Medialny szum wokół wyborów prezydenckich w USA trwa już od wielu
tygodni. Zainteresowanie wyborami w Stanach Zjednoczonych znacząco
przekracza w Polsce zainteresowanie jakimikolwiek innymi wyborami
zagranicznymi. Szybko dociera do nas, że musi chodzić o coś naprawdę
bardzo ważnego, skoro tylu dziennikarzy, tylu komentatorów i tyle stacji
telewizyjnych zajmuje się tym tematem tak intensywnie. Tak duże
zainteresowanie wyborami w USA jest podyktowane przede wszystkim tym, że
Polska od dłuższego czasu jest w stanie politycznej zależności /czy też
służalczości/ wobec Wielkiego Brata zza oceanu.
Mamy do czynienia z wyborami, podczas których koronowany zostanie nowy, współczesny Cezar.
Niełatwo jest przedrzeć się przez cyrkowe i estradowe sztuczki
kampanijnej fasady – niewielu osobom też się ma to udać. Nas jednak
mniej interesować powinno to co ma do powiedzenia Fryzjer Obamy, która
gwiazda estrady wystąpiła podczas przemówienia Romneya i który z
kandydatów lubi rozwiązywać krzyżówki, a który wybiera tylko ekologiczną
sałatę.
Zadajmy sobie pytanie o faktyczne różnice pomiędzy jednym i drugim
kandydatem. Jaka jest polityka w wydaniu Obamy, jaka jest polityka w
wydaniu Romneya? A wreszcie – czym są Stany Zjednoczone?
Od razu powiem, że mało interesuje mnie wewnętrzna polityka gospodarcza
USA. Tutaj różnice między kandydatami są największe, tutaj też
faktycznie możemy mówić o jakichkolwiek różnicach. Obama jest tutaj
delikatnie na lewo od Romneya, choć jego rekordowa pomoc dla banków i
prywatnych firm w postaci pakietu ratunkowego nijak nie przełożyła się
na nacjonalizację, czy na przejęcie kontroli nad tymi instytucjami i
zamienienie ich w mienie społeczne.
Nie jestem jednak obywatelem Stanów Zjednoczonych, niewielką też różnicę
robi mi to co okupanci Iraku i Afganistanu robią później z kradzionymi
pieniędzmi pochodzącymi z eksploatowanych w koloniach złóż surowców.
Zachęcam więc do innej niż amerykańskiej refleksji nad wyborami w USA,
zachęcam nie do refleksji kolonizatora, lecz do refleksji
kolonizowanych.
Bez wątpienia Romney znajduje się na prawo od Baracka Obamy.
Reprezentuje bardziej twardogłowe, bardziej rusofobiczne i bardziej
zimnowojenne podejście w sprawach polityki międzynarodowej. Dlatego
prawica polska upatruje w nim szansy na powrócenie do planu budowy
tarczy antyrakietowej, dlatego też wybór Romneya na prezydenta
prawdopodobnie sprzyjałby PiSowskiej polityce. Czy jednak Obama to dla
nas lepsza ‘oferta’? Nie bardzo. Nasza obecność w amerykańskich
napaściach jest stale taka sama, rządzi nami sprzyjający USA, odporny na
wszelkie zmiany polityczne minister spraw zagranicznych. Z perspektywy
Polski nie zmienia się więc zbyt wiele. Z perspektywy świata podobnie:
czy to krwawy noblista, czy krwawy bushysta - jeden pies. Zaryzykowałbym
nawet stwierdzenie, że lepszy już krwawy bushysta - bowiem wszystko co
fałszywe i pozornie dobre mąci tylko w głowach idealistów (a także
lewicowców) wydając im się dobrem nie tylko z pozoru. Reklamowanie
‘dobra do wewnątrz’ kosztem ‘zła na zewnątrz’ też nie wydaje się być
działaniem moralnym.
Prezydent USA to trybik imperialnej machiny korporacyjno-militarnej.
Imperialistyczny interes amerykański dominuje nad wszystkim pozostałym i
jest dobrem transpolitycznym, niezależnym od sztandaru rządzącej
partii, czy prezydenta. Wizje kandydatów są więc takie same. Imperializm
i funkcje imperium są stałe i niezmienne. Obsługa może nosić krawat
albo muszkę, lecz zawsze będzie robić to samo. Maszyna zatnie się
dopiero w chwili, w której mechanizm eksploatacji przestanie być
skuteczny i aprobowany.
Nie ma więc większej różnicy między obydwoma kandydatami. Nie ma
większego znaczenia kto wygra te wybory. Kapitał na pewno wolałby Mitta
Romneya, jemu też dałbym większe szanse na zwycięstwo dzisiejszej nocy
(Czarnoskóry prezydent przez dwie kadencje to już chyba jak na Stany
zbyt wiele, zwłaszcza że jest jeszcze opcja oszustwa wyborczego). Jeśli
jednak wygra Obama strategia polityczna imperium i tak nie ulegnie
zmianie, w obydwu wypadkach możemy za to rychło spodziewać się wojny na
Bliskim Wschodzie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imperializm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imperializm. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 20 listopada 2012
czwartek, 20 września 2012
Rewolucja z twarzą Mahometa
W większości z zachodnich relacji dziennikarskich ostatnie, wciąż
trwające, protesty na Bliskim Wschodzie przedstawia się jako efekt
histerycznej reakcji po emisji w internecie filmu obrażającego Mahometa.
Zgodnie z tym przekazem Arabowie to rozjuszeni krytycy filmowi, których
dzikość i ciemnota religijna skłania do irracjonalnych, dewastatorskich
i godnych największego potępienia działań.
Przy pomocy tego dyskursu szybko zjednoczono praktycznie całą zachodnią opinię publiczną. Do środowisk tradycyjnie imperialistycznych dołączyli niezdecydowani liberałowie, a także lewica, która jak się okazuje, dla walki z 'religijnym fundamentalizmem' gotowa jest nawet porzucić wszystkie swoje pozostałe wartości i przekonania. Rasiści, zwolennicy 'zderzenia cywilizacji', wolnorynkowi militaryści oraz liberałowie i lewica połączyli swe siły by zgodnie, wspólnie reprezentować zachodni imperializm, udowadniając jak bardzo, pomimo pozornych różnic, homogeniczna jest nasza polityka zagraniczna i świadomość. W ten właśnie sposób, dosłownie w tydzień wyprodukowano globalną wrogość w stosunku do Arabów i ich protestów.
Każdy, kto tylko dłuższą chwilę poświęcił na to, by przyjrzeć się charakterowi wystąpień w krajach arabskich spostrzegł jaka jest ich prawdziwa treść i natura. W rzeczywistości mamy do czynienia z protestami antyamerykańskimi, wymierzonymi przede wszystkim przeciwko Stanom Zjednoczonym. Palone i atakowane przez tłum ambasady amerykańskie to (dość łagodny) wyraz sprzeciwu wobec polityki USA, wobec wojen, okupacji, milionów trupów i całkowitej bezkarności Wielkiego Brata. Internetowy filmik ośmieszający proroka to tylko kropla, która przelała czarę