Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 września 2012

„18 brumaire’a…” i pożytki z Marksa


I

„18 brumaire’a Ludwika Bonapartego” to jedna z najważniejszych prac teoretycznych Karola Marksa. Ta praktyczna aplikacja materializmu historycznego zyskała niemieckiemu filozofowi rozgłos  a także udowodniła skuteczność metody badawczej obranej przez Marksa.

Studiowana przez Karola Marksa historia Francji to analiza historii kraju, w którym „dziejowe walki klasowe, bardziej niż gdziekolwiek, doprowadzane były za każdym razem do ostatecznego rozstrzygnięcia”[i]. Wielka Rewolucja Francuska, zwana także Rewolucją Burżuazyjną aż do chwili obecnej pozostaje synonimem rewolucji i przewrotu klasowego w swej najbardziej krwawej postaci. Te gwałtowne przekształcenia w obrębie panującej formacji społecznej pozwalały łatwiej – i na konkretnym, bo mniej rozległym w czasie przykładzie - uchwycić istotę walki klas.

Karol Marks opisywane przez siebie wydarzenia we Francji, w tym zamach stanu dokonany przez Ludwika Bonapartego dzieli na trzy okresy. Pierwszy jest to okres lutowy obejmujący czas od 24 lutego do 4 maja 1848 roku. W tym okresie, po ucieczce króla, reprezentanci wszystkich klas społecznych dążą do wspólnego celu: reformy wyborczej. Dlatego też świeżo formujący się rząd zwie się rządem tymczasowym, a do najważniejszych rozstrzygnięć nie dochodzi. Drugi jest okres od 4 maja 1848 do 29 maja 1849 roku, jest to okres konstytuowania się republiki, czyli Ustawodawczego Zgromadzenia Narodowego. W tym czasie do głosu dochodzą siły burżuazyjne, które dążą do powołana republiki burżuazyjnej. Na nic zdało się powstanie czerwcowe, którego wywołaniem na  próby zdrady republiki socjalnej zareagował paryski proletariat. Od tej chwili, od momentu tej klęski zbrojnej klasa robotnicza w dalszym procesie zajmować już będzie wyłącznie rolę drugoplanową. Wszystkie pozostałe klasy i partie będą odtąd „partiami porządku”[ii] zwalczającymi anarchistyczne, komunistyczne, socjalistyczne wizje społeczeństwa proletariackiego. Ostatni, trzeci okres umożliwia już wkroczenie na scenę „męt społeczeństwa burżuazyjnego”, „świętej falangi” i wynoszonej przez nią postaci Ludwika Bonapartego.

Marks rekonstruuje wydarzenia rewolucji i ukazuje, jak przy pomocy burżuazyjnych republikanów, którzy skutecznie usunęli w cień rewolucyjny proletariat, do głosu i do władzy dochodzą rojalistyczni bourgeois. Powołane przez Bonapartego ministerstwa obejmują niegdysiejsi politycy najbardziej liberalnej frakcji burżuazji parlamentarnej. Teraz będą oni mieli za zadanie ten sam parlament uśmiercić. I gdy reżim parlamentarny zostaje ostatecznie wygnany, na placu boju pozostaje Bonaparte i lojalna mu armia oraz biurokraci. Parodia restauracji cesarstwa staje się faktycznym powołaniem do życia republiki kozackiej, republiki wojskowych i państwa „porządku”. Parlamentarne uświęcanie woli panującej klasy jako woli powszechnej zostaje zastąpione panowaniem autorytetu i wprowadzaniem „ładu”.

Panująca odtąd władza wykonawcza jest reprezentowana przez półmilionową armię urzędników. Feudalni dostojnicy zamieniają się w płatnych urzędników a kolekcja sprzecznych i absurdalnych średniowiecznych praw zostaje przemieniona w uregulowany plan scentralizowanej władzy państwowej. Wszystko to środki republiki parlamentarnej w walce z rewolucją. Sam Karol Marks podkreśla jednak, że usamodzielnianie się państwa i jego panowanie to przecież nie „władza niczyja”, lecz reprezentacja wyjątkowo konkretnej klasy społecznej, klasy chłopów parcelantów. Chłopi parcelanci „[…]stanowią olbrzymią masę, której członkowie żyją w jednakowych warunkach, nie wchodząc jednak w różnorodne stosunki ze sobą.”[iii] Specyficzna pozycja chłopów parcelantów uczyniła z nich klasę społeczną ad hoc, gdyż jej interesy pozostawały w sprzeczności ze wszystkimi pozostałymi klasami. Chłopi parcelanci byli jednak niezdolni do samodzielnej obrony swoich interesów, grupowo, czy też za pośrednictwem parlamentu. Ich przedstawiciele są jednocześnie ich panami, autorytetem stojącym nad nimi, są właśnie ową panującą, nieograniczoną władzą państwową. Chłopi zagłosowali na kolejnego z rodu Napoleonów, niesieni wspomnieniami o poprzednim Napoleonie. Tak właśnie, Ludwik Bonaparte jako kolejny z rodu został wybrany przez chłopa konserwatywnego, w jego imieniu sprawując swe rządy ładu i porządku, trzymając w silnym uścisku pozostałe klasy, a przede wszystkim uciskany, rewolucyjny proletariat. I tak, jak zauważa Karol Marks, wiara w cesarstwo, którą dawniej zaszczepiła w chłopstwie burżuazja staje się fundamentem konstytuującym nową władzę, a idées napoléoniennes takie jak panowanie klechów i wiodąca rola wojskowych stają się dominującą ideologią nowego społeczeństwa – nowej, rzeczywistej farsy.

