegancki i lepiej przemawiający do mas komunizm radziecki, teraz wraz z postmodernizmem, pojawił się bardziej lipny, ale nadal chwytliwy motyw terrorysty.
To nie Osama bin Laden został zabity. Nie miał on już wpływu na decyzje rządu USA od bardzo dawna. W Europie to kryzys był i nadal jest najistotniejszy, a Osama od dłuższego czasu tkwił tylko w formie -jakże trafnego - żartu w "Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną" Doroty Masłowskiej. Reanimowany trup, zabitego na nowo wroga ożywił tylko skrajnie nacjonalistyczne, bezrefleksyjne, ślepo prorządowe i ultrakonserwatywne bloki. Osama nie żył już od bardzo dawna. Kto inny teraz dokonał swojego żywota, tą osobą jest prezydent USA, Barack Obama. Dawna nadzieja na 'zmianę', człowiek, który miał zmienić obliczę USA, jest teraz urozmaiceniem [bo trzeba jednak przyznać, że od Busha różni go kolor skóry] w prowadzonej w ten sam sposób polityce zagranicznej co za poprzednika. Obamie nie wyszło, aż stał się tym, z którym przysięgał walczyć. Wszedł w tą samą linię interesów i powiązań, w którą wejdzie najpewniej każdy, kto w obecnym układzie, w którym dominują siły prowojenne wygra wybory do Białego Domu. Mieliśmy wszyscy deja vu, obserwując jak rozpromieniony, triumfujący Obama melduje o śmierci Osamy, z dozą dramatyzmu, która pasowałaby do obwieszczania śmierci Adolfa Hitlera, lub samego diabła. Poziom prezentowanej nam wizji 'demokracji zachodniej' oraz jej 'dokonań', staje się coraz większym obciachem. Hussein, Osama, Kaddafi... Zawsze znajdzie się ktoś, na miejsce 'tego złego'. Należy jednak zwrócić uwagę prawnikom Obamy, by w kontraktach dla przyszłych współpracowników-dyktatorów i terrorystów, umieszczali dopisek o możliwości zmiany w umowie, lub jej spontanicznego, bolesnego bardziej niż rak którym ostrzega się na opakowaniach papierosów wygaśnięcia.
Przypisy:
[1] http://fakty.interia.pl/raport/bin-laden-nie-zyje/news/obama-na-zywo-ogladal-atak-na-bin-ladena,1632535
[2] http://lewica.pl/?id=24340
[3] http://wiadomosci.onet.pl/swiat/bin-laden-uzyl-kobiety-jako-zywej-tarczy-tchorzliw,1,4260331,wiadomosc.html
[4] http://pl.wikipedia.org/wiki/Stabilizacja_Iraku
[5] http://www.wsws.org/articles/2011/may2011/liby-m03.shtml
środa, 30 marca 2011
Sprzedany sprzeciw
Wydarzenia w Libii i stosunek do nich naszych rodzimych mediów, polityków oraz środowisk uważających się za awangardę demaskują mechanizm i proces zniewolenia jaki ciąży na Polsce. Kiedy obserwujemy mainstreamowe media i ich druzgocącą przewagę w potocznym dyskursie nie jesteśmy świadomi (nawet będąc we własnym mniemaniu w opozycji do nich) jak olbrzymi wpływ mają one na kształtowanie nie tylko informacji, choćby przez samą ich selekcję, ale drugoplanowo na poczucie tożsamości i hegemonię kulturową. Świat opisywany przez pryzmat kapitalistycznych wartości zachodnich zaczyna stawać się wpierw punktem odniesienia a później bazą wypadową dla ewentualnych nonkonformistycznych zrywów. Kiedy otrzymujemy sformułowany obraz terrorysty, to nie on odgrywa kluczową rolę, lecz tło, które stanowi punkt wyjścia dla kontrastu, który to dla widza ma się stać znakiem rozpoznawczym własnej tożsamości. W taki kontrastujący sposób generuje się obraz świata, w którym pytania i strach kierowany jest zawsze na zewnątrz, a rodzima przestrzeń będzie ostatnią, która poddana zostanie w wątpliwość. Kiedy zatem dyskutuje się nad formą interwencji militarnej na terenach Bliskiego Wschodu, wszyscy tkwimy w debacie nad formą interwencjonizmu, przeskakując i omijając w całości debatę nad modelem świata, jaki jesteśmy w stanie zaoferować wywierając dowolne formy nacisku. W ten sposób powstaje bardzo jednorodna i monolityczna koncepcja spójności społecznej i kulturowej. Niezależnie czy to lewica, czy prawica staje się najemnikiem różniącym się w drobiazgach, prowadząc w istocie tą samą politykę kulturowej i społecznej jednorodności, stosowaną środkami militarnymi na zewnątrz, zaś propagandowymi do wewnątrz.
