Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liberalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liberalizm. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 sierpnia 2012

Kto Pussy Riot wojuje...

Obrona i wykorzystywanie Pussy Riot przez liberalną prawicę ma w sobie ziarno hipokryzji. Szczególnie polska elita polityczna z prawej strony, bratająca się i pozostająca od lat w wyjątkowo praktycznym związku z kościołem katolickim, zadaje sama sobie kłam, podobnie czynią też jej media, rzekomo solidaryzujące się z działaczkami Pussy Riot - i jednocześnie całkowicie milczące lub wrogo nastawione podczas sytuacji, w której grupa Femen oprotestowywała Euro 2012 i nasilające się, towarzyszące imprezie, zjawisko prostytucji.

Działalność Pussy Riot to działalność typu "na aferę". Nie chodzi w tym miejscu o to, czy zgadzamy się, czy też nie, z tą konkretną aferą, lecz o to, że akcja tego rodzaju od początku na celu miała maksymalną kontrowersyjność, Pussy Riot szukały awantury... i znalazły ją. Skuteczność takiego działania jest dalece kontrowersyjna. Poważny ruch świecki i ateistyczny najprawdopodobniej nie jest zadowolony z takiego "bagażu", umiarkowani i zdystansowani dotąd obywatele Rosji będą radykalizować swoje poglądy i to przeważnie ze szkodą dla sprawy reprezentowanej przez odważne działaczki.

Działalność typu performance zyskuje we współczesnym, pełnym masowej i wyrazistej symboliki świecie coraz większe znaczenie. Jest to novum będące coraz istotniejszym środkiem w ideologicznym arsenale. Tak też i - niezwykle medialna i malownicza - akcja rosyjskiej grupy feministek natrafiła na silnych sprzymierzeńców: antyrosyjskich, proamerykańskich lobbystów i 'walczących o demokrację' bojowników. Ci ostatni najchętniej walczą o demokrację poza granicami swojego kraju, upatrując w swoich sąsiadach tyranów i ciemiężców, zgrabnie i bez wyrzutów sumienia pomijając przy tym własne podwórko i wpisując się - z jaką ulgą - w krajowo mainstreamowy nurt polityki zagranicznej. Pomyli się przy tym ten, który pomyśli, że sondażowe wyniki poparcia rozwiązują w tym wypadku kwestię istnienia demokracji lub jej braku… Przebijając się na czołówki gazet skromny polityczny protest przerodził się w światowy, polityczny konflikt.

Abstrahując jednak, od skądinąd - niestety - większościowo cerkiewnej, prawicowej i konserwatywnej (lecz samodzielnej) Rosji oraz od zachłannego imperializmu Stanów Zjednoczonych i jego dyspozycyjnych polskich reprezentantów, zatrzymajmy się na chwilę wokół swobód, których w treści swojego przedstawienia domagają się swoim występem feministki z Pussy Riot.

Te swobody - których nie ma oczywiście nie tyko w Rosji, ale i na całym praktycznie świecie, włączywszy w to USA z konserwatywnymi stanami na czele - to swobody skrajnie liberalnego, świeckiego państwa - dość przy tym dziecinnego. Te ultraliberalne swobody (bo jak inaczej nazwać hecne harce w świątyni), czy też raczej ich oczywisty brak, stają się narzędziem społecznej krytyki i radykalnej perswazji politycznej, dzielącej poszczególne państwa na „nasze” i „obce”.

W przestrzeni medialnej ofiarą krytyki tego rodzaju paść może każde zacofane państwo, które tylko pozostanie poza strefą wpływów neoliberalnej polityki w amerykańskim wydaniu. Rosja, Iran, Syria, Białoruś... we wszystkich tych państwach od wieków łamane są prawa - konkretnie neoliberalnego - człowieka i wszystkie te państwa zasługują w związku z tym na potępienie. Bomba prawie nigdy nie eksploduje w Bahrajnie, Arabii Saudyjskiej, czy w samych Stanach, na bombę bowiem trzeba mieć przede wszystkim fundusze, potrzebna jest też tuba.

Gdy się je już zgromadzi, wtedy taką kulturową bombę liberalną zdetonować można niemal wszędzie. Nie wszystkie detonowane bomby są jednak przejawem racjonalnej i dojrzałej polityki lewicowej, czy też wolnościowej. Zachowania zachodnich mediów i komentatorów przypominają często zachowanie Króla, który piętnuje i śmieje się z głupoty chłopa, starannie go przy tym dojąc i pozbawiając szans na wszelki awans społeczny. To co powierzchownie słuszne i - w dalekiej perspektywie - warte wysiłku, przez pryzmat konkretu, przez pryzmat panującego układu sił stać się może działaniem w istocie błędnym, czy wręcz szkodliwym. Naiwni idealiści łatwo zwykli wpadać w tego rodzaju pułapki.

Sama Rosja, od momentu w którym w sprawie Pussy Riot zapadł skandalicznie surowy wyrok, znalazła się w ogniu światowej krytyki i będzie miała problem by wybrnąć z tej sytuacji z klasą. Kraj pogrążony od dawna (konkretnie od upadku ZSRR i związanej z tym upadkiem potwornej klęski gospodarczej i demograficznej) w kryzysie, budujący wszelką, resztkową, wewnętrzną spójność na bazie cerkiewnej religijności znajduje się między młotem (cerkwią) a kowadłem (zachodnią i wrogą wobec siebie opinią medialną). Stawką jest destabilizacja kraju i ułatwienie zadania jego konkurentom, co może być niezwykle istotne, biorąc pod uwagę szykujący się konflikt na Bliskim Wschodzie…

wtorek, 7 sierpnia 2012

Moda na morderców

Chris Kyle, czyli "najskuteczniejszy snajper w historii USA" nie kryje swojego dorobku, a wręcz przeciwnie - chwali się i szczyci tym, że podczas amerykańskiej inwazji na Irak zabił co najmniej 160 ludzi. W Polsce, nakładem wydawnictwa ZNAK właśnie ma ukazać się autobiograficzna książka Kyle'a, zatytułowana "Cel Snajpera".

W świecie celebrytów, ludzi słynnych z tego, że są słynni prawdziwie autentyczne osiągnięcie Chrisa Kyle'a budzi wielki szacunek. Promocją jego osoby i działalności zajęły się wszystkie polskie czołowe portale internetowe. Kyle traktowany jest jak człowiek, który spełnił swój patriotyczny obowiązek, wykazał się męstwem, odwagą i stanowi wzór do naśladowania. Całą robotę odwala w tym przypadku liczba. 160 zabitych brzmi jak dobry wynik w grze komputerowej, takiej jak Counter Strike czy innej, z licznego grona niezwykle modnych gier-strzelanek. Fetowanie osiągnięcia tego mordercy wydaje się nie mieć końca. Musimy mieć jednak świadomość tego, że w imperialistycznych wojnach zginęło nie 160, a setki tysięcy osób, Chrisów Kyle'ów jest więc cała rzesza, prawdziwa chmara.