Ludwik Bonaparte jako kandydat chłopów parcelantów triumfuje, przy okazji Bonaparte staje się też - niejako z przymusu - kandydatem zaniepokojonej burżuazji, reprezentantem klasy średniej, a ponad wszystko chwiejnym przywódcą w czasach chaosu i niestabilnej, utrzymywanej siłą sprzedawanych stanowisk dyktatury wojskowych.
Streszczona powyżej marksowska interpretacja wydarzeń z lat 1848-1851 we Francji stanowi – jak sami łatwo możemy się przekonać - wyjątkowo spójną i zwartą kompozycję, jest też ponad wszystko analizą klasową i przy tym analizą klasową wybitnie ekonomiczną.

II

Najnowsze polskie wydanie „18 brumaire’a…” sygnowane przez Wydawnictwo Krytyki Politycznej zostało zaopatrzone we wstęp napisany przez publicystę „Gazety Wyborczej”, Marka Beylina. „Wstęp” obejmuje bite 90 stron i bez wątpienia posiada charakter „autorski”. Już na pierwszych stronach postawiony  zostaje cel dość charakterystyczny. Autor proponuje bowiem traktować „18 brumaire’a…” głównie jako Marksa przestrogi dla demokracji a jego samego jako obserwatora „rodzącej się populistyczno-demokratycznej dyktatury”.[iv] W zamyśle autora ma to umożliwić „odklejenie” z Marksa etykiety „ojca założyciela krwawego totalitaryzmu” i, zamiast tego, włączenie go w „normalną” (co prawda, nie wiadomo jaką ”normalną”) historię myśli europejskiej.

Próby ‘normalizowania’ Marksa dokonuje Beylin poprzez stopniowe rozbrajanie konfliktu klasowego. Samo pojęcie lasowego konfliktu jest „nieprzyzwoite”. Przyczynę, dla której konflikt klasowy jest dziś w byłych krajach komunistycznych wyklęty stanowi dla autora fakt wbudowania konfliktu klasowego „w gramatykę władzy” okresu minionego. Pomiędzy starą a nową ideologią zieje, jak wiadomo, przepaść oddzielająca, w przekonaniu publicysty Gazety Wyborczej „język fałszu” od „języka prawdy”. Marek Beylin w swej interpretacji z dość naiwnego apologety nowej ideologii szybko zamienia się w orędownika stabilności (ładu, porządku?) utożsamianej z „demokracją” twierdząc, że konflikt klasowy „został wchłonięty do demokracji i uprawomocniony, dając jej zbawienną stabilność.”

W tym momencie na myśl nasuwają się pytania. Po pierwsze, o jaką ‘demokrację’ autorowi chodzi, po drugie, w jaki sposób konflikt klasowy mógł zostać przez system wchłonięty, a ponadto, czy „konflikt” może gwarantować „stabilność” taką, jak wydaje się ją rozumieć Beylin? Odpowiedzi na te pytania odnaleźć można w tym, czego autor poniechał i jednocześnie w tym co wyeksponował.

W rozważaniach Marka Beylina  dochodzi do całkowitej eliminacji klasowej analizy rzeczywistości społecznej, istnienie klas, poparte analizą stosunków własnościowych zostaje zatarte, a „konflikt klasowy” przedstawiony jest niczym strategia public relations. Antyekonomiczne podejście autora to prosta ucieczka od „wyznaczania” klas społecznych i ich reprezentantów. Marek Beylin pisze o „odtwarzaniu się społeczeństw klasowych” jak o anomalii „demokracji”, nie dopuszczając do siebie myśli, że klasy są dla każdego systemu kapitalistycznego elementem nieodłącznym i stałym. W taki sposób, eliminując z perspektywy analitycznej podział na kapitalistów i pracowników najemnych można choćby przez chwilę uwierzyć w mityczną, scalającą siłę (pozaekonomicznej) demokracji.

Kontynuując swój wywód Marek Beylin pobieżnie analizuje sytuację imigrantów z uwagi na „konfliktogenny” charakter imigracji (wszak chodzi o stabilność). Jest to wstęp do rozważań nad „rozbrajaniem gniewu” w obrębie demokracji. Gniew społeczny to zdaniem autora jedno z zagrożeń dla „naszych demokracji”. Co zastanawiające, autora w tym miejscu zupełnie nie interesuje, czy wspomniany gniew wyrasta z żądań uzasadnionych i czy jest wyrazem faktycznej niesprawiedliwości, krzywdy. Zainteresowanie autora skupia się przede wszystkim na „gaszeniu pożarów”, ochronie ładu i porządku.

Zasadniczy wątek rozważań Marka Beylina stanowi oczywiście – przesłonięta pozorną pochwałą „18 brumaire’a…” – krytyka Karola Marksa i marksizmu oraz  pryncypiów, na których oparta jest myśl niemieckiego teoretyka. Postulaty rewolucji społecznej i kresu kapitalistycznego wyzysku postrzegane są przez Beylina jako idee rewolucyjnego mesjanizmu, ten z kolei, w jego opinii, jest „miałki i budowany z kłamliwych fikcji”. Te kłamliwe fikcje to dla autora  przede wszystkim perspektywa rewolucji, wizja bezklasowego społeczeństwa, czy nawet samo pojęcie klas rozumiane zgodnie z marksowską intencją. O specyfice tekstu stanowi przy tym to, iż autor, ”zanurzony w oczywistości” – przecież „wszyscy tak sądzą, czyż nie? – porusza się w zasadzie pod progiem ideologicznej nieświadomości obojętnej na argumenty humanistycznego dyskursu.

