Medialny szum wokół wyborów prezydenckich w USA trwa już od wielu
tygodni. Zainteresowanie wyborami w Stanach Zjednoczonych znacząco
przekracza w Polsce zainteresowanie jakimikolwiek innymi wyborami
zagranicznymi. Szybko dociera do nas, że musi chodzić o coś naprawdę
bardzo ważnego, skoro tylu dziennikarzy, tylu komentatorów i tyle stacji
telewizyjnych zajmuje się tym tematem tak intensywnie. Tak duże
zainteresowanie wyborami w USA jest podyktowane przede wszystkim tym, że
Polska od dłuższego czasu jest w stanie politycznej zależności /czy też
służalczości/ wobec Wielkiego Brata zza oceanu.
Mamy do czynienia z wyborami, podczas których koronowany zostanie nowy, współczesny Cezar.
Niełatwo jest przedrzeć się przez cyrkowe i estradowe sztuczki
kampanijnej fasady – niewielu osobom też się ma to udać. Nas jednak
mniej interesować powinno to co ma do powiedzenia Fryzjer Obamy, która
gwiazda estrady wystąpiła podczas przemówienia Romneya i który z
kandydatów lubi rozwiązywać krzyżówki, a który wybiera tylko ekologiczną
sałatę.
Zadajmy sobie pytanie o faktyczne różnice pomiędzy jednym i drugim
kandydatem. Jaka jest polityka w wydaniu Obamy, jaka jest polityka w
wydaniu Romneya? A wreszcie – czym są Stany Zjednoczone?
Od razu powiem, że mało interesuje mnie wewnętrzna polityka gospodarcza
USA. Tutaj różnice między kandydatami są największe, tutaj też
faktycznie możemy mówić o jakichkolwiek różnicach. Obama jest tutaj
delikatnie na lewo od Romneya, choć jego rekordowa pomoc dla banków i
prywatnych firm w postaci pakietu ratunkowego nijak nie przełożyła się
na nacjonalizację, czy na przejęcie kontroli nad tymi instytucjami i
zamienienie ich w mienie społeczne.
Nie jestem jednak obywatelem Stanów Zjednoczonych, niewielką też różnicę
robi mi to co okupanci Iraku i Afganistanu robią później z kradzionymi
pieniędzmi pochodzącymi z eksploatowanych w koloniach złóż surowców.
Zachęcam więc do innej niż amerykańskiej refleksji nad wyborami w USA,
zachęcam nie do refleksji kolonizatora, lecz do refleksji
kolonizowanych.
Bez wątpienia Romney znajduje się na prawo od Baracka Obamy.
Reprezentuje bardziej twardogłowe, bardziej rusofobiczne i bardziej
zimnowojenne podejście w sprawach polityki międzynarodowej. Dlatego
prawica polska upatruje w nim szansy na powrócenie do planu budowy
tarczy antyrakietowej, dlatego też wybór Romneya na prezydenta
prawdopodobnie sprzyjałby PiSowskiej polityce. Czy jednak Obama to dla
nas lepsza ‘oferta’? Nie bardzo. Nasza obecność w amerykańskich
napaściach jest stale taka sama, rządzi nami sprzyjający USA, odporny na
wszelkie zmiany polityczne minister spraw zagranicznych. Z perspektywy
Polski nie zmienia się więc zbyt wiele. Z perspektywy świata podobnie:
czy to krwawy noblista, czy krwawy bushysta - jeden pies. Zaryzykowałbym
nawet stwierdzenie, że lepszy już krwawy bushysta - bowiem wszystko co
fałszywe i pozornie dobre mąci tylko w głowach idealistów (a także
lewicowców) wydając im się dobrem nie tylko z pozoru. Reklamowanie
‘dobra do wewnątrz’ kosztem ‘zła na zewnątrz’ też nie wydaje się być
działaniem moralnym.
Prezydent USA to trybik imperialnej machiny korporacyjno-militarnej.
Imperialistyczny interes amerykański dominuje nad wszystkim pozostałym i
jest dobrem transpolitycznym, niezależnym od sztandaru rządzącej
partii, czy prezydenta. Wizje kandydatów są więc takie same. Imperializm
i funkcje imperium są stałe i niezmienne. Obsługa może nosić krawat
albo muszkę, lecz zawsze będzie robić to samo. Maszyna zatnie się
dopiero w chwili, w której mechanizm eksploatacji przestanie być
skuteczny i aprobowany.
Nie ma więc większej różnicy między obydwoma kandydatami. Nie ma
większego znaczenia kto wygra te wybory. Kapitał na pewno wolałby Mitta
Romneya, jemu też dałbym większe szanse na zwycięstwo dzisiejszej nocy
(Czarnoskóry prezydent przez dwie kadencje to już chyba jak na Stany
zbyt wiele, zwłaszcza że jest jeszcze opcja oszustwa wyborczego). Jeśli
jednak wygra Obama strategia polityczna imperium i tak nie ulegnie
zmianie, w obydwu wypadkach możemy za to rychło spodziewać się wojny na
Bliskim Wschodzie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neoliberalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neoliberalizm. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 20 listopada 2012
W niewolniczej dziurze
Sejmowy cyrk trwa.
Mieliśmy dziś dosłownie wszystko.
1) Premiera snującego kłamliwe wizje i nie czującego się odpowiedzialnym za sytuację gospodarczą w kraju
2) Palikota skarżącego się na to, że zagłosował za podniesieniem wieku emerytalnego za frajer
3) PiSowców uwrażliwionych społecznie, na kilka dni po tym jak głosowali za projektem Solidarnej Polski dotyczącym zaostrzenia prawa aborcyjnego
4) Hucpę z nibypremierem Glińskim na czele
5) idiotyczne głosowanie nad wotum zaufania
...
Sytuacja nie wygląda zbyt różowo.
Jedyne inwestycje państwowe, jakie planowane są przez rząd to takie, które przydatne będą przede wszystkim dla kapitału. Dlatego ciągle mówi się głównie o autostradach. Majaczące na marginesie przedszkola i urlopy macierzyńskie to tylko zasłona dymna, doskonale wiemy przecież jaka do tej pory była polityka Platformy w stosunku do kobiet i rodzin. Wiemy też z jakim zapałem zatrudniane są przez naszych pracodawców kobiety, które zamierzają mieć dziecko i skorzystać z macierzyńskiego.
Naczelnym zadaniem Tuska jest to, żeby jego państwowy komitet barbarzyńskiej eksploatacji nie rozsypał się do reszty, tylko dalej zbierał podatki [głównie od pracowników] i wydawał później te środki na to, czego od państwa wymagają prywatni inwestorzy.
Cisza wokół tematu systemu podatkowego to dowód na to, że nic się nie zmieni.
Uskładkowienie umów śmieciowych okazało się dla Premiera projektem zbyt rewolucyjnym. Tusk w jeden dzień nieomalże nie stracił władzy, tylko z tego powodu, że w mediach pojawiły się pogłoski(!) o tym iż zamierza on uzusowić ten rodzaj umów.
Teraz wmawia się nam, że ZUS i podatki płacone przez zatrudniaczy to dla pracownika same szkody. Emerytury, publiczna opieka zdrowotna, prawa socjalne... wszystko to jest jedynie chorym wymysłem państwowej biurokracji, a dla pracownika najlepiej będzie, jeśli otrzyma na swym śmiertelnie uelastycznionym stanowisku 300 zł i sam opłaci sobie to wszystko.
Największym sukcesem Polski po 1989 roku jest przecież zrobienie z Polaków taniej siły roboczej. Podpychanie 'taniego polaka' zachodniemu pracodawcy stało się prawdziwym rytuałem, dla każdej partii i dla każdej władzy. Nie ma tu miejsca na jakąkolwiek godność.
Wszyscy grają dziś w ciuciubabkę, obiecują inwestycje, ale nie chcą sięgnąć do kieszeni kapitalistów i najbogatszych. Nikt nie chce inwestować w publiczną własność w ten sposób, aby uzyskiwać z niej stałe przychody. Premierowi pozostaje więc tylko składać puste obietnice, twierdzi on wręcz, że nowe inwestycje mogą być finansowe ze środków pochodzących z.... prywatyzacji! (Pojawia się tylko pytanie jak długo można się utrzymywać z własności powstałej w PRL-u?)
Kiedy Premier nauczył się robić coś z niczego - nie wie nikt.
Tusk wieszczący nadejście chudych lat, z uporem neoliberalnego oszołoma stosuje logikę kryzysowego zaciskania pasa, za żadną cenę nie chce jednak porównać naszej sytuacji do sytuacji krajów przeżywających obecnie największy kryzys. Zamorski kryzys bogatych gospodarek unijnych to świetny pretekst do tego, by doić niewolników jak tylko się da. W tym kontekście, nasz wzrost gospodarczy to tylko dowód na to jak dobrze się nas doi.
Nasz kraj nie ma prawa się zmienić. Polska to niewolnicza dziura, a myślenie o poprawie zastąpione zostało myśleniem o podtrzymaniu stanu obecnego. Wszyscy pocą się wyłącznie nad tym, żeby niewolnicza dziura trwała. Przodują w tym oczywiście neoliberalne think-tanki i ich energiczni lobbyści.
Dramat polityków, którzy są najemnikami neoliberalnej ideologii polega na tym, że nawet jeśli zechcą oni zmienić sytuację gospodarki na lepsze, to metody, którymi się posłużą będą metodami z teki neoliberalnych ekspertów i z wiadra neoliberalnej oczywistowości.
W tym języku lekiem na bezrobocie jest obniżanie kosztów pracy, lekiem na kryzys jest zaciskanie pasa, zaś lekiem na państwową biedę jest likwidacja państwa.
Mieliśmy dziś dosłownie wszystko.
1) Premiera snującego kłamliwe wizje i nie czującego się odpowiedzialnym za sytuację gospodarczą w kraju
2) Palikota skarżącego się na to, że zagłosował za podniesieniem wieku emerytalnego za frajer
3) PiSowców uwrażliwionych społecznie, na kilka dni po tym jak głosowali za projektem Solidarnej Polski dotyczącym zaostrzenia prawa aborcyjnego
4) Hucpę z nibypremierem Glińskim na czele
5) idiotyczne głosowanie nad wotum zaufania
...
Sytuacja nie wygląda zbyt różowo.
Jedyne inwestycje państwowe, jakie planowane są przez rząd to takie, które przydatne będą przede wszystkim dla kapitału. Dlatego ciągle mówi się głównie o autostradach. Majaczące na marginesie przedszkola i urlopy macierzyńskie to tylko zasłona dymna, doskonale wiemy przecież jaka do tej pory była polityka Platformy w stosunku do kobiet i rodzin. Wiemy też z jakim zapałem zatrudniane są przez naszych pracodawców kobiety, które zamierzają mieć dziecko i skorzystać z macierzyńskiego.
Naczelnym zadaniem Tuska jest to, żeby jego państwowy komitet barbarzyńskiej eksploatacji nie rozsypał się do reszty, tylko dalej zbierał podatki [głównie od pracowników] i wydawał później te środki na to, czego od państwa wymagają prywatni inwestorzy.
Cisza wokół tematu systemu podatkowego to dowód na to, że nic się nie zmieni.
Uskładkowienie umów śmieciowych okazało się dla Premiera projektem zbyt rewolucyjnym. Tusk w jeden dzień nieomalże nie stracił władzy, tylko z tego powodu, że w mediach pojawiły się pogłoski(!) o tym iż zamierza on uzusowić ten rodzaj umów.
Teraz wmawia się nam, że ZUS i podatki płacone przez zatrudniaczy to dla pracownika same szkody. Emerytury, publiczna opieka zdrowotna, prawa socjalne... wszystko to jest jedynie chorym wymysłem państwowej biurokracji, a dla pracownika najlepiej będzie, jeśli otrzyma na swym śmiertelnie uelastycznionym stanowisku 300 zł i sam opłaci sobie to wszystko.
Największym sukcesem Polski po 1989 roku jest przecież zrobienie z Polaków taniej siły roboczej. Podpychanie 'taniego polaka' zachodniemu pracodawcy stało się prawdziwym rytuałem, dla każdej partii i dla każdej władzy. Nie ma tu miejsca na jakąkolwiek godność.
Wszyscy grają dziś w ciuciubabkę, obiecują inwestycje, ale nie chcą sięgnąć do kieszeni kapitalistów i najbogatszych. Nikt nie chce inwestować w publiczną własność w ten sposób, aby uzyskiwać z niej stałe przychody. Premierowi pozostaje więc tylko składać puste obietnice, twierdzi on wręcz, że nowe inwestycje mogą być finansowe ze środków pochodzących z.... prywatyzacji! (Pojawia się tylko pytanie jak długo można się utrzymywać z własności powstałej w PRL-u?)
Kiedy Premier nauczył się robić coś z niczego - nie wie nikt.
Tusk wieszczący nadejście chudych lat, z uporem neoliberalnego oszołoma stosuje logikę kryzysowego zaciskania pasa, za żadną cenę nie chce jednak porównać naszej sytuacji do sytuacji krajów przeżywających obecnie największy kryzys. Zamorski kryzys bogatych gospodarek unijnych to świetny pretekst do tego, by doić niewolników jak tylko się da. W tym kontekście, nasz wzrost gospodarczy to tylko dowód na to jak dobrze się nas doi.
Nasz kraj nie ma prawa się zmienić. Polska to niewolnicza dziura, a myślenie o poprawie zastąpione zostało myśleniem o podtrzymaniu stanu obecnego. Wszyscy pocą się wyłącznie nad tym, żeby niewolnicza dziura trwała. Przodują w tym oczywiście neoliberalne think-tanki i ich energiczni lobbyści.
Dramat polityków, którzy są najemnikami neoliberalnej ideologii polega na tym, że nawet jeśli zechcą oni zmienić sytuację gospodarki na lepsze, to metody, którymi się posłużą będą metodami z teki neoliberalnych ekspertów i z wiadra neoliberalnej oczywistowości.
W tym języku lekiem na bezrobocie jest obniżanie kosztów pracy, lekiem na kryzys jest zaciskanie pasa, zaś lekiem na państwową biedę jest likwidacja państwa.
Praca, czy niewolnictwo?
Neoliberalne gadzinówki ruszyły na żer. Informacje o domniemanej
propozycji uzusowienia umów śmieciowych, którą miałby przedstawić Donald
Tusk w swoim piątkowym Expose wywołały prawdziwy skandal. W jednej
chwili cały kapitał obrócił się przeciwko Premierowi, w jednej chwili
kapitał zdecydował się Tuska zniszczyć.
Nagle nawet PiS, w osobie Adama Hoffmana, zrezygnowało z postulatu uskładkowienia umów śmieciowych, ukazując swoją prawdziwą, neoliberalną, burżuazyjną twarz i bez żadnych wyrzutów sumienia depcząc swoje wcześniejsze obietnice. Podobnie PSL, słowami Pawlaka zaczęło przestrzegać przed spodziewanymi planami Tuska, wicepremier stwierdził wręcz, że to dzięki umowom śmieciowym uniknęliśmy kryzysu i dzięki temu nie jest u nas tak źle jak w Hiszpanii.
Fakt, tak źle nie jest... jest kilka razy gorzej i biedniej.
Tusk ma nóż na gardle. Wie doskonale, że społeczeństwo ustawicznie pogrąża się w biedzie, a jednocześnie odnotowujemy przecież stały wzrost gospodarczy. Nieuzusowienie umów śmieciowych to dla Tuska gwarancja utraty opinii i władzy, gwarancja problemów budżetowych, krachu emerytalnego i katastrofy politycznej. Jego instynkt przetrwania może kazać mu realizować zadania racjonalne, nawet kosztem akceptacji antyneoliberalnego charakteru tych postulatów.
Pracobiorcy (czyt. 'pracodawcy' oszukańczo zwani pracodawcami, albo po prostu właściciele kapitału) straszą nas / pracowników najemnych / , że jeśli umowy śmieciowe zostaną obłożone zusowską składką to oni zrezygnują z zatrudniania pracowników i wszyscy wylądujemy na bruku. To czysty szantaż. Państwo musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jest za realizacją interesów ok. 5% społecznej śmietanki właścicieli, czy też jest od tego by zabezpieczyć godziwą pracę, płacę i emerytury druzgocącej większości społeczeństwa. To spór o to, czy Polska jest, czy nie jest kolonią.
Pracobiorcy otwarcie kłamią - to że zmniejszy się ich stopa zysku nie zmieni tego, że warunki zatrudniania (a więc i wyzysku) w Polsce i tak pozostaną jednymi z najatrakcyjniejszych w regionie i całej Unii Europejskiej. Komitet barbarzyńskiej eksploatacji - którym jest rząd RP - musi zmienić swoją strategię. Wyzysk w tej skali co dotychczas musi się skończyć. Chyba, że mielibyśmy zrezygnować z tego , co pracobiorcy nazywają 'kosztami pracy', a więc z emerytur i z ubezpieczenia zdrowotnego. Tego nie zrobimy. Na to nie pozwolimy.
Myślenie prostackiego wyzyskiwacza jest proste. Życie pracownika zarówno przed podjęciem pracy, tak jak i życie pracownika po podjęciu pracy nic go nie obchodzi. Nie interesuje go nawet jego stan zdrowia, bo zawsze może przecież zastąpić jednego taniego frajera, drugim tanim frajerem, zwłaszcza, że do 67 roku życia i tak mało kto dożyje, jest więc z kogo wybierać. Poza maksymalną, krótkotrwałą eksploatacją naszych pracobiorców nie interesuje nic.