Do czego musiało dojść, żeby snajper-morderca mógł stać się herosem zachodniej cywilizacji (tej cywilizacji, która zawsze szczyciła się swoim humanizmem i etyką postępowania)? Przede wszystkim dehumanizacji i uprzedmiotowieniu ulec musieli mieszkańcy państw Wschodu, w szczególności Irakijczycy, których narodowość stała się tożsama z pojęciem terroryzmu. Dzięki temu Chris Kyle zabijając terrorystów, zabijał nie ludzi, a zagrażające nam zjawisko - terroryzm. Gloryfikacja amerykańskich morderców i polskich okupantów przychodzi łatwo, bo życie ludzkie przestało mieć znaczenie. Kult praw człowieka, o które Zachód zabiega wtedy, gdy chce zaatakować jakieś państwo z pozycji moralnej po to, by następnie usprawiedliwić militarną inwazję to nie kult człowieka, lecz kult wyłącznie Człowieka Zachodniego.

Kapitalizm liberalny przedstawia jednoznaczną wizję człowieka. Człowiek kupuje. Człowiek sprzedaje się na wolnym rynku. Człowiekowi zależy wyłącznie na pieniądzach. Człowiek jest bogaty i zamożny. Człowiek jest piękny i ma 'seksowne' ciało. Człowiekiem jest tylko pan i władca. Człowiekiem jest więc tylko podobny do mnie - do władcy.

Prawa człowieka dotyczą wyłącznie ludzi wpasowujących się w powyższą definicję. Zgodnie z tą definicją człowieka, osoby które nie są kapitalistycznie piękne, nie sprzedają się i nie kupują, nie są władcami, zakrywają ciało... nie są też i ludźmi. Stąd już bardzo krótka droga do wojny, legalnego mordowania i systematycznej likwidacji. Ofiary nie robiły zakupów w centrach handlowych, nie wyjeżdżały na wakacje do ciepłych krajów, nie miały konta na facebooku... a więc nie istniały. Tylko w nielicznych miejscach krążą jeszcze pogłoski, zgodnie z którymi Chris Kyle zlikwidował ludzi a nie ruchome, komputerowe cele o niskim ilorazie sztucznej inteligencji.

Utrata uprzywilejowanej pozycji na światowym rynku pracy jest czymś niewyobrażalnym. Chris Kyle to bohater, który zapewnił Zachodowi niezmierzone ilości Big Maców z McDonalda i tysiące litrów ropy do naszych wspaniałych, błyszczących samochodów. Cóż z tego, że przy okazji nie obyło się bez ofiar, lecz skoro ofiary nie były ludźmi, nikt o nich nie słyszał - żadna z nich nie wystąpiła przecież w "Tańcu z gwiazdami". Chris Kyle, nie Jezus, jest prawdziwym męczennikiem Zachodu. To właśnie Kyle musiał odwalić 'brudną robotę', a jak sam wspomina "miał opory" przed strzelaniem do kobiety z dzieckiem na rękach, ale opory te zdołał w sobie zwalczyć i dzięki temu sięgnął nieba, ideału, złamał ostatnią barierę w obronie 'wartości zachodu', które to umożliwiły i które na to zezwalają.

Na Zachodzie wszyscy szkolą się na Chrisów Kyle'ów. Trening jest bardzo skuteczny. Nie wszystkich zdołano niestety wysłać na czas do Iraku... Być może gdyby sprawcy masakry na premierze "Batmana", Jamesowi Holmesowi zdołano by dostarczyć na czas Irakijczyków zapobieżono by tragedii... Holmes w Iraku byłby kimś użytecznym, może nawet pobiłby rekord Kyle'a.

Chris Kyle może mordować. Polska, Stany Zjednoczone i inne kraje mogą brać udział w wojnach. Społeczeństwa nie reagują. Nie wierzą w to, że inny świat jest możliwy. Ofiara z trupów na zagranicznych wojnach wydaje się być ofiarą skromną i niezauważalną. Gdy ginie jeden z nas - reagujemy. Gdy ginie nie ktoś, a coś i płynie dla nas z tego korzyść... fetujemy.



-----------------------------------

Dopiero co rozpoczęły się Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Przy okazji przemarszu reprezentacji Syrii komentatorowi wymknęło się, że państwa uczestniczące w wojnach nie mogą - zgodnie z prawem olimpijskim - brać udziału w igrzyskach. Dla komentatora jedynym światowym agresorem jest Syria. Nie USA, nie Wielka Brytania, Nie Francja, nie Polska... lecz Syria. Mordercą również nie jest Barack Obama, nie jest nim Nicolas Sarkozy, nie jest nim Chris Kyle. Mordercami są ci, którzy działają przeciw nam, czyli przeciw imperializmowi, kimkolwiek by nie byli, z dzieckiem na rękach lub bez...

Kraj Fikcji


Rządy Platformy Obywatelskiej to rządy fikcji. Mamy fikcyjne wykształcenie (na uniwersytetach, które ukończyć może każdy), mamy fikcyjne zatrudnienie (na umowach śmieciowych, bez składek ubezpieczeniowych), mamy fikcyjną opiekę zdrowotną (w prywatyzowanych szpitalach, gdzie w kolejkach tkwi się miesiącami), mamy fikcyjną kulturę (opartą na kulcie wulgarnych igrzysk i konsumpcyjnej tandecie), a nawet mamy fikcyjne żarcie, którego pełno jest na półkach (a którego skład w 99% stanowią wypełniacze, dopełniacze, aromaty i kolory 'identyczne' z... ale nie naturalne). Pod kątem panowania fikcji nasza nowa potransformacyjna rzeczywistość bije na głowę Polskę Ludową, która naiwnie utrzymywała stałe standardy... jak brakowało kiełbasy, to jej nie było... dzisiaj nawet jeśli zabrakłoby w sklepach mięsa to na półkach pozostanie jego azbestowy odpowiednik.

