Poniższy tekst jest odpowiedzią na polemikę ze strony Marcina Starnawskiego.
Tekst "Trzy Pokolenia" nigdy nie miał być próbą nakreślenia encyklopedii: lewicy, polityki, czy słownikiem ciekawych indywiduów - takim mylnym przekonaniem żył chyba pisząc polemikę towarzysz Marcin Starnawski, który, jak się zdaje, poczuł się dotknięty faktem, że nie stworzyłem w swoim tekście specjalnie dla niego oddzielnej kategorii.
Miara pokoleniowa jest środkiem, poprzez który możliwym staje się dialektyczny opis ogólnego historycznego procesu. W tym procesualnym spojrzeniu zastanawiamy się nad poszczególnymi jednostkami przez pryzmat pokoleniowych cech wspólnych. Jest to analiza wybitnie systemowa. Analiza tak szerokich grup ludzkich konfrontuje każdego członka grupy z osobna ze wspólnymi dla wszystkich okolicznościami. Ja też znajduję się w jednym z opisanych przez siebie pokoleń, acz całościowo nie wchodzę w ramy stworzonego przeze mnie opisu - jednakowoż zmagam się z presją i wpływem, który bezustannie wywiera system poprzez swój aparat na przedstawicieli mojej generacji. Druzgocąca większość ulega tej presji aparatu biernie i bezrefleksyjnie.
Moje spojrzenie - w tekście zaznaczone jest wyraźnie, które fragmenty dotyczą lewicy, a które innych opcji (co pisząc polemikę mój szanowny recenzent kompletnie pominął) - jest próbą uchwycenia procesu historycznego, systemowej i zbiorowej presji ideologicznej oraz jej następstw. Ślad opisanych przeze mnie mechanizmów i cech pokoleniowych odnaleźć można wszędzie, lecz różne są przejawy tych mechanizmów, różne są nań reakcje i ich efekt końcowy.
Podział na dokładnie trzy pokolenia ma swoje uzasadnienie. Marcin Starnawski zdaje się nie dostrzegać, że PRL czym innym był dla ludzi z pokolenia 60-latków, 40-latków i 20-latków. Mimo najszczerszych chęci, doskonałej edukacji przedszkolnej i wybitnej inteligencji członkowie najmłodszego pokolenia z przyczyn empirycznych nie mogli doświadczyć lat 60-tych, 70-tych i ich wiedza o tamtych latach pochodzi z drugiej ręki. Jeśli w ogóle zaznali rzeczywistości Polski Ludowej, to był to jej schyłkowy, krótki okres.
Podobnie ma się rzecz z cechami kolejnych pokoleń, pokolenie 60+ posiadało wiedzę na temat wadliwości kapitalizmu, gdyż uzyskało wykształcenie w PRL-u, kiedy poprzez naukę/propagandę wiedza taka (choćby w szczątkowej, poppostaci) trafiała do uczestników życia społecznego - po przemianach, pokolenie to zachowało wiedzę na temat wad kapitalizmu, lecz utraciło (z uwagi na szok jaki niesie ze sobą zmiana, a także z uwagi na swój starszy wiek, z uwagi na nowe realia, z uwagi na nowy język i z uwagi na odmienną świadomość młodszych generacji) możliwość skutecznego wyrażania sprzeciwu wobec nowej rzeczywistości. Uzyskanie tej samej wiedzy u pokolenia 40+ jest rzeczą o wiele bardziej wątpliwą (zmianie uległ proces kształcenia), szczególnie że u dużej liczby z jego przedstawicieli ta wiedza traktowana była jako kłamliwa (pokolenie to nie żyło porównaniami do II RP), była także zakrywana przez poglądy prokapitalistyczne lub antysocjalistyczne. Uzyskanie tej wiedzy na tak szeroką skalę u pokolenia 20+ jest już, jeżeli korzystać ze skali pokoleniowej, kompletnie nierzeczywiste. Opisany "szok wywołany osunięciem się gruntu pod nogami po zmianie ustroju" dotyczy najstarszego pokolenia, które wychowało się, urządziło i pracowało przez większą część życia w Polsce Ludowej.
Cały akapit tekstu Marcina Starnawskiego poświęcony jest rozbudowanej krytyce cech, które przypisałem najmłodszemu pokoleniu. Autor nie zwrócił uwagi, że cechy te dotyczą pokolenia polityków w ogóle i odniósł je wyłącznie do lewicowych grupek - można jednak pójść jego śladem i także na lewicy wskazać doskonałe przykłady na potwierdzenie kolejnych, wymienionych w tekście spostrzeżeń. Przy argumentacji posłużę się moją wiedzą na temat wszystkich, większych organizacji lewicowych zrzeszających młodych ludzi, z którymi wiele razy współpracowałem, które znam i obserwuję na bieżąco i których nie ma tak wiele, bym musiał je wymieniać z nazwy.
1) niewiara i niewiedza dotycząca alternatywnych projektów systemowych i zasad ich funkcjonowania
Na lewicy brak wiary w możliwą zmianę społeczną w młodym pokoleniu można spostrzec obserwując wszystkie kręgi lewicy socjaldemokratycznej i reformistycznej, o której polemista zdaje się zapominać. Nawet w organizacjach określających się jako socjalistyczne gdy dochodzi co do czego postulowana zmiana zatrzymuje się na próbach reformizmu - a nie na alternatywie systemowej. Niewiedza związana jest z brakiem wykształcenia. Jeśli nawet alternatywa jest już identyfikowana i postulowana, to najczęściej spotykamy się z idealistycznymi pomysłami na jej wprowadzenie. Ci, którzy zdołali posiąść wiedzę i przekonanie o możliwości zmiany ustroju spotkają się - nawet w najbliższych politycznych kręgach - ze sceptycyzmem, rezygnacją i "perspektywą realistyczną", która będzie proponować np. zatrzymanie się na poziomie pojedynczego postulatu i startu w wyborach z dowolnej listy wyborczej.