Oni chcą byśmy my też nie byli zainteresowani niczym innym, tylko tym, żeby oni mogli dawać nam jak najmniej.
‘Pracodawcy’! Nie zatrudniajcie jeśli macie wyzyskiwać ludzi do tego stopnia, że nie stać ich będzie na emeryturę, jeśli nie stać ma nas być na opiekę zdrowotną. Jeżeli nie stać was na pracowników, jeśli bycie zatrudnionym ma oznaczać bycie niewolnikiem to zajmijcie się czymś co potraficie, zajmijcie się godziwszym zajęciem. Do biznesu po prostu się nie nadajecie! Na wasze miejsce przyjdą inni, którzy nie chcą mieć w sercu Europy Bangladeszu, a jeśli nie – społeczeństwo poradzi sobie bez was.
Kłamstwa, że zamkniecie firmy, gdy zostaną uskładkowione umowy śmieciowe wciskajcie komu innemu. Z czego będziecie żyli jeśli pozamykacie firmy? Co będziecie robić?
Nie wmawiajcie nam polityki jedności narodowej. Polityka jedności społecznej nie istnieje - nie, jeśli w jedności tej mają znajdować się cyniczni wyzyskiwacze. Jeżeli zieloność naszej wyspy ma wiecznie polegać wyłącznie na tym, że jej mieszkańcy są najtańszą siłą roboczą w Europie, to lepiej tą wyspę spalić i zacząć budowę kraju od nowa.
Nagle nawet PiS, w osobie Adama Hoffmana, zrezygnowało z postulatu uskładkowienia umów śmieciowych, ukazując swoją prawdziwą, neoliberalną, burżuazyjną twarz i bez żadnych wyrzutów sumienia depcząc swoje wcześniejsze obietnice. Podobnie PSL, słowami Pawlaka zaczęło przestrzegać przed spodziewanymi planami Tuska, wicepremier stwierdził wręcz, że to dzięki umowom śmieciowym uniknęliśmy kryzysu i dzięki temu nie jest u nas tak źle jak w Hiszpanii.
Fakt, tak źle nie jest... jest kilka razy gorzej i biedniej.
Tusk ma nóż na gardle. Wie doskonale, że społeczeństwo ustawicznie pogrąża się w biedzie, a jednocześnie odnotowujemy przecież stały wzrost gospodarczy. Nieuzusowienie umów śmieciowych to dla Tuska gwarancja utraty opinii i władzy, gwarancja problemów budżetowych, krachu emerytalnego i katastrofy politycznej. Jego instynkt przetrwania może kazać mu realizować zadania racjonalne, nawet kosztem akceptacji antyneoliberalnego charakteru tych postulatów.
Pracobiorcy (czyt. 'pracodawcy' oszukańczo zwani pracodawcami, albo po prostu właściciele kapitału) straszą nas / pracowników najemnych / , że jeśli umowy śmieciowe zostaną obłożone zusowską składką to oni zrezygnują z zatrudniania pracowników i wszyscy wylądujemy na bruku. To czysty szantaż. Państwo musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jest za realizacją interesów ok. 5% społecznej śmietanki właścicieli, czy też jest od tego by zabezpieczyć godziwą pracę, płacę i emerytury druzgocącej większości społeczeństwa. To spór o to, czy Polska jest, czy nie jest kolonią.
Pracobiorcy otwarcie kłamią - to że zmniejszy się ich stopa zysku nie zmieni tego, że warunki zatrudniania (a więc i wyzysku) w Polsce i tak pozostaną jednymi z najatrakcyjniejszych w regionie i całej Unii Europejskiej. Komitet barbarzyńskiej eksploatacji - którym jest rząd RP - musi zmienić swoją strategię. Wyzysk w tej skali co dotychczas musi się skończyć. Chyba, że mielibyśmy zrezygnować z tego , co pracobiorcy nazywają 'kosztami pracy', a więc z emerytur i z ubezpieczenia zdrowotnego. Tego nie zrobimy. Na to nie pozwolimy.
Myślenie prostackiego wyzyskiwacza jest proste. Życie pracownika zarówno przed podjęciem pracy, tak jak i życie pracownika po podjęciu pracy nic go nie obchodzi. Nie interesuje go nawet jego stan zdrowia, bo zawsze może przecież zastąpić jednego taniego frajera, drugim tanim frajerem, zwłaszcza, że do 67 roku życia i tak mało kto dożyje, jest więc z kogo wybierać. Poza maksymalną, krótkotrwałą eksploatacją naszych pracobiorców nie interesuje nic.
Oni chcą byśmy my też nie byli zainteresowani niczym innym, tylko tym, żeby oni mogli dawać nam jak najmniej.
‘Pracodawcy’! Nie zatrudniajcie jeśli macie wyzyskiwać ludzi do tego stopnia, że nie stać ich będzie na emeryturę, jeśli nie stać ma nas być na opiekę zdrowotną. Jeżeli nie stać was na pracowników, jeśli bycie zatrudnionym ma oznaczać bycie niewolnikiem to zajmijcie się czymś co potraficie, zajmijcie się godziwszym zajęciem. Do biznesu po prostu się nie nadajecie! Na wasze miejsce przyjdą inni, którzy nie chcą mieć w sercu Europy Bangladeszu, a jeśli nie – społeczeństwo poradzi sobie bez was.
Kłamstwa, że zamkniecie firmy, gdy zostaną uskładkowione umowy śmieciowe wciskajcie komu innemu. Z czego będziecie żyli jeśli pozamykacie firmy? Co będziecie robić?
Nie wmawiajcie nam polityki jedności narodowej. Polityka jedności społecznej nie istnieje - nie, jeśli w jedności tej mają znajdować się cyniczni wyzyskiwacze. Jeżeli zieloność naszej wyspy ma wiecznie polegać wyłącznie na tym, że jej mieszkańcy są najtańszą siłą roboczą w Europie, to lepiej tą wyspę spalić i zacząć budowę kraju od nowa.
czwartek, 20 września 2012
Życie pełne ryzyka - Życie bez państwa
Sprawa Amber Gold pokazuje w jakim kierunku ewoluowała nasza
państwowość. Nie przypadkiem Donald Tusk w sejmie otwarcie stwierdza, że
"państwo nie jest od ograniczania ryzyka obywateli". Jako premier rządu
ma on bardzo klarowną wizję tego, co powinien robić i czego się od
niego oczekuje. Te oczekiwania to demontaż państwa, a co za tym idzie,
także i demontaż prawa.
Swoboda prywaty w gospodarce i poparcie, które kapitaliści kupili sobie wynosząc na tron Tuska doprowadziły do tego, że zatarła się różnica między przedsiębiorczością a przestępczością. Role państwowych instytucji też nie są już zbyt jasne. Oszukiwanie, nacinanie na pieniądze, okradanie i bycie okradzionym to dziś elementy 'ryzyka', całkowicie dopuszczalne w nowoczesnej gospodarce rynkowej. Jak możemy zauważyć, słabość państwa i prawa jest wręcz dla Tuska i jego ludzi powodem do dumy, punktem honoru i dowodem na to, że transformacja ustrojowa zakończyła się sukcesem. Prawdą jest, że otępiałe od propagandy społeczeństwo okradane jest już od bardzo dawna. Począwszy od przymusowego złodziejstwa, jakim były OFE, skończywszy na aferze hazardowej, kolejnych prywatyzacjach, złodziejskich przetargach na budowę dróg, czy ustawkach i przekrętach, które zafundowali objętym przez siebie Agencjom politycy PSL-u.
Teraźniejszość Polaków to życie pełne ryzyka, w którym państwo nie interweniuje na korzyść obywateli, lecz celowo działa tak, by zmniejszyć swoje wpływy i minimalizować swe działania. Państwo aktywnie przy tym wspiera proces wywłaszczania obywatela.
Opieka medyczna, praca, wykształcenie, bezpieczeństwo zgromadzonych oszczędności - wszystko już objęte jest ryzykiem, wszystko można w mgnieniu oka stracić. Nawet najbardziej elementarne potrzeby nie są już przez system gwarantowane, nic nie jest pewne. W tak konstruowanej rzeczywistości życie toczy się w rytm walki i rywalizacji o najmniejsze nawet zdobycze i najprostsze ludzkie potrzeby, dalej już nie sięga. Kapitalizm rozszerzył się i objął swym zasięgiem każdą dziedzinę życia, pożarł też elementarne prawa i ochronne funkcje państwa. Nie widać u nas "ludzkiej twarzy" kapitalizmu, ale być może składamy się na "ludzką twarz", która znajduje się gdzieś indziej - choć to raczej marne pocieszenie.
Dramat Polski polega na tym, że nie posiada ona znaczącej gospodarki, a prywatna inicjatywa gospodarcza to u nas garść firm mało znaczących i zwyczajnie słabych, żadnych. Jeżeli zlikwidować do tego aktywną, podmiotową rolę państwa to w rezultacie pełnię swobody uzyska (w zasadzie już uzyskał) bezwzględny zagraniczny kapitał, który wobec słabych państw, takich jak Polska, zawsze postępuje bez najmniejszej litości. Słabość Polski zaowocowała koniecznością emigracji zarobkowej dla milionów obywateli, jednocześnie też w Europie narodziła się pogarda dla pozbawionych, choćby najmniejszej samodzielnej politycznej woli Polaków - wyrazem tego była m.in nagonka na polskich emigrantów, którą mogliśmy zaobserwować w Holandii.
Czy to się zmieni? Większość grup politycznych zmierza w kierunku programu ograniczania roli państwa. Budowana przez neoliberalną indoktrynację wiara w świętość i cudotwórstwo prywatnej własności na stałe zalęgła się w umysłach mainstreamowej polityki - mainstreamowi politycy, aby przetrwać w kapitalizmie musieli zaadoptować się do warunków nowego, po 1989, rozdania.
Państwo burżuazyjne skutecznie wymazało ze świadomości zbiorowej państwo robotnicze. Przy obecnym rozkładzie środowisk lewicowych, ewentualna porażka Tuska oznaczać będzie triumf Kaczyńskiego. Państwowość powróci... ale zupełnie inna od tej, której byśmy sobie życzyli...
Swoboda prywaty w gospodarce i poparcie, które kapitaliści kupili sobie wynosząc na tron Tuska doprowadziły do tego, że zatarła się różnica między przedsiębiorczością a przestępczością. Role państwowych instytucji też nie są już zbyt jasne. Oszukiwanie, nacinanie na pieniądze, okradanie i bycie okradzionym to dziś elementy 'ryzyka', całkowicie dopuszczalne w nowoczesnej gospodarce rynkowej. Jak możemy zauważyć, słabość państwa i prawa jest wręcz dla Tuska i jego ludzi powodem do dumy, punktem honoru i dowodem na to, że transformacja ustrojowa zakończyła się sukcesem. Prawdą jest, że otępiałe od propagandy społeczeństwo okradane jest już od bardzo dawna. Począwszy od przymusowego złodziejstwa, jakim były OFE, skończywszy na aferze hazardowej, kolejnych prywatyzacjach, złodziejskich przetargach na budowę dróg, czy ustawkach i przekrętach, które zafundowali objętym przez siebie Agencjom politycy PSL-u.
Teraźniejszość Polaków to życie pełne ryzyka, w którym państwo nie interweniuje na korzyść obywateli, lecz celowo działa tak, by zmniejszyć swoje wpływy i minimalizować swe działania. Państwo aktywnie przy tym wspiera proces wywłaszczania obywatela.
Opieka medyczna, praca, wykształcenie, bezpieczeństwo zgromadzonych oszczędności - wszystko już objęte jest ryzykiem, wszystko można w mgnieniu oka stracić. Nawet najbardziej elementarne potrzeby nie są już przez system gwarantowane, nic nie jest pewne. W tak konstruowanej rzeczywistości życie toczy się w rytm walki i rywalizacji o najmniejsze nawet zdobycze i najprostsze ludzkie potrzeby, dalej już nie sięga. Kapitalizm rozszerzył się i objął swym zasięgiem każdą dziedzinę życia, pożarł też elementarne prawa i ochronne funkcje państwa. Nie widać u nas "ludzkiej twarzy" kapitalizmu, ale być może składamy się na "ludzką twarz", która znajduje się gdzieś indziej - choć to raczej marne pocieszenie.
Dramat Polski polega na tym, że nie posiada ona znaczącej gospodarki, a prywatna inicjatywa gospodarcza to u nas garść firm mało znaczących i zwyczajnie słabych, żadnych. Jeżeli zlikwidować do tego aktywną, podmiotową rolę państwa to w rezultacie pełnię swobody uzyska (w zasadzie już uzyskał) bezwzględny zagraniczny kapitał, który wobec słabych państw, takich jak Polska, zawsze postępuje bez najmniejszej litości. Słabość Polski zaowocowała koniecznością emigracji zarobkowej dla milionów obywateli, jednocześnie też w Europie narodziła się pogarda dla pozbawionych, choćby najmniejszej samodzielnej politycznej woli Polaków - wyrazem tego była m.in nagonka na polskich emigrantów, którą mogliśmy zaobserwować w Holandii.
Czy to się zmieni? Większość grup politycznych zmierza w kierunku programu ograniczania roli państwa. Budowana przez neoliberalną indoktrynację wiara w świętość i cudotwórstwo prywatnej własności na stałe zalęgła się w umysłach mainstreamowej polityki - mainstreamowi politycy, aby przetrwać w kapitalizmie musieli zaadoptować się do warunków nowego, po 1989, rozdania.
Państwo burżuazyjne skutecznie wymazało ze świadomości zbiorowej państwo robotnicze. Przy obecnym rozkładzie środowisk lewicowych, ewentualna porażka Tuska oznaczać będzie triumf Kaczyńskiego. Państwowość powróci... ale zupełnie inna od tej, której byśmy sobie życzyli...
Związki zawodowe w rękach prawicy
Nie mamy w Polsce lewicowych związków zawodowych. Nie ma się co łudzić.
Solidarność, po tym, jak przegłosowano najbardziej skandaliczną ustawę
ostatniej dekady nie robi dosłownie nic. Piotr Duda, w wywiadzie dla
"Przekroju" martwi się przede wszystkim o aspekty prawne, boi się też,
że ewentualny strajk generalny wcale nie zaszkodzi Tuskowi, tylko
polskiemu społeczeństwu i pracownikom.
Otóż nie zaszkodzi. Bo gorzej już nie będzie. 3 milionowa emigracja, kilkunastoprocentowe bezrobocie, skandaliczna płaca minimalna, skandaliczne podatki, skandaliczne składki zdrowotne, nakłady na służbę zdrowia i edukację... Świat Polaków wali się na naszych oczach, niszczeje z każdym dniem. A związki zawodowe, a Solidarność? Przede wszystkim świętuje rocznice. To pokaz żałosnej służalczości wobec systemu.
Prawicowa ideologia, która zdominowała Solidarność (a także OPZZ) to efekt politycznej dominacji prawicy w ostatnim dwudziestoleciu. Ani pracownicy, ani związki zawodowe nie mają z nadania socjalistycznej, klasowej świadomości i samowiedzy dotyczącej swojego położenia. Bez partii, bez ideologii, bez socjalistów, bez normalnej lewicy związki stają się zwyczajnym organem panującej ideologii i doktryny.
To Solidarność przyniosła Polsce kapitalizm, a naiwność milionów robotników i fakt, że zostali oni zmanipulowani doprowadziły do złodziejskiej prywatyzacji i wielkiej gospodarczej zapaści. Historia dowodzi, że nie wystarczy rozdziawiać paszczy na widok ludzi na ulicy, trzeba jeszcze zwracać uwagę na to co mówią, gdzie to mówią, jakie są realne możliwości, co da się, a czego nie da się zrobić.
Odcinając ze stoczniowej bramy napis "im. Lenina" Piotr Duda dał popis nie tylko ignorancji, ale także swojego prawicowego zaślepienia. Żyjemy w kraju, w którym co chwilę odsłania się kolejne pomniki Reagana i w którym czci się myśl neoliberalną, z Margaret Thatcher i Balcerowiczem na czele. Nie doczekaliśmy się jednak ze strony szefa Solidarności żadnej kontrowersyjnej akcji w tę stronę, Reagany mogą czuć się bezpieczne, Tusk może czuć się bezpieczny. "Pętak" będzie posłuszny.
Współczucie należy się przede wszystkim robotnikom, ludziom pracy najemnej, którzy nie posiadają swoich faktycznych reprezentantów. Mało tego, wielu z nich nie posiada nawet wyobrażenia tego, co mogłoby tym rzetelnym reprezentowaniem ich interesów być. Owce, spędzone do zagrody, pozbawiane godności, pieniędzy i głosu nie poradzą sobie same, czekanie na cud nic tu nie pomoże. To właśnie jest zadanie dla prawdziwej lewicy - wytworzenie organizacji, partii, struktur, które przywrócą dyskurs lewicy i program socjalizmu życiu publicznemu, tak, żeby związki zawodowe mogły się na tym wzorować i stać się lewicowymi związkami zawodowymi, nie dodatkiem do prawicowej ideologii.
Ktoś to światło musi zapalić. Samozapłon nie nastąpi.
Otóż nie zaszkodzi. Bo gorzej już nie będzie. 3 milionowa emigracja, kilkunastoprocentowe bezrobocie, skandaliczna płaca minimalna, skandaliczne podatki, skandaliczne składki zdrowotne, nakłady na służbę zdrowia i edukację... Świat Polaków wali się na naszych oczach, niszczeje z każdym dniem. A związki zawodowe, a Solidarność? Przede wszystkim świętuje rocznice. To pokaz żałosnej służalczości wobec systemu.