Nie ma już sklepów, są polujące na najtańszą, najbardziej chemiczną tandetę dyskonty. Nie ma publicznych, utrzymujących wysoki poziom uczelni, są prywatne uczelnie i fabryki bezrobotnych. Nie ma planowego zatrudnienia, jest planowe bezrobocie i przymusowa emigracja. Powoli likwidowane są też publiczne ośrodki kultury, które zastąpić ma importowana serialowa tandeta oraz pozwalające się wzbogacać zagranicznym koncernom igrzyska - takie jak Euro 2012. Polski kapitalizm jest fikcyjny, bo nie jest nawet pełnym kapitalizmem. Kapitalizm to system klas, dwóch klas - proletariatu i burżuazji. W przypadku Polski mamy raczej do czynienia z samym proletariatem, tanią siłą roboczą na eksport, ludźmi na sprzedaż do roboty za granicę, różnica tylko w tym, czy wyjeżdżają zagranicę do tamtejszych slumsów, czy też pozostają skoszarowani na miejscu – najlepiej w blaszanych kontenerach! Nie ma u nas burżuazji, dlatego nie istnieje też burżuazyjny patriotyzm. Siłą zewnętrzną patriotyzm został u nas ograniczony do manifestowania swojskiej rusofobii. Naród, poczucie solidarności państwowej, zastąpiony został wiarą w odwieczną walkę dobra ze złem, przy czym złem są zawsze – pragnący zakłócić naszą idyllę - czerwoni i ruscy.

W kraju fikcji wszyscy cierpią na omamy, wojując przede wszystkim z "demonami przeszłości". Z tymi demonami walczyć mamy wszyscy razem i do spółki. Fundament założycielski III RP leży u podstaw powszechnej ideologii. Nawet będące - pozornie - opozycyjnymi grupy polityczne zastanawiają się przede wszystkim nad tym jak odciąć się od historii i przemalować polski kapitalizm tak, by przedstawić go w dobrym świetle. Najodważniejsi 'rewolucjoniści' myślą w Polsce o... reformie. A symbolem 'rewolucji' jest kuroniówka, którą 'mądry Polak po szkodzie' rozdaje uciśnionym, gorąco im współczując.

Kraj fikcji to kraj bez konfliktu. Dlatego nie ma też w tym kraju prawdziwej walki, czy jakiejkolwiek wizji zmian. Prawdziwy socjalista-rewolucjonista myślał niegdyś wpierw nad tym, co zniszczyć, a potem - ewentualnie - nad tym, co później zbudować. Dziś wszyscy chcą reformy, większej ilości pudru na obitym mocno ryju, czy bardziej życzliwego języka i (to już niezwykły radykalizm!) debaty oksfordzkiej. I tak przerobiono i zalegalizowano bunty. Tak więc mieliśmy w Polsce rewolucję kulturalną, ale rewolucję tę przeprowadzono pod sztandarami IPN-u. Mieliśmy w Polsce demokratyczny przełom, w wyniku którego od lat rządzą w Polsce różnej barwy neoliberałowie. Mieliśmy w Polsce wojnę o wolność... ale w Iraku i Afganistanie... i w rzeczywistości nie o wolność, ale o niewolę i o zyski dla amerykańskich koncernów.

Trudno wpleść w fikcję jakąkolwiek ideologię. Ale fikcja potrafi rozpychać się łokciami, tak skutecznie, że samo jej panowanie staje się panującą ideologią. Ta panująca ideologia to ideologia sukcesu. Mamy więc zielone wyspy, mamy cztery nowe stadiony, mamy kapitalistyczny wzrost gospodarczy, mamy „szacunek sąsiadów”. Sukces fikcji to nic innego, jak sukces skutecznego zarządzania niewolniczym zagłębiem. Pełni nienawiści do socjalistycznej biurokracji możemy bez najmniejszego zmartwienia miłować biurokrację współczesną – wielokrotnie większą i 'demokratycznie obraną' - a więc naszą, własną, polską i nieruską! Bo w końcu skoro wszyscy kradną, to niech rządzą nami chociaż polscy złodzieje. Oto właśnie nowoczesny patriotyzm!

Fikcja to coś, co wydaje się nierzeczywistym, coś co sprawia wrażenie nieistniejącego i niewyczuwalnego. Ale my, w Polsce czujemy fikcję, jest ona namacalna, żyje razem z nami i nigdy nas nie opuszcza. Czujemy fikcję i wiemy, że tworzona przez nią rzeczywistość jest kłamstwem. Dlatego wszyscy od niej uciekamy. Uciekamy w jeszcze bardziej fikcyjne zagadnienia, fikcyjne konflikty i fikcyjne marzenia. Jedni marzą więc o narodowych zrywach i wojnie z Putinem, inni o wyzwoleniu zwierząt, jeszcze inni o emancypujących całą płeć zmianach w słowniku języka polskiego i o rewolucji przeprowadzanej przy pomocy facebooka... Są nawet tacy co śnią o sukcesie polskiej gospodarki i sprywatyzowaniu samej prywatyzacji.

Festiwal obłudy nie bierze jeńców, ale pośród marzycieli znaleźć można także zarządców fikcji.

To właśnie zarządcy fikcji są tymi, którzy nie śnią na jawie. Zarządcy uprawiają politykę i egzekwują wolę panujących w Polsce sił potransformacyjnego kapitalizmu. Politykę robi u nas Michnik, politykę robią Grzechu, Rychu i Zbychu. Wszystko co zapragnie zaistnieć w końcu będzie musiało przykleić się do zarządzających, czyli tych, którzy jako jedyni operują tym, co prawdziwe – pieniędzmi. Walka polityczna (ale także i życie) to walka o przetrwanie, to walka o stołki i o płace. Dlatego jeśli chcemy by nasza partia, czy inne, tworzone przez nas żyjątko, przetrwało upewnijmy się, że jego reguły mieszczą się w zakresie celebryckiego show/marzeń Michnika. Snując wizje o nowym, wspaniałym świecie miejmy na względzie świat prawdziwy, jego władców, panów i dyktatorów. W przestrzeni poprawności mamy prawo być tylko egzekutorami woli najwyższego (neoliberalizmu), lub błaznami, których klęski i gafy służyć będą cementowaniu obecnego panowania.

System fikcji to także system prawd oczywistych. Te prawdy oczywiste to inaczej – używając starego nazewnictwa – świętości. Mamy w Polsce kilka podstawowych świętości. Są nimi słowa-klucze, których znaczenie jest formą magiczną, niemożliwą do penetracji i jakiejkolwiek krytyki. Demokracja. Totalitaryzm. Wolny rynek. Polityczność. Apolityczność. Terroryzm. Ofiary… Każde z tych pojęć tworzy mapę pojęciową świata, w którym żyjemy, każde stanowi kolejny klocek, z których ukladanki wyłania się obraz obozu koncentracyjnego. W odmóżdżonym, „wychowanym na lekcjach religii i kreskówkach” społeczeństwie zamiast wiedzy aplikowane są właśnie prawdy oczywiste. Prawdy magiczne są serwowane społeczeństwu na każdym kroku. Każdy medialny komentarz opiera się o słownik prawd magicznych. Tylko zarządcy i miłościwie panujący – ci z nich, którzy pozostają w miarę wykształconymi – mają możliwość głębszej interpretacji świata. Ludźmi pozostają więc forsiaści, którym wykształcenie pozwala zgłębić naturę rzeczywistości społecznej. Pozostali, ci którym brakowało szczęścia i chowali się samopas w świecie strusia pędziwiatra i pędzących po lodzie gwiazd stają się wyznawcami fikcji. Motto wykastrowanych brzmi: ‘chciałbym chcieć, ale nie potrafię ‘. Ten system jest coraz sprawniejszy. Polska ulega dalszej transformacji, w stronę pełnej automatyzacji zarządzania. Rzeczywistość społeczna to ekonomia, a ta nie znosi niepotrzebnych wydatków. Dlatego za kilka lat zabraknie już ‘świadomych’ zarządców, a przy życiu pozostaną tylko ślepo zapatrzone w ekrany baranki i system żył będzie siłą organicznej perswazji i przy pomocy wdrukowanego w społeczną świadomość nazewnictwa.