Wywód wzbogaca, co prawda, pewna filozoficzna ornamentyka. Beylin, powołując się na (szczególnie chętnie cytowaną) Hannah Arendt stara się wskazać, że wizja społeczeństwa komunistycznego  Karola Marksa jest w istocie głęboko i niebezpiecznie indywidualistyczna, albowiem w społeczeństwie bezklasowym rzekomo zabraknąć miałoby podstaw dla jakiejkolwiek władzy, a ‘uspołecznieni ludzie’ mieliby zamiast pracy wykonywać czynności ściśle prywatne, uprawiać hobby, lub nawet popaść w daremność i nihilizm! Wizja społeczeństwa pozbawionego uzbrojonego w bicz pana (pracy przymusowej) to dla Beylina wizja anty-społeczeństwa pełnego hobbystów-samobójców, uśmiercających się z tęsknoty, za porządkującym ich życie trzaskaniem bicza.  Dla Marksa jednak brak władzy burżuazyjnej wcale nie oznacza zaniku władzy w ogóle, wręcz przeciwnie, sprzyja on powstawaniu samorządności i pozwala stworzyć planujące swą gospodarkę społeczeństwo. Podobnie jest z pracą, która zgodnie z marksizmem jest naturalną aktywnością człowieka, a celem wyzwolenia z kapitalizmu jest jej dezalienacja – likwidacja pracy przymusowej i wyzysku - nie porzucenie. Beylin nie podejmuje jednak problemu w sposób systematyczny, sprawa zostaje zatem sprowadzona do swoistego ornamentu i jednocześnie dodatkowego kamyczka do ogródka Marksa i marksistów.

Postawa taka  pociąga za sobą nadmierną, zawsze jednak w określony sposób „zorientowaną” swobodę interpretacyjną – oto pojęcie „republiki kozackiej”, które u Marksa stanowi raczej synonim rządów wojskowych, Beylin przerabia na „zbyt scentralizowane państwo”. Ostatecznie  jednak  autor Wstępu przychyla się do tezy, że reżim w swojej bonapartystycznej formie uległ demokratyzacji,  zachwala też liberalną prawicę tamtych czasów, której polityka zgrabnie komponuje się z wyznawaną przez niego ideologią ładu. Powstaje przy tym przypuszczenie, że przedstawiona tu interpretacja historii Francji nie jest ani oczywista, ani „naturalna”, lecz polityczna i ideologiczna.  Beylin mocno idealizuje też tworzony  porządek (stabilny ład), pomijając wydarzenie, które  ujawniło jego pozorny, fałszywy charakter – powstanie Komuny Paryskiej i tego konsekwencje.

W kolejnej części Wstępu od zbyt rewolucyjnego Marksa autor ucieka do mile konserwatywnego Tocqueville’a, znajdując w jego wizji stowarzyszeń - tworzących elitę, która opinię publiczną kształtuje – przykład oświeconego projektu społecznego. U Tocqueville’a Beylin dostrzega przede wszystkim wielkość związaną z faktem, iż teoretyk ten „[…]przerobił lekcje rewolucji i Napoleona I; w tych czasach widział nie tylko źródła nieszczęść, lecz także ciąg narodowych dziejów budujących wielkość Francji i oświeceniową misję narodu francuskiego.” Nie ma perspektywy bliższej francuskiej prawicy. Dalsza, krótka analiza poglądów Victora Hugo i Proudhona prowadzi do podsumowania.

I wreszcie rozważania nad bonapartyzmem są dla Beylina rozważaniami nad magicznym zjawiskiem populizmu. Taka jest cena i takie są efekty odrzucenia ekonomicznej analizy i genezy wszelkiego rodzaju dyktatur. Analiza pozbawiona bazy skupia się tylko na nadbudowie, tu reprezentowanej przez język gazet i język mediów. Tak uporczywe przedstawianie XXI wiecznego kapitalizmu przede wszystkim jako „demokracji” i usilne maskowanie wymiaru własnościowego pozwala tworzyć wizję wolności, jako czegoś już zdobytego, osiągniętego. Ta wizja cementuje obecny ład, skłania  do myślenia co najwyżej o reformach i to takich, które nie zrzucą kogokolwiek – już siedzącego – z jego tronu. Pisząc o ruchu feministycznym, ekologicznym, czy o ruchu oburzonych apostoł ładu szybko przestrzega przed populizmem, przeciwstawiając mu „bardziej równościową postać demokracji”. Problem leży jednak w tym, można rzec, że to właśnie ta ‘nasza demokracja’, a zasadniczo kapitalizm, wyklucza swą bardziej równościową postać. Idąc dalej tym tropem, ruchy, które ośmielą się ‘naszej demokracji’ sprzeciwić tym samym będą nazbyt „populistyczne” i szybko staną się prawdziwym (porządnego) systemu wrogiem.

Wizja ‘polityki demokracji’ przejawiająca w tym wydaniu typowe cechy syndromu polskiego, polegającego na magicznym wręcz lęku przed bolszewizmem, stanęła przed poważnym problemem. Ruchy społeczne wewnątrz systemu, a także inne, zewnętrzne systemy wywierają nieustającą presję. Zarządzanie kapitalizmem trwale uzależnione jest od sytuacji geopolitycznej i makrogospodarczej. Ta rynkowa niestałość kapitalizmu przekłada się nieustająco na niestabilność demokracji. Ucieczka bądź walka z marksowskim ujęciem historii, które skazuje kapitalizm na wymarcie to jeden ze sposobów na uniknięcie problemu braku perspektywy. To bowiem kapitalizm (dla swoich zwolenników tożsamy z demokracją) wytwarza problem braku perspektywy. Po lekturze Wstępu do „18 brumaire’a Ludwika Bonapartego” Marka Beylina możemy stwierdzić, że obcowaliśmy z dowodem na to, że kapitalizm stał się systemem na wskroś konserwatywnym, na wskroś pozbawionym wizji przyszłości. Jedyną wizją, jaką dziś posiada jest, rozbudowywana wciąż, wizja różnorodnych sposobów reagowania na pojawiające się trudności, pożary i rewolucje naruszające „porządek i ład”.
III

Kiedy odwrócimy broń jaką jest marksizm i posłużymy się „18 brumaire’a…” z intencją, z jaką  został on napisany, czyli krytycznie wobec kapitalizmu, dostrzeżemy silne powiązania bonapartystycznej republiki kozackiej ze współczesną kapitalistyczną ‘demokracją’.