2) ślepa adaptacja dychotomii totalitaryzm/demokracja w amerykańskim wydaniu
"Ślepa adaptacja dychotomii totalitaryzm/demokracja w amerykańskim wydaniu" - w tej cesze słowem-kluczem jest określenie "ślepa". Odnosi się ona do faktu, że młode pokolenia nie posiadają odpowiedniego wykształcenia z teorii systemów - zamiast tego posługują się dostarczanym, będącym pod ręką zestawem pojęć i właśnie dychotomią totalitaryzm/demokracja. Przedstawiciele starszych pokoleń mają przynajmniej, płynący z wykształcenia, komfort porównawczy. Nawet organizacje, które bezpośrednio odwołują się do pojęcia socjalizmu (całkowite peryferia) nie potrafią tego pojęcia wykorzystać i przez ideologizację cofają się do bezpieczniejszego dlań pojęcia demokracji, uciekając tym samym zupełnie od pojęcia własności i problematyki zmian w stosunkach własności, będących fundamentem zmian systemowych.
3) na lewicy: niechęć do wszelkiej organizacji, inspirowana przez system, mająca również zakryć fakt, że pokolenie to praktycznie nie jest w stanie (jak do tej pory) stworzyć trwalszej i szerszej kadrowo organizacji
Jest to jedyna(!) cecha przypisana w moim pierwotnym tekście wyłącznie lewicy. Doskonałą pracę wykonał tu w swojej charakterystyce Tow. Starnawski, jedyne co mogę dodać, to fakt, że niechęć do organizacji i partii związana jest także z antysocjalizmem, z wątkami anarchistycznymi i adaptacją liberalnych form działania - wszystko to skutecznie paraliżuje potencjalny lewicowych ruch, a gdy dodać do tego wciąż żywe spory dotyczące politycznej prehistorii to otrzymamy sytuację chaosu i dezorganizacji, której właśnie jesteśmy świadkami i którą przekroczyć usiłujemy.
4) całkowita znieczulica wojenna - ludzi tych rzadko kiedy zainteresują setki tysięcy zabitych w wojnach, będą natomiast autentycznie przeżywać śmierć celebryty/kogoś innego, byle tylko pokazały to 'wolne media' 5) podążający za punktem czwartym zanik ideałów humanistycznych i możliwości twórczej, refleksyjnej oceny politycznych działań i procesów
Protest przeciwko wojnie w Iraku i Afganistanie w Polsce praktycznie nie zaistniał. Tylko nieliczne, marginalne lewicowe grupki usiłowały podjąć ten temat, lewica parlamentarna i jej młodzieżówki przemilczały sprawę całkowicie. Nawet dla aktywnego, lewicowego marginesu wojny nie były zaczynem szerszego działania. Znam przykłady osób z tzw. radykalnie lewicowych ugrupowań, dla których ważniejsze niż wycofanie wojsk z Iraku i Afganistanu była i jest walka o "wolną" Kubę, Białoruś i Chiny, zgodnie z wolnościową linią produkowaną przez Gazetę Wyborczą...
6) permanentny chaos i atomizacja sądów, indywidualizacja i trwały, wyprodukowany przez kapitalistyczne realia rynkowy egoizm (przejawiany różnorodnie)
Ta cecha na lewicy ujawnia się wtórnie. Dużo jest "lewicy", która żyje z Marksa, z konferencji o 'rewolucji', z twórczości pseudolewicowej, pseudofeministycznej... Tacy marksolodzy, modni alternatywni teoretycy i pseudolewicowi działacze w rzeczywistości zainteresowani są tak naprawdę pieniędzmi z grantu, pensją na uniwersytecie i własnym bezpieczeństwem. Dla wielu przykładem takiej działalności mogłaby być Krytyka Polityczna w wielu przejawach swej aktywności. "Będąc antyprlowskim, antykomunistycznym i antysocjalistycznym bytem nadal możemy być modną lewicą" - wydają się mówić i mrugać do nas takim przekazem owe grupy.
Reasumując: wykorzystanie pokoleniowej miary ma swoje uzasadnienie. Służy przedstawieniu historycznych różnic w presji ideologicznej, społecznej i zobrazowaniu zmian politycznych. Dzięki tej historyczno-pokoleniowej perspektywie uzyskujemy możliwość badania przemian własnościowych, przemian w obrębie panowania na tle zmian zachodzących w świadomości i praktyce kolejnych generacji. Opisując całe pokolenia opisujemy wpływ, któremu zostały one poddane i ukazujemy ten wpływ poprzez opis zaobserwowanych nań reakcji. Polska scena polityczna, której dotyczył tekst, jest wyjątkowo jednorodna i monolityczna - przejawy lewicowej działalności na szerszą skalę także noszą znamiona i cechy tej politycznej jednorodności płynącej z pokoleniowych różnic i wahań w obrębie poziomu ideologizacji i indoktrynacji. Samowiedza o ruchu, wiedza o pokoleniowych różnicach to furtka do przezwyciężenia i wyjścia poza miejsce przyszykowane dla lewicy przez system. To także szczególnego rodzaju studia nad społeczeństwem polskim jako takim... ale to pozwolę rozwinąć sobie wraz z kolejnymi wątkami "Trzech Pokoleń" już w oddzielnym już tekście...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polemika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polemika. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 1 marca 2012
czwartek, 24 listopada 2011
O przekonywaniu i interesach: Lewica nie gęś
Poniższy tekst jest odpowiedzią na felieton o tym samym tytule Małgorzaty Anny Maciejewskiej.
Autorka rozpoczyna swój wywód stawiając filozoficzne pytania dotyczące natury demokracji. Sama koncepcja dychotomii dyskusji i interesów jest bełkotliwa. Autorka całkowicie ignoruje fakt występowania systemów ekonomicznych. Demokracja - w tekście przedstawiona jako górnolotna abstrakcja, nie istnieje. Nie istnieje, albowiem występuje ona zawsze na tle systemu, obecnie zaś w realiach systemu kapitalistycznego, co to znaczy? Ano oznacza to, że możliwości uczestnictwa w naszej "demokracji" określa grubość portfela i pozycja w społeczeństwie kapitalistycznym, które jest społeczeństwem klasowym. Prawdziwa demokracja, to demokracja powszechnej równości szans: "Nie ma demokracji bez socjalizmu".