Fikcja, propaganda, fałszywa świadomość, kapitalistyczna ideologia, ułuda, utopia kapitalizmu. Nazw jest wiele. Wyznawcami są prawie wszyscy. Szukając miejsca na wyłom, szukając dziury w fikcji szukajmy nieestablishmentu, szukajmy desperatów, elementu, marginesu. Krążąc od jednego reprezentanta świata fikcji do drugiego stoimy w miejscu. Nowy beton stołuje się w modnych kawiarniach, czytuje krytycznie modną literaturę, jeździ drogimi samochodami, pozostaje na topie. Do głosu dochodzi skala i wraz z nim lęk – nas, maluczkich. Wszyscy, którym udaje się zamanifestować swoją niezależność, inteligencję i pomysł natychmiast nęceni są obietnicami i dopuszcza się ich boczną ścieżką do korytka. Władza posługuje się pieniędzmi jak narkotykiem. Warstwom potencjalnie niebezpiecznym pozwala się przetrwać oferując im minimalne płace, naukowcom pozwala wisieć na sznurku, który chociaż lichy i marny nie pozwala odrzucić i zerwać łączącej z systemem pasożytniczej więzi.

Wszyscy mają prawo żądać, ale nikt nie ma prawa żądań realizować. To jest właśnie lep i pułapka na wywrotowców, którym wydaje się, że sama manifestacja i cicho wypowiedziane słowo ‘nie’ wystarczy by ruszyć z posad bryłę świata. Naiwni będą wierzyć, że przepis na rewoltę usłyszą w telewizji. Naiwni marzą o powszechnie akceptowalnej rewolucji i o aprobowanym przewrocie. Łudzą się, wierząc, że system nie zabezpieczył się i nie zideologizował faktycznych dróg oporu. Te – prawdziwe – drogi oporu są dziś ścieżkami przestępczymi, ścieżkami prawd magicznych… ścieżkami Ofiar, Dyktatorów, Totalitaryzmu… Tak już jest, że system społeczny zawsze rozpoznaje swojego wroga, piętnuje go i naznacza, przebiera w szaty diabła stawiając za wzór zła i irracjonalnego szaleństwa. Pragnąc zmian i jednocześnie wierząc w tego Złego nie da się czegokolwiek osiągnąć.

To, co operuje fikcją zwie się ideologią. A ideologię zwalczyć może tylko kontrideologia. Antyfikcja musi posiadać własne prawdy, własne pojęcia, własne korzenie, musi pozostawać w sprzeczności z fikcją panująca. Miejscem bitwy ideologii jest polityka – w swym szerokim wymiarze. Pragnąc skonstruować i przedstawić alternatywę musimy sięgnąć po język konfliktu, język walki klas i słownik różnic. To ten słownik jest dziś atakowany najmocniej. Z „lewa” i z prawa. Konfliktowi przeciwstawiana jest jedność i solidarność - fundujące obecną rzeczywistość pojęcia. To właśnie w oporze przeciwko tej narracji, narracji tworzonej przez liberalizm większość krytycznych teoretyków okazała się bezsilna. Na kapitalistycznym rynku możemy kupić rewolucję, możemy nabyć i zaprezentować każdą naszą egzystencjalną, seksualną bolączkę. Liberalne swobody i wolność są w kapitalizmie przedmiotem nieustannej debaty… poza sferą gospodarki, która staje się wyalienowana i odłączna, przeistacza się w teren ekspertów i specjalistów, magów - wtajemniczonych.

Czy czegoś się doczekamy, czy doczekamy się zmian? Neobeton twierdzi, że czekać znaczy pragnąć niemożliwego, że walczyć oznacza przeczyć wielkim osiągnięciom, oznacza przeczyć malowanej zieloności naszej wyspy. Ostatnią nadzieją stają się więc nieśmiałe protesty. Apelujemy więc do naszych bożków, władców epok minionych – rozsądku, sprawiedliwości, równości, życzliwości. Apelujemy, oburzamy się, z nadzieją na prawdomówność łowców terrorystów, zabójców i cynicznych wyzyskiwaczy. Śnimy po nocach o konsensusie, którego ślady rzekomo odnajdujemy w niezmiennej i odpornej na wszelkie debaty linii Tusków/Michników/Balcerowiczów… W heroicznych porywach marzyć można o buncie… buncie, który przeprowadzony ma zostać przy pomocy metod ratyfikowanych przez Gazetę Wyborczą, buncie śpiworowym, buncie apolitycznym i niezorganizowanym, buncie na jeden >szokujący< artykuł.

poniedziałek, 14 maja 2012

Przyszłe reformy, przyszłość pracowników



Odbyło się głosowanie dotyczące podniesienia wieku emerytalnego do 67. roku życia. Głosami PO, PSL i Ruchu Palikota wiek emerytalny podwyższono. Klamka zapadła, wkrótce wszystkim pracującym dodane zostaną zgodnie z przelicznikiem kolejne miesiące pracy, aż do całkowitego wydłużenia wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn. Polacy pracować będą dłużej. Mroczne, skrywane przez rząd fakty są takie: co trzeci Polak nie dożyje emerytury, żyjemy znacznie krócej niż Europejczycy na Zachodzie, już teraz osoby powyżej 55 roku życia mają olbrzymie trudności ze znalezieniem pracy, a także nie istnieje jakakolwiek skuteczna państwowa strategia dotycząca tworzenia miejsc pracy. Rząd Platformy posiada jasny plan i realizował go będzie z całą bezwzględnością. Jaki to plan, czyj to plan? By uzyskać odpowiedź wystarczy poszperać w rozwiązaniach gospodarczych proponowanych przez neoliberalne instytuty, fundacje i grupy nacisku.