Zachodni kapitalizm, pogrążony w nieustannej wojnie o surowce i wpływy rządzony jest przez militarne hegemonie. Najlepszym tego przykładem są Stany Zjednoczone Ameryki, w których niezależnie od tego, z której partii pochodził będzie prezydent (a są aż dwie możliwości) działania wojenne prowadzone są tak samo brutalnie i intensywnie. Scentralizowane machiny biurokratyczne (i w Polsce obecnie biurokracja jest wielokrotnie liczniejsza od niegdysiejszej PRL-owskiej) – finansowane przez zagraniczne interwencje wojskowe w celu zdobycia zysków z kolonii -  żywcem przypominają niedorzeczny ustrój wprowadzony przez Ludwika Bonapartego. Potęga instytucji i jednorodność linii politycznej pozornie opozycyjnych partii to kaganiec nałożony również Polsce, w której niezależnie od wyników wyborów realizowany jest neoliberalny program gospodarczy, państwo zaś stało się mechanizmem wspierającym i zezwalającym kapitalistycznemu rynkowi na jego społecznie szkodliwą działalność.

Ten przewrotny charakter demokracji parlamentarnej dostrzeżemy w analizie zawartej w „18 brumaire’a Ludwika Bonapartego” i  to właśnie Karol Marks, ujawniając zasady życia społecznego uczy nas, że możliwość wyboru nie stanowi jeszcze o urzeczywistnieniu ustroju demokratycznego. Albowiem  dopiero analiza stosunków własności, analiza genezy władzy pozwala dostrzec nam tych, którzy faktycznie panują w społeczeństwie. Ostatecznie jesteśmy po prostu świadkami bitwy ideologii, które wywodzą swoje pochodzenie z  różnych klas i ich różnych klasowych interesów. Sprzeczności klasowe, leżące u podstaw tych różnych interesów, mogą czasowo się intensyfikować, mogą też chwilowo zamierać przykryte i przygaszone przez działalność opozycyjnej ideologii, jednak empiryczne podziały przez nie tworzone pozostają rzeczywistymi dopóty dopóki jeden człowiek pozostaje panem, a inny niewolnikiem.



[i] 18 brumaire’a Ludwika Bonapartego. Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2011, przedmowa Engelsa do trzeciego wydania niemieckiego, s.101
[ii] Ibid. s.119
[iii] Ibid. s.258
[iv] Ibid. s.7

piątek, 29 czerwca 2012

Cosmopolis - zmierzch kapitalizmu



Film „Cosmopolis” to jedno z kilku dzieł, które powstały po kryzysie finansowym i starają się udzielić odpowiedzi na pytanie o przyczyny powstałego krachu gospodarczego. W odróżnieniu od „W firmie”, czy „Chciwości” dzieło Davida Cronenberga udziela odpowiedzi w sposób bardziej jednoznaczny i bezpośredni, ucieka od sentymentalizmów i nie zrzuca winy na złe chęci poszczególnych jednostek, ukazuje też pełnię dramatu ludzi żyjących we współczesnym systemie kapitalistycznym i jest całościową dystopijną wizją przyszłości naszego gatunku. Jest to wizja brutalna, lecz niezwykle wiarygodna.

Film przenosi nas w nieodległą przyszłość, którą bez trudu pomylić można z czasami współczesnymi. 28-letni Eric Packer grany przez Roberta Pattinsona jest multimiliarderem, złotym dzieckiem Wall Street i zarządcą prawdziwego finansowego imperium. Porusza się poprzez ulice Nowego Jorku w swojej ekskluzywnej, kuloodpornej i nieskutecznie wyciszonej korkiem limuzynie, przyjmuje w niej gości, z niej przy pomocy swojego majątku atakuje chińskiego juana, w niej uprawia seks, do niej przyjmuje codziennie badającego go lekarza. Limuzyna nie jest jednak dla niego więzieniem, a raczej jedynym bezpiecznym schronieniem i jego królewską salą tronową. Otoczony uzbrojonymi ochroniarzami, którzy bez przerwy informowani są przez „Kompleks” o kolejnych nadchodzących zagrożeniach, zakuty w opancerzony wóz (identyczny z innymi limuzynami) i ciągle się przemieszczający jest wyjątkowo trudnym celem dla zamachowców, terrorystów i wszystkich tych, którzy pragną jego śmierci lub ośmieszenia. Życie Packera jest sztuczne, choć ten jest tego świadom i podoba mu się jego położenie, które pragnie obronić on za wszelką cenę. Żyje życiem pewnego siebie kapitalisty, który czuje się jedyną podmiotową siłą w świecie, zakłopotanie odczuwając wyłącznie wobec konieczności interakcji ze swoją żoną, z którą związek sam w sobie przypomina transakcję handlową i w którym nie potrafi on osiągnąć satysfakcji uczuciowej, czy nawet cielesnej. W chwilach gdy nie obraca akcjami na giełdzie odzywa się w nim tęsknota za autentycznym życiem, stąd też rozpaczliwe pragnienie, które każe mu przedzierać się przez zakorkowane miasto by dotrzeć do będącego mu wręcz ojcem fryzjera, który jest jedyną osobą wyrażającą wobec niego autentyczną troskę. Wiek niewinności Packera dobiegł końca lata temu i przepadł na zawsze.