Pani Maciejewska pada ofiarą infantylnego świata idei, jest ofiarą tego co pragnie zrobić Palikot, którego intencją jest zawłaszczenie lewicowych wartości w poczet liberalnych interesów. Autorka i jej tekst to doskonały przykład usiłowania kradzieży naszych wartości. Skąd pochodzą wartości? Wartości oparte są na programie. Skąd pochodzi program? Kształtują go interesy i położenie w społeczeństwie (kapitalistycznym). Każdy głupi doskonale wie, że co innego mówiąc o wolności na myśli ma Hillary Clinton i Bushe, a co innego Hugo Chavez. Interesy klasowe nie są "kapitalistyczną racjonalnością", tylko faktycznym podziałem społeczeństwa w ramach kapitalizmu. Należałoby przynajmniej wygooglać sobie pojęcie "środków produkcji". Nie ma i nie będzie przypadków w historii, kiedy związki zawodowe i klasa robotnicza optować będzie za zwiększeniem czasu pracy. Idea świata interesów jest dla autorki, "pozbawiona wartości", podczas gdy właśnie interesy wartościują i przekazują koncepcję takiej lub innej kultury i takiej lub innej rzeczywistości. Postulowany "świat wartości" to ukryte pragnienie przejęcia lewicowego buntu, niezależnie od interesów. Boską siłę dyskusji autorka powinna udokumentować przeciągając Balcerowicza i Goldman Sachs na łono socjalizmu.
Osią całego tekstu, jest następujące stwierdzenie:
"w modelu opartym na interesach to pochodzenie stanowi esencję człowieka. Tak samo jak Żyd nie może stać się Polakiem, tak też milioner nie może zostać socjalistą – to proste."
Oczywiście tak nie jest, albowiem czym innym jest funkcjonowanie na rzecz czyichś interesów, a czymś innym miejsce zajmowane w hierarchii społecznej. Istnieje baza i nadbudowa. Jasne, iż jest możliwym, że część członków Business Centre Club ma komunistyczne przekonanie, lecz jest to mało prawdopodobne. Tak samo mało jest "lewicowych wartości" w palikotowym postulacie zwalniania najbogatszych z podatków, "bo i tak nie zapłacą". Promowanie Palikota jako socjalistycznego bożka zwyczajnie mija się z prawdą. Istnieją ludzie bogaci, którzy z nudów, lub z uwagi na (możliwy) oderwany od interesów klasowych system wartości działają na korzyść klasy robotniczej, pracowników najemnych i tych, których większość z ich rodzaju bezlitośnie wyzyskuje i wprowadza w nędzę. Przykład Palikota na to nie wskazuje. Cały tekst cierpi na permanentny woluntaryzm.
Polacy i nasza lewica, przyzwyczaiła się do ordynarnych neoliberałów i bezlitosnego, kapitalistycznego panowania elit finansjery nad polityką i społeczeństwem. Zachodni, bardziej doświadczeni liberałowie doskonale zdają sobie sprawę z problemów wynikających z nierówności społecznych - ale nie czyni ich to socjalistami. Potencjalny liberalizm Palikota i pamięć o biednych, to pragnienie uciszenia i uspokojenia, wygaszenia napięć społecznych by bogaci dalej mogli korzystać ze zwolnień podatkowych czy rozregulowanego kodeksu pracy. Palikot jako opozycjonista ma możliwość stosowania swojej retoryki, w myśl której twierdzi on, że zrobi dobrze i bogatym i biednym - jednakowoż postulaty obecne w jego programie w efektach doprowadziłyby do znaczącego zubożenia państwa i w efekcie dobrobytu tylko jednej z tych grup - bogatych.
Lewica to nie filantropia oraz ochłapy dla potencjalnych oburzonych i buntujących się, lewica to nie odświętna, kościelna czy milionerska troska o żebraka. Lewica, socjalizm to walka o godność ludzi pracy, ludzi, którzy fundują Palikotowi jego dobrobyt. Lewica to walka o prawdę, że to wyzysk ludzi pracy i pracowników najemnych stoi u podstaw dobrobytu i bogactwa nielicznych. Lewica i socjalizm to alternatywa ustrojowa, to wskazanie na niewolniczy charakter kapitalistycznych zależności, w których pracownik musi sprzedać się w niewolę licząc na to, że wyżyje z dyktowanej przez burżuazję pensji. Jeżeli w pracy nad wyeliminowaniem bezrobocia, wyzysku, biedy i w walce z dyktaturą kapitału i finansjery pomoże nam jeden z bourgeois, to pozostaje tylko się cieszyć. Jeżeli jednak ma to polegać na kulcie jednostki i skrytym za zasłoną "lewicowości" reprezentowaniem interesów najbogatszych - to takiej osobie podziękujemy. Marksowskie "Byt określa świadomość", to nie przysłowie w maglu wikicytatów, tylko stwierdzenie i prawda oparta na naukach marksizmu.
Populizm każe Palikotowi posługiwać się wszelkim dostępnym językiem by osiągnąć szczyty władzy - bez skrupułów będzie udawał on lewicę, prawicę, liberała, ateistę, błazna, Che Guevarę, Kartezjusza, Johna Travoltę i Psa Szarika. Lewica i socjalizm w Polsce ma jednak wystarczająco silne podstawy i bazę teoretyczno-praktyczną, lewica jest wystarczająco samodzielna, żeby nie rzucać się w ramiona pierwszego, lepszego wodzireja. Nie zawładnie nami duch kapitulanctwa, który zawładnął częścią exlewicowców zszokowanych faktem, że któryś z milionerów zechciał ich wysłuchać.