Przy dłuższym zastanowieniu się dotrze do nas cała potworność tej wizji, porównywalna do perspektywy dzikiego zachodu i nowo przybyłych osadników: spośród których (mimo, że wewnętrznie mogą występować rozumiane jako fundamentalne różnice) wszyscy trudnią się wprowadzaniem i okupacją tego samego modelu rzeczywistości. Ta jednorodność jest nie tylko procesem widocznym i kontrastującym do zewnątrz. Równie dobrze funkcjonuje jako stały model znaków i pojęć, który momentalnie spaja i polaryzuje społeczeństwo wobec wroga. O ile ten proces zadawania w ten sposób przemocy do zewnątrz jest czymś mgliście obecnym, to ten sam mechanizm stosowany do wewnątrz umyka i staje się na tyle przestrzenią symboliczną, że poprzez osmozę przekształca się w formę fundamentalizmu wewnętrznego, przy jednoczesnym powstawaniu obszarów tabu. Takim znaczącym, bardzo silnie obecnym w naszej kulturze przykładem dla tego typu fanatyzmu są dwa przeciwstawne a bardzo silnie zagnieżdżone pojęcia, które zawierają w sobie niszczycielską moc. Ta przestrzeń poprawności/wykluczenia zaczyna się od pojęcia demokracji (każdy może poczuć się bezpiecznie, każdy jest wolny) a kończy na pojęciu dyktatury (widzimy Stalina, Saddama i społeczeństwa które są przeciwko, ale do głowy mają przystawiony pistolet). Widzimy jak za nas prowadzona jest narracja, jak w tej prostej osi zamieszkują wszystkie środki przemocy, jakie będą uprawomocnione w walce ze wskazanym wrogiem: dyktaturą. Sama dyktatura staje się tak symbolicznym i żywym w masowej wyobraźni obrazem, że z urzędu ten, kto zechce wtrącić choćby uwagę, staje się przynajmniej poplecznikiem Adolfa Hitlera. W zasadzie każdemu, uważającemu się za krytyka kapitalizmu przyjść powinno do głowy pytanie: jak w ogóle demokracja może zaistnieć w warunkach, gdy z racji przepaści w statusie społecznym dostęp do kształtowania jej mają nieliczni. A jednak mało kto zajmuje takie stanowisko a korzeni tej zgody na obecny kształt rzeczy można szukać w samym języku - to on wypiera pojęcia jak kapitalizm, socjalizm czy rewolucja z kręgu realne-rzeczywiste do kręgu historii minionej-przeklętej.