Prawicowa ideologia, która zdominowała Solidarność (a także OPZZ) to efekt politycznej dominacji prawicy w ostatnim dwudziestoleciu. Ani pracownicy, ani związki zawodowe nie mają z nadania socjalistycznej, klasowej świadomości i samowiedzy dotyczącej swojego położenia. Bez partii, bez ideologii, bez socjalistów, bez normalnej lewicy związki stają się zwyczajnym organem panującej ideologii i doktryny.
To Solidarność przyniosła Polsce kapitalizm, a naiwność milionów robotników i fakt, że zostali oni zmanipulowani doprowadziły do złodziejskiej prywatyzacji i wielkiej gospodarczej zapaści. Historia dowodzi, że nie wystarczy rozdziawiać paszczy na widok ludzi na ulicy, trzeba jeszcze zwracać uwagę na to co mówią, gdzie to mówią, jakie są realne możliwości, co da się, a czego nie da się zrobić.
Odcinając ze stoczniowej bramy napis "im. Lenina" Piotr Duda dał popis nie tylko ignorancji, ale także swojego prawicowego zaślepienia. Żyjemy w kraju, w którym co chwilę odsłania się kolejne pomniki Reagana i w którym czci się myśl neoliberalną, z Margaret Thatcher i Balcerowiczem na czele. Nie doczekaliśmy się jednak ze strony szefa Solidarności żadnej kontrowersyjnej akcji w tę stronę, Reagany mogą czuć się bezpieczne, Tusk może czuć się bezpieczny. "Pętak" będzie posłuszny.
Współczucie należy się przede wszystkim robotnikom, ludziom pracy najemnej, którzy nie posiadają swoich faktycznych reprezentantów. Mało tego, wielu z nich nie posiada nawet wyobrażenia tego, co mogłoby tym rzetelnym reprezentowaniem ich interesów być. Owce, spędzone do zagrody, pozbawiane godności, pieniędzy i głosu nie poradzą sobie same, czekanie na cud nic tu nie pomoże. To właśnie jest zadanie dla prawdziwej lewicy - wytworzenie organizacji, partii, struktur, które przywrócą dyskurs lewicy i program socjalizmu życiu publicznemu, tak, żeby związki zawodowe mogły się na tym wzorować i stać się lewicowymi związkami zawodowymi, nie dodatkiem do prawicowej ideologii.
Ktoś to światło musi zapalić. Samozapłon nie nastąpi.
piątek, 24 sierpnia 2012
Biznes to biznes
Polski 'wolny rynek' toczą afery. Skandale, które wychodzą na światło dzienne nie wywołują jednak większej krytyki gospodarki wolnorynkowej. Kolejne upadłości firm turystycznych (których koszty ponosi oczywiście państwo), upadłość linii lotniczej OLT Express, czy też klęska i skandal związany z Amber Gold traktowane są jak wypadki przy pracy, normalność, która znalazła się na czołówkach gazet bodajże tylko dlatego, że znajdujemy się w samym środku sezonu ogórkowego.
Modę na gospodarcze afery zapoczątkowano w „wolnej Polsce” z wielką pompą. Aktem założycielskim była przecież złodziejska i łupieżcza masowa prywatyzacja społecznego majątku. Świętując i kultywując pamięć o tych wielkich łowach współcześni przedsiębiorcy postępują podobnie. Wzorują się wręcz na przeszłości, powtarzając wciąż w kółko za pośrednictwem ekspertów z centrum im. Adama Smitha, że proces prywatyzacyjny jeszcze na dobre się nie zakończył i że wiele w tej materii dopiero przed nami.
Całkowicie nowe standardy w tej dziedzinie stworzyła Platforma Obywatelska. Umiejętnie dogadała się z biznesem, aż do tego stopnia, że pieniądze z budżetu, które tradycyjnie otrzymują partie przekraczające 3% próg poparcia i które pozwalają im na mniejszą lub większą niezależność stały się dla PO zbędne. Była też afera hazardowa, która żadnych krzywdzących rozstrzygnięć politykom Platformy nie przyniosła, dokonano jednak przy jej okazji publicznej legitymizacji praktyki lobbingu, normalnością stały się też nocne pogadanki na cmentarzach i przy stacjach benzynowych, przy okazji których ustala się losy ustaw i podejmuje najważniejsze gospodarcze decyzje. Apostołem szczególnie dobrze reprezentującym swoją epokę jest Stefan Niesiołowski, który stwierdził, że klienci Amber Gold, którzy powierzyli instytucji swoje pieniądze i teraz nie wiadomo czy otrzymają je z powrotem, są sami sobie winni, naiwnie bowiem uwierzyli w zwrot wysokości aż 14 procent. Oto przyszłość peryferyjnego kapitalizmu: brak państwowej kontroli, brak skutecznych służb, brak jakiejkolwiek kontroli rynku i czysta 'wolnorynkowa' ruletka, rosyjska ruletka.
Podążając tym tokiem myślenia powinniśmy spodziewać się w najbliższym czasie wprowadzenia powszechnego dostępu do broni, byłoby to ukoronowanie królującego w życiu społecznym prawa przemocy i pięści. Zabity będzie odtąd uczciwym przegranym, żywy będzie prawdziwym zwycięzcą, szczególnie moralnym (i kto wie, czy nie natchnionym przez wstawiennictwo samej Opatrzności).
To, że kolejne upadłości ciągną za sobą spustoszenie i ludzką tragedię zostało już wyparte ze społecznej świadomości. Upadłości to bezrobocie, bankructwa i utrata oszczędności, demoluje to plany życiowe i wręcz odbiera ludziom życie. Każdy kolejny krok kapitału na drodze do maksymalizacji zysku to kolejny krok w wyalienowaniu społeczeństwa. A maksymalizacja zysku karmi się oszustwem, szwindlem i krętactwem – na które szczególnie podatne są państwa ubezwłasnowolnione przez międzynarodowy kapitał. Takie jak Polska.
Za gospodarczymi podbojami nielicznych, których nazwać można w Polsce kapitalistami podąża nowa, przywleczona z Zachodu moda. Moda na niewinność. Sprawcy gospodarczych afer, przekrętów i winni upadłości rzadko już trafiają przed oblicze sądu, prawie nigdy nie trafiają do więzienia. Złe decyzje ekonomiczne traktowane są pobłażliwie, uznaje się je za dzieło nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Pojęcie przestępstwa gospodarczego tak się w kapitalizmie rozmyło, że nie wiadomo już co oznacza. Stało się tak dlatego, że kapitalizm sam w sobie jest przestępstwem gospodarczym, trudno więc byłoby sądzić wszystkich, którzy działają przeciwko społeczeństwu, na szkodę środowiska lub niezgodnie z prawem. Samo prawo przeistoczyło się w formę rytuału. Prawo stało się odrębnym światem, takim do obejścia, do pominięcia przy zastosowaniu rozmaitych kruczków prawnych, przy wykorzystaniu porad możliwie najdroższego prawnika. Zgodnie z prawem kapitał przestał też być instancją żywą. Kapitał i pieniądze stały się czymś neutralnym, środkiem który wykorzystany być może dla dowolnego celu, przy zachowaniu całkowitej niewinności posiadacza. Sam posiadacz stał się tylko użytkownikiem idei, absolutu pieniądza i wykonawcą rozkazów mrocznej (żywiołowej) siły, za którą nie można już dostrzec żadnego człowieka.
W ten sposób zniknęła odpowiedzialność za decyzje gospodarcze. Działalność indywidualistyczna i podyktowana egoizmem, która jest dziś czymś naturalnym przestała być jakkolwiek szkodliwa, bo naprzeciw siebie ma tylko własność społeczną i państwową, które w rozpowszechnianej przez system opinii są przecież oficjalnymi wrogami wszelkich wolności i nowoczesnych swobód demokratycznych.
Firma ma prawo korzystać z wszelkich środków i metod, byle tylko utrzymywała się na powierzchni i była rentowna. Gdy firma zaczyna tonąć, uznaje się, że tak zdecydowała magiczna siła wolnego rynku, że kapitał i pieniądze same podjęły decyzje. I zgodnie z zasadami wolnego rynku, który żywi się klęską większości w imię zysku coraz mniejszej liczby osób, wszystko odbywa się zgodnie z prawem świętego wywłaszczenia, a wywłaszczać ma prawo każdy, kto tylko zdoła to zrobić. Biznes to biznes.
wtorek, 7 sierpnia 2012
Moda na morderców
Chris Kyle, czyli "najskuteczniejszy snajper w historii USA" nie kryje
swojego dorobku, a wręcz przeciwnie - chwali się i szczyci tym, że
podczas amerykańskiej inwazji na Irak zabił co najmniej 160 ludzi. W
Polsce, nakładem wydawnictwa ZNAK właśnie ma ukazać się autobiograficzna
książka Kyle'a, zatytułowana "Cel Snajpera".
W świecie celebrytów, ludzi słynnych z tego, że są słynni prawdziwie autentyczne osiągnięcie Chrisa Kyle'a budzi wielki szacunek. Promocją jego osoby i działalności zajęły się wszystkie polskie czołowe portale internetowe. Kyle traktowany jest jak człowiek, który spełnił swój patriotyczny obowiązek, wykazał się męstwem, odwagą i stanowi wzór do naśladowania. Całą robotę odwala w tym przypadku liczba. 160 zabitych brzmi jak dobry wynik w grze komputerowej, takiej jak Counter Strike czy innej, z licznego grona niezwykle modnych gier-strzelanek. Fetowanie osiągnięcia tego mordercy wydaje się nie mieć końca. Musimy mieć jednak świadomość tego, że w imperialistycznych wojnach zginęło nie 160, a setki tysięcy osób, Chrisów Kyle'ów jest więc cała rzesza, prawdziwa chmara.
Do czego musiało dojść, żeby snajper-morderca mógł stać się herosem zachodniej cywilizacji (tej cywilizacji, która zawsze szczyciła się swoim humanizmem i etyką postępowania)? Przede wszystkim dehumanizacji i uprzedmiotowieniu ulec musieli mieszkańcy państw Wschodu, w szczególności Irakijczycy, których narodowość stała się tożsama z pojęciem terroryzmu. Dzięki temu Chris Kyle zabijając terrorystów, zabijał nie ludzi, a zagrażające nam zjawisko - terroryzm. Gloryfikacja amerykańskich morderców i polskich okupantów przychodzi łatwo, bo życie ludzkie przestało mieć znaczenie. Kult praw człowieka, o które Zachód zabiega wtedy, gdy chce zaatakować jakieś państwo z pozycji moralnej po to, by następnie usprawiedliwić militarną inwazję to nie kult człowieka, lecz kult wyłącznie Człowieka Zachodniego.
Kapitalizm liberalny przedstawia jednoznaczną wizję człowieka. Człowiek kupuje. Człowiek sprzedaje się na wolnym rynku. Człowiekowi zależy wyłącznie na pieniądzach. Człowiek jest bogaty i zamożny. Człowiek jest piękny i ma 'seksowne' ciało. Człowiekiem jest tylko pan i władca. Człowiekiem jest więc tylko podobny do mnie - do władcy.
Prawa człowieka dotyczą wyłącznie ludzi wpasowujących się w powyższą definicję. Zgodnie z tą definicją człowieka, osoby które nie są kapitalistycznie piękne, nie sprzedają się i nie kupują, nie są władcami, zakrywają ciało... nie są też i ludźmi. Stąd już bardzo krótka droga do wojny, legalnego mordowania i systematycznej likwidacji. Ofiary nie robiły zakupów w centrach handlowych, nie wyjeżdżały na wakacje do ciepłych krajów, nie miały konta na facebooku... a więc nie istniały. Tylko w nielicznych miejscach krążą jeszcze pogłoski, zgodnie z którymi Chris Kyle zlikwidował ludzi a nie ruchome, komputerowe cele o niskim ilorazie sztucznej inteligencji.
Utrata uprzywilejowanej pozycji na światowym rynku pracy jest czymś niewyobrażalnym. Chris Kyle to bohater, który zapewnił Zachodowi niezmierzone ilości Big Maców z McDonalda i tysiące litrów ropy do naszych wspaniałych, błyszczących samochodów. Cóż z tego, że przy okazji nie obyło się bez ofiar, lecz skoro ofiary nie były ludźmi, nikt o nich nie słyszał - żadna z nich nie wystąpiła przecież w "Tańcu z gwiazdami". Chris Kyle, nie Jezus, jest prawdziwym męczennikiem Zachodu. To właśnie Kyle musiał odwalić 'brudną robotę', a jak sam wspomina "miał opory" przed strzelaniem do kobiety z dzieckiem na rękach, ale opory te zdołał w sobie zwalczyć i dzięki temu sięgnął nieba, ideału, złamał ostatnią barierę w obronie 'wartości zachodu', które to umożliwiły i które na to zezwalają.
Na Zachodzie wszyscy szkolą się na Chrisów Kyle'ów. Trening jest bardzo skuteczny. Nie wszystkich zdołano niestety wysłać na czas do Iraku... Być może gdyby sprawcy masakry na premierze "Batmana", Jamesowi Holmesowi zdołano by dostarczyć na czas Irakijczyków zapobieżono by tragedii... Holmes w Iraku byłby kimś użytecznym, może nawet pobiłby rekord Kyle'a.
Chris Kyle może mordować. Polska, Stany Zjednoczone i inne kraje mogą brać udział w wojnach. Społeczeństwa nie reagują. Nie wierzą w to, że inny świat jest możliwy. Ofiara z trupów na zagranicznych wojnach wydaje się być ofiarą skromną i niezauważalną. Gdy ginie jeden z nas - reagujemy. Gdy ginie nie ktoś, a coś i płynie dla nas z tego korzyść... fetujemy.
-----------------------------------
Dopiero co rozpoczęły się Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Przy okazji przemarszu reprezentacji Syrii komentatorowi wymknęło się, że państwa uczestniczące w wojnach nie mogą - zgodnie z prawem olimpijskim - brać udziału w igrzyskach. Dla komentatora jedynym światowym agresorem jest Syria. Nie USA, nie Wielka Brytania, Nie Francja, nie Polska... lecz Syria. Mordercą również nie jest Barack Obama, nie jest nim Nicolas Sarkozy, nie jest nim Chris Kyle. Mordercami są ci, którzy działają przeciw nam, czyli przeciw imperializmowi, kimkolwiek by nie byli, z dzieckiem na rękach lub bez...
W świecie celebrytów, ludzi słynnych z tego, że są słynni prawdziwie autentyczne osiągnięcie Chrisa Kyle'a budzi wielki szacunek. Promocją jego osoby i działalności zajęły się wszystkie polskie czołowe portale internetowe. Kyle traktowany jest jak człowiek, który spełnił swój patriotyczny obowiązek, wykazał się męstwem, odwagą i stanowi wzór do naśladowania. Całą robotę odwala w tym przypadku liczba. 160 zabitych brzmi jak dobry wynik w grze komputerowej, takiej jak Counter Strike czy innej, z licznego grona niezwykle modnych gier-strzelanek. Fetowanie osiągnięcia tego mordercy wydaje się nie mieć końca. Musimy mieć jednak świadomość tego, że w imperialistycznych wojnach zginęło nie 160, a setki tysięcy osób, Chrisów Kyle'ów jest więc cała rzesza, prawdziwa chmara.
Do czego musiało dojść, żeby snajper-morderca mógł stać się herosem zachodniej cywilizacji (tej cywilizacji, która zawsze szczyciła się swoim humanizmem i etyką postępowania)? Przede wszystkim dehumanizacji i uprzedmiotowieniu ulec musieli mieszkańcy państw Wschodu, w szczególności Irakijczycy, których narodowość stała się tożsama z pojęciem terroryzmu. Dzięki temu Chris Kyle zabijając terrorystów, zabijał nie ludzi, a zagrażające nam zjawisko - terroryzm. Gloryfikacja amerykańskich morderców i polskich okupantów przychodzi łatwo, bo życie ludzkie przestało mieć znaczenie. Kult praw człowieka, o które Zachód zabiega wtedy, gdy chce zaatakować jakieś państwo z pozycji moralnej po to, by następnie usprawiedliwić militarną inwazję to nie kult człowieka, lecz kult wyłącznie Człowieka Zachodniego.
Kapitalizm liberalny przedstawia jednoznaczną wizję człowieka. Człowiek kupuje. Człowiek sprzedaje się na wolnym rynku. Człowiekowi zależy wyłącznie na pieniądzach. Człowiek jest bogaty i zamożny. Człowiek jest piękny i ma 'seksowne' ciało. Człowiekiem jest tylko pan i władca. Człowiekiem jest więc tylko podobny do mnie - do władcy.
Prawa człowieka dotyczą wyłącznie ludzi wpasowujących się w powyższą definicję. Zgodnie z tą definicją człowieka, osoby które nie są kapitalistycznie piękne, nie sprzedają się i nie kupują, nie są władcami, zakrywają ciało... nie są też i ludźmi. Stąd już bardzo krótka droga do wojny, legalnego mordowania i systematycznej likwidacji. Ofiary nie robiły zakupów w centrach handlowych, nie wyjeżdżały na wakacje do ciepłych krajów, nie miały konta na facebooku... a więc nie istniały. Tylko w nielicznych miejscach krążą jeszcze pogłoski, zgodnie z którymi Chris Kyle zlikwidował ludzi a nie ruchome, komputerowe cele o niskim ilorazie sztucznej inteligencji.