1. Podwyższenie wieku emerytalnego

Podwyższenie wieku emerytalnego służy dwóm najważniejszym celom - obniżeniu ceny siły roboczej poprzez zwiększenie ilości konkurujących ze sobą pracowników na rynku oraz oszczędności, którą zapewni mniejsza liczba koniecznych do utrzymania emerytów. Wydłużenie wieku emerytalnego to doskonały interes dla poszukujących taniej robocizny kapitalistów. Rozwiązanie to rekomendowane jest przez takie instytucje jak Bank Światowy, a także Forum Obywatelskiego Rozwoju, stało się też priorytetem dla rządu. Innym priorytetem są też radykalne cięcia i niskie składki emerytalne oraz jak najniższe świadczenia. W przyszłości, kiedy ostatnie pieniądze nazbierane za czasów Polski Ludowej zostaną wydane, minimalna emerytura wynosić będzie około ~635 zł. Nie pozostanie nic innego jak liczyć wyłącznie na siebie lub swoje dzieci – jak radził z resztą wicepremier Waldemar Pawlak. 


2. Deregulacja i liberalizacja zawodów

Mowa o tzw. "uwolnieniu zawodów". Rząd już teraz planuje uwolnić ponad 50 zawodów regulowanych. Ma to "zwiększyć konkurencję" i "zwiększyć zatrudnienie". Wiele profesji stanie się przedmiotem intensywnej rywalizacji drobnych i średnich podmiotów gospodarczych. Deregulacja umożliwi wejście na rynek dodatkowego kapitału, małe firmy szybko jednak upadną i przepadną w rywalizacji z dużymi spółkami i korporacjami - deregulacja będzie dobrą okazją do wywłaszczenia, a także - co najważniejsze - do obniżenia kosztów kształcenia pracowników przez pracodawców. Od chwili wprowadzenia zmian w życie trenerem, taksówkarzem, czy przewodnikiem turystycznym zostać będzie mógł niemal każdy. Konsumenci tych usług staną się w dużej mierze bezradni, szybko wzrośnie też bezrobocie w wyniku niekontrolowanych boomów na poszczególne branże. Gowinowską strategię od dawna wspiera Fundacja Republikańska oraz oczywiście fundacja Balcerowicza.


3. Likwidacja okresu ochronnego

Przedsiębiorcom bardzo ciąży okres ochronny pracowników. "To, że pracodawca nie może zwolnić osoby od 56. roku życia w przypadku kobiet i 61. roku życia w przypadku mężczyzn, sprawia, że znalezienie pracy po pięćdziesiątce jest prawie niemożliwe - twierdzi Małgorzata Rusewicz." Marzeniem zatrudniających jest likwidacja emerytur, likwidacja okresu ochronnego i całkowita dowolność w kwestii zatrudniania/zwalniania ludzi. Propaganda przeciwko okresowi ochronnemu już przewija się na portalach internetowych i w gazetach, projekt gorąco wspiera Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych Lewiatan. Tylko kwestią czasu jest, kiedy rząd zabierze się do realizacji tego postulatu.


4. Likwidacja ochrony lokatorów

Już teraz resort budownictwa chce skasować przepis zgodnie z którym eksmitowanym kobietom w ciąży i rodzinom z dziećmi przysługuje lokal socjalny.  Te działania związane są z neoliberalną strategią, która polegać ma na "uwolnieniu rynku mieszkań na wynajem". Nie istnieje żadna publiczna strategia tworzenia nowych mieszkań, od czasu do czasu z konieczności stawiane są najwyżej kontenery. Stopniowe uwalnianie rynku mieszkań jest doskonałą okazją dla spekulacji kredytowych, w których prym wiodą instytucje finansowe i banki. Państwo likwidując swoją obecność na rynku mieszkaniowym zyskuje oszczędność i wspiera prywatny kapitał, który jest z nim bezpośrednio powiązany. Lokatorzy (szczególnie ciążaci i dzieciaci) dostaną w prezencie poczekalnie na odremontowanych na Euro 2012 dworcach.


5. Przekwalifikowanie rolników na pracowników

Ten autorski projekt Forum Obywatelskiego Rozwoju zakłada przesunięcie 160 tysięcy ludzi z sektora rolnictwa do sektora usług i przemysłu. Działanie to "zapewnić ma wzrost PKB o 0,9 proc". Eksperci Balcerowicza są wyjątkowo optymistyczni w swej wierze, że ludzie ci znaleźliby zatrudnienie gdzie indziej. Gwarancją pracy dla nich ma być... ich niskie wynagrodzenie. Ta stricte burżuazyjna logika, którą posługują się neoliberałowie za cel swej polityki zakłada stworzenie jak największej liczby, jak najtańszych pracowników najemnych. Niskie stawki nie są wcale środkiem do powszechnego zatrudnienia (chyba, że w rachubę wchodziłyby stawki rzędu 200 złotych miesięcznie), tylko do zwiększenia konkurencji na rynku i stworzenia możliwości uzyskiwania jak największej wartości dodatkowej. Rolnicy, których obecnie utrzymują w dużej mierze dopłaty unijne znajdują się poza rynkiem, są poza nawiasem rynkowej konkurencji - i to doprowadza neoliberałów do irytacji.


6. Inwestycje prywatne z publicznej kasy

Posługujący się neoliberalizmem przedsiębiorcy wcale nie zrezygnowali z udziału państwa w gospodarce. Wręcz przeciwnie - pragną oni, by państwo utrzymywało ich i fundowało im życie wykładając środki na prywatne inwestycje. W kraju, w którym wszystko co państwowe i publiczne cieszy się opinią nierentownego, przynoszącego straty i szkodliwego publiczne środki pójdą do kieszeni prywatnych właścicieli - którzy być może zrobią to co do nich należy, rzecz jasna mając na uwadze przede wszystkim jak największe oszczędności i jak największą prywatną korzyść. "Wzrost stopy oszczędności krajowych i podniesienie poziomu inwestycji pomogłyby PKB. Poziom inwestycji to ok. 20 proc PKB rocznie, w tym tylko ok. 15 proc. prywatnych. Potrzebny jest lepszy dostęp do krajowego kapitału, czyli oszczędności." - czytamy w Forbesie. Jak zjeść ciastko i mieć ciastko? Jak oszczędzać i jednocześnie wydawać na inwestycje, którymi zajmą się żądni zysku przedsiębiorcy? Wydawać mogłoby się, że jest to niemożliwe. A jednak można to zrobić - wystarczy brać pieniądze od przeciętnych obywateli, po czym oddawać je na rzecz prywatnych inwestycji. Temu służyć będą podatki - transferowi pieniędzy od pracowników najemnych do przedsiębiorców.