„Widmo krąży nad światem, widmo globalnego kapitalizmu” głosi w filmie wyświetlacz-billboard. Packer jest jednym z władców „cyberkapitalizmu”, czyli świata, w którym – za wierszem Zbigniewa Herberta – „jednostką obiegową stał się szczur”. Cyberkapitalizm, czy też inaczej - późny kapitalizm jest przez Cronenberga pokazany jako świat, który przyśpiesza, kolonizuje i pożera przyszłość narzucając jej swoją wersję bezradnym i zbyt powolnym, by za cyberkapitalizmem nadążyć ludziom. Ludzie niekompatybilni z szaleńczą prędkością zmieniających się niczym błyskawica indeksów giełdowych wyrzucani są na śmietnik i spychani na społeczny margines, gdzie przy dużej dozie szczęścia dożyją późnej starości w poczuciu życiowej klęski i w osamotnieniu, w więzieniu alienacji. Rynki obracają ludźmi.

Dystopijna wizja Cronenberga koncentruje się na sprawcach i władcach kapitału, czyli na burżuazji. Packer i jemu podobni to ucieleśnienie praw: maksymalizacji zysku, cięcia kosztów pracy i akumulowania jeszcze większej ilości kapitału. Życie Packera przypomina życie głównego bohatera z „Do utraty tchu” Godarda. Packer zabija – i na odległość i z bliska -, rujnuje swoje życie – żeniąc się dla jeszcze większej fortuny, strzelając do siebie i zachowując się coraz bardziej irracjonalnie -, jest prześladowany przez chorobliwą hipochondrię i dąży wprost do samozagłady, będąc przy tym cynicznym przedłużeniem swojego berła władzy, swoich pieniędzy. Packer jest duchem, a jego demoralizacja sięga dna, jest nieumarłym współczesności, choć nadal uparcie twierdzi, że to on tworzy przyszłość a inni nie mogą za nim nadążyć. Przyszłość proponowana przez Packera okazuje się czystym pędem ku śmierci.

Do katastrofy w „Cosmopolis” dąży cały świat. Widzimy coraz śmielszych demonstrantów i wymykającą się spod kontroli przestępczość. Świat przyszłości to świat sprzeczności, bajecznego, cynicznego bogactwa i zaawansowanej technologii z jednej i wielkiej biedy i bezużyteczności ogromnych mas ludzkich z drugiej strony. Zawarta w tym świecie sprzeczność nie omija Packera, który pragnie jednocześnie przetrwać za wszelką cenę (dlatego kupić dla siebie chce kryjówkę-świątynię i panicznie kryje się w swojej limuzynie) oraz zabić się - co udowadnia strzelając ‘z nudów’ w swoją dłoń.

Kulminacyjnym momentem filmu są ostatnie sceny i dialog między Packerem a pragnącym go zabić Benno Levinem, jego dawnym pracownikiem, którego Packer zwolnił w momencie gdy ten nie nadążał już za wprowadzanymi przez niego do firmy unowocześnieniami. Benno nie jest terrorystą, nie jest politykiem, ani nie ma – jak Packer sam zauważa – w sobie za krzty idealizmu. Levin jest jednak na skraju wytrzymałości. Jego bezużyteczność, poczucie braku wartości i jednoczesne podporządkowanie prawom cyberkapitalizmu doprowadza go na sam skraj. Benno staje się nieświadomym swojej roli rewolucjonistą, lub raczej - emanacją rewolucyjnej siły. W ostatniej scenie ma właśnie zdecydować się na strzał i uśmiercenie Packera, który nie walczy już nawet o swoje życie – jak gdyby zdając sobie sprawę z tego, że jego dni są już policzone czeka na wyrok, który nadejść ma z lufy broni desperata.

Desperacja Levina i protestujących na ulicach, którzy wymachują zdechłymi szczurami to pozór. To Packerowi i jego gatunkowi rzeczywistość wymyka się spod kontroli. A to co na pierwszy rzut oka zdaje się wariactwem, ślepą przemocą i czystym zaprzeczeniem jest w gruncie rzeczy przebłyskiem i zapowiedzią czegoś nowego. Benno Levin i demonstranci to właśnie niszczycielscy twórcy, to fala rewolucyjna, która znosi obecny porządek – i która dla panujących i rządzących tym starym porządkiem zdaje się być kompletnym szaleństwem.

Dopiero wtedy, kiedy doły nie chcą starego i kiedy góry nie mogą rządzić po staremu rewolucja może zwyciężyć – twierdził Lenin. W przypadku „Cosmopolis”, świata nieodległej przyszłości oba warunki wydają się być spełnione. Społeczeństwo nie chce już być szczurzą walutą, a władcy cyberkapitalizmu, poruszający się w ruchomych bunkrach nie są już w stanie kontrolować wrogiego im świata. Szaleńcze tempo, które Packer kontrolował i któremu nadawał ton obraca się przeciwko swemu dotychczasowemu panu – wciskając go w niszczycielski, śmiercionośny proces wykluwania się – w wielkich bólach - czegoś nowego.

„Cosmopolis”, scenariusz i reżyseria: David Cronenberg. Premiera polska: 22 czerwca 2012.

sobota, 16 czerwca 2012

Bezprawne długi, prawny system

Czy długi zawsze należy spłacać? Czy społeczeństwa powinny czuć się zobowiązane do spłaty długów, które zaciągane były na ich szkodę? Co zrobić ażeby uzdrowić pogrążoną w kryzysie finansowym Unię Europejską? Kogo posłać do więzienia? Na te i wiele innych pytań odpowiada książka "Bezprawne długi". W swej książce François Chesnais, francuski profesor ekonomii i członek rady naukowej ATTAC-France bada przyczyny europejskiego kryzysu. Autor nie tylko dokonuje drobiazgowej analizy poszczególnych, najsilniej zadłużonych państw strefy euro, ale także demaskuje reguły gospodarki kapitalistycznej.