Utrata uprzywilejowanej pozycji na światowym rynku pracy jest czymś niewyobrażalnym. Chris Kyle to bohater, który zapewnił Zachodowi niezmierzone ilości Big Maców z McDonalda i tysiące litrów ropy do naszych wspaniałych, błyszczących samochodów. Cóż z tego, że przy okazji nie obyło się bez ofiar, lecz skoro ofiary nie były ludźmi, nikt o nich nie słyszał - żadna z nich nie wystąpiła przecież w "Tańcu z gwiazdami". Chris Kyle, nie Jezus, jest prawdziwym męczennikiem Zachodu. To właśnie Kyle musiał odwalić 'brudną robotę', a jak sam wspomina "miał opory" przed strzelaniem do kobiety z dzieckiem na rękach, ale opory te zdołał w sobie zwalczyć i dzięki temu sięgnął nieba, ideału, złamał ostatnią barierę w obronie 'wartości zachodu', które to umożliwiły i które na to zezwalają.
Na Zachodzie wszyscy szkolą się na Chrisów Kyle'ów. Trening jest bardzo skuteczny. Nie wszystkich zdołano niestety wysłać na czas do Iraku... Być może gdyby sprawcy masakry na premierze "Batmana", Jamesowi Holmesowi zdołano by dostarczyć na czas Irakijczyków zapobieżono by tragedii... Holmes w Iraku byłby kimś użytecznym, może nawet pobiłby rekord Kyle'a.
Chris Kyle może mordować. Polska, Stany Zjednoczone i inne kraje mogą brać udział w wojnach. Społeczeństwa nie reagują. Nie wierzą w to, że inny świat jest możliwy. Ofiara z trupów na zagranicznych wojnach wydaje się być ofiarą skromną i niezauważalną. Gdy ginie jeden z nas - reagujemy. Gdy ginie nie ktoś, a coś i płynie dla nas z tego korzyść... fetujemy.
-----------------------------------
Dopiero co rozpoczęły się Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Przy okazji przemarszu reprezentacji Syrii komentatorowi wymknęło się, że państwa uczestniczące w wojnach nie mogą - zgodnie z prawem olimpijskim - brać udziału w igrzyskach. Dla komentatora jedynym światowym agresorem jest Syria. Nie USA, nie Wielka Brytania, Nie Francja, nie Polska... lecz Syria. Mordercą również nie jest Barack Obama, nie jest nim Nicolas Sarkozy, nie jest nim Chris Kyle. Mordercami są ci, którzy działają przeciw nam, czyli przeciw imperializmowi, kimkolwiek by nie byli, z dzieckiem na rękach lub bez...
wtorek, 3 lipca 2012
Nie lecz się!
Na pierwszy rzut oka działanie Ministerstwa Zdrowia, które zwiększa
liczbę kontroli ubezpieczenia zdrowotnego jest działaniem całkowicie
racjonalnym. Do 2004 roku idąc do lekarza nie trzeba było za każdym
razem okazywać dowodu swojego ubezpieczenia. Sytuacja stopniowo uległa
jednak zmianie. Podbijane książeczki zdrowotne ważne były kiedyś pół
roku, potem przez trzy miesiące, by w chwili obecnej wymagać stempla
dwanaście razy do roku. Odpowiedzialność za ubezpieczenie przerzucono
całościowo na pacjenta. To pacjent musi każdorazowo udowadniać
posiadanie przez siebie ubezpieczenia. Teraz nawet to oraz konieczność
rejestrowania każdej wizyty lekarskiej okazuje się być nie
wystarczająca, dodatkowo ubezpieczenia kontrolować mają jeszcze lekarze.
Kto ma prawo do publicznej opieki zdrowotnej? Z tytułu obowiązkowego ubezpieczenia są to: pracownicy, osoby prawne, rolnicy, zarejestrowani bezrobotni, renciści, emeryci, pobierający jakiekolwiek świadczenia z pomocy społecznej... ubezpieczeni są też członkowie rodzin wyżej wymienionych, czyli dzieci, wnuczęta, a także wszyscy obywatele do 18 roku życia i wszyscy pobierający naukę do 26 roku życia, nie zapomnijmy też o wszystkich z orzeczoną niepełnosprawnością oraz o wszystkich obywatelach Unii Europejskiej ubezpieczonych na mocy obustronnego porozumienia.
Dodajmy też, że zgodnie z Konstytucją RP, każdy obywatel ma "gwarantowane prawo do ochrony zdrowia".
Kogo więc ścigają przepisy?
Cóż, zdaniem Ministerstwa Zdrowia jest w Polsce około... 250 tysięcy nieubezpieczonych obywateli... A więc, zgodnie z formalnym usprawiedliwieniem rządu to specjalnie dla nich powstają kolejne obostrzenia i regulacje prawne mające na celu ściganie nieubezpieczonych obywateli... Jak na dłoni widać oszustwo.
Działania rządu mają bowiem na celu tylko jedno zadanie: zmniejszenie liczby osób korzystających w Polsce z opieki zdrowotnej.
Poprzez kruczki prawne, presję i rygor kontroli oraz terror biurokratyczny państwo rządzące się kapitalistyczną logiką minimalizacji wydatków pragnie maksymalnie zmniejszyć wydatki na opiekę zdrowotną. Przy konieczności każdorazowego, comiesięcznego podbijania książeczki zdrowotnej, przy trudnościach odczuwanych na każdym kroku - od rejestracji po wykupienie lekarstw - część (z tych najmniej zdeterminowanych) chorych wykruszy się i zrezygnuje z leczenia. Ci rezygnujący to dla oszczędzającego NFZ-u i cierpiącego na skandaliczne niedofinansowanie polskiego systemu publicznej opieki zdrowotnej czysty zysk i dowód skutecznej, bogatej w cięcia, reformy.
Profilaktyka i promocja zdrowia są dla neoliberalnego państwa pustymi pojęciami. Mamy więc do czynienia z cichą eutanazją. Trzeba być bowiem naiwnym, by sądzić, że planowe zmniejszanie liczby korzystających z opieki medycznej nie odbije się na ich zdrowiu, czy też nie zakończy czyjegoś życia. Opieka nad obywatelami i ich zdrowie nie jest wartościowe, bo nie niesie za sobą natychmiastowego zysku i nie mieści się w skali burżuazyjnego interesu. Na kompletną prywatyzację służby zdrowia jest jeszcze za wcześnie, choć przyszłe pokolenia będą być może urobione już na tyle, że i to ujdzie rządzącym płazem. Dlatego Ministerstwo ze zdrajcą prywatyzatorem-ministrem na czele pragnie przynajmniej przekształcić i sprywatyzować wykonawców usług medycznych, czyli szpitale, przychodnie itp. Furtka do prywatyzacji szpitali otwarta została już dawno temu. Obecnie NFZ ulega transformacji w "publicznego płatnika" prywatnych usług. Nieporównanie droższe, prywatne usługi, przy jednoczesnej całkowitej prywatyzacji publicznego dotychczas majątku, zastąpią publiczne ośrodki zdrowia - nastawione na realizację społecznych celów i będące publiczną własnością.
Prywatyzacja służby zdrowia - wbrew trendom obecnym nawet w Stanach Zjednoczonych - będzie w Polsce postępować. Peryferia kapitalizmu to dobre poletko pod interesy dla zagranicznych koncernów medycznych. Możemy być pewni, że obietnica J.K Bieleckiego zostanie przez rządzących dotrzymana.[2]
[1] Wydatki poszczególnych krajów UE na opiekę medyczną można porównać sobie na stronach eurostatu - http://epp.eurostat.ec.europa.eu/statistics_explained/index.php/Healthcare_statistics
[2] http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/jan-krzysztof-bielecki-obieca-amerykanom-bedzie-prywatyzacja-suzby-zdrowia_205672.html
Kto ma prawo do publicznej opieki zdrowotnej? Z tytułu obowiązkowego ubezpieczenia są to: pracownicy, osoby prawne, rolnicy, zarejestrowani bezrobotni, renciści, emeryci, pobierający jakiekolwiek świadczenia z pomocy społecznej... ubezpieczeni są też członkowie rodzin wyżej wymienionych, czyli dzieci, wnuczęta, a także wszyscy obywatele do 18 roku życia i wszyscy pobierający naukę do 26 roku życia, nie zapomnijmy też o wszystkich z orzeczoną niepełnosprawnością oraz o wszystkich obywatelach Unii Europejskiej ubezpieczonych na mocy obustronnego porozumienia.
Dodajmy też, że zgodnie z Konstytucją RP, każdy obywatel ma "gwarantowane prawo do ochrony zdrowia".
Kogo więc ścigają przepisy?
Cóż, zdaniem Ministerstwa Zdrowia jest w Polsce około... 250 tysięcy nieubezpieczonych obywateli... A więc, zgodnie z formalnym usprawiedliwieniem rządu to specjalnie dla nich powstają kolejne obostrzenia i regulacje prawne mające na celu ściganie nieubezpieczonych obywateli... Jak na dłoni widać oszustwo.
Działania rządu mają bowiem na celu tylko jedno zadanie: zmniejszenie liczby osób korzystających w Polsce z opieki zdrowotnej.
Poprzez kruczki prawne, presję i rygor kontroli oraz terror biurokratyczny państwo rządzące się kapitalistyczną logiką minimalizacji wydatków pragnie maksymalnie zmniejszyć wydatki na opiekę zdrowotną. Przy konieczności każdorazowego, comiesięcznego podbijania książeczki zdrowotnej, przy trudnościach odczuwanych na każdym kroku - od rejestracji po wykupienie lekarstw - część (z tych najmniej zdeterminowanych) chorych wykruszy się i zrezygnuje z leczenia. Ci rezygnujący to dla oszczędzającego NFZ-u i cierpiącego na skandaliczne niedofinansowanie polskiego systemu publicznej opieki zdrowotnej czysty zysk i dowód skutecznej, bogatej w cięcia, reformy.
Profilaktyka i promocja zdrowia są dla neoliberalnego państwa pustymi pojęciami. Mamy więc do czynienia z cichą eutanazją. Trzeba być bowiem naiwnym, by sądzić, że planowe zmniejszanie liczby korzystających z opieki medycznej nie odbije się na ich zdrowiu, czy też nie zakończy czyjegoś życia. Opieka nad obywatelami i ich zdrowie nie jest wartościowe, bo nie niesie za sobą natychmiastowego zysku i nie mieści się w skali burżuazyjnego interesu. Na kompletną prywatyzację służby zdrowia jest jeszcze za wcześnie, choć przyszłe pokolenia będą być może urobione już na tyle, że i to ujdzie rządzącym płazem. Dlatego Ministerstwo ze zdrajcą prywatyzatorem-ministrem na czele pragnie przynajmniej przekształcić i sprywatyzować wykonawców usług medycznych, czyli szpitale, przychodnie itp. Furtka do prywatyzacji szpitali otwarta została już dawno temu. Obecnie NFZ ulega transformacji w "publicznego płatnika" prywatnych usług. Nieporównanie droższe, prywatne usługi, przy jednoczesnej całkowitej prywatyzacji publicznego dotychczas majątku, zastąpią publiczne ośrodki zdrowia - nastawione na realizację społecznych celów i będące publiczną własnością.
Prywatyzacja służby zdrowia - wbrew trendom obecnym nawet w Stanach Zjednoczonych - będzie w Polsce postępować. Peryferia kapitalizmu to dobre poletko pod interesy dla zagranicznych koncernów medycznych. Możemy być pewni, że obietnica J.K Bieleckiego zostanie przez rządzących dotrzymana.[2]
[1] Wydatki poszczególnych krajów UE na opiekę medyczną można porównać sobie na stronach eurostatu - http://epp.eurostat.ec.europa.eu/statistics_explained/index.php/Healthcare_statistics
[2] http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/jan-krzysztof-bielecki-obieca-amerykanom-bedzie-prywatyzacja-suzby-zdrowia_205672.html
piątek, 29 czerwca 2012
Spontaniczna cenzura
Rację ma pisząc na swoim blogu Prof Jan Hartman - "Poniewieranie
Rabczewską i Wojewódzkim przez jakieś sądy, ministerstwa i gazety, przy
wtórze rozhisteryzowanej gawiedzi godne jest kościelnych polowań na
czarownice i heretyków"[1].
W obu przypadkach 'publiczne oburzenie' pragnie skarcić i zakneblować ludzi powtarzających niepopularne systemowo treści. W kapitalistycznej demokracji parlamentarnej rola cenzora zastąpiona została kontrolowanym przez prywatny kapitał dyskursem medialnym oraz posłusznymi giermkami. Ci giermkowie to społeczeństwo, czyli wszyscy uczestnicy życia publicznego. Pranie mózgu, którym dręczy system modeluje całościowy system oceny i zatrudnia wszystkich jako policjantów, pilnujących (a to ci dopiero!) "wolności słowa"!
Dlatego nie można powiedzieć, że biblię napisali napruci winem i palący zioło ludzie, dlatego nie można (w sposób ironiczny i drwiący z drobnomieszczańskiej poprawności) zwrócić uwagi słuchaczy na dramatyczną sytuację pracujących w Polsce imigrantek... przykłady są jednak wszędzie... i tak reżyser Lars Von Trier nie mógł nawet "zrozumieć" Hitlera.
"Wolność słowa" to specyficzny konstrukt. Tak jak specyficznym konstruktem jest w kapitalizmie parlamentarna demokracja. Ta druga jest całkowicie niegroźna i całkowicie bezsilna wobec panujących w społeczeństwie przy pomocy kapitału elit i dlatego bardzo odpowiada systemom kapitalistycznym, które przyzwalając na fałszywą partycypację ogółu w życiu politycznym skrzętnie maskują stosunki własności i przepaście w wykształceniu, wynagrodzeniach i w związku z tym - w świadomości obywatelskiej.
Wolność słowa dotyczy z kolei tych, którzy spełniają warunki poprawności: kapitalistycznej, "demokratycznej", chrześcijańskiej (!) i zakrapianej sosem infantylnej naiwności. Sprawa jest poważna, bo nie dotyczy wyłącznie polityków. Dyktatura fałszywej wolności słowa dotyka artystów, reporterów i komików!
Złudzenie wolności słowa łatwo jest obnażyć. Nie tak dawno temu doskonale zrobili to Paweł Demirski i Monika Strzępka, artyści wyraźnie bowiem wyczuli i poznali się na umiejętnym zawłaszczaniu dyskursu przez neoliberalną narrację. W rezultacie wybuchła - słuszna - "awantura" [2], która wyraźnie obnażyła cynizm i wyrachowanie dziennikarza, karnie wypełniającego rolę kata swobód kulturowych, obywatelskich i politycznych. Gdy w programie Wojewódzkiego i Figurskiego wykorzystana została ta sama narracja, którą posługiwał się Chlasta, lecz na sposób prześmiewczy i wyraźnie drwiąco ironiczny (a więc na sposób niepoważny!) momentalnie zrodziło się wielkie oburzenie i w dzwony bić zaczęli ‘poprawnościowi’ lewicowcy. Zamiast dziękować i wykorzystać tą okazję do wyciągnięcia zagadnienia położenia i sytuacji imigrantów w Polsce zrobiono to, co najchętniej zrobiliby panujący wyzyskiwacze – zaatakowano, potępiono i wymazano sprawę jako nieważną, bo skandaliczną i nieczystą w treści.
Jeżeli ‘wolność słowa’, którą kapitalizm tak obiecywał, poddana ma zostać słusznej i zasłużonej krytyce, to zmienić musi się podejście krytyków systemu. Humor, dowcip i ironia potrafią być potężniejszą bronią niż nabożne i egzaltowane wynoszenie cierpienia na ołtarze. W cierpieniu nie ma bowiem żadnej szlachetności, ani nie jest ono samo w sobie jakąkolwiek wartością! Wstydliwe podejście do spraw dotyczących własnego ciała, czy nabożna powaga, która każe zakryć faktyczne zjawiska to archaizm, efekt indoktrynacji i droga całkowicie nieskuteczna, taka, która nic nie zmieni. W działaniu politycznym liczą się bowiem efekty, a każdy politycznie działa na swój sposób.
Rosnąca cenzura, obecna już w Internecie, życiu politycznym, a nawet artystycznym skłania do wyciągania wniosków. Późny kapitalizm, w którym władza – już mniej nawet niż – 1% staje się coraz bardziej wyraźna i w którym coraz łatwiej podważyć jest logikę, którą kierują się panujący reaguje coraz bardziej agresywnie i histerycznie na każdy przejaw, czy nawet złudzenie ataku. Liberalizm, który jest dyskursem kapitalizmu nie jest w stanie poradzić sobie z wolnością słowa, nie może pozostawić jej przy życiu. Albowiem prawda przeczy jego mechanice. Dlatego praktycznie nie można nazywać już najeźdźcami i bandytami polskich i amerykańskich agresorów w Iraku, nie można żartem/na poważnie/motywująco do działania mówić krytycznie o sytuacji imigrantów, zabijanych w imperialistycznych wojnach, czy umierających z głodu w trzecim świecie… nie można też naruszać świętości – boskiego panowania i antysocjalistycznych fundamentów.
Cenzura pójdzie dalej. Mylili się jednak wszyscy ci, naiwni, którzy sądzili, że cenzurę stosuje – najlepiej przebrany za Stalina – gruby i odpychający cenzor w biurze politycznym. Cenzura jest wszędzie gdzie realizowane są interesy systemu i gdzie spotkać można posłusznych mu wykidajłów. Cenzura finansowa nie jest wystarczająca, potrzebna jest też cenzura spontaniczna i obywatelska. Dopóki nawet najbiedniejsi potrafią jeszcze czytać i pisać (choć akurat to się może wkrótce zmienić) słowo i dźwięk głosu ludzkiego są nadal niebezpieczne. W najgorszej sytuacji, w największej alienacji sami staniemy się kapitalistycznymi cenzorami.