7. Atak na uczelnie

Ostatnimi czasy wiele mówi się o produkcji bezrobotnych na polskich uczelniach wyższych. Burzę swoim wystąpieniem rozpoczął prezes PZU, później pojawiły się kolejne krytyczne głosy wobec sposobów kształcenia na uniwersytetach. Cała krytyka skupiona została wyłącznie na uczelniach i zatrudnionych w nich pracownikach, podczas gdy ani słowem nie poruszona została kwestia wielkiego boomu prywatnych uczelni i świadomego otwarcia przez państwo uczelni wyższych na wszystkich kandydatów. Nie mówi się o tym, że celowo zdestabilizowano edukację wyższą i zrobiono z uczelni przechowalnię, lodówkę zamrażającą i pacyfikującą na czas studiów przyszłych bezrobotnych. Atak na uczelnie szybko zagospodarowany został przez neoliberalne instytucje, które już teraz proponują przejście do modelu edukacji wyższej przyjętego w USA. Płatny drugi kierunek studiów to dopiero początek, już teraz FOR lobbuje za wprowadzeniem powszechnej odpłatności wraz z systemem kredytów studenckich i stypendiów. Studenci kończący studia z kredytami rzędu kilkuset tysięcy złotych? Już wkrótce.
 

Jak widać przyszłość polskich pracowników nie jest elastyczna. Jest określona, zaplanowana i dawno już przewidziana...

poniedziałek, 7 maja 2012

Eksperci będą strzelać

Zaczęła się ofensywa neoliberałów. Po wyborach we Francji i Grecji prawicowi komentatorzy już straszą... że strefa euro się rozpadnie, że nastąpi koniec unii europejskiej i na świecie zapanuje chaos.

W Wiadomościach TVP1 'ekspert' wyraził zaniepokojenie i w prawdziwym strachu pytał, "co jeśli Hollande naprawdę podwyższy stawkę podatkową dla najbogatszych i przestanie zajmować się spłatą długu?" "Europa powinna mówić jednym głosem" twierdzą zlęknieni agenci neoliberalizmu nawołując do solidarności ze swoim programem. Czyżby? Naprawdę powinna? A może innym, nie waszym?

Eksperci chcą w Polsce wydłużenia wieku emerytalnego, eksperci są krytyczni wobec Hollande'a, eksperci wyrażają swoje zaniepokojenie, eksperci tęsknią za Sarkozym (mimo, że jak sami twierdzą nie lubił Polaków!!!), eksperci mają biegunkę... Rynki zareagują niepokojem! Rynki będą wierzgać! Rynki zaczną pluć ogniem i rynki zareagują! Rynek dmuchnie, chuchnie i zdmuchnie nas wszystkich!

Światem rządzi magia i czarodzieje! Magiczne są rynki, które niczym Big Brother widzą, mogą i wiedzą wszystko. Magiczni są eksperci, jedyni istniejący eksperci, w liczbie około trzech krawaciarzy z centrum Adama Smitha/od Misesa/Lewiatana/Business Centre Club (do wyboru do koloru!).

Magii przeciwstawić można dopiero czyn.

Rynki są realne. Eksperci są prawdziwi. Tak prawdziwi jak miliardy euro na kontach ich fundatorów. Tak realni jak instytucje finansowe, które nimi dysponują. Od pieniądza, po rakiety ziemia-powietrze, rynki mogą posłużyć się wszystkim i każdym. I zrobią to. Już robią wiele. Wystarczy kilka godzin, by posłuszni rycerze świętego długu wyszli ze swych jaskiń i zaczęli lobbować w telewizji (i publicznej i prywatnej), propagować w radiu (w każdej stacji, przy udziale setek wyznawców), smarować kilogramy tekstów (od Gazety Wyborczej po Politykę i Wprost).

Rząd dusz nie kończy się na samych mediach, nie jest też niesmacznym żartem, dowcipem, czy pomyłką wynikającą z czyjejkolwiek głupoty/zapomnienia. Neoliberalizm to kapitalizm. A kapitalizm nie zawaha się bombardować, strzelać, zabijać. Od Pierwszej Wojny Światowej po wojny na Bliskim Wschodzie, od głodu w rogu Afryki po miliony ofiar wojen surowcowych w Kongo. Kapitalizm nigdy nie żartuje. Nie żartują też zatrudniani przez niego eksperci, eksperci, którzy są tylko marną wisienką na torcie... torcie, który w repertuarze poszczególnych warstw posiada policję, wojsko, czołgi, samoloty, arsenał nuklearny, kler i tendencje faszystowskie.

Eksperci będą strzelać.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Doktryna: Wiecznykatyń

Fala tematyki smoleńsko-katyńskiej w dyskursie publicznym wciąż przybiera na sile. Im więcej czasu mija od wydarzeń w Katyniu i nawet katastrofy smoleńskiej, tym silniej toczymy bój ze sprawcami tamtych wydarzeń – czy rzeczywistymi choć już mocno historycznymi, czy zupełnie urojonymi, to już mniej istotna sprawa. Prawicowa rzeczywistość, jak kania deszczu, potrzebuje przeciwnika. System określa się bowiem poprzez tworzony przez siebie antagonizm. Konflikt, czy to smoleński, czy to katyński służy właśnie stworzeniu przeciwnika, służy walce ideologicznej i tworzeniu nowej, patriotyczno-narodowej tożsamości, na której oparty ma zostać projekt forsowanej przez Jarosława Kaczyńskiego IV RP.

Batalia Smoleńska i walka o „prawdę” to w rzeczywistości jednak walka nie z urojeniami, lecz z prawdziwym, konkretnym przeciwnikiem. Tym wrogiem jest socjalizm, zwalczany tak bezwzględnie i z pogwałceniem wszelkich zasad „prawdy” i politycznej rywalizacji, ponieważ skutecznie i trwale podważył święty i nienaruszalny fundament obecnej rzeczywistości - własność prywatną i jej dogmat. Walka ta ma jednak charakter komiczny, włączając w to nawet jej metody szulerskie i infantylne jednocześnie. Przeciwnik jest bowiem fantomem, nie istnieje, nie ma go, więc i nie „przyjmuje pola”. W związku z tym komunizm (czy socjalizm) identyfikowany i lokowany jest historycznie, w odległej przeszłości. Po pierwsze w ZSRR, po drugie w PRL-u, czyli komunistyczno-socjalistycznym grzechu polskiej przeszłości. PRL to skrywana, wstydliwa geneza obecnej rzeczywistości, do której całkowitego wyparcia i piętnującego naznaczenia na wieczność dążą elity współczesnego, neoliberalnego kapitalizmu. Wypierając się tym samym znaczącej części siebie, swej własnej przeszłości i kreując przeszłość sztuczną, fałszywą, a tym samym słabą i poniekąd wariacką, jak opowieść o babce hrabinie i klejnotach rodowych.