Pojęcia takie jak "dług", czy "reforma" przywykło się w Polsce interpretować na jedno, neoliberalne kopyto. Podobnie przedstawiany jest "kryzys". Oto chciwi i z natury złodziejscy oraz śmiertelnie leniwi pracownicy zadłużyli swoim rozpasaniem i chciwością niewinne i poszkodowane tym samym państwa, które nie mają teraz innego wyjścia jak dokonać tzw. "koniecznych reform". Ekonomia w krajach pozbawionych społecznej nad nią kontroli stała się zbiorem magicznych sformułowań. W umysłach komentatorów i polityków gospodarka to zbiór potocznych sformułowań takich jak: „Długi należy spłacać”, „Nie należy żyć ponad stan”, czy „Dobrze jest oszczędzać”. Za tym prostactwem w myśleniu stoi śmiertelnie poważna strategia finansowa wielkich instytucji finansowych i całej Unii Europejskiej, opierająca się na serii kłamstw i niepodważalnej dominacji sił bezwzględnego kapitalizmu.

Władze europejskich państw przez całe dziesięciolecia działały na szkodę własnych społeczeństw. Ich strategia oparta na całkowitym podporządkowywaniu polityki państwa żądaniom rynków, dokonywaniu nieustannych obniżek podatków dla najbogatszych i przedsiębiorstw oraz - ostatnimi czasy - ratowaniu instytucji finansowych przy pomocy publicznych środków bez ich późniejszego nacjonalizowania i zachowania starannej kontroli nad wydawanymi pieniędzmi doprowadziła do poważnego w społecznych skutkach krachu gospodarczego. Kryzys wyprodukowany został na życzenie polityków, którzy decydowali o takim, a nie innym kształcie gospodarki. Mówiąc o panowaniu neoliberalizmu mówimy w istocie o  imperializmie, w którym polityka poszczególnych państw zostaje całkowicie podporządkowana żądaniom najbogatszych, międzynarodowych instytucji finansowych, czy też podpiętym pod państwa firmom przemysłu zbrojeniowego.

Nie powinno nas więc dziwić to, że w latach 2005 - 2009 Grecja była jednym z pięciu największych importerów broni w Europie. Zakupione przez Grecję samoloty bojowe (26 F-16, 25 Mirage) stanowiły 38% wolumenu importu. Równocześnie, od lat 80-tych stale obniżane są w Europie podatki dla najbogatszych - stopa podatkowa dla najwyższego progu dochodowego w pogrążonej dziś w kryzysie Hiszpanii w 1986 roku wynosiła 66%, by w 2007 spaść do 43%. Ta sama praktyka cięć i kapitalistycznej kolonizacji króluje w Polsce. Najwyższa stawka podatkowa wynosi u nas 32%, a CIT 19% (o 4,5 pkt proc. mniej od średniej w UE). Przy tak prowadzonej polityce gospodarczej zmagających się obecnie z kryzysem państw krachu nie dało się uniknąć.

U źródła kryzysu finansowego i kryzysu długu publicznego leży charakter kapitalistycznej gospodarki, na czele z działalnością sektora finansowego. François Chesnais doskonale analizuje proces zyskiwania na znaczeniu tego co określa on mianem finansjery. Finansjera to nic innego jak wielkie banki, fundusze emerytalne i fundusze inwestycji finansowych o dużym ryzyku. Rosnące ryzyko spekulacji na różnorodnych, coraz bardziej niepewnych (nazwanej później "toksycznymi") aktywach doprowadziło w efekcie do powstania i pęknięcia baniek spekulacyjnych. Przyczyniło się do tego umiarkowanie płacowe, które uniemożliwiło konsumentom partycypację w konsumpcji. By ratować system kapitalistyczny instytucje finansowe z błogosławieństwem kapitalistów poczęły oferować kolejne, coraz bardziej ryzykowne kredyty. W pewnym momencie kurtyna zostaje podniesiona i obnażona zostaje nierentowność i wyłącznie fikcyjna możliwość spłaty kolejnych kredytów. Jak na statku, tak i na rynku zwycięża w takim momencie strategia "ratuj się kto może" i dotychczas opłacalne aktywa w skutek wycofywania się kapitału z rynku potrafią tracić swą wartość z dnia na dzień. Jak mogło dojść do takiej sytuacji? Musiały zostać wytworzone odpowiednie narzędzia, przemianie ulec musiał cały system bankowy.

Zdaniem autora tradycyjne banki przestały już istnieć, te musiały bowiem upewniać się co do występowania zdolności kredytowej wśród obdarzonych kredytami klientów. Nowoczesne banki po prostu pozbywają się ryzyka, przerzucając je skutecznie na inne instytucje finansowe i wypuszczając niepewne papiery na 'giełdową wolność'. Takie właśnie zakłady i spekulacje na ryzyku stały się specjalnością całego segmentu gospodarki kapitalistycznej. Do tej polityki dostosowały się kolejno: instytucje finansowe, fundusze emerytalne, firmy, korporacje i wszystkie państwa Unii Europejskiej. Rozpoczęło się panowanie neoliberalizmu.

To co obserwowaliśmy i obserwujemy w Europie miało także swój szerszy wymiar, wymiar konfrontacji wielkich gospodarczych podmiotów – Chin, USA, z Unią Europejską w tle. Wynik tego starcia staje się nam powoli znany, to osłabienie waluty Euro, obniżenie się poziomu życia państw europejskich i wielki awans Państwa Środka.