Spoglądając na świat kapitalizmu = świat reklam zostajemy poinstruowani, co wolno, a czego nie. Cieszmy się więc, że pozwalają nam jeszcze chociaż wpadać w piłkoszał, wymachiwać wypranymi ze znaczenia barwami narodowymi, czy pić na umór.
Szczególnie odebrania tego ostatniego nie zniósł by chyba już nikt.
[1]http://hartman.blog.polityka.pl/2012/06/23/kuba-robi-to-z-doda/
[2]http://kultura.gazeta.pl/kultura/1,114532,11447122,Awantura_u_Chlasty__Strzepka_i_Demirski_skrytykowali.html
W obu przypadkach 'publiczne oburzenie' pragnie skarcić i zakneblować ludzi powtarzających niepopularne systemowo treści. W kapitalistycznej demokracji parlamentarnej rola cenzora zastąpiona została kontrolowanym przez prywatny kapitał dyskursem medialnym oraz posłusznymi giermkami. Ci giermkowie to społeczeństwo, czyli wszyscy uczestnicy życia publicznego. Pranie mózgu, którym dręczy system modeluje całościowy system oceny i zatrudnia wszystkich jako policjantów, pilnujących (a to ci dopiero!) "wolności słowa"!
Dlatego nie można powiedzieć, że biblię napisali napruci winem i palący zioło ludzie, dlatego nie można (w sposób ironiczny i drwiący z drobnomieszczańskiej poprawności) zwrócić uwagi słuchaczy na dramatyczną sytuację pracujących w Polsce imigrantek... przykłady są jednak wszędzie... i tak reżyser Lars Von Trier nie mógł nawet "zrozumieć" Hitlera.
"Wolność słowa" to specyficzny konstrukt. Tak jak specyficznym konstruktem jest w kapitalizmie parlamentarna demokracja. Ta druga jest całkowicie niegroźna i całkowicie bezsilna wobec panujących w społeczeństwie przy pomocy kapitału elit i dlatego bardzo odpowiada systemom kapitalistycznym, które przyzwalając na fałszywą partycypację ogółu w życiu politycznym skrzętnie maskują stosunki własności i przepaście w wykształceniu, wynagrodzeniach i w związku z tym - w świadomości obywatelskiej.
Wolność słowa dotyczy z kolei tych, którzy spełniają warunki poprawności: kapitalistycznej, "demokratycznej", chrześcijańskiej (!) i zakrapianej sosem infantylnej naiwności. Sprawa jest poważna, bo nie dotyczy wyłącznie polityków. Dyktatura fałszywej wolności słowa dotyka artystów, reporterów i komików!
Złudzenie wolności słowa łatwo jest obnażyć. Nie tak dawno temu doskonale zrobili to Paweł Demirski i Monika Strzępka, artyści wyraźnie bowiem wyczuli i poznali się na umiejętnym zawłaszczaniu dyskursu przez neoliberalną narrację. W rezultacie wybuchła - słuszna - "awantura" [2], która wyraźnie obnażyła cynizm i wyrachowanie dziennikarza, karnie wypełniającego rolę kata swobód kulturowych, obywatelskich i politycznych. Gdy w programie Wojewódzkiego i Figurskiego wykorzystana została ta sama narracja, którą posługiwał się Chlasta, lecz na sposób prześmiewczy i wyraźnie drwiąco ironiczny (a więc na sposób niepoważny!) momentalnie zrodziło się wielkie oburzenie i w dzwony bić zaczęli ‘poprawnościowi’ lewicowcy. Zamiast dziękować i wykorzystać tą okazję do wyciągnięcia zagadnienia położenia i sytuacji imigrantów w Polsce zrobiono to, co najchętniej zrobiliby panujący wyzyskiwacze – zaatakowano, potępiono i wymazano sprawę jako nieważną, bo skandaliczną i nieczystą w treści.
Jeżeli ‘wolność słowa’, którą kapitalizm tak obiecywał, poddana ma zostać słusznej i zasłużonej krytyce, to zmienić musi się podejście krytyków systemu. Humor, dowcip i ironia potrafią być potężniejszą bronią niż nabożne i egzaltowane wynoszenie cierpienia na ołtarze. W cierpieniu nie ma bowiem żadnej szlachetności, ani nie jest ono samo w sobie jakąkolwiek wartością! Wstydliwe podejście do spraw dotyczących własnego ciała, czy nabożna powaga, która każe zakryć faktyczne zjawiska to archaizm, efekt indoktrynacji i droga całkowicie nieskuteczna, taka, która nic nie zmieni. W działaniu politycznym liczą się bowiem efekty, a każdy politycznie działa na swój sposób.
Rosnąca cenzura, obecna już w Internecie, życiu politycznym, a nawet artystycznym skłania do wyciągania wniosków. Późny kapitalizm, w którym władza – już mniej nawet niż – 1% staje się coraz bardziej wyraźna i w którym coraz łatwiej podważyć jest logikę, którą kierują się panujący reaguje coraz bardziej agresywnie i histerycznie na każdy przejaw, czy nawet złudzenie ataku. Liberalizm, który jest dyskursem kapitalizmu nie jest w stanie poradzić sobie z wolnością słowa, nie może pozostawić jej przy życiu. Albowiem prawda przeczy jego mechanice. Dlatego praktycznie nie można nazywać już najeźdźcami i bandytami polskich i amerykańskich agresorów w Iraku, nie można żartem/na poważnie/motywująco do działania mówić krytycznie o sytuacji imigrantów, zabijanych w imperialistycznych wojnach, czy umierających z głodu w trzecim świecie… nie można też naruszać świętości – boskiego panowania i antysocjalistycznych fundamentów.
Cenzura pójdzie dalej. Mylili się jednak wszyscy ci, naiwni, którzy sądzili, że cenzurę stosuje – najlepiej przebrany za Stalina – gruby i odpychający cenzor w biurze politycznym. Cenzura jest wszędzie gdzie realizowane są interesy systemu i gdzie spotkać można posłusznych mu wykidajłów. Cenzura finansowa nie jest wystarczająca, potrzebna jest też cenzura spontaniczna i obywatelska. Dopóki nawet najbiedniejsi potrafią jeszcze czytać i pisać (choć akurat to się może wkrótce zmienić) słowo i dźwięk głosu ludzkiego są nadal niebezpieczne. W najgorszej sytuacji, w największej alienacji sami staniemy się kapitalistycznymi cenzorami.
Spoglądając na świat kapitalizmu = świat reklam zostajemy poinstruowani, co wolno, a czego nie. Cieszmy się więc, że pozwalają nam jeszcze chociaż wpadać w piłkoszał, wymachiwać wypranymi ze znaczenia barwami narodowymi, czy pić na umór.
Szczególnie odebrania tego ostatniego nie zniósł by chyba już nikt.
[1]http://hartman.blog.polityka.pl/2012/06/23/kuba-robi-to-z-doda/
[2]http://kultura.gazeta.pl/kultura/1,114532,11447122,Awantura_u_Chlasty__Strzepka_i_Demirski_skrytykowali.html
sobota, 16 czerwca 2012
Bezprawne długi, prawny system
Czy długi zawsze należy spłacać? Czy społeczeństwa powinny czuć się
zobowiązane do spłaty długów, które zaciągane były na ich szkodę? Co zrobić
ażeby uzdrowić pogrążoną w kryzysie finansowym Unię Europejską? Kogo posłać do
więzienia? Na te i wiele innych pytań odpowiada książka "Bezprawne
długi". W swej książce François Chesnais, francuski profesor ekonomii i
członek rady naukowej ATTAC-France bada przyczyny europejskiego kryzysu. Autor
nie tylko dokonuje drobiazgowej analizy poszczególnych, najsilniej zadłużonych
państw strefy euro, ale także demaskuje reguły gospodarki kapitalistycznej.
Pojęcia takie jak "dług", czy "reforma" przywykło się w Polsce interpretować na jedno, neoliberalne kopyto. Podobnie przedstawiany jest "kryzys". Oto chciwi i z natury złodziejscy oraz śmiertelnie leniwi pracownicy zadłużyli swoim rozpasaniem i chciwością niewinne i poszkodowane tym samym państwa, które nie mają teraz innego wyjścia jak dokonać tzw. "koniecznych reform". Ekonomia w krajach pozbawionych społecznej nad nią kontroli stała się zbiorem magicznych sformułowań. W umysłach komentatorów i polityków gospodarka to zbiór potocznych sformułowań takich jak: „Długi należy spłacać”, „Nie należy żyć ponad stan”, czy „Dobrze jest oszczędzać”. Za tym prostactwem w myśleniu stoi śmiertelnie poważna strategia finansowa wielkich instytucji finansowych i całej Unii Europejskiej, opierająca się na serii kłamstw i niepodważalnej dominacji sił bezwzględnego kapitalizmu.
Władze europejskich państw przez całe dziesięciolecia działały na szkodę własnych społeczeństw. Ich strategia oparta na całkowitym podporządkowywaniu polityki państwa żądaniom rynków, dokonywaniu nieustannych obniżek podatków dla najbogatszych i przedsiębiorstw oraz - ostatnimi czasy - ratowaniu instytucji finansowych przy pomocy publicznych środków bez ich późniejszego nacjonalizowania i zachowania starannej kontroli nad wydawanymi pieniędzmi doprowadziła do poważnego w społecznych skutkach krachu gospodarczego. Kryzys wyprodukowany został na życzenie polityków, którzy decydowali o takim, a nie innym kształcie gospodarki. Mówiąc o panowaniu neoliberalizmu mówimy w istocie o imperializmie, w którym polityka poszczególnych państw zostaje całkowicie podporządkowana żądaniom najbogatszych, międzynarodowych instytucji finansowych, czy też podpiętym pod państwa firmom przemysłu zbrojeniowego.
Nie powinno nas więc dziwić to, że w latach 2005 - 2009 Grecja była jednym z pięciu największych importerów broni w Europie. Zakupione przez Grecję samoloty bojowe (26 F-16, 25 Mirage) stanowiły 38% wolumenu importu. Równocześnie, od lat 80-tych stale obniżane są w Europie podatki dla najbogatszych - stopa podatkowa dla najwyższego progu dochodowego w pogrążonej dziś w kryzysie Hiszpanii w 1986 roku wynosiła 66%, by w 2007 spaść do 43%. Ta sama praktyka cięć i kapitalistycznej kolonizacji króluje w Polsce. Najwyższa stawka podatkowa wynosi u nas 32%, a CIT 19% (o 4,5 pkt proc. mniej od średniej w UE). Przy tak prowadzonej polityce gospodarczej zmagających się obecnie z kryzysem państw krachu nie dało się uniknąć.
U źródła kryzysu finansowego i kryzysu długu publicznego leży charakter kapitalistycznej gospodarki, na czele z działalnością sektora finansowego. François Chesnais doskonale analizuje proces zyskiwania na znaczeniu tego co określa on mianem finansjery. Finansjera to nic innego jak wielkie banki, fundusze emerytalne i fundusze inwestycji finansowych o dużym ryzyku. Rosnące ryzyko spekulacji na różnorodnych, coraz bardziej niepewnych (nazwanej później "toksycznymi") aktywach doprowadziło w efekcie do powstania i pęknięcia baniek spekulacyjnych. Przyczyniło się do tego umiarkowanie płacowe, które uniemożliwiło konsumentom partycypację w konsumpcji. By ratować system kapitalistyczny instytucje finansowe z błogosławieństwem kapitalistów poczęły oferować kolejne, coraz bardziej ryzykowne kredyty. W pewnym momencie kurtyna zostaje podniesiona i obnażona zostaje nierentowność i wyłącznie fikcyjna możliwość spłaty kolejnych kredytów. Jak na statku, tak i na rynku zwycięża w takim momencie strategia "ratuj się kto może" i dotychczas opłacalne aktywa w skutek wycofywania się kapitału z rynku potrafią tracić swą wartość z dnia na dzień. Jak mogło dojść do takiej sytuacji? Musiały zostać wytworzone odpowiednie narzędzia, przemianie ulec musiał cały system bankowy.
Zdaniem autora tradycyjne banki przestały już istnieć, te musiały bowiem upewniać się co do występowania zdolności kredytowej wśród obdarzonych kredytami klientów. Nowoczesne banki po prostu pozbywają się ryzyka, przerzucając je skutecznie na inne instytucje finansowe i wypuszczając niepewne papiery na 'giełdową wolność'. Takie właśnie zakłady i spekulacje na ryzyku stały się specjalnością całego segmentu gospodarki kapitalistycznej. Do tej polityki dostosowały się kolejno: instytucje finansowe, fundusze emerytalne, firmy, korporacje i wszystkie państwa Unii Europejskiej. Rozpoczęło się panowanie neoliberalizmu.
To co obserwowaliśmy i obserwujemy w Europie miało także swój szerszy wymiar, wymiar konfrontacji wielkich gospodarczych podmiotów – Chin, USA, z Unią Europejską w tle. Wynik tego starcia staje się nam powoli znany, to osłabienie waluty Euro, obniżenie się poziomu życia państw europejskich i wielki awans Państwa Środka.
Można rzec, że dobiegła końca era wiary w "gospodarkę opartą na wiedzy". Pozbawianą przemysłu Europę miały zasilać fundusze, którym europejskie instytucje finansowe umożliwiły łatwe finansowanie swojej działalności. Neoliberalizm sprzedawano u nas właśnie pod takim płaszczykiem. Rzeczywistość zweryfikowała te śmiałe plany. Wraz z ucieczką kapitału do Chin i innych krajów trzeciego świata uciekł też do nich przemysł, dzięki któremu państwa te szybko przekształciły się w wyjątkowo atrakcyjne dla zachodnich inwestorów rezerwuary wartości dodatkowej i w pola pod szybką akumulację. Europejska kontrola nad kapitałem, który z kapitalistycznie słusznych pobudek wyemigrował na wschód okazała się zbyt słaba. Na nic nie zdał się płacz konserwatystów. Ucieczki kapitału nie powstrzymała misja dziejowa obrony Cywilizacji Zachodu – którą tak sugestywnie przedstawiali w swoich pracach zwolennicy teorii Zderzenia Cywilizacji i inni agenci światowego Bushyzmu.
Proces o którym mówimy ma wiele negatywnych konsekwencji odczuwanych w państwach europejskich, ale ma też (o czym François Chesnais pisze niechętnie) strony pozytywne. Będą to przede wszystkim: postęp, internacjonalizacja światowej produkcji oraz stopniowe, powolne wyrównywanie się stopy życiowej, której podnoszenie się najlepiej widoczne jest dzisiaj w Chinach.
Proces dalszego wyrównywania się poziomu życia wymaga jednak społecznej kontroli. Uwolnić się z karuzeli nieustannych kryzysów i spod podporządkowania polityki społecznej zyskom prywatnych instytucji, to zyskać prawdziwą władzę i kontrolę, odzyskać demokrację i stworzyć warunki dla socjalistycznej wspólnoty.
Tej kontroli nie zapewnią instytucje kapitalistyczne, fundusze inwestycyjne, czy neoliberalne think-tanki. Potrzebna jest kontrola konkretna, kontrola własnościowa, potrzebna jest własność społeczna.
Droga do nacjonalizacji, czy też audytu lub restrukturyzacji bezprawnego i haniebnego długu, który ściągnął na nas neoliberalny demiurg nie będzie drogą politycznie łatwą. Wręcz przeciwnie - spotka się z oporem całej maszynerii, którą przez lata wypracował na swój użytek neoliberalny kolos kapitalizmu. Nie ma jednak na dziś innej politycznej drogi dla lewicowych ugrupowań, nie ma innej drogi do budowy gospodarki dla człowieka.
Tymoteusz Kochan
Pojęcia takie jak "dług", czy "reforma" przywykło się w Polsce interpretować na jedno, neoliberalne kopyto. Podobnie przedstawiany jest "kryzys". Oto chciwi i z natury złodziejscy oraz śmiertelnie leniwi pracownicy zadłużyli swoim rozpasaniem i chciwością niewinne i poszkodowane tym samym państwa, które nie mają teraz innego wyjścia jak dokonać tzw. "koniecznych reform". Ekonomia w krajach pozbawionych społecznej nad nią kontroli stała się zbiorem magicznych sformułowań. W umysłach komentatorów i polityków gospodarka to zbiór potocznych sformułowań takich jak: „Długi należy spłacać”, „Nie należy żyć ponad stan”, czy „Dobrze jest oszczędzać”. Za tym prostactwem w myśleniu stoi śmiertelnie poważna strategia finansowa wielkich instytucji finansowych i całej Unii Europejskiej, opierająca się na serii kłamstw i niepodważalnej dominacji sił bezwzględnego kapitalizmu.
Władze europejskich państw przez całe dziesięciolecia działały na szkodę własnych społeczeństw. Ich strategia oparta na całkowitym podporządkowywaniu polityki państwa żądaniom rynków, dokonywaniu nieustannych obniżek podatków dla najbogatszych i przedsiębiorstw oraz - ostatnimi czasy - ratowaniu instytucji finansowych przy pomocy publicznych środków bez ich późniejszego nacjonalizowania i zachowania starannej kontroli nad wydawanymi pieniędzmi doprowadziła do poważnego w społecznych skutkach krachu gospodarczego. Kryzys wyprodukowany został na życzenie polityków, którzy decydowali o takim, a nie innym kształcie gospodarki. Mówiąc o panowaniu neoliberalizmu mówimy w istocie o imperializmie, w którym polityka poszczególnych państw zostaje całkowicie podporządkowana żądaniom najbogatszych, międzynarodowych instytucji finansowych, czy też podpiętym pod państwa firmom przemysłu zbrojeniowego.