Elity (takie to zresztą i elity), które urosły i wychowały się w warunkach przeszłości i dzięki tej przeszłości, potwierdzają swoje oddanie aktualnemu systemowi poprzez nieustanną i pogłębiającą się negację wszystkiego, co symbolicznie choćby zatrąca o lewicową treść lub niekapitalistyczną formę, system ów potencjalnie kwestionując. Przybierający na sile, ubrany w pozornie aktualne zagadnienia bój z komunizmem służy więc i cementowaniu III RP, ale także i wykluczaniu z obiegu wszelkiej faktycznie lewicowej i faktycznie antysystemowej treści. W tej materii zawiązał się między prawicą neoliberalną (PO) a kościelną prawicą neoliberalną (PIS) sojusz. Ten pakt polega na wspólnym budowaniu nowej tożsamości narodowej i wspólnej walce, ze wspólnie zdefiniowanym przeciwnikiem – komunizmem.

IPN, mimo wszystkie związane z nim skandale – od tragedii po kompletną farsę -został przecież nieprzypadkowo utrzymany podczas kolejnej kadencji premiera Tuska, nieprzypadkowo to właśnie Bronisław Komorowski zapowiada budowę muzeum zbrodni komunizmu, etc. Zamożna część społeczeństwa i jej liberalni reprezentanci często nie rozumieją tej milczącej zgody, ale to właśnie ten sojusz pozwala utrzymywać się przy władzy Platformie. Jest to możliwe dzięki wyparciu wszelkiego lewicowego dyskursu z polityki i stworzeniu mitu Wiecznegokatynia, wokół którego między PO a PIS trwa co prawda spór, ale spór pozorny i pożądany, który pozwala każdej z formacji prezentować swój charakter.

Mogłoby tak trwać i trwać, od rocznicy, do rocznicy… Tak dobrze jednak nie ma. Najpewniej bowiem wydarzy się coś, co łatwo przewidzieć, historia naszego stulecia zna bowiem podobne sytuacje i przypadki i boleśnie je pamięta [1]... Hodowany za przyzwoleniem liberałów IPN-owski nacjonalizm urośnie i obróci się przeciwko swoim twórcom czy chrzestnym rodzicom. Gniew społeczny, który wzrasta z każdym kolejnym punktem wzrostu bezrobocia i każdym zamykanym zakładem pracy znajdzie bowiem inny, niż lewicowy, socjalistyczny nośnik. Tym nośnikiem będzie (a może już jest) faszyzm. I tak, liberalna władza zaangażowana w wieczną walkę z komuną, walkę, która miałaby zaprzątać uwagę całego społeczeństwa wyprodukuje i wytworzy naprawdę największych wrogów komunizmu – faszystów. I na nic zdadzą się lamenty i apele do zdrowego rozsądku. Zdziwienie, które lojalne Platformie media żywią wobec gromadzących się na miesięcznice katastrofy i na wiece maryjno-kaczyńskie, czy skręcających w nacjonalizm mas kibiców będzie ostatnią reakcją. Dotychczasowy sojusznik liberałów zdradzi bowiem bez wahania (już zdradza) swych twórców i żywicieli. Wozy transmisyjne TVN24 spłoną.

[1]Pamięta, kto chce pamiętać. Jak wiadomo, w uprawianej przez nasz system polityce historycznej wróg jest jeden.

wtorek, 13 marca 2012

Przekroczyć liberalizm

I - Liberalizm

Przyzwyczailiśmy się do postrzegania Polski jako kraju na wskroś europejskiego, w tym przekonaniu utwierdziło nas dołączenie Polski do Unii Europejskiej; udział rządu w posiedzeniach unijnych, flagi unijne na państwowych masztach, czy transmisje sporów, które mają miejsce podczas posiedzeń europarlamentu. Na nasze państwo ma jednak wpływ czynnik związany z procesem, który w Polsce, w porównaniu do pozostałych krajów Europy, uległ drastycznemu opóźnieniu. Ten czynnik nazwać można rewolucją mieszczańską, przewrotem oświeceniowym, naporem liberalizmu politycznego. Liberalizm, o którym mowa, jest dla naszego społeczeństwa specyficznym, politycznym novum - w odróżnieniu od krajów Europy Zachodniej, gdzie proces ten trwa (lub nawet skończył się) już od bardzo dawna. W Polsce proces inwazji kapitalistycznej nastąpił stosunkowo późno i inwazja ta nałożyła się na ofensywę nowej, nieobecnej przedtem, ideologii - liberalizmu. Omawiany proces narastania liberalizmu politycznego i przekraczania przez niego ram religijno-narodowych dogmatów jest niezwykle ważny z perspektywy analizy politycznej, teoretycznej i naukowej. To proces definiujący scenę polityczną, programy poszczególnych partii i całość społeczeństwa polskiego. Dla lewicowej analizy społecznej rozpoznanie tego procesu to klucz do przejścia poza paraliżujący dziś lewą scenę liberalny uniwersalizm.

Liberalizacja dyskursu publicznego to proces wielotorowy. Proces ten widoczny jest w powolnej ewolucji partii politycznych, przesuwaniu się Platformy Obywatelskiej i Ruchu Palikota w stronę klasycznie liberalnych pozycji, świadczy o nim także monolitycznie liberalny charakter partyjnych programów gospodarczych - nawet konserwatyści w Polsce ulegli całkowitej dominacji liberalizmu okopując się jedynie na szańcach pozbawionej społecznego kontekstu religijności. Proces ten można także spostrzec, gdy weźmiemy pod uwagę organizacje pozarządowe, działalność kulturową i inne obszary aktywności społecznej - wszystkie one zdominowane są liberalną terminologią i rynkowymi mechanizmami utrzymywanymi przez hegemonię liberalizmu w doktrynie polityczno-instytucjonalnej. Odejście kościoła od politycznego centrum, wysadzenie go od stołu, przy którym podejmowane są najważniejsze decyzje, racjonalizacja wydatków państwa, która dotykać zaczyna wszystkie nierynkowe dziedziny życia społecznego i politycznego, ilość uwagi poświęcanej przez polityczny dyskurs kwestiom obyczajowym - te objawy świadczą o natarciu liberalizmu, w wielu jego przejawach i niejednej postaci. To co jest ofensywą liberalną to jednocześnie triumf i hegemonia kapitalistycznej struktury i systemu, który rządzi niepodzielnie od dwudziestu lat, coraz bardziej przybierając na sile. Liberalizm to proces obserwowalny w swych przejawach na styku polityki, kultury, świadomości, który jednocześnie wsparty jest makropolityczną kontrolą, jaką sprawują nad działaniami państwa polskiego jego bogaci, kapitalistyczni sąsiedzi. Liberalizm jest więc: mainstreamem, osią możliwości z ratyfikowanej przez układ (w którym znajduje się Polska) umowy.