Co wobec tego uczynić, by uniknąć tego spontanicznego werbunku do propagowania praktyk w istocie sprzyjających międzynarodowej elicie finansjery i imperializmowi? Przede wszystkim omijać leżący na półkach niczym towar "Bunt Kontrolowany". Ten rodzaj buntu, jeśli go kupisz może okazać się indywidualnie opłacalny. Możliwe nawet, że pokażą cię w TVN 24, kto wie czy nie polecisz na grant ministerialny, lub czy nie dostaniesz rządowej dotacji, stypendium Fulbrighta albo nie załapiesz się na wycieczkę do wydzielonej strefy dla turystów gdzieś w ewangelizowanym neoliberalizmem kraju na świecie. Jeśli nie o to ci chodziło, to tym pierwszym alarmem powinna stać się sama przychylność twojego dotychczasowego oponenta, propagującego przecież nie tą koncepcję społeczną, której byłeś wierny protestując. Nie jest łatwo żyć we współczesnym świecie, z badań Instytutu Pracy i Polityki Socjalnej wynika, że w ciągu czterech lat liczba bezrobotnych absolwentów może przekroczyć 3 miliony, więc pokusa staje się wyjątkowo silna. Proces przekupstwa, jaki stosuje aparat systemowy i tym samym oswajania buntowników, jest formą najsprytniejszej-zintegrowanej samoobrony. Ten sam proces funkcjonuje w partiach politycznych, gdzie neoliberalna doktryna wędruje po wszystkim, co tylko uzyska poparcie społeczne, przebierając się w ciuchy zgodne z panującą modą. Jednocześnie aparat oceny i wartościowania zostaje wyrwany społeczeństwu z rąk i to, co rzeczywiście naruszyłoby konstrukcję obecnego mechanizmu znajduje się poza nawiasem jakiejkolwiek trwającej dyskusji. Uświęcona misja cywilizacyjna Zachodu i fundamentalne prawo do nierówności (bogactwa dla bogatych, biedy dla biednych) - czym charakteryzuje się obecny stan rzeczy - to zagadnienia, które jeśli poruszysz - szybko obrócisz w żart, zamiast tego wskazując na broń masowego rażenia jednego dyktatora lub ofiary cywilne drugiego jako najgroźniejszego przeciwnika i oś globalnych podziałów. Być może ci zapłacą, z pewnością znajdziesz wielu naśladowców, z którymi przyjdzie ci konkurować. Doktryna pozostanie syta, niewielkim kosztem, ugaszonym wewnętrznym sprzeciwem oraz z kolejnymi baryłkami ropy na taśmociągu, ready for action.
Przy dłuższym zastanowieniu się dotrze do nas cała potworność tej wizji, porównywalna do perspektywy dzikiego zachodu i nowo przybyłych osadników: spośród których (mimo, że wewnętrznie mogą występować rozumiane jako fundamentalne różnice) wszyscy trudnią się wprowadzaniem i okupacją tego samego modelu rzeczywistości. Ta jednorodność jest nie tylko procesem widocznym i kontrastującym do zewnątrz. Równie dobrze funkcjonuje jako stały model znaków i pojęć, który momentalnie spaja i polaryzuje społeczeństwo wobec wroga. O ile ten proces zadawania w ten sposób przemocy do zewnątrz jest czymś mgliście obecnym, to ten sam mechanizm stosowany do wewnątrz umyka i staje się na tyle przestrzenią symboliczną, że poprzez osmozę przekształca się w formę fundamentalizmu wewnętrznego, przy jednoczesnym powstawaniu obszarów tabu. Takim znaczącym, bardzo silnie obecnym w naszej kulturze przykładem dla tego typu fanatyzmu są dwa przeciwstawne a bardzo silnie zagnieżdżone pojęcia, które zawierają w sobie niszczycielską moc. Ta przestrzeń poprawności/wykluczenia zaczyna się od pojęcia demokracji (każdy może poczuć się bezpiecznie, każdy jest wolny) a kończy na pojęciu dyktatury (widzimy Stalina, Saddama i społeczeństwa które są przeciwko, ale do głowy mają przystawiony pistolet). Widzimy jak za nas prowadzona jest narracja, jak w tej prostej osi zamieszkują wszystkie środki przemocy, jakie będą uprawomocnione w walce ze wskazanym wrogiem: dyktaturą. Sama dyktatura staje się tak symbolicznym i żywym w masowej wyobraźni obrazem, że z urzędu ten, kto zechce wtrącić choćby uwagę, staje się przynajmniej poplecznikiem Adolfa Hitlera. W zasadzie każdemu, uważającemu się za krytyka kapitalizmu przyjść powinno do głowy pytanie: jak w ogóle demokracja może zaistnieć w warunkach, gdy z racji przepaści w statusie społecznym dostęp do kształtowania jej mają nieliczni. A jednak mało kto zajmuje takie stanowisko a korzeni tej zgody na obecny kształt rzeczy można szukać w samym języku - to on wypiera pojęcia jak kapitalizm, socjalizm czy rewolucja z kręgu realne-rzeczywiste do kręgu historii minionej-przeklętej.