Autorka rozpoczyna swój wywód stawiając filozoficzne pytania dotyczące natury demokracji. Sama koncepcja dychotomii dyskusji i interesów jest bełkotliwa. Autorka całkowicie ignoruje fakt występowania systemów ekonomicznych. Demokracja - w tekście przedstawiona jako górnolotna abstrakcja, nie istnieje. Nie istnieje, albowiem występuje ona zawsze na tle systemu, obecnie zaś w realiach systemu kapitalistycznego, co to znaczy? Ano oznacza to, że możliwości uczestnictwa w naszej "demokracji" określa grubość portfela i pozycja w społeczeństwie kapitalistycznym, które jest społeczeństwem klasowym. Prawdziwa demokracja, to demokracja powszechnej równości szans: "Nie ma demokracji bez socjalizmu".
Pani Maciejewska pada ofiarą infantylnego świata idei, jest ofiarą tego co pragnie zrobić Palikot, którego intencją jest zawłaszczenie lewicowych wartości w poczet liberalnych interesów. Autorka i jej tekst to doskonały przykład usiłowania kradzieży naszych wartości. Skąd pochodzą wartości? Wartości oparte są na programie. Skąd pochodzi program? Kształtują go interesy i położenie w społeczeństwie (kapitalistycznym). Każdy głupi doskonale wie, że co innego mówiąc o wolności na myśli ma Hillary Clinton i Bushe, a co innego Hugo Chavez. Interesy klasowe nie są "kapitalistyczną racjonalnością", tylko faktycznym podziałem społeczeństwa w ramach kapitalizmu. Należałoby przynajmniej wygooglać sobie pojęcie "środków produkcji". Nie ma i nie będzie przypadków w historii, kiedy związki zawodowe i klasa robotnicza optować będzie za zwiększeniem czasu pracy. Idea świata interesów jest dla autorki, "pozbawiona wartości", podczas gdy właśnie interesy wartościują i przekazują koncepcję takiej lub innej kultury i takiej lub innej rzeczywistości. Postulowany "świat wartości" to ukryte pragnienie przejęcia lewicowego buntu, niezależnie od interesów. Boską siłę dyskusji autorka powinna udokumentować przeciągając Balcerowicza i Goldman Sachs na łono socjalizmu.
Osią całego tekstu, jest następujące stwierdzenie:
"w modelu opartym na interesach to pochodzenie stanowi esencję człowieka. Tak samo jak Żyd nie może stać się Polakiem, tak też milioner nie może zostać socjalistą – to proste."
Oczywiście tak nie jest, albowiem czym innym jest funkcjonowanie na rzecz czyichś interesów, a czymś innym miejsce zajmowane w hierarchii społecznej. Istnieje baza i nadbudowa. Jasne, iż jest możliwym, że część członków Business Centre Club ma komunistyczne przekonanie, lecz jest to mało prawdopodobne. Tak samo mało jest "lewicowych wartości" w palikotowym postulacie zwalniania najbogatszych z podatków, "bo i tak nie zapłacą". Promowanie Palikota jako socjalistycznego bożka zwyczajnie mija się z prawdą. Istnieją ludzie bogaci, którzy z nudów, lub z uwagi na (możliwy) oderwany od interesów klasowych system wartości działają na korzyść klasy robotniczej, pracowników najemnych i tych, których większość z ich rodzaju bezlitośnie wyzyskuje i wprowadza w nędzę. Przykład Palikota na to nie wskazuje. Cały tekst cierpi na permanentny woluntaryzm.
Polacy i nasza lewica, przyzwyczaiła się do ordynarnych neoliberałów i bezlitosnego, kapitalistycznego panowania elit finansjery nad polityką i społeczeństwem. Zachodni, bardziej doświadczeni liberałowie doskonale zdają sobie sprawę z problemów wynikających z nierówności społecznych - ale nie czyni ich to socjalistami. Potencjalny liberalizm Palikota i pamięć o biednych, to pragnienie uciszenia i uspokojenia, wygaszenia napięć społecznych by bogaci dalej mogli korzystać ze zwolnień podatkowych czy rozregulowanego kodeksu pracy. Palikot jako opozycjonista ma możliwość stosowania swojej retoryki, w myśl której twierdzi on, że zrobi dobrze i bogatym i biednym - jednakowoż postulaty obecne w jego programie w efektach doprowadziłyby do znaczącego zubożenia państwa i w efekcie dobrobytu tylko jednej z tych grup - bogatych.
Lewica to nie filantropia oraz ochłapy dla potencjalnych oburzonych i buntujących się, lewica to nie odświętna, kościelna czy milionerska troska o żebraka. Lewica, socjalizm to walka o godność ludzi pracy, ludzi, którzy fundują Palikotowi jego dobrobyt. Lewica to walka o prawdę, że to wyzysk ludzi pracy i pracowników najemnych stoi u podstaw dobrobytu i bogactwa nielicznych. Lewica i socjalizm to alternatywa ustrojowa, to wskazanie na niewolniczy charakter kapitalistycznych zależności, w których pracownik musi sprzedać się w niewolę licząc na to, że wyżyje z dyktowanej przez burżuazję pensji. Jeżeli w pracy nad wyeliminowaniem bezrobocia, wyzysku, biedy i w walce z dyktaturą kapitału i finansjery pomoże nam jeden z bourgeois, to pozostaje tylko się cieszyć. Jeżeli jednak ma to polegać na kulcie jednostki i skrytym za zasłoną "lewicowości" reprezentowaniem interesów najbogatszych - to takiej osobie podziękujemy. Marksowskie "Byt określa świadomość", to nie przysłowie w maglu wikicytatów, tylko stwierdzenie i prawda oparta na naukach marksizmu.