Nie powinno nas więc dziwić to, że w latach 2005 - 2009 Grecja była jednym z pięciu największych importerów broni w Europie. Zakupione przez Grecję samoloty bojowe (26 F-16, 25 Mirage) stanowiły 38% wolumenu importu. Równocześnie, od lat 80-tych stale obniżane są w Europie podatki dla najbogatszych - stopa podatkowa dla najwyższego progu dochodowego w pogrążonej dziś w kryzysie Hiszpanii w 1986 roku wynosiła 66%, by w 2007 spaść do 43%. Ta sama praktyka cięć i kapitalistycznej kolonizacji króluje w Polsce. Najwyższa stawka podatkowa wynosi u nas 32%, a CIT 19% (o 4,5 pkt proc. mniej od średniej w UE). Przy tak prowadzonej polityce gospodarczej zmagających się obecnie z kryzysem państw krachu nie dało się uniknąć.
U źródła kryzysu finansowego i kryzysu długu publicznego leży charakter kapitalistycznej gospodarki, na czele z działalnością sektora finansowego. François Chesnais doskonale analizuje proces zyskiwania na znaczeniu tego co określa on mianem finansjery. Finansjera to nic innego jak wielkie banki, fundusze emerytalne i fundusze inwestycji finansowych o dużym ryzyku. Rosnące ryzyko spekulacji na różnorodnych, coraz bardziej niepewnych (nazwanej później "toksycznymi") aktywach doprowadziło w efekcie do powstania i pęknięcia baniek spekulacyjnych. Przyczyniło się do tego umiarkowanie płacowe, które uniemożliwiło konsumentom partycypację w konsumpcji. By ratować system kapitalistyczny instytucje finansowe z błogosławieństwem kapitalistów poczęły oferować kolejne, coraz bardziej ryzykowne kredyty. W pewnym momencie kurtyna zostaje podniesiona i obnażona zostaje nierentowność i wyłącznie fikcyjna możliwość spłaty kolejnych kredytów. Jak na statku, tak i na rynku zwycięża w takim momencie strategia "ratuj się kto może" i dotychczas opłacalne aktywa w skutek wycofywania się kapitału z rynku potrafią tracić swą wartość z dnia na dzień. Jak mogło dojść do takiej sytuacji? Musiały zostać wytworzone odpowiednie narzędzia, przemianie ulec musiał cały system bankowy.
Zdaniem autora tradycyjne banki przestały już istnieć, te musiały bowiem upewniać się co do występowania zdolności kredytowej wśród obdarzonych kredytami klientów. Nowoczesne banki po prostu pozbywają się ryzyka, przerzucając je skutecznie na inne instytucje finansowe i wypuszczając niepewne papiery na 'giełdową wolność'. Takie właśnie zakłady i spekulacje na ryzyku stały się specjalnością całego segmentu gospodarki kapitalistycznej. Do tej polityki dostosowały się kolejno: instytucje finansowe, fundusze emerytalne, firmy, korporacje i wszystkie państwa Unii Europejskiej. Rozpoczęło się panowanie neoliberalizmu.
To co obserwowaliśmy i obserwujemy w Europie miało także swój szerszy wymiar, wymiar konfrontacji wielkich gospodarczych podmiotów – Chin, USA, z Unią Europejską w tle. Wynik tego starcia staje się nam powoli znany, to osłabienie waluty Euro, obniżenie się poziomu życia państw europejskich i wielki awans Państwa Środka.
Można rzec, że dobiegła końca era wiary w "gospodarkę opartą na wiedzy". Pozbawianą przemysłu Europę miały zasilać fundusze, którym europejskie instytucje finansowe umożliwiły łatwe finansowanie swojej działalności. Neoliberalizm sprzedawano u nas właśnie pod takim płaszczykiem. Rzeczywistość zweryfikowała te śmiałe plany. Wraz z ucieczką kapitału do Chin i innych krajów trzeciego świata uciekł też do nich przemysł, dzięki któremu państwa te szybko przekształciły się w wyjątkowo atrakcyjne dla zachodnich inwestorów rezerwuary wartości dodatkowej i w pola pod szybką akumulację. Europejska kontrola nad kapitałem, który z kapitalistycznie słusznych pobudek wyemigrował na wschód okazała się zbyt słaba. Na nic nie zdał się płacz konserwatystów. Ucieczki kapitału nie powstrzymała misja dziejowa obrony Cywilizacji Zachodu – którą tak sugestywnie przedstawiali w swoich pracach zwolennicy teorii Zderzenia Cywilizacji i inni agenci światowego Bushyzmu.
Proces o którym mówimy ma wiele negatywnych konsekwencji odczuwanych w państwach europejskich, ale ma też (o czym François Chesnais pisze niechętnie) strony pozytywne. Będą to przede wszystkim: postęp, internacjonalizacja światowej produkcji oraz stopniowe, powolne wyrównywanie się stopy życiowej, której podnoszenie się najlepiej widoczne jest dzisiaj w Chinach.
Proces dalszego wyrównywania się poziomu życia wymaga jednak społecznej kontroli. Uwolnić się z karuzeli nieustannych kryzysów i spod podporządkowania polityki społecznej zyskom prywatnych instytucji, to zyskać prawdziwą władzę i kontrolę, odzyskać demokrację i stworzyć warunki dla socjalistycznej wspólnoty.
Tej kontroli nie zapewnią instytucje kapitalistyczne, fundusze inwestycyjne, czy neoliberalne think-tanki. Potrzebna jest kontrola konkretna, kontrola własnościowa, potrzebna jest własność społeczna.
Droga do nacjonalizacji, czy też audytu lub restrukturyzacji bezprawnego i haniebnego długu, który ściągnął na nas neoliberalny demiurg nie będzie drogą politycznie łatwą. Wręcz przeciwnie - spotka się z oporem całej maszynerii, którą przez lata wypracował na swój użytek neoliberalny kolos kapitalizmu. Nie ma jednak na dziś innej politycznej drogi dla lewicowych ugrupowań, nie ma innej drogi do budowy gospodarki dla człowieka.
Tymoteusz Kochan
Etykiety:
demokracja,
ekonomia,
globalizacja,
imperializm,
kapitalizm,
kryzys,
neokolonializm,
neoliberalizm,
prywatyzacja,
recenzja,
teoria,
uspołecznienie
poniedziałek, 14 maja 2012
Przyszłe reformy, przyszłość pracowników
Odbyło się głosowanie dotyczące podniesienia wieku emerytalnego do 67. roku życia. Głosami PO, PSL i Ruchu Palikota wiek emerytalny podwyższono. Klamka zapadła, wkrótce wszystkim pracującym dodane zostaną zgodnie z przelicznikiem kolejne miesiące pracy, aż do całkowitego wydłużenia wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn. Polacy pracować będą dłużej. Mroczne, skrywane przez rząd fakty są takie: co trzeci Polak nie dożyje emerytury, żyjemy znacznie krócej niż Europejczycy na Zachodzie, już teraz osoby powyżej 55 roku życia mają olbrzymie trudności ze znalezieniem pracy, a także nie istnieje jakakolwiek skuteczna państwowa strategia dotycząca tworzenia miejsc pracy. Rząd Platformy posiada jasny plan i realizował go będzie z całą bezwzględnością. Jaki to plan, czyj to plan? By uzyskać odpowiedź wystarczy poszperać w rozwiązaniach gospodarczych proponowanych przez neoliberalne instytuty, fundacje i grupy nacisku.
1. Podwyższenie wieku emerytalnego
Podwyższenie wieku emerytalnego służy dwóm najważniejszym celom - obniżeniu ceny siły roboczej poprzez zwiększenie ilości konkurujących ze sobą pracowników na rynku oraz oszczędności, którą zapewni mniejsza liczba koniecznych do utrzymania emerytów. Wydłużenie wieku emerytalnego to doskonały interes dla poszukujących taniej robocizny kapitalistów. Rozwiązanie to rekomendowane jest przez takie instytucje jak Bank Światowy, a także Forum Obywatelskiego Rozwoju, stało się też priorytetem dla rządu. Innym priorytetem są też radykalne cięcia i niskie składki emerytalne oraz jak najniższe świadczenia. W przyszłości, kiedy ostatnie pieniądze nazbierane za czasów Polski Ludowej zostaną wydane, minimalna emerytura wynosić będzie około ~635 zł. Nie pozostanie nic innego jak liczyć wyłącznie na siebie lub swoje dzieci – jak radził z resztą wicepremier Waldemar Pawlak.
2. Deregulacja i liberalizacja zawodów
Mowa o tzw. "uwolnieniu zawodów". Rząd już teraz planuje uwolnić ponad 50 zawodów regulowanych. Ma to "zwiększyć konkurencję" i "zwiększyć zatrudnienie". Wiele profesji stanie się przedmiotem intensywnej rywalizacji drobnych i średnich podmiotów gospodarczych. Deregulacja umożliwi wejście na rynek dodatkowego kapitału, małe firmy szybko jednak upadną i przepadną w rywalizacji z dużymi spółkami i korporacjami - deregulacja będzie dobrą okazją do wywłaszczenia, a także - co najważniejsze - do obniżenia kosztów kształcenia pracowników przez pracodawców. Od chwili wprowadzenia zmian w życie trenerem, taksówkarzem, czy przewodnikiem turystycznym zostać będzie mógł niemal każdy. Konsumenci tych usług staną się w dużej mierze bezradni, szybko wzrośnie też bezrobocie w wyniku niekontrolowanych boomów na poszczególne branże. Gowinowską strategię od dawna wspiera Fundacja Republikańska oraz oczywiście fundacja Balcerowicza.
3. Likwidacja okresu ochronnego
Przedsiębiorcom bardzo ciąży okres ochronny pracowników. "To, że pracodawca nie może zwolnić osoby od 56. roku życia w przypadku kobiet i 61. roku życia w przypadku mężczyzn, sprawia, że znalezienie pracy po pięćdziesiątce jest prawie niemożliwe - twierdzi Małgorzata Rusewicz." Marzeniem zatrudniających jest likwidacja emerytur, likwidacja okresu ochronnego i całkowita dowolność w kwestii zatrudniania/zwalniania ludzi. Propaganda przeciwko okresowi ochronnemu już przewija się na portalach internetowych i w gazetach, projekt gorąco wspiera Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych Lewiatan. Tylko kwestią czasu jest, kiedy rząd zabierze się do realizacji tego postulatu.
4. Likwidacja ochrony lokatorów
Już teraz resort budownictwa chce skasować przepis zgodnie z którym eksmitowanym kobietom w ciąży i rodzinom z dziećmi przysługuje lokal socjalny. Te działania związane są z neoliberalną strategią, która polegać ma na "uwolnieniu rynku mieszkań na wynajem". Nie istnieje żadna publiczna strategia tworzenia nowych mieszkań, od czasu do czasu z konieczności stawiane są najwyżej kontenery. Stopniowe uwalnianie rynku mieszkań jest doskonałą okazją dla spekulacji kredytowych, w których prym wiodą instytucje finansowe i banki. Państwo likwidując swoją obecność na rynku mieszkaniowym zyskuje oszczędność i wspiera prywatny kapitał, który jest z nim bezpośrednio powiązany. Lokatorzy (szczególnie ciążaci i dzieciaci) dostaną w prezencie poczekalnie na odremontowanych na Euro 2012 dworcach.
5. Przekwalifikowanie rolników na pracowników
Ten autorski projekt Forum Obywatelskiego Rozwoju zakłada przesunięcie 160 tysięcy ludzi z sektora rolnictwa do sektora usług i przemysłu. Działanie to "zapewnić ma wzrost PKB o 0,9 proc". Eksperci Balcerowicza są wyjątkowo optymistyczni w swej wierze, że ludzie ci znaleźliby zatrudnienie gdzie indziej. Gwarancją pracy dla nich ma być... ich niskie wynagrodzenie. Ta stricte burżuazyjna logika, którą posługują się neoliberałowie za cel swej polityki zakłada stworzenie jak największej liczby, jak najtańszych pracowników najemnych. Niskie stawki nie są wcale środkiem do powszechnego zatrudnienia (chyba, że w rachubę wchodziłyby stawki rzędu 200 złotych miesięcznie), tylko do zwiększenia konkurencji na rynku i stworzenia możliwości uzyskiwania jak największej wartości dodatkowej. Rolnicy, których obecnie utrzymują w dużej mierze dopłaty unijne znajdują się poza rynkiem, są poza nawiasem rynkowej konkurencji - i to doprowadza neoliberałów do irytacji.
6. Inwestycje prywatne z publicznej kasy
Posługujący się neoliberalizmem przedsiębiorcy wcale nie zrezygnowali z udziału państwa w gospodarce. Wręcz przeciwnie - pragną oni, by państwo utrzymywało ich i fundowało im życie wykładając środki na prywatne inwestycje. W kraju, w którym wszystko co państwowe i publiczne cieszy się opinią nierentownego, przynoszącego straty i szkodliwego publiczne środki pójdą do kieszeni prywatnych właścicieli - którzy być może zrobią to co do nich należy, rzecz jasna mając na uwadze przede wszystkim jak największe oszczędności i jak największą prywatną korzyść. "Wzrost stopy oszczędności krajowych i podniesienie poziomu inwestycji pomogłyby PKB. Poziom inwestycji to ok. 20 proc PKB rocznie, w tym tylko ok. 15 proc. prywatnych. Potrzebny jest lepszy dostęp do krajowego kapitału, czyli oszczędności." - czytamy w Forbesie. Jak zjeść ciastko i mieć ciastko? Jak oszczędzać i jednocześnie wydawać na inwestycje, którymi zajmą się żądni zysku przedsiębiorcy? Wydawać mogłoby się, że jest to niemożliwe. A jednak można to zrobić - wystarczy brać pieniądze od przeciętnych obywateli, po czym oddawać je na rzecz prywatnych inwestycji. Temu służyć będą podatki - transferowi pieniędzy od pracowników najemnych do przedsiębiorców.
7. Atak na uczelnie
Ostatnimi czasy wiele mówi się o produkcji bezrobotnych na polskich uczelniach wyższych. Burzę swoim wystąpieniem rozpoczął prezes PZU, później pojawiły się kolejne krytyczne głosy wobec sposobów kształcenia na uniwersytetach. Cała krytyka skupiona została wyłącznie na uczelniach i zatrudnionych w nich pracownikach, podczas gdy ani słowem nie poruszona została kwestia wielkiego boomu prywatnych uczelni i świadomego otwarcia przez państwo uczelni wyższych na wszystkich kandydatów. Nie mówi się o tym, że celowo zdestabilizowano edukację wyższą i zrobiono z uczelni przechowalnię, lodówkę zamrażającą i pacyfikującą na czas studiów przyszłych bezrobotnych. Atak na uczelnie szybko zagospodarowany został przez neoliberalne instytucje, które już teraz proponują przejście do modelu edukacji wyższej przyjętego w USA. Płatny drugi kierunek studiów to dopiero początek, już teraz FOR lobbuje za wprowadzeniem powszechnej odpłatności wraz z systemem kredytów studenckich i stypendiów. Studenci kończący studia z kredytami rzędu kilkuset tysięcy złotych? Już wkrótce.
Jak widać przyszłość polskich pracowników nie jest elastyczna. Jest określona, zaplanowana i dawno już przewidziana...
czwartek, 26 kwietnia 2012
Doktryna: Wiecznykatyń
Fala tematyki smoleńsko-katyńskiej w dyskursie publicznym wciąż
przybiera na sile. Im więcej czasu mija od wydarzeń w Katyniu i nawet
katastrofy smoleńskiej, tym silniej toczymy bój ze sprawcami tamtych
wydarzeń – czy rzeczywistymi choć już mocno historycznymi, czy zupełnie
urojonymi, to już mniej istotna sprawa. Prawicowa rzeczywistość, jak
kania deszczu, potrzebuje przeciwnika. System określa się bowiem poprzez
tworzony przez siebie antagonizm. Konflikt, czy to smoleński, czy to
katyński służy właśnie stworzeniu przeciwnika, służy walce ideologicznej
i tworzeniu nowej, patriotyczno-narodowej tożsamości, na której oparty
ma zostać projekt forsowanej przez Jarosława Kaczyńskiego IV RP.
Batalia Smoleńska i walka o „prawdę” to w rzeczywistości jednak walka nie z urojeniami, lecz z prawdziwym, konkretnym przeciwnikiem. Tym wrogiem jest socjalizm, zwalczany tak bezwzględnie i z pogwałceniem wszelkich zasad „prawdy” i politycznej rywalizacji, ponieważ skutecznie i trwale podważył święty i nienaruszalny fundament obecnej rzeczywistości - własność prywatną i jej dogmat. Walka ta ma jednak charakter komiczny, włączając w to nawet jej metody szulerskie i infantylne jednocześnie. Przeciwnik jest bowiem fantomem, nie istnieje, nie ma go, więc i nie „przyjmuje pola”. W związku z tym komunizm (czy socjalizm) identyfikowany i lokowany jest historycznie, w odległej przeszłości. Po pierwsze w ZSRR, po drugie w PRL-u, czyli komunistyczno-socjalistycznym grzechu polskiej przeszłości. PRL to skrywana, wstydliwa geneza obecnej rzeczywistości, do której całkowitego wyparcia i piętnującego naznaczenia na wieczność dążą elity współczesnego, neoliberalnego kapitalizmu. Wypierając się tym samym znaczącej części siebie, swej własnej przeszłości i kreując przeszłość sztuczną, fałszywą, a tym samym słabą i poniekąd wariacką, jak opowieść o babce hrabinie i klejnotach rodowych.