Co wobec tego uczynić, by uniknąć tego spontanicznego werbunku do propagowania praktyk w istocie sprzyjających międzynarodowej elicie finansjery i imperializmowi? Przede wszystkim omijać leżący na półkach niczym towar "Bunt Kontrolowany". Ten rodzaj buntu, jeśli go kupisz może okazać się indywidualnie opłacalny. Możliwe nawet, że pokażą cię w TVN 24, kto wie czy nie polecisz na grant ministerialny, lub czy nie dostaniesz rządowej dotacji, stypendium Fulbrighta albo nie załapiesz się na wycieczkę do wydzielonej strefy dla turystów gdzieś w ewangelizowanym neoliberalizmem kraju na świecie. Jeśli nie o to ci chodziło, to tym pierwszym alarmem powinna stać się sama przychylność twojego dotychczasowego oponenta, propagującego przecież nie tą koncepcję społeczną, której byłeś wierny protestując. Nie jest łatwo żyć we współczesnym świecie, z badań Instytutu Pracy i Polityki Socjalnej wynika, że w ciągu czterech lat liczba bezrobotnych absolwentów może przekroczyć 3 miliony, więc pokusa staje się wyjątkowo silna. Proces przekupstwa, jaki stosuje aparat systemowy i tym samym oswajania buntowników, jest formą najsprytniejszej-zintegrowanej samoobrony. Ten sam proces funkcjonuje w partiach politycznych, gdzie neoliberalna doktryna wędruje po wszystkim, co tylko uzyska poparcie społeczne, przebierając się w ciuchy zgodne z panującą modą. Jednocześnie aparat oceny i wartościowania zostaje wyrwany społeczeństwu z rąk i to, co rzeczywiście naruszyłoby konstrukcję obecnego mechanizmu znajduje się poza nawiasem jakiejkolwiek trwającej dyskusji. Uświęcona misja cywilizacyjna Zachodu i fundamentalne prawo do nierówności (bogactwa dla bogatych, biedy dla biednych) - czym charakteryzuje się obecny stan rzeczy - to zagadnienia, które jeśli poruszysz - szybko obrócisz w żart, zamiast tego wskazując na broń masowego rażenia jednego dyktatora lub ofiary cywilne drugiego jako najgroźniejszego przeciwnika i oś globalnych podziałów. Być może ci zapłacą, z pewnością znajdziesz wielu naśladowców, z którymi przyjdzie ci konkurować. Doktryna pozostanie syta, niewielkim kosztem, ugaszonym wewnętrznym sprzeciwem oraz z kolejnymi baryłkami ropy na taśmociągu, ready for action.
wtorek, 1 marca 2011
Parę słów o Libii
Ambasador USA przemawia o losie Libii niczym Pani Życia i Śmierci. To zadziwiające jak szybko zachodni świat zwęszył szansę w zrobieniu z Libii drugiego Iraku. Ropa jest furtką do pięknych słów, monologów o demokracji i powstania nowej zachodniej mitomanii. Niestety, za drugim, trzecim podejściem a zwłaszcza po wydarzeniach w Iraku, mało kto nabiera się już na stare zagrywki USA. W tej chwili cudownym przypadkiem rząd USA przypomniał sobie o zamachu na samolot
PanAm w Szkocji - fabrykowanie dowodów i wyrok śmierci z kapelusza to początek możliwości USA w manipulacji opinią publiczną na świecie. W tym momencie na bok można już odłożyć bajki o lewicowości czy zmianie jaką miałaby wprowadzić obecność Obamy w białym domu. Cóż, jeśli jest jakaś zmiana, to na pewno nie dotyczy Guantanamo - za to 'pseudosocjalizm' prezydenta USA nie tylko nie zapewnia mu dużego wzrostu poparcia wykluczonych w Ameryce bo dotąd niewiele w kwestiach społecznych uległo zmianie, ale przede wszystkim konsoliduje zamożniejszych i środowiska konserwatywno prawicowe w sprzeciwie i prowadzi do faszyzacji sceny politycznej - Obama jest w swojej pułapce, do której trafił gdyż nikomu nie zechciał się ostatecznie narazić. Ani korporacjom i sektorowi finansowemu, który wydoił go z okazji kryzysu ani biznesowi i przemysłowi medycznemu mającemu w łapach służbę zdrowia i inne sektory w, których teoretycznie socjalista miałby wiele do zrobienia i wiele do działania z pomocą drastycznych - jak na realia USA - środków.