Populizm każe Palikotowi posługiwać się wszelkim dostępnym językiem by osiągnąć szczyty władzy - bez skrupułów będzie udawał on lewicę, prawicę, liberała, ateistę, błazna, Che Guevarę, Kartezjusza, Johna Travoltę i Psa Szarika. Lewica i socjalizm w Polsce ma jednak wystarczająco silne podstawy i bazę teoretyczno-praktyczną, lewica jest wystarczająco samodzielna, żeby nie rzucać się w ramiona pierwszego, lepszego wodzireja. Nie zawładnie nami duch kapitulanctwa, który zawładnął częścią exlewicowców zszokowanych faktem, że któryś z milionerów zechciał ich wysłuchać.
środa, 25 maja 2011
Czego chce Madryt
Czego chce Madryt - konkluzje z 15 Maja
Wielką zagadką dla każdego wymagającego konkretów jest Manifest Ruchu 15 Maja, który został stworzony[1] przy okazji protestów, jakie ruch młodzieżowy, studencki wygenerował w Hiszpanii. Nie będę tu bezkompromisowo wyrażał poparcia dla ruchu Manifestu, który pierwszoplanowo prezentuje się jako inicjatywa nieskładna i nieprzekonująca. Fasada ruchu nie jest jednak jego ostatecznym przesłaniem, dokonam bowiem analizy, z której wygeneruję możliwie prawdziwe, lecz jednocześnie ukryte postulaty tego ruchu.
"Jesteśmy zwykłymi ludźmi. Jesteśmy tacy jak ty: wstajemy rano, żeby studiować, pracować, mamy rodziny i przyjaciół. Jesteśmy ludźmi pracy, którzy codziennie zarabiają na życie i lepszą przyszłość dla wszystkich wokół nas."
Z pierwszego akapitu, którym jest swoisty manifest tożsamości dowiadujemy się, kim są zwolennicy ruchu. Są to ludzie pracy, studenci, uczniowie, innymi słowy wyłania się - mieszczańsko-ludowy, jednocześnie spontaniczny, charakter protestów.
"Niektórzy z nas są bardziej progresywni, inni bardziej konserwatywni. Jedni są religijni, inni nie. Jedni są określeni politycznie, inni - apolityczni. Ale wszyscy jesteśmy zmartwieni i oburzeni tym, jak wygląda obecnie scena polityczna, system ekonomiczny i życie społeczne. Korupcją świata polityki, biznesu, bankowości. Bezradnością zwykłego obywatela."
W kolejnym fragmencie następuje rozwinięcie manifestu. W ramach ucieczki od parlamentaryzmu i polityki autorzy manifestu odżegnują się od identyfikacji, chcąc pozostać bezpiecznie niezlokalizowanymi. "Zmartwienie" i "oburzenie" ma tutaj postać naiwnie bezbarwną. Autorzy ruchu nie są w stanie zlokalizować przeciwnika przy pomocy jego doktryny, są natomiast w stanie przekazać nam najbardziej widoczne objawy działalności swojego oponenta. Jest to biznes, bankowość, "polityka". W opozycji do tego stoi wola "zwykłego obywatela". Mamy wobec tego do czynienia z protestem społecznym przeciwko liberalnej postaci kapitalistycznej gospodarki. Język protestujących jest jednak tak dalece ukształtowany przez wieloletnią działalność tej gospodarki, że pragnie uniknąć bycia 'nazwanym', bycia przypisanym którejkolwiek z ideologii.
Dalej przenosimy się do kluczowych dla analizy manifestu postulatów.
"1. Priorytetem każdego rozwiniętego społeczeństwa są równość, solidarność, wolny dostęp do kultury, zrównoważony rozwój, dobrobyt i szczęście."
Wolność, równość, braterstwo. To hasło Rewolucji Francuskiej pasuje jak ulał do pierwszego postulatu. Zrównoważony rozwój, zrównoważony dobrobyt i zrównoważone szczęście to apel o społeczeństwo o bardziej egalitarnym charakterze. To sprzeciw wobec rozwarstwienia, to sprzeciw wobec urynkowienia wszystkich obszarów życia człowieka.
"2. Istnieją prawa podstawowe, które powinny być zapewnione przez system społeczny: prawo do mieszkania, zatrudnienia, dostępu do kultury, opieki zdrowotnej, edukacji, udziału w polityce, nieskrępowanego rozwoju indywidualnego, zdrowego i szczęśliwego życia."
Podstawowe prawa obywatela, do mieszkania, zatrudnienia, dostępu do kultury, opieki zdrowotnej, edukacji, udziału w polityce są deklaracją żądanej spójności społecznej. Ruch jest na tyle podzielony i niesprecyzowany, że innych postulatów niż o charakterze deklaratywnym i abstrakcyjnym nie jest w stanie wyprodukować. Autorzy zdają się nie dostrzegać, że obecne realia kryzysowej gospodarki zapewniają bardzo konkretnym ludziom, to postulowane właśnie "zdrowe, szczęśliwe, indywidualne - życie". Mamy do czynienia z zindoktrynowaną językiem burżuazyjnym rewolucją niewolników dotychczasowo cierpliwie znoszących obniżający się standard życia.
"3. Obecny system polityczny i ekonomiczny nie zapewnia tych praw i stanowi przeszkodę w rozwoju społecznym."
Trzeci postulat to dalsze rozwinięcie krytyki kapitalizmu i dominacji interesu elity finansjery nad sprawiedliwością społeczną.
"4. Demokracja to władza ludzi (demos - lud, krateo - rządzę). A zatem rząd powinien reprezentować lud - reprezentować nas. Jednak w tym kraju większość klasy politycznej nawet nas nie słucha. Politycy powinni reprezentować nasze zdanie, ułatwiać uczestnictwo obywatelskie i zabezpieczać dobrobyt społeczeństwa, a nie bogacić się jego kosztem, odpowiadając jedynie na potrzeby wielkich jednostek gospodarczych i trzymając kurczowo władzę w systemie „dyktatury partyjnokratycznej”, kierowanej niezmiennie przez te same partie [PPSOE - PP + PSOE]."