Elity (takie to zresztą i elity), które urosły i wychowały się w warunkach przeszłości i dzięki tej przeszłości, potwierdzają swoje oddanie aktualnemu systemowi poprzez nieustanną i pogłębiającą się negację wszystkiego, co symbolicznie choćby zatrąca o lewicową treść lub niekapitalistyczną formę, system ów potencjalnie kwestionując. Przybierający na sile, ubrany w pozornie aktualne zagadnienia bój z komunizmem służy więc i cementowaniu III RP, ale także i wykluczaniu z obiegu wszelkiej faktycznie lewicowej i faktycznie antysystemowej treści. W tej materii zawiązał się między prawicą neoliberalną (PO) a kościelną prawicą neoliberalną (PIS) sojusz. Ten pakt polega na wspólnym budowaniu nowej tożsamości narodowej i wspólnej walce, ze wspólnie zdefiniowanym przeciwnikiem – komunizmem.
IPN, mimo wszystkie związane z nim skandale – od tragedii po kompletną farsę -został przecież nieprzypadkowo utrzymany podczas kolejnej kadencji premiera Tuska, nieprzypadkowo to właśnie Bronisław Komorowski zapowiada budowę muzeum zbrodni komunizmu, etc. Zamożna część społeczeństwa i jej liberalni reprezentanci często nie rozumieją tej milczącej zgody, ale to właśnie ten sojusz pozwala utrzymywać się przy władzy Platformie. Jest to możliwe dzięki wyparciu wszelkiego lewicowego dyskursu z polityki i stworzeniu mitu Wiecznegokatynia, wokół którego między PO a PIS trwa co prawda spór, ale spór pozorny i pożądany, który pozwala każdej z formacji prezentować swój charakter.
Mogłoby tak trwać i trwać, od rocznicy, do rocznicy… Tak dobrze jednak nie ma. Najpewniej bowiem wydarzy się coś, co łatwo przewidzieć, historia naszego stulecia zna bowiem podobne sytuacje i przypadki i boleśnie je pamięta [1]... Hodowany za przyzwoleniem liberałów IPN-owski nacjonalizm urośnie i obróci się przeciwko swoim twórcom czy chrzestnym rodzicom. Gniew społeczny, który wzrasta z każdym kolejnym punktem wzrostu bezrobocia i każdym zamykanym zakładem pracy znajdzie bowiem inny, niż lewicowy, socjalistyczny nośnik. Tym nośnikiem będzie (a może już jest) faszyzm. I tak, liberalna władza zaangażowana w wieczną walkę z komuną, walkę, która miałaby zaprzątać uwagę całego społeczeństwa wyprodukuje i wytworzy naprawdę największych wrogów komunizmu – faszystów. I na nic zdadzą się lamenty i apele do zdrowego rozsądku. Zdziwienie, które lojalne Platformie media żywią wobec gromadzących się na miesięcznice katastrofy i na wiece maryjno-kaczyńskie, czy skręcających w nacjonalizm mas kibiców będzie ostatnią reakcją. Dotychczasowy sojusznik liberałów zdradzi bowiem bez wahania (już zdradza) swych twórców i żywicieli. Wozy transmisyjne TVN24 spłoną.
[1]Pamięta, kto chce pamiętać. Jak wiadomo, w uprawianej przez nasz system polityce historycznej wróg jest jeden.
Batalia Smoleńska i walka o „prawdę” to w rzeczywistości jednak walka nie z urojeniami, lecz z prawdziwym, konkretnym przeciwnikiem. Tym wrogiem jest socjalizm, zwalczany tak bezwzględnie i z pogwałceniem wszelkich zasad „prawdy” i politycznej rywalizacji, ponieważ skutecznie i trwale podważył święty i nienaruszalny fundament obecnej rzeczywistości - własność prywatną i jej dogmat. Walka ta ma jednak charakter komiczny, włączając w to nawet jej metody szulerskie i infantylne jednocześnie. Przeciwnik jest bowiem fantomem, nie istnieje, nie ma go, więc i nie „przyjmuje pola”. W związku z tym komunizm (czy socjalizm) identyfikowany i lokowany jest historycznie, w odległej przeszłości. Po pierwsze w ZSRR, po drugie w PRL-u, czyli komunistyczno-socjalistycznym grzechu polskiej przeszłości. PRL to skrywana, wstydliwa geneza obecnej rzeczywistości, do której całkowitego wyparcia i piętnującego naznaczenia na wieczność dążą elity współczesnego, neoliberalnego kapitalizmu. Wypierając się tym samym znaczącej części siebie, swej własnej przeszłości i kreując przeszłość sztuczną, fałszywą, a tym samym słabą i poniekąd wariacką, jak opowieść o babce hrabinie i klejnotach rodowych.
Elity (takie to zresztą i elity), które urosły i wychowały się w warunkach przeszłości i dzięki tej przeszłości, potwierdzają swoje oddanie aktualnemu systemowi poprzez nieustanną i pogłębiającą się negację wszystkiego, co symbolicznie choćby zatrąca o lewicową treść lub niekapitalistyczną formę, system ów potencjalnie kwestionując. Przybierający na sile, ubrany w pozornie aktualne zagadnienia bój z komunizmem służy więc i cementowaniu III RP, ale także i wykluczaniu z obiegu wszelkiej faktycznie lewicowej i faktycznie antysystemowej treści. W tej materii zawiązał się między prawicą neoliberalną (PO) a kościelną prawicą neoliberalną (PIS) sojusz. Ten pakt polega na wspólnym budowaniu nowej tożsamości narodowej i wspólnej walce, ze wspólnie zdefiniowanym przeciwnikiem – komunizmem.
IPN, mimo wszystkie związane z nim skandale – od tragedii po kompletną farsę -został przecież nieprzypadkowo utrzymany podczas kolejnej kadencji premiera Tuska, nieprzypadkowo to właśnie Bronisław Komorowski zapowiada budowę muzeum zbrodni komunizmu, etc. Zamożna część społeczeństwa i jej liberalni reprezentanci często nie rozumieją tej milczącej zgody, ale to właśnie ten sojusz pozwala utrzymywać się przy władzy Platformie. Jest to możliwe dzięki wyparciu wszelkiego lewicowego dyskursu z polityki i stworzeniu mitu Wiecznegokatynia, wokół którego między PO a PIS trwa co prawda spór, ale spór pozorny i pożądany, który pozwala każdej z formacji prezentować swój charakter.
Mogłoby tak trwać i trwać, od rocznicy, do rocznicy… Tak dobrze jednak nie ma. Najpewniej bowiem wydarzy się coś, co łatwo przewidzieć, historia naszego stulecia zna bowiem podobne sytuacje i przypadki i boleśnie je pamięta [1]... Hodowany za przyzwoleniem liberałów IPN-owski nacjonalizm urośnie i obróci się przeciwko swoim twórcom czy chrzestnym rodzicom. Gniew społeczny, który wzrasta z każdym kolejnym punktem wzrostu bezrobocia i każdym zamykanym zakładem pracy znajdzie bowiem inny, niż lewicowy, socjalistyczny nośnik. Tym nośnikiem będzie (a może już jest) faszyzm. I tak, liberalna władza zaangażowana w wieczną walkę z komuną, walkę, która miałaby zaprzątać uwagę całego społeczeństwa wyprodukuje i wytworzy naprawdę największych wrogów komunizmu – faszystów. I na nic zdadzą się lamenty i apele do zdrowego rozsądku. Zdziwienie, które lojalne Platformie media żywią wobec gromadzących się na miesięcznice katastrofy i na wiece maryjno-kaczyńskie, czy skręcających w nacjonalizm mas kibiców będzie ostatnią reakcją. Dotychczasowy sojusznik liberałów zdradzi bowiem bez wahania (już zdradza) swych twórców i żywicieli. Wozy transmisyjne TVN24 spłoną.
[1]Pamięta, kto chce pamiętać. Jak wiadomo, w uprawianej przez nasz system polityce historycznej wróg jest jeden.
środa, 14 marca 2012
Co oznacza bankructwo
Śledząc wiadomości, newsy, informacje ze świata polityki i ekonomii bombardowani jesteśmy pewną, konkretną terminologią, która wydaje się stała, niezmienna i wsparta o potoczne rozumowanie przeciętnego zjadacza chleba. I tak, podczas kryzysu gospodarczego, bardzo często słyszymy o takich zjawiskach jak cięcia, dług, życie ponad stan, czy też bankructwo. Warto przyjrzeć się bliżej każdemu z tych terminów i przeanalizować rzeczywistą treść oraz konsekwencje każdego z nich. Przy bliżej analizie okazuje się bowiem, że terminy te są bezpośrednio uzależnione od kapitalistycznych mechanizmów, które dowolnie sterują i kierują nimi w ramach zmieniających się potrzeb systemu.
W wiadomościach ekonomicznych, na stronach portalów newsowych, w telewizji... bez przerwy słyszymy o bankructwie. Bankructwo przedstawiane jest jako termin pokrewny z końcem świata. Bankrut oznacza kogoś skończonego, wyrzuconego poza margines. Bankructwo danego kraju przedstawiane jest jako wyrzucenie poza nawias państwowości i utrata wszelkiej suwerenności, a nawet prawa do własnej tożsamości. W analizach i komentarzach na temat sytuacji gospodarczej w Grecji bezustannie słyszymy o "niewypłacalności", "zagrożeniu bankructwem", lub po prostu o bankructwie. Co w przypadku Grecji oznacza bankructwo? Nie oznacza tego, co podpowiada widowni zdrowy rozsądek - jest wręcz na odwrót. Bankructwo jest w systemie kapitalistycznym nie klęską, lecz zwycięstwem. Tyle, że zwycięstwem konkretnej grupy, klasy, konkretnych ludzi. Rezultatem bankructwa Grecji będzie jej kompletna, całkowita prywatyzacja, zawłaszczenie całości majątku i narzucenie maksymalnego spłacalnego programu spłat "długów". Bankructwo nie oznacza w tym wypadku, że Grecja wypada poza stawkę, że przestaje się liczyć i wychodzi poza kapitalizm - co to, to nie. Wręcz przeciwnie, Grecja z całym impetem wkracza w kapitalizm właśnie z chwilą bankructwa, które to pozwala kapitalistom na przejęcie majątku, zawłaszczenie budżetowej teraźniejszości i przyszłości. Dług, na którym kapitał robił doskonałe interesy i który sprzyjał tanim kredytom - dzięki którym obławiały się instytucje finansowe i ich państwa-siedziby - okazuje się nie być długiem kapitału, który z niego korzystał, lecz długiem obarczonego nim państwa.
Na czym polega w kapitalizmie sukces państwowej gospodarki? Bardzo ważnym i wykorzystywanym w tej materii miernikiem jest dla neoliberalnych ekonomistów wzrost gospodarczy. Zasady współczesnej ekonomii nakazują troszczyć się wyłącznie o wzrost gospodarczy (i ew. związane z nim ratingi w agencjach ratingowych). Wydatki na cele inne niż podtrzymywanie wzrostu gospodarczego stają się niedozwolone - w takim układzie rząd z polityków przemienia się w kapitalistycznych zarządców pewnego, konkretnego obszaru ekonomicznego. Wzrost gospodarczy jest uznawany za bardzo ważny wskaźnik i dzieje się tak nie bez przyczyny. W rzeczywistości mierzy on zdolność państwa do realizacji ekonomicznego programu burżuazji. Jeżeli wzrost staje się zbyt niski to dług zaczyna rosnąć, a gdy dług rośnie pojawia się niebezpieczeństwo... bankructwa...czyli całkowitego przejęcia państwa przez kapitał. W tym układzie państwo staje się kontrolowanym narzędziem wzrostu gospodarczego globalnego kapitału, może być wymieniane, poddane rozbiórce i sprywatyzowane do cna - o ile tylko będzie dostatecznie słabe i niewystarczająco dochodowe. Państwa nie przynoszące kapitałowi zysku kończą bankrutując i zostając poddane rozbiórce. Dezercja, plajta, opcja upadłości i możliwość wyjścia poza schemat nie jest przewidziana - taka opcja ostała się już tylko w języku potocznym.
Dotykamy szerszego zagadnienia. Kapitalizm nie tylko usuwa możliwość alternatywy gospodarczej z potencjalnego zakresu decyzyjnego społeczeństw - które w razie kryzysu przechodzą w ręce skorumpowanych neoliberalnych technokratów - , ale także bezustannie wykorzystuje swój aparat ideologiczny, który służy piętnowaniu wszelkich wysiłków zmierzających do przejścia w alternatywną formację gospodarczą. Niezwykle żywe w naszym społeczeństwie są koszmarne wizje związane z wynaturzeniami Białorusi, Korei Północnej, a nawet Chin (choć te ostatnie poprzez swoje wpływy wymykają się już z zasięgu kapitalistycznej propagandy). W ten sposób kapitalizm uzyskuje także władzę w przestrzeni teoretycznej, pacyfikuje potencjalne alternatywy zrównując je do (w pewnej mierze hodowanych przez siebie) obiektów reprezentujących zło absolutne. Hegemonia polityczna kapitalizmu usuwa więc: możliwość wyjścia poza system, możliwość plajty w ramach systemu, oraz wszelkie alternatywne perspektywy i systemy. Co więc oznacza bankructwo? Bankructwo oznacza przecenę, obniżkę na asortyment danego organizmu państwowego, służąc jednocześnie jako pojęcie z zakresu kompleksowego, kapitalistycznego terroru ideologicznego.
W wiadomościach ekonomicznych, na stronach portalów newsowych, w telewizji... bez przerwy słyszymy o bankructwie. Bankructwo przedstawiane jest jako termin pokrewny z końcem świata. Bankrut oznacza kogoś skończonego, wyrzuconego poza margines. Bankructwo danego kraju przedstawiane jest jako wyrzucenie poza nawias państwowości i utrata wszelkiej suwerenności, a nawet prawa do własnej tożsamości. W analizach i komentarzach na temat sytuacji gospodarczej w Grecji bezustannie słyszymy o "niewypłacalności", "zagrożeniu bankructwem", lub po prostu o bankructwie. Co w przypadku Grecji oznacza bankructwo? Nie oznacza tego, co podpowiada widowni zdrowy rozsądek - jest wręcz na odwrót. Bankructwo jest w systemie kapitalistycznym nie klęską, lecz zwycięstwem. Tyle, że zwycięstwem konkretnej grupy, klasy, konkretnych ludzi. Rezultatem bankructwa Grecji będzie jej kompletna, całkowita prywatyzacja, zawłaszczenie całości majątku i narzucenie maksymalnego spłacalnego programu spłat "długów". Bankructwo nie oznacza w tym wypadku, że Grecja wypada poza stawkę, że przestaje się liczyć i wychodzi poza kapitalizm - co to, to nie. Wręcz przeciwnie, Grecja z całym impetem wkracza w kapitalizm właśnie z chwilą bankructwa, które to pozwala kapitalistom na przejęcie majątku, zawłaszczenie budżetowej teraźniejszości i przyszłości. Dług, na którym kapitał robił doskonałe interesy i który sprzyjał tanim kredytom - dzięki którym obławiały się instytucje finansowe i ich państwa-siedziby - okazuje się nie być długiem kapitału, który z niego korzystał, lecz długiem obarczonego nim państwa.
Na czym polega w kapitalizmie sukces państwowej gospodarki? Bardzo ważnym i wykorzystywanym w tej materii miernikiem jest dla neoliberalnych ekonomistów wzrost gospodarczy. Zasady współczesnej ekonomii nakazują troszczyć się wyłącznie o wzrost gospodarczy (i ew. związane z nim ratingi w agencjach ratingowych). Wydatki na cele inne niż podtrzymywanie wzrostu gospodarczego stają się niedozwolone - w takim układzie rząd z polityków przemienia się w kapitalistycznych zarządców pewnego, konkretnego obszaru ekonomicznego. Wzrost gospodarczy jest uznawany za bardzo ważny wskaźnik i dzieje się tak nie bez przyczyny. W rzeczywistości mierzy on zdolność państwa do realizacji ekonomicznego programu burżuazji. Jeżeli wzrost staje się zbyt niski to dług zaczyna rosnąć, a gdy dług rośnie pojawia się niebezpieczeństwo... bankructwa...czyli całkowitego przejęcia państwa przez kapitał. W tym układzie państwo staje się kontrolowanym narzędziem wzrostu gospodarczego globalnego kapitału, może być wymieniane, poddane rozbiórce i sprywatyzowane do cna - o ile tylko będzie dostatecznie słabe i niewystarczająco dochodowe. Państwa nie przynoszące kapitałowi zysku kończą bankrutując i zostając poddane rozbiórce. Dezercja, plajta, opcja upadłości i możliwość wyjścia poza schemat nie jest przewidziana - taka opcja ostała się już tylko w języku potocznym.