Rewolucja na bliskim wschodzie niestety nie zainspirowała USA do interwencji na korzyść rewolucji w Egipcie czy Tunezji. Głupio byłoby bowiem walczyć z własnymi reżimami, gdzie gospodarka i sytuacja jest 'under control'. Co innego Libia, z perspektywy USA jest to koszmarnie niewygodny kraj. Nie dlatego, że Kaddafi jest 'dyktatorem' lecz z uwagi na charakter i poziom życia w Libii, znacząco odmienny od krajów sąsiadujących. Libia jest krajem najlepiej prosperującym w swoim regionie. Wskaźniki jak PKP per capita przemawiają na korzyść Libii i to znacznie w porównaniu z Egiptem czy Tunezją, Libia jest prawdziwą żyłą złota i to nie z uwagi na ograniczone wykorzystanie turystycznych walorów czy strategiczną pozycję dla kontroli regionu. Libia to kraj o największych potwierdzonych rezerwach ropy w Afryce i pod tym samym względem plasuje się na dziewiątym miejscu na świecie. To kąsek o wiele bardziej atrakcyjny niż Irak. Również będąca w dużej mierze ludową dystrybucja dóbr w Libii i jej lepsza sytuacja w porównaniu do sąsiadujących krajów jeżeli zostałaby rozbita, a koncepcja suwerenności ośmieszona - wówczas działałoby to na korzyść propagowanego przez USA modelu imperialnego poddaństwa i wyzysku. Bądźmy pewni, że w Libii zaraz cudownie zacznie ukrywać się Osama Ben Laden, rozmnoży się Al Kaida, Kaddafi zostanie potwierdzony jako główny prowodyr zamachu lotniczego, wyjdzie na jaw, że nie 15, lecz 50 000 ofiar jego rządów zza grobu domaga się egzekwowanej przez marines sprawiedliwości - i język ten przejmą także lewicowe ugrupowania dla, których zupełnie nieistotna jest sytuacja gospodarcza jak na możliwości danego kraju dla, których wolność dla obcego kapitału stanowi istotę 'demokracji' i dla, których każdy kraj niebędący USA lub kapitalistycznym el dorado jest uprawomocniony do bycia zrównanym z ziemią z uwagi na terroryzm.
USA uda się z łatwością wciągnąć zachód w takie rozumowanie, machina propagandowa już się ruszyła, tak jak płyną w stronę Libii statki wojskowe. Ludzie wierzący, w bajeczkę iż lotniskowce płyną do wybrzeży Libii szerzyć Ateńską koncepcję demokracji mam nadzieję, już nie istnieją - dodatkowo taki konflikt byłby jednak doskonałą okazją do rozładowania napięcia i nacjonalizmu oraz rasizmu kulturowego jaki wdziera się podskórnie do pierwszego świata. Przez ostatnie lata, po tym jak pomnik Saddama w Bagdadzie był obalany w asyście opłaconych przez wojsko USA wiwatujących gapiów, i po tym jak sam Saddam zawisnął a Irak został kolonią nieszczęścia i tym samym przestał być użytecznym narzędziem do funkcjonowania propagandowego nowa oś zła z pewnością przydałaby się Obamie. Neoliberalizm i neokolonializm przeżywał będzie ostateczną próbę. Czy ta droga zagości na dłużej w krajobrazie świata, czy zafunkcjonuje pomimo kryzysu gospodarczego i czy za ochłapy z nowej wojny klasa pracująca zachodu przystanie na narzucane światu imperialne środki działania pokażą najbliższe tygodnie. Być może wojna z Kadafim przypieczętuje tą szkołę postępowania a może okaże się porażką - zwłaszcza, że zdestabilizowany Bliski Wschód i kraje, gdzie palono flagi USA i Izraela, mogą okazać się bardziej solidarne z Libią niż z nieprzekonującymi do sympatii lotniskowcami USA. W tym starciu ciężko odszukać racjonalne, wyważone stanowiska. W żadnym miejscu dyskusja nie odbywa się z pułapu troski o dobrobyt, niepodległość i samostanowienie Libii i jej społeczeństwa.