Czwarty postulat uznaję za kluczowy dla analizy całości dokumentu. Protestujący sprawnie operują językiem dotychczasowej indoktrynacji partii parlamentarnych, które w imię demokratycznego wyboru ludu forsowały liberalne, w zgodzie z interesem kapitału, decyzje. Nie mamy wobec tego do czynienia z demokratycznym[mimo tego, że on sam się tak nazywa] buntem ludzi pozbawionych praw do głosowania. To, co obserwujemy, to ludowy zryw przeciwników demokracji parlamentarnej. Partie w ramach parlamentaryzmu okazały się niezdolne do przeciwstawienia się interesom kapitału. To przeciwko tej fałszywej demokracji zaklętej w parlament odzywają się głosy buntowników walczących pojęciem demokracji z demokracją. Pomimo skonkretyzowanego wroga nie pada - uwięzione w niemocy języka, którym posługują się autorzy - postulat społecznej dyktatury nad dążeniami kapitału, które kryją się w demokracji parlamentarnej.
"5. Żądza władzy i koncentrowanie jej w rękach mniejszości powoduje nierówności, napięcia i niesprawiedliwość społeczną. To prowadzi do przemocy, którą odrzucamy. Obecny przestarzały i nienaturalny model ekonomiczny blokuje rozwój społeczny i zamyka go w samonapędzającej się spirali, która pozwala na bogacenie się tylko garstki ludzi, a resztę wpędza w biedę. Aż do swego upadku.
6. Celem i jedyną możliwością obecnego systemu jest akumulacja kapitału, kosztem efektywności i dobrobytu społeczeństwa - kosztem zasobów naturalnych i środowiska, generując bezrobocie i nieszczęśliwych konsumentów.
7. Większość obywateli to tryby w maszynce do bogacenia się mniejszości, która nie zna nawet naszych potrzeb. Jesteśmy anonimowymi jednostkami, ale bez nas ten system nie mógłby istnieć, bo to my pchamy świat do przodu."
Piąty, szósty oraz siódmy postulat stanowią rozwinięcie poprzednich. Manifest antykapitalistyczny i antyliberalny wytyka dodatkowo bogacącej się elicie jej korzyści płynące z cierpienia pozostałych części społeczeństwa. Szósty postulat, jawnie przeciwstawiający się działalności kapitału z powodzeniem mógłby być częścią manifestu komunistycznego. Siódmy jest deklaracją nabieranej świadomości klasowej, zerwaniem z wyobcowaniem pracy w kapitalizmie.
"8. Jeśli jako społeczeństwo nauczymy się nie powierzać naszej przyszłości abstrakcyjnej rentowności ekonomicznej, która nigdy nie przynosi korzyści większości, będziemy mogli wyeliminować nadużycia i braki, z którymi spotykamy się na co dzień."
Manifest kończy się na dwóch, najważniejszych, zgodnie z logiką budowy całości tekstu, postulatach. I tu, w tym miejscu, następuje największa niespójność. Ósmy postulat zdaje się przeczyć dotychczasowej, wojennej wręcz, ścieżce jaką podążali autorzy. Oto lekiem na całe zło, jest nauka. Wiara w zbawienie poprzez spontaniczną edukację, poniekąd nadal wpisuje się w dotychczasowy dyskurs, następuje tu jednak złamanie ciągłości protestu. Ruch możliwie rewolucyjny przemienia się w ostrożny, reformatorski.
"9. Potrzebna jest Rewolucja Etyczna. Uznaliśmy kapitał za wartość nadrzędną nad ludzkim życiem. Czas wreszcie, aby to kapitał służył ludziom. Jesteśmy ludźmi, nie towarami. Nasze życie to nie tylko to, co kupujemy, dlaczego kupujemy i od kogo kupujemy."
Ostatni dziewiąty postulat, to finisz tej klęski rozpoczętej już w ósmym. Pierwsze zdanie, zrywa z rewolucją klasową, zrywa z motywem walki o swoje prawa oraz zaciera całą dotychczasową linię walki o zmianę paradygmatu ekonomicznego. "Rewolucja Etyczna", która jednocześnie ma być antykapitalistyczną, bo "abstrakcyjna [jest] rentowność ekonomiczna, która nigdy nie przynosi korzyści większości" - powierza siebie budowie nowej świadomości. I pomimo tego, że z manifestu płyną wnioski na temat systemu zbudowanego na fundamencie służenia nielicznym, to nie - ci nieliczni stają się konstruowanym przeciwnikiem - lecz sami 'my' [protestujący].
Protestujący nie decydują się na wypowiedzenie wojny szkodliwemu systemowi, który prześladuje ich na każdym etapie ich życia, zamiast wezwania do walki z kapitałem uznają, że nastąpił czas, by kapitał spojrzał na ludzi, którzy tak długo go wspierali. "Kapitał służący ludziom" - etyczny kapitalizm. Cały protest przemienia się w odezwę do kapitału, jednoczesną deklarację siły - "Wiemy kim jesteście, wiemy czemu to wszystko służy, ale czas byście się już opamiętali" - tym głosem przemawiają autorzy manifestu. "Nie chcemy walczyć, chcemy więcej dla nas - od kapitału" - to groźba formułowana przez autorów.
Dziesiąty postulat, który winien domknąć cały manifest w charakter swoistego, rewolucyjnego dekalogu został zawieszony w próżni, nie zostanie sformułowany, ani napisany, a ostateczna groźba nigdy nie pada. I gdyby protest nie był, tchórzliwie i chaotycznie zindoktrynowany retoryką kapitalistyczną to tak brzmiałby ten 10 nieistniejący postulat - przemieniający skargę w protest, a protest w perspektywę nowego społeczeństwa.
10. Czas przestać płacić okup i służyć najbogatszym. Wzywamy do stworzenia nowego systemu, w którym wspólna, społeczna kontrola państwowej, ludowej, gospodarki socjalistycznej uniemożliwi by kolejne pokolenia były stracone w grze kapitału i rynków, które sycą się kosztem naszej, pracowników, studentów, zwykłych ludzi, krwi. "[…] robotnicy, urzędnicy - losy rewolucji i losy demokratycznego pokoju są w waszych rękach!"