Można rzec, że dobiegła końca era wiary w "gospodarkę opartą na wiedzy". Pozbawianą przemysłu Europę miały zasilać fundusze, którym europejskie instytucje finansowe umożliwiły łatwe finansowanie swojej działalności. Neoliberalizm sprzedawano u nas właśnie pod takim płaszczykiem. Rzeczywistość zweryfikowała te śmiałe plany. Wraz z ucieczką kapitału do Chin i innych krajów trzeciego świata uciekł też do nich przemysł, dzięki któremu państwa te szybko przekształciły się w wyjątkowo atrakcyjne dla zachodnich inwestorów rezerwuary wartości dodatkowej i w pola pod szybką akumulację. Europejska kontrola nad kapitałem, który z kapitalistycznie słusznych pobudek wyemigrował na wschód okazała się zbyt słaba. Na nic nie zdał się płacz konserwatystów. Ucieczki kapitału nie powstrzymała misja dziejowa obrony Cywilizacji Zachodu – którą tak sugestywnie przedstawiali w swoich pracach zwolennicy teorii Zderzenia Cywilizacji i inni agenci światowego Bushyzmu.

Proces o którym mówimy ma wiele negatywnych konsekwencji odczuwanych w państwach europejskich, ale ma też (o czym François Chesnais pisze niechętnie) strony pozytywne. Będą to przede wszystkim: postęp, internacjonalizacja światowej produkcji oraz stopniowe, powolne wyrównywanie się stopy życiowej, której podnoszenie się najlepiej widoczne jest dzisiaj w Chinach.

Proces dalszego wyrównywania się poziomu życia wymaga jednak społecznej kontroli. Uwolnić się z karuzeli nieustannych kryzysów i spod podporządkowania polityki społecznej zyskom prywatnych instytucji, to zyskać prawdziwą władzę i kontrolę, odzyskać demokrację i stworzyć warunki dla socjalistycznej wspólnoty.

Tej kontroli nie zapewnią instytucje kapitalistyczne, fundusze inwestycyjne, czy neoliberalne think-tanki. Potrzebna jest kontrola konkretna, kontrola własnościowa, potrzebna jest własność społeczna.
Droga do nacjonalizacji, czy też audytu lub restrukturyzacji bezprawnego i haniebnego długu, który ściągnął na nas neoliberalny demiurg nie będzie drogą politycznie łatwą. Wręcz przeciwnie - spotka się z oporem całej maszynerii, którą przez lata wypracował na swój użytek neoliberalny kolos kapitalizmu. Nie ma jednak na dziś innej politycznej drogi dla lewicowych ugrupowań, nie ma innej drogi do budowy gospodarki dla człowieka.

Tymoteusz Kochan

środa, 6 czerwca 2012

Druga Polska

Literatura krytyczna od dawna przeżywa w Polsce kryzys. U źródeł tego kryzysu leży wiele przyczyn, takich jak: totalna dominacja liberalnych kalek myślowych, wrogie nastawianie w stosunku do nieuprzywilejowanych społecznie, idealistyczne i infantylne podejście interpretatorskie, czy zwykły lęk i pruderia autorów. Reklamowana porównaniami z Emilem Zolą powieść "Druga Polska" przełamuje te trudności stając się rzadkim okazem radykalnej, bezwzględnej i bezkompromisowej nowoczesnej literatury krytyczno-społecznej, będąc jednocześnie próbą stworzenia wielkiej antyutopii. Autorem książki jest pochodzący z Tczewa Tomasz Hildebrandt i jak sam zapowiada: z emigracji wrócił do Polski po to, by wyrównać z ojczyzną rachunki krzywd.

Od razu zaznaczam, że "Druga Polska" nie jest powieścią ani łatwą ani szczególnie przystępną. Od samego początku czytelnik atakowany jest wulgarnymi opisami i pełnym przemocy zdezelowanym, paskudnym, pornograficznym erotyzmem z lombardu, na dziele bardzo wyraźnie ciąży też uliczno-blokerska składnia, która odstraszyć jest w stanie każdego wrażliwca. Powieść silnie dłuży się w swych monotonnych i bardzo często zbędnych opisach oraz bezlitośnie torturuje prawdziwie i rzetelnie depresyjną narracją. Książka, która nie rozpieszcza, przypomina pod tym względem „Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” Doroty Masłowskiej, jest jednak bardziej nierówna i jeszcze bardziej uciążliwa w odbiorze. Te trudności w konsumpcji w pewnej mierze wychodzą konsumentom na dobre, albowiem charakter „Drugiej Polski” definiowany jest przez przedmiot powieści, do którego struktura i styl narracji powieści pozwalają się zbliżyć - tym przedmiotem jest Polska odarta ze złudzeń.

Książkowe postacie są wstrętne, dosłownie żadna z długiej listy stworzonych na użytek dzieła nie daje się lubić. Miejsca są wstrętne, od bezdusznych i obrzydliwych pustelni po śmierdzące alkoholem i głupotą kluby. Dialogi są wstrętne, ziejące idiotycznym indywidualizmem i czystą głupotą niedojrzałych i naiwnych marionetek. Życie ofiar, owieczek idących na rzeź jest interakcją z prawdziwym szambem. Z ogólnej degrengolady wyłania się prawda. Autor skutecznie przełamał panujący impas neutralności politycznej czyniąc bohaterami ludzi, którzy cierpią w kapitalizmie najmocniej i dając im dojść do głosu przy pomocy własnych środków wyrazu. Tomasz Hildebrandt zdecydował się pisać o sprawach wywołujących wściekłość wściekłym językiem. Siłą dzieła jest właśnie ironiczny dystans, który potęgowany jest przez niewyrazistość samej fabuły. Pustelniczo-szaleńcze życie uciekającego od swych klęsk życia Władka, żywot lumpenrewolucjonisty Mariusza i innych postaci to tło dla najważniejszych w książce wydarzeń, które swą kulminację znajdują w finale książki. Są to – odkrycie ‘świętego wizerunku’, pielgrzymki do nowego miejsca kultu i zawarta w końcowych scenach nieudana rewolucja i desperacki przewrót uelastycznionego społeczeństwa.