W zeszłorocznych Oscarach zobaczyć można było odbicie nowej fali, i zamieszania na scenie filmowej - Avatar, i Hurt Locker, a także mniej oscarowe "Człowiek, który gapił się na kozy" dawały nadzieję na zmianę polityki Stanów Zjednoczonych. Jeśli uznamy to za miarodajne kryterium rozwoju sytuacji - a Hollywood jest najbardziej dochodową fabryką USA - ciężko zachować optymizm a perspektywa wojny staje się bliższa. Co pocieszające, nasila się zróżnicowanie między USA a Europą, tak jak nagrody dla "Autora Widmo" były powszechne w Europie, tak USA wykreśliło ten film tajniackim w charakterze zabiegiem, i być może teraz czas na to by Europa zaznaczyła silniej swój sprzeciw wobec kreślenia takiej właśnie wizji świata zogniskowanego wokół Imperium, inaczej może nie być na to kolejnej szansy a pozostanie tylko rozwiązanie siłowe, którego efekt może - zwracając uwagę na rozwój krajów trzeciego świata w tym chociażby Indii i wzrastającą świadomość klasową - nie być dla Europy i USA zbyt optymistyczny.
PanAm w Szkocji - fabrykowanie dowodów i wyrok śmierci z kapelusza to początek możliwości USA w manipulacji opinią publiczną na świecie. W tym momencie na bok można już odłożyć bajki o lewicowości czy zmianie jaką miałaby wprowadzić obecność Obamy w białym domu. Cóż, jeśli jest jakaś zmiana, to na pewno nie dotyczy Guantanamo - za to 'pseudosocjalizm' prezydenta USA nie tylko nie zapewnia mu dużego wzrostu poparcia wykluczonych w Ameryce bo dotąd niewiele w kwestiach społecznych uległo zmianie, ale przede wszystkim konsoliduje zamożniejszych i środowiska konserwatywno prawicowe w sprzeciwie i prowadzi do faszyzacji sceny politycznej - Obama jest w swojej pułapce, do której trafił gdyż nikomu nie zechciał się ostatecznie narazić. Ani korporacjom i sektorowi finansowemu, który wydoił go z okazji kryzysu ani biznesowi i przemysłowi medycznemu mającemu w łapach służbę zdrowia i inne sektory w, których teoretycznie socjalista miałby wiele do zrobienia i wiele do działania z pomocą drastycznych - jak na realia USA - środków.Rewolucja na bliskim wschodzie niestety nie zainspirowała USA do interwencji na korzyść rewolucji w Egipcie czy Tunezji. Głupio byłoby bowiem walczyć z własnymi reżimami, gdzie gospodarka i sytuacja jest 'under control'. Co innego Libia, z perspektywy USA jest to koszmarnie niewygodny kraj. Nie dlatego, że Kaddafi jest 'dyktatorem' lecz z uwagi na charakter i poziom życia w Libii, znacząco odmienny od krajów sąsiadujących. Libia jest krajem najlepiej prosperującym w swoim regionie. Wskaźniki jak PKP per capita przemawiają na korzyść Libii i to znacznie w porównaniu z Egiptem czy Tunezją, Libia jest prawdziwą żyłą złota i to nie z uwagi na ograniczone wykorzystanie turystycznych walorów czy strategiczną pozycję dla kontroli regionu. Libia to kraj o największych potwierdzonych rezerwach ropy w Afryce i pod tym samym względem plasuje się na dziewiątym miejscu na świecie. To kąsek o wiele bardziej atrakcyjny niż Irak. Również będąca w dużej mierze ludową dystrybucja dóbr w Libii i jej lepsza sytuacja w porównaniu do sąsiadujących krajów jeżeli zostałaby rozbita, a koncepcja suwerenności ośmieszona - wówczas działałoby to na korzyść propagowanego przez USA modelu imperialnego poddaństwa i wyzysku. Bądźmy pewni, że w Libii zaraz cudownie zacznie ukrywać się Osama Ben Laden, rozmnoży się Al Kaida, Kaddafi zostanie potwierdzony jako główny prowodyr zamachu lotniczego, wyjdzie na jaw, że nie 15, lecz 50 000 ofiar jego rządów zza grobu domaga się egzekwowanej przez marines sprawiedliwości - i język ten przejmą także lewicowe ugrupowania dla, których zupełnie nieistotna jest sytuacja gospodarcza jak na możliwości danego kraju dla, których wolność dla obcego kapitału stanowi istotę 'demokracji' i dla, których każdy kraj niebędący USA lub kapitalistycznym el dorado jest uprawomocniony do bycia zrównanym z ziemią z uwagi na terroryzm.