[1] – cały, przetłumaczony dokument dostępny na łamach KP
http://www.krytykapolityczna.pl/Opinie/ManifestRuchu15Maja/menuid-1.html
Wielką zagadką dla każdego wymagającego konkretów jest Manifest Ruchu 15 Maja, który został stworzony[1] przy okazji protestów, jakie ruch młodzieżowy, studencki wygenerował w Hiszpanii. Nie będę tu bezkompromisowo wyrażał poparcia dla ruchu Manifestu, który pierwszoplanowo prezentuje się jako inicjatywa nieskładna i nieprzekonująca. Fasada ruchu nie jest jednak jego ostatecznym przesłaniem, dokonam bowiem analizy, z której wygeneruję możliwie prawdziwe, lecz jednocześnie ukryte postulaty tego ruchu.
"Jesteśmy zwykłymi ludźmi. Jesteśmy tacy jak ty: wstajemy rano, żeby studiować, pracować, mamy rodziny i przyjaciół. Jesteśmy ludźmi pracy, którzy codziennie zarabiają na życie i lepszą przyszłość dla wszystkich wokół nas."
Z pierwszego akapitu, którym jest swoisty manifest tożsamości dowiadujemy się, kim są zwolennicy ruchu. Są to ludzie pracy, studenci, uczniowie, innymi słowy wyłania się - mieszczańsko-ludowy, jednocześnie spontaniczny, charakter protestów.
"Niektórzy z nas są bardziej progresywni, inni bardziej konserwatywni. Jedni są religijni, inni nie. Jedni są określeni politycznie, inni - apolityczni. Ale wszyscy jesteśmy zmartwieni i oburzeni tym, jak wygląda obecnie scena polityczna, system ekonomiczny i życie społeczne. Korupcją świata polityki, biznesu, bankowości. Bezradnością zwykłego obywatela."
W kolejnym fragmencie następuje rozwinięcie manifestu. W ramach ucieczki od parlamentaryzmu i polityki autorzy manifestu odżegnują się od identyfikacji, chcąc pozostać bezpiecznie niezlokalizowanymi. "Zmartwienie" i "oburzenie" ma tutaj postać naiwnie bezbarwną. Autorzy ruchu nie są w stanie zlokalizować przeciwnika przy pomocy jego doktryny, są natomiast w stanie przekazać nam najbardziej widoczne objawy działalności swojego oponenta. Jest to biznes, bankowość, "polityka". W opozycji do tego stoi wola "zwykłego obywatela". Mamy wobec tego do czynienia z protestem społecznym przeciwko liberalnej postaci kapitalistycznej gospodarki. Język protestujących jest jednak tak dalece ukształtowany przez wieloletnią działalność tej gospodarki, że pragnie uniknąć bycia 'nazwanym', bycia przypisanym którejkolwiek z ideologii.
Dalej przenosimy się do kluczowych dla analizy manifestu postulatów.
"1. Priorytetem każdego rozwiniętego społeczeństwa są równość, solidarność, wolny dostęp do kultury, zrównoważony rozwój, dobrobyt i szczęście."
Wolność, równość, braterstwo. To hasło Rewolucji Francuskiej pasuje jak ulał do pierwszego postulatu. Zrównoważony rozwój, zrównoważony dobrobyt i zrównoważone szczęście to apel o społeczeństwo o bardziej egalitarnym charakterze. To sprzeciw wobec rozwarstwienia, to sprzeciw wobec urynkowienia wszystkich obszarów życia człowieka.
"2. Istnieją prawa podstawowe, które powinny być zapewnione przez system społeczny: prawo do mieszkania, zatrudnienia, dostępu do kultury, opieki zdrowotnej, edukacji, udziału w polityce, nieskrępowanego rozwoju indywidualnego, zdrowego i szczęśliwego życia."
Podstawowe prawa obywatela, do mieszkania, zatrudnienia, dostępu do kultury, opieki zdrowotnej, edukacji, udziału w polityce są deklaracją żądanej spójności społecznej. Ruch jest na tyle podzielony i niesprecyzowany, że innych postulatów niż o charakterze deklaratywnym i abstrakcyjnym nie jest w stanie wyprodukować. Autorzy zdają się nie dostrzegać, że obecne realia kryzysowej gospodarki zapewniają bardzo konkretnym ludziom, to postulowane właśnie "zdrowe, szczęśliwe, indywidualne - życie". Mamy do czynienia z zindoktrynowaną językiem burżuazyjnym rewolucją niewolników dotychczasowo cierpliwie znoszących obniżający się standard życia.
"3. Obecny system polityczny i ekonomiczny nie zapewnia tych praw i stanowi przeszkodę w rozwoju społecznym."
Trzeci postulat to dalsze rozwinięcie krytyki kapitalizmu i dominacji interesu elity finansjery nad sprawiedliwością społeczną.
"4. Demokracja to władza ludzi (demos - lud, krateo - rządzę). A zatem rząd powinien reprezentować lud - reprezentować nas. Jednak w tym kraju większość klasy politycznej nawet nas nie słucha. Politycy powinni reprezentować nasze zdanie, ułatwiać uczestnictwo obywatelskie i zabezpieczać dobrobyt społeczeństwa, a nie bogacić się jego kosztem, odpowiadając jedynie na potrzeby wielkich jednostek gospodarczych i trzymając kurczowo władzę w systemie „dyktatury partyjnokratycznej”, kierowanej niezmiennie przez te same partie [PPSOE - PP + PSOE]."