Dotykamy szerszego zagadnienia. Kapitalizm nie tylko usuwa możliwość alternatywy gospodarczej z potencjalnego zakresu decyzyjnego społeczeństw - które w razie kryzysu przechodzą w ręce skorumpowanych neoliberalnych technokratów - , ale także bezustannie wykorzystuje swój aparat ideologiczny, który służy piętnowaniu wszelkich wysiłków zmierzających do przejścia w alternatywną formację gospodarczą. Niezwykle żywe w naszym społeczeństwie są koszmarne wizje związane z wynaturzeniami Białorusi, Korei Północnej, a nawet Chin (choć te ostatnie poprzez swoje wpływy wymykają się już z zasięgu kapitalistycznej propagandy). W ten sposób kapitalizm uzyskuje także władzę w przestrzeni teoretycznej, pacyfikuje potencjalne alternatywy zrównując je do (w pewnej mierze hodowanych przez siebie) obiektów reprezentujących zło absolutne. Hegemonia polityczna kapitalizmu usuwa więc: możliwość wyjścia poza system, możliwość plajty w ramach systemu, oraz wszelkie alternatywne perspektywy i systemy. Co więc oznacza bankructwo? Bankructwo oznacza przecenę, obniżkę na asortyment danego organizmu państwowego, służąc jednocześnie jako pojęcie z zakresu kompleksowego, kapitalistycznego terroru ideologicznego.
niedziela, 26 lutego 2012
Nie uprawiajmy polityki, zadowalajmy rynki
Trwa rządowa ofensywa antysocjalna. Donald Tusk lekceważy malejące słupki poparcia deklarując, że gotów jest umrzeć za swą "męską decyzję" o podniesieniu wieku emerytalnego. W mniemaniu Tuska cierpienia społeczeństwa są niczym wobec niewygody odpowiedzialności i przykrej "konieczności historycznej" jaką na swoje barki bierze premier. Sytuacja, w której polityk i jego partia świadomie psuje sobie opinię i renomę to w naszym kraju polityczne novum. Donald Tusk doskonale zdaje sobie sprawę, że jeśli zrobi to co planuje to straci władzę, szacunek i najprawdopodobniej wszelką polityczną przyszłość - i kompletnie się tym nie przejmuje! Premier przestał być politykiem, nie jest ani liberałem (od którego można spodziewać się przynajmniej konkretnych wyliczeń i usprawiedliwień), ani prawicą ludową (która nie zwykła palić za sobą wszelkich mostów), stał się wraz z Platformą Obywatelską podwykonawcą zleceń - bardzo konkretnych zleceń.
W udzielonym dziś wywiadzie telewizyjnym Jan Krzysztof Bielecki (słusznie określony przez Leszka Millera mianem jednej z najbardziej wpływowych postaci polskiej polityki) wyjawił cel rządowej strategii. Ten cel to "robienie tego, czego oczekują rynki", co więcej robienie tego nawet z wyprzedzeniem ich oczekiwań! Bielecki z dwudziestoletnim zapasem wie już czego oczekiwał od Polski będzie zagraniczny kapitał - tu nie ma miejsca na elastyczność. Doktryna służby rynkom zawładnęła rządem na dobre, co więcej, lobby rynkowe (czyli lobby kapitalistów) posiada tak dużą władzę nad rządzącymi, że jest w stanie poświęcić całą dzisiejszą kadrę, byle tylko przeforsować korzystne dla siebie ustawy - i potem zastąpić stare popychadła nowszymi.
W jednym z niedawnych artykułów Forbesa apelowano o zaufanie do "rządów technokratów". Ci technokraci - przedstawieni jako naukowcy, eksperci, specjaliści z dziedziny nauk ścisłych - to nic innego jak neoliberalna kadra, przysłana prosto z magazynów Międzynarodowego Funduszu Walutowego, neoliberalnych think-tanków i instytucji. U nas, ta wymarzona w artykule rzeczywistość nastała już jakiś czas temu. W ten sposób polityków zastąpiono skorumpowanymi wolą polityczną neoliberalnych grup nacisku urzędnikami niższego szczebla, figurantami - dla których jedynym zmartwieniem jest to, by utrzymać się przez pewien czas na powierzchni, zasłużyć się u swego pana, a na starość (gdy twarz zostanie utracona a zaufanie zmaleje do zera) bezpiecznie zająć miejsce w szykowanej przez pryncypała radzie nadzorczej.
W udzielonym dziś wywiadzie telewizyjnym Jan Krzysztof Bielecki (słusznie określony przez Leszka Millera mianem jednej z najbardziej wpływowych postaci polskiej polityki) wyjawił cel rządowej strategii. Ten cel to "robienie tego, czego oczekują rynki", co więcej robienie tego nawet z wyprzedzeniem ich oczekiwań! Bielecki z dwudziestoletnim zapasem wie już czego oczekiwał od Polski będzie zagraniczny kapitał - tu nie ma miejsca na elastyczność. Doktryna służby rynkom zawładnęła rządem na dobre, co więcej, lobby rynkowe (czyli lobby kapitalistów) posiada tak dużą władzę nad rządzącymi, że jest w stanie poświęcić całą dzisiejszą kadrę, byle tylko przeforsować korzystne dla siebie ustawy - i potem zastąpić stare popychadła nowszymi.
W jednym z niedawnych artykułów Forbesa apelowano o zaufanie do "rządów technokratów". Ci technokraci - przedstawieni jako naukowcy, eksperci, specjaliści z dziedziny nauk ścisłych - to nic innego jak neoliberalna kadra, przysłana prosto z magazynów Międzynarodowego Funduszu Walutowego, neoliberalnych think-tanków i instytucji. U nas, ta wymarzona w artykule rzeczywistość nastała już jakiś czas temu. W ten sposób polityków zastąpiono skorumpowanymi wolą polityczną neoliberalnych grup nacisku urzędnikami niższego szczebla, figurantami - dla których jedynym zmartwieniem jest to, by utrzymać się przez pewien czas na powierzchni, zasłużyć się u swego pana, a na starość (gdy twarz zostanie utracona a zaufanie zmaleje do zera) bezpiecznie zająć miejsce w szykowanej przez pryncypała radzie nadzorczej.
niedziela, 8 stycznia 2012
WOŚP - mit dojrzałego kapitalizmu
Dojrzały kapitalizm różni się od kapitalizmu młodego. Z ordynusa i wulgarnego, zbrutalizowanego podrostka przemienia się w pazerną, dorosłą kutwę, która rozglądać zaczyna się za coraz bardziej wysublimowanymi środkami przekazu. Taki "stary kapitalizm" pragnie rządzić we wszystkich dostępnych obszarach - ma także swoje wymagania i kaprysy, jest syty do tego stopnia, że wybrzydza i transformuje, przekształca tylko wybrane dziedziny życia. Takim właśnie, powoli dorastającym tworem jest polska rzeczywistość - z tym, że u nas ewoluujący system nadal oparty jest o bezwzględne zasady narzucane przez neoliberalne państwo i usłużne szeregi drobnej burżuazji utrzymującej system w pionie.
Krajowa doktryna liberalna ciągle poszukuje nośnika dla mitu narodowej wspólnoty, pragnie ona rozpowszechniać bezpieczną dla III RP ideę solidaryzmu społecznego. Takim nośnikiem dla systemu stała się od pewnego momentu Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. WOŚP powstawała jako kontrkulturowa alternatywa dla neoliberalnej ciemnoty Balcerowiczyzmu, jednocześnie wzrastała w siłę w oparciu o młodzieżowy bunt lat 90-tych - stając się dla systemu groźnym ośrodkiem-procederem, mobilizującym wokół siebie rzeczywiste masy ludzkie gotowe do działania. Z upływem lat "ordynarny kapitalizm" dorósł i zaczął produkować własne ośrodki kulturowego i organizacyjnego przekazu - skutki tej produkcji były i są nadal wyjątkowo marne, pomimo całej zmasowanej, liberalnej propagandy (w myśl której system wolnorynkowy uwalnia w społeczeństwie nieskrępowaną, dziką inicjatywę) ciężko wskazać obszar, w którym przejawiałby się ów wyśniony społeczny aktywizm.
WOŚP karnie i posłusznie za Jerzym Owsiakiem zbliżyła się do establishmentu i liberalnej doktryny. Na Woodstocku zaczęli pojawiać się goście pokroju Wałęsy, Mazowieckiego, aż po Balcerowicza. Osłabł 'owsiakowy bunt' i pojawiły się hasła nawołujące do surowego karania piratów i zaostrzania ustawodawstwa dotyczącego posiadania narkotyków. To wszystko pozwoliło organizacji zbliżyć się do Platformy Obywatelskiej - pozwoliło na oparcie się o jej logistyczno-medialne zaplecze i o autorytet sił rządzących. To co potencjalnie (na nasze warunki) buntownicze i rewolucyjne przemieniło się w liberalną mszę, jej centralnym punktem stał się czczony filantropijny odruch serca, który uspokaja sumienia najbogatszych Polaków i jednocześnie usiłuje dowieść wyższości prywatnej opieki zdrowotnej nad publiczną. Nasz kapitalizm dorósł i nauczył się kaptować ruchy z każdego obszaru działalności społecznej i z każdej ze stron - puszki Orkiestry stanęły w Lidlach, dołączone zostały do pakietu platformerskiej reklamy "zielonej wyspy".
Nieubłaganym efektem tego procesu będzie (i już jest) słabnąca popularność działań fundacji. WOŚP to dziś zabawa i jarmark bogatszych miastowych. Po 89' szok transformacyjny stymulował i pchnął społeczeństwo ku swoistej samoorganizacji. W trakcie kryzysu, gdy na państwo nie ma już co liczyć, społeczeństwo wycofuje się w więzi rodzinne. Pragnienie wyjścia poza rodzinne więzi wraz z nadzieją na powtórne uspołecznienie przekute zostało w spontaniczny i symboliczny (także w swych efektach) ruch WOŚP. Od tamtej chwili wiele uległo zmianie, dziś Orkiestra dołączyła do wydarzeń sportowych, otrzymała status państwowo-liberalnej imprezy i zginęła pod naporem formuły widowiska.
Nie ma już szans i perspektyw na to, ażeby w przyszłości wokół Owsiaka i jego fundacji jednoczyła się polityczno-społeczna, powstająca i wykluwająca się w gniewie alternatywa. W kolejnych latach Orkiestrze towarzyszyć będzie coraz większa pompa (większa nawet od eskorty samolotów F-16), w ten sposób społeczne potrzeby, takie jak: potrzeba bezpieczeństwa, wspólnotowości i solidaryzmu (dotychczas nierozerwalnie połączone z publiczną opieką zdrowotną) zastąpi Owsiakowe "róbta, co chceta", które z chęcią w życie wdroży energiczny minister Arłukowicz.
Krajowa doktryna liberalna ciągle poszukuje nośnika dla mitu narodowej wspólnoty, pragnie ona rozpowszechniać bezpieczną dla III RP ideę solidaryzmu społecznego. Takim nośnikiem dla systemu stała się od pewnego momentu Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. WOŚP powstawała jako kontrkulturowa alternatywa dla neoliberalnej ciemnoty Balcerowiczyzmu, jednocześnie wzrastała w siłę w oparciu o młodzieżowy bunt lat 90-tych - stając się dla systemu groźnym ośrodkiem-procederem, mobilizującym wokół siebie rzeczywiste masy ludzkie gotowe do działania. Z upływem lat "ordynarny kapitalizm" dorósł i zaczął produkować własne ośrodki kulturowego i organizacyjnego przekazu - skutki tej produkcji były i są nadal wyjątkowo marne, pomimo całej zmasowanej, liberalnej propagandy (w myśl której system wolnorynkowy uwalnia w społeczeństwie nieskrępowaną, dziką inicjatywę) ciężko wskazać obszar, w którym przejawiałby się ów wyśniony społeczny aktywizm.
WOŚP karnie i posłusznie za Jerzym Owsiakiem zbliżyła się do establishmentu i liberalnej doktryny. Na Woodstocku zaczęli pojawiać się goście pokroju Wałęsy, Mazowieckiego, aż po Balcerowicza. Osłabł 'owsiakowy bunt' i pojawiły się hasła nawołujące do surowego karania piratów i zaostrzania ustawodawstwa dotyczącego posiadania narkotyków. To wszystko pozwoliło organizacji zbliżyć się do Platformy Obywatelskiej - pozwoliło na oparcie się o jej logistyczno-medialne zaplecze i o autorytet sił rządzących. To co potencjalnie (na nasze warunki) buntownicze i rewolucyjne przemieniło się w liberalną mszę, jej centralnym punktem stał się czczony filantropijny odruch serca, który uspokaja sumienia najbogatszych Polaków i jednocześnie usiłuje dowieść wyższości prywatnej opieki zdrowotnej nad publiczną. Nasz kapitalizm dorósł i nauczył się kaptować ruchy z każdego obszaru działalności społecznej i z każdej ze stron - puszki Orkiestry stanęły w Lidlach, dołączone zostały do pakietu platformerskiej reklamy "zielonej wyspy".
Nieubłaganym efektem tego procesu będzie (i już jest) słabnąca popularność działań fundacji. WOŚP to dziś zabawa i jarmark bogatszych miastowych. Po 89' szok transformacyjny stymulował i pchnął społeczeństwo ku swoistej samoorganizacji. W trakcie kryzysu, gdy na państwo nie ma już co liczyć, społeczeństwo wycofuje się w więzi rodzinne. Pragnienie wyjścia poza rodzinne więzi wraz z nadzieją na powtórne uspołecznienie przekute zostało w spontaniczny i symboliczny (także w swych efektach) ruch WOŚP. Od tamtej chwili wiele uległo zmianie, dziś Orkiestra dołączyła do wydarzeń sportowych, otrzymała status państwowo-liberalnej imprezy i zginęła pod naporem formuły widowiska.
Nie ma już szans i perspektyw na to, ażeby w przyszłości wokół Owsiaka i jego fundacji jednoczyła się polityczno-społeczna, powstająca i wykluwająca się w gniewie alternatywa. W kolejnych latach Orkiestrze towarzyszyć będzie coraz większa pompa (większa nawet od eskorty samolotów F-16), w ten sposób społeczne potrzeby, takie jak: potrzeba bezpieczeństwa, wspólnotowości i solidaryzmu (dotychczas nierozerwalnie połączone z publiczną opieką zdrowotną) zastąpi Owsiakowe "róbta, co chceta", które z chęcią w życie wdroży energiczny minister Arłukowicz.
środa, 26 stycznia 2011
Walka Neoliberalizmów / Perspektywy
Tym samym rola Balcerowicza uległa diametralnej przemianie. Żaden rozsądnie i tak - ultraliberalny - rząd pokroju PO nie będzie forsował poglądów tak dalece skrajnych na swoją linię frontu ideologicznego. PO i funkcyjny liberalizm opanował bowiem naukę płynącą z lekcji jaka pochodzi z doświadczenia potrzebnego by utrzymywać się przy władzy. Utrzymywanie się przy władzy wymaga tego delikatnego balansowania wśród zadowolenia społecznego. Pomimo wszelkiej propagandy 'uwalniania gospodarki' poparcie dla prywatnej służby zdrowia [mimo agresywnej, wieloletniej kampanii medialnej przeciwko tej formie finansowania ubezpieczenia zdrowotnego] czy prywatyzowania szkolnictwa i sprzedawania wszystkich akcji w kluczowych sektorach gospodarczych [co proponuje Cesarz Balcerowicz] nie znajdą poparcia w społeczeństwie. Nieważne wobec tego jak bardzo Donald Tusk tęskni za takimi rozwiązaniami skoro nadrzędną funkcją PO ma być utrzymywanie się przy władzy, które to pozwala wprowadzać drobniejsze ale stale pogłębiające prywatyzację gospodarki zmiany i, które ubezwłasnowolniły opozycję, wymagającej głębszych i bardziej jednoznacznie negatywnych reform by znacząco zacząć zyskiwać poparcie społeczne i móc zagrozić monopartyjnej dominacji doktryny populizmu ideologicznie liberalnego - choć jak opisałem powyżej dostosowanego do realiów lokalnej gospodarki i stopnia zaawansowania społecznego.
Tym samym kraj przed jakim rozpościera się niewesoła [dla gospodarki] perspektywa zmniejszania się populacji i przyrostu w społeczeństwie i tak wysokiego już obecnie odsetka emerytów i rencistów zamiast akumulować kapitał w swoich własnych - publicznych - zakładach ubezpieczeniowych rezygnuje ze wszystkich profitów na rzecz polityki krótkoterminowych zysków i taktyki możliwie jak największej uległości względem sektora prywatnego i zagranicznego - dokonującego drenażu mózgów oraz kapitału za naszą granicę. Kraj niezdolny do kreowania miejsc pracy oraz utrzymania osób, które wykwalifikował w zawodzie za własne fundusze jest coraz bardziej ubezwłasnowolniony i kolonialny, służalczo nastawiony względem sektora prywatnego i korporacyjnego - który to przymusza obecnie Polskę [z powodu braku wewnętrznego protekcjonizmu] do rywalizacji w stawkach z za niedługo krajami trzeciego świata, w perspektywie całkowicie bez publicznej opieki zdrowotnej czy szkolnictwa. Innymi słowy: to ciągle ta sama manipulacja neoliberalna dokonana na podbitym przez wcześnie zastosowaną doktrynę szoku prosto od Balcerowicza państwie. Polska poza krótkoterminowymi przebłyskami rozsądku i poza kilkoma zaledwie rozsądnymi ministrami finansów nie dorobiła się zdolnej do samodzielności ekipy rządzącej, która zamiast wprowadzać podatki liniowe dla przedsiębiorców i zmniejszać podatek od spadków [co zagwarantowały nam partie 'opozycyjne'] wysunęłaby przeciwstawny program rzeczywistej solidarności społecznej i akumulacji wartości dodanej w państwowej kasie, zamiast na eksport do uśmiechniętych doradców premiera, z których druzgocząca większość ma interesy by ZUS i emeryci konali kosztem rentowności i efektywności wyzyskiwania pieniędzy z funduszy OFE, które a nuż [miejmy ufność w bogu] zbierze się na tą obiecywaną w założeniach liberalizmu hojność w filantropii...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