USA uda się z łatwością wciągnąć zachód w takie rozumowanie, machina propagandowa już się ruszyła, tak jak płyną w stronę Libii statki wojskowe. Ludzie wierzący, w bajeczkę iż lotniskowce płyną do wybrzeży Libii szerzyć Ateńską koncepcję demokracji mam nadzieję, już nie istnieją - dodatkowo taki konflikt byłby jednak doskonałą okazją do rozładowania napięcia i nacjonalizmu oraz rasizmu kulturowego jaki wdziera się podskórnie do pierwszego świata. Przez ostatnie lata, po tym jak pomnik Saddama w Bagdadzie był obalany w asyście opłaconych przez wojsko USA wiwatujących gapiów, i po tym jak sam Saddam zawisnął a Irak został kolonią nieszczęścia i tym samym przestał być użytecznym narzędziem do funkcjonowania propagandowego nowa oś zła z pewnością przydałaby się Obamie. Neoliberalizm i neokolonializm przeżywał będzie ostateczną próbę. Czy ta droga zagości na dłużej w krajobrazie świata, czy zafunkcjonuje pomimo kryzysu gospodarczego i czy za ochłapy z nowej wojny klasa pracująca zachodu przystanie na narzucane światu imperialne środki działania pokażą najbliższe tygodnie. Być może wojna z Kadafim przypieczętuje tą szkołę postępowania a może okaże się porażką - zwłaszcza, że zdestabilizowany Bliski Wschód i kraje, gdzie palono flagi USA i Izraela, mogą okazać się bardziej solidarne z Libią niż z nieprzekonującymi do sympatii lotniskowcami USA. W tym starciu ciężko odszukać racjonalne, wyważone stanowiska. W żadnym miejscu dyskusja nie odbywa się z pułapu troski o dobrobyt, niepodległość i samostanowienie Libii i jej społeczeństwa.
W zeszłorocznych Oscarach zobaczyć można było odbicie nowej fali, i zamieszania na scenie filmowej - Avatar, i Hurt Locker, a także mniej oscarowe "Człowiek, który gapił się na kozy" dawały nadzieję na zmianę polityki Stanów Zjednoczonych. Jeśli uznamy to za miarodajne kryterium rozwoju sytuacji - a Hollywood jest najbardziej dochodową fabryką USA - ciężko zachować optymizm a perspektywa wojny staje się bliższa. Co pocieszające, nasila się zróżnicowanie między USA a Europą, tak jak nagrody dla "Autora Widmo" były powszechne w Europie, tak USA wykreśliło ten film tajniackim w charakterze zabiegiem, i być może teraz czas na to by Europa zaznaczyła silniej swój sprzeciw wobec kreślenia takiej właśnie wizji świata zogniskowanego wokół Imperium, inaczej może nie być na to kolejnej szansy a pozostanie tylko rozwiązanie siłowe, którego efekt może - zwracając uwagę na rozwój krajów trzeciego świata w tym chociażby Indii i wzrastającą świadomość klasową - nie być dla Europy i USA zbyt optymistyczny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