Czwarty postulat uznaję za kluczowy dla analizy całości dokumentu. Protestujący sprawnie operują językiem dotychczasowej indoktrynacji partii parlamentarnych, które w imię demokratycznego wyboru ludu forsowały liberalne, w zgodzie z interesem kapitału, decyzje. Nie mamy wobec tego do czynienia z demokratycznym[mimo tego, że on sam się tak nazywa] buntem ludzi pozbawionych praw do głosowania. To, co obserwujemy, to ludowy zryw przeciwników demokracji parlamentarnej. Partie w ramach parlamentaryzmu okazały się niezdolne do przeciwstawienia się interesom kapitału. To przeciwko tej fałszywej demokracji zaklętej w parlament odzywają się głosy buntowników walczących pojęciem demokracji z demokracją. Pomimo skonkretyzowanego wroga nie pada - uwięzione w niemocy języka, którym posługują się autorzy - postulat społecznej dyktatury nad dążeniami kapitału, które kryją się w demokracji parlamentarnej.
"5. Żądza władzy i koncentrowanie jej w rękach mniejszości powoduje nierówności, napięcia i niesprawiedliwość społeczną. To prowadzi do przemocy, którą odrzucamy. Obecny przestarzały i nienaturalny model ekonomiczny blokuje rozwój społeczny i zamyka go w samonapędzającej się spirali, która pozwala na bogacenie się tylko garstki ludzi, a resztę wpędza w biedę. Aż do swego upadku.
6. Celem i jedyną możliwością obecnego systemu jest akumulacja kapitału, kosztem efektywności i dobrobytu społeczeństwa - kosztem zasobów naturalnych i środowiska, generując bezrobocie i nieszczęśliwych konsumentów.
7. Większość obywateli to tryby w maszynce do bogacenia się mniejszości, która nie zna nawet naszych potrzeb. Jesteśmy anonimowymi jednostkami, ale bez nas ten system nie mógłby istnieć, bo to my pchamy świat do przodu."
Piąty, szósty oraz siódmy postulat stanowią rozwinięcie poprzednich. Manifest antykapitalistyczny i antyliberalny wytyka dodatkowo bogacącej się elicie jej korzyści płynące z cierpienia pozostałych części społeczeństwa. Szósty postulat, jawnie przeciwstawiający się działalności kapitału z powodzeniem mógłby być częścią manifestu komunistycznego. Siódmy jest deklaracją nabieranej świadomości klasowej, zerwaniem z wyobcowaniem pracy w kapitalizmie.
"8. Jeśli jako społeczeństwo nauczymy się nie powierzać naszej przyszłości abstrakcyjnej rentowności ekonomicznej, która nigdy nie przynosi korzyści większości, będziemy mogli wyeliminować nadużycia i braki, z którymi spotykamy się na co dzień."
Manifest kończy się na dwóch, najważniejszych, zgodnie z logiką budowy całości tekstu, postulatach. I tu, w tym miejscu, następuje największa niespójność. Ósmy postulat zdaje się przeczyć dotychczasowej, wojennej wręcz, ścieżce jaką podążali autorzy. Oto lekiem na całe zło, jest nauka. Wiara w zbawienie poprzez spontaniczną edukację, poniekąd nadal wpisuje się w dotychczasowy dyskurs, następuje tu jednak złamanie ciągłości protestu. Ruch możliwie rewolucyjny przemienia się w ostrożny, reformatorski.
"9. Potrzebna jest Rewolucja Etyczna. Uznaliśmy kapitał za wartość nadrzędną nad ludzkim życiem. Czas wreszcie, aby to kapitał służył ludziom. Jesteśmy ludźmi, nie towarami. Nasze życie to nie tylko to, co kupujemy, dlaczego kupujemy i od kogo kupujemy."
Ostatni dziewiąty postulat, to finisz tej klęski rozpoczętej już w ósmym. Pierwsze zdanie, zrywa z rewolucją klasową, zrywa z motywem walki o swoje prawa oraz zaciera całą dotychczasową linię walki o zmianę paradygmatu ekonomicznego. "Rewolucja Etyczna", która jednocześnie ma być antykapitalistyczną, bo "abstrakcyjna [jest] rentowność ekonomiczna, która nigdy nie przynosi korzyści większości" - powierza siebie budowie nowej świadomości. I pomimo tego, że z manifestu płyną wnioski na temat systemu zbudowanego na fundamencie służenia nielicznym, to nie - ci nieliczni stają się konstruowanym przeciwnikiem - lecz sami 'my' [protestujący].
Protestujący nie decydują się na wypowiedzenie wojny szkodliwemu systemowi, który prześladuje ich na każdym etapie ich życia, zamiast wezwania do walki z kapitałem uznają, że nastąpił czas, by kapitał spojrzał na ludzi, którzy tak długo go wspierali. "Kapitał służący ludziom" - etyczny kapitalizm. Cały protest przemienia się w odezwę do kapitału, jednoczesną deklarację siły - "Wiemy kim jesteście, wiemy czemu to wszystko służy, ale czas byście się już opamiętali" - tym głosem przemawiają autorzy manifestu. "Nie chcemy walczyć, chcemy więcej dla nas - od kapitału" - to groźba formułowana przez autorów.
Dziesiąty postulat, który winien domknąć cały manifest w charakter swoistego, rewolucyjnego dekalogu został zawieszony w próżni, nie zostanie sformułowany, ani napisany, a ostateczna groźba nigdy nie pada. I gdyby protest nie był, tchórzliwie i chaotycznie zindoktrynowany retoryką kapitalistyczną to tak brzmiałby ten 10 nieistniejący postulat - przemieniający skargę w protest, a protest w perspektywę nowego społeczeństwa.
10. Czas przestać płacić okup i służyć najbogatszym. Wzywamy do stworzenia nowego systemu, w którym wspólna, społeczna kontrola państwowej, ludowej, gospodarki socjalistycznej uniemożliwi by kolejne pokolenia były stracone w grze kapitału i rynków, które sycą się kosztem naszej, pracowników, studentów, zwykłych ludzi, krwi. "[…] robotnicy, urzędnicy - losy rewolucji i losy demokratycznego pokoju są w waszych rękach!"
[1] – cały, przetłumaczony dokument dostępny na łamach KP
http://www.krytykapolityczna.pl/Opinie/ManifestRuchu15Maja/menuid-1.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)