Duch i czas liberalizmu, co zrozumiałe, najlepiej służy frakcjom prokapitalistycznym i partiom (neo)liberalnym. Jednocześnie jednakże, panujący duch liberalizmu najsilniej doświadczył lewicę, paraliżując jej polityków i pozbawiając lewicy jej tożsamości. Nieprzypadkowo wiele z lewicowych inicjatyw, działalność SLD w sejmie, ruch feministyczny, ruch zielonych przybiera charakter protestu liberalnego - przybiera ten charakter, gdyż z nim łatwiej jest każdej z tych inicjatyw zaistnieć i uzyskać instytucjonalne wsparcie. Nie jest też przypadkiem fakt, że liberalizm w Polsce kojarzy się politykom pozytywnie, a jeżeli jest w ogóle poddawany krytyce to w swojej neoliberalnej, uznawanej za 'wypaczoną', formie. Bunt, protest i sprzeciw jest w Polsce zagospodarowany właśnie przez liberalne struktury i liberalną ideologię. Powoli dozwolonym staje się protest przeciwko kościołowi, popierana jest także walka z państwową biurokracją i z aktywną rolą państwa w gospodarce. Bez walki politycznej inny bunt niż liberalny nie zaistnieje. W tej liberalnej galaktyce swoją właściwą tożsamość lewica oraz lewica socjalistyczna prezentuje rzadko, wie bowiem doskonale, że manifestując nieliberalne hasła spotka się ze zdecydowanym sprzeciwem, oporem i będzie bezwzględnie przez system zwalczana. Odwagę zachowali jedynie pogodzeni z rolą marginesu politycznego działacze. Politykę historyczną, programy lewicy, język którym ona się posługuje najsilniej definiuje dziś liberalizm, który stanowi schemat porównawczy, schemat sukcesu - z którym lewica ma się mierzyć i którego krytykować nie może. Lewica to w Polsce sprzątaczka i pomagier liberalizmu, głos zwolenników filantropii. To właśnie liberalna kastracja lewicy jest źródłem jej porażki społecznej i powodem, dla którego lewica parlamentarna (i nie tylko) nie potrafi (lub nie chce) posłużyć się językiem protestu.

II - Przekroczenie

Dokonaliśmy krótkiej analizy schematu panowania liberalizmu w polskim społeczeństwie. Czas zadać sobie dwa podstawowe pytania. Jak lewica może wyjść poza liberalizm i jak mocno w liberalizmie zakotwiczone jest samo społeczeństwo, innymi słowo, czy jest ono zdolne wykroczyć poza system neoliberalnych znaków i znaczeń. Jest jeszcze jedna interesująca kwestia: czy polski kapitalizm można zdemistyfikować, odebrać mu twarz postępu, którą ten ciągle manifestuje?

Dla lewicy najważniejszym zadaniem jest przekroczenie liberalizmu. Lewica musi odrzeć się z cech prymitywnego reformizmu, co więcej - musi stworzyć całkowicie odrębną wizję społeczną, operować własnym systemem wartości, który pozostawać musi w trwałym konflikcie ze wszystkimi pozostałymi wizjami i koncepcjami społecznymi. Odrębną koncepcję systemową należy reprezentować stale, na każdym kroku działalności - nie wystarczy rysować perspektywy generalnej zmiany w dalekim tle, przyszłości, bądź tylko do niej nawiązywać. Ażeby przekroczyć ten liberalny schemat i tworzyć swój własny bezustannie dokonywana być musi demaskacja obecnego ustroju społecznego. Język klasowych różnic i interesów musi zastąpić konserwatywną mowę narodową i (używaną przez obecną lewicę) mowę wolności gospodarczej i indywidualnej. Lewica nie może mieć z kapitalizmem wspólnych wrogów, musi skończyć z pochwałami liberalnych wartości i adaptowaniem indywidualizmu. To przekroczenie liberalizmu zadziała na korzyść znacznej części lewicowej sceny politycznej, albowiem na język lewicy jest duże zapotrzebowanie - zapotrzebowanie to jest wystarczające by zabezpieczyć sukces wyborczy, a później stanowiska i ugruntowanie instytucjonalne. Przekroczyć reformizm, język liberałów, język indywidualizmu demokratycznego oznacza stworzyć nową wizję i szansę dla wszystkich, których obecny ustrój tłamsi. Dlatego lewica posługiwać się musi pojęciami, ideami o zasięgu ogólnym i inkluzywnym charakterze, koncepcją lewicy jest inkluzja całości społeczeństwa w proces sprawiedliwego i opartego na równości państwa - idee ogólne (takie jak wolność, samodzielność, godność, sprawiedliwość, postęp) muszą być nieustannie powtarzanymi, aż nabiorą właściwego dla lewicy znaczenia, zostaną zinterpelowane i wchłonięte przez autonomiczny przekaz ideologiczny lewicy.

Odpowiadając na pierwsze pytanie: wyjściem poza liberalizm jest demistyfikacja pojęć liberalnego słownika, stworzenie całkowicie przeciwstawnej wizji społecznej, posługiwanie się autonomicznymi ideami ogólnymi.

Bardziej złożoną wydaje się kwestia dotycząca zakotwiczenia społeczeństwa polskiego w ideologii liberalizmu. Tutaj sytuacja wydaje się być dwoista i perspektywa szerszych, bardziej radykalnych zmian wydaje się być jeśli nie mglistą, to bardzo problematyczną. Warto zauważyć, że opisywana przeze mnie "rewolucja oświeceniowa" przybiera w Polsce charakter powolny i ewolucyjny, spotyka się także ze znaczącym oporem i lekceważeniem ze strony społeczeństwa, które nosząc w sobie elementy porównawcze z poprzedniego systemu nie operuje z przekonaniem liberalną nowomową sukcesu. Ten fakt postępującego ewolucyjnie przejścia i jednoczesnej ambiwalencji lub wrogości wobec niego dużej części społeczeństwa czyni możliwą do realizacji w przyszłości perspektywę łatwego i szybkiego przekroczenia buntu liberalnego w bunt socjalistyczny. Polska w odróżnieniu od Zachodniej Europy tkwi w okresie przejściowym od dobrych dwudziestu lat, kapitalizm nie jest w naszym kraju utożsamiany z bezpieczeństwem, dobrobytem i bogactwem. Ta autonomia w stosunku do kapitalizmu i specyfika polskich realiów pozwalają na optymizm, są podstawą, która pozwala zakładać, że ewentualna zmiana systemowa spotka się w Polsce z mniejszym oporem, niż miałoby to miejsce w krajach "rdzennie" kapitalistycznych. Ażeby jednak w ogóle doszło do zmiany, wpierw przekroczyć należy dogmaty liberalnej doktryny i z ideą społecznej równości wyjść na prostą codziennej praktyki politycznej.