Jak na wolnym rynku, zyskują nieliczni, a wymiana służy interesowi najlepszych, posiadających tę szczególną cechę wrodzoną, dającą im przewagę i brak skrupułów. Przechadzają się w natłoku produktów, pomiędzy regałami pełnymi kolorowych opakowań i oszukańczych słówek, krzyczących, szepczących, śpiewających, tajemniczo milczących. Choć kiedyś wiedzieli, nie wiedzą już czego szukają…(s. 32)

Symboliczne zdarzenia zawarte w fabule są w istocie środkiem do bogatego opisu potransformacyjnej rzeczywistości, opisu który odczytywać można poprzez społeczną i polityczną analizę. W krytyce kapitalizmu powieść posunęła się bardzo daleko. Mamy tu opisy nędzy, biedy, głodu, mamy rozbite rodziny i zniszczone uczucia, mamy pokiereszowaną wrażliwość i zdruzgotane wartości, mamy alienację społeczną i dramat żyjących razem-osobno ludzi, mamy naiwność wiary religijnej, tępy nacjonalizm i zabity liberalizm, mamy pełne świadectwo straconego pokolenia i zapis przeżyć milionów polskich emigrantów. Po kapitalistycznej kulturze i kapitalistycznych wartościach nie zostaje kamień na kamieniu – fetyszyzowana seksualna cielesność i pogoń za orgazmem okazują się ślepą uliczką, tożsamość konsumenta i karierowicza to przynęta dla głupców. Życie bohaterów powieści jest więc typowym życiem towarów na półce - tych niechcianych, tych zbędnych, tych wydających z siebie ostatni krzyk i tchnienie.

To oni są wszystkiemu winni. Zamiast pójść za przykładem całego społeczeństwa i solidarnie przyłączyć się do ratowania naszej narodowej gospodarki, nawołują do jej niszczenia. Namawiają do strajków, do walki o podwyżki w sytuacji, kiedy firmy tracą płynność finansową, uniemożliwiają uelastycznienie prawa pracy[…]. Dumnie mówią o sobie alterglobaliści.[…]Naszą cywilizację chrześcijańską obwiniają za ciężką sytuacją trzeciego świata.[…] Są gorsi niż komuniści, a nie było wiele gorszych rzeczy na świecie. (s. 364)


Czym więc jest tytułowa Druga Polska? Krainą bezdomną, prawdziwym domem i ojczyzną dla nietelewizyjnych Polaków. Druga Polska to margines, który stanowi większość. To świat marzeń skazańców na kapitalistyczną elastyczność, to życie ludzi tak samo śmieciowych jak oferowane im śmieciowe umowy. Druga Polska to marzenia emigrantów-ofiar, to cały ściek i brud spływający po rozczarowaniach wszystkich, którym śniła się Druga Irlandia, którym śnił się kapitalistyczny raj na miejscu i na wynos, gdzie milion na koncie to rzecz powszechna. Prawdziwe wygnanie emigrantów to także prawdziwe wygnanie tych, którzy pozostali. Wyjechać z Polski to za mało, pozostać to za dużo. Ostatecznie prawdziwą i jedyną ojczyzną dla Polaków stają się w powieści szlaki wytyczane przez absurdalne pielgrzymki, szlaki cierpiętników. Niechciane przez emigrantów Wyspy Brytyjskie, które służą „Drugiej Polsce” za scenerię, ukazują też tęsknotę za ojczyzną - tą zdrową, bogatą i wspólną.

Dla żyjących w Drugiej Polsce nie ma nadziei, nie ma szans na awans, ani perspektywy jakiejkolwiek samorealizacji. Żyjący w Drugiej Polsce żyliby nadzieją na rewolucję, na radykalną zmianę – gdyby byli się w stanie zorganizować i pozbierać z resztek, w które kapitalizm przemienił ludzi. Opanowani przez rynsztokowość myśli, uczuć i działań ludzie stanęli przed ścianą. Eskapizm i ucieczka ze społeczeństwa to droga do szaleństwa, pozostanie w kapitalizmie i życie nadziejami na Drugą Irlandię to droga do samozagłady. Jedyną opcją dla tych, którzy posiadają w sobie jeszcze wolę mocy i działania jest walka o nową rzeczywistość, jest podejmowanie jednej próby za drugą - aż do zamierzonego skutku. I choć próba buntu i budowania nowego, do której dochodzi w ostatnich fragmentach książki kończy się spektakularnym fiaskiem - to czytelnik, który przewraca ostatnią kartę książki zdaje sobie sprawę, że tym jedynym, racjonalnym i humanistycznym zachowaniem w Drugiej Polsce, jest walka o jej zmianę do samego końca.

Przykuwają nas łańcuchami do linii produkcyjnych, do kas sklepowych, albo do urzędów pracy. Mówią: jeszcze więcej, jeszcze taniej, jeszcze dłużej. Nigdy nie będzie lepiej, oni budują świat dla siebie, nie dla nas. Dają nam nadzieję, że też kiedyś będziemy tacy jak oni, jeśli będziemy się słuchać. Nie wierzmy: to my jesteśmy im potrzebni, a nie oni nam. Możemy się ich pozbyć, ale najpierw musimy pozbyć się strachu i upodlenia, zacząć walkę. (s.163)

Autorowi książki, Tomaszowi Hildebrandtowi bez wątpienia udało się stworzyć dzieło przekrojowe i odważne, portret kapitalistycznej Polski i jej mieszkańców, pozycję szczególnie interesującą dla osób o lewicowych poglądach i odczuciach – które autor podziela i które zawarł na kartach swej „Drugiej Polski”. Mamy do czynienia z potencjalnie popularną, agresywną i bezkompromisową powieścią o prawdziwie rewolucyjnym - acz pesymistycznym – przekazie.

Tomasz Hildebrandt, „Druga Polska”, Wydawnictwo Oskar, Gdańsk 2011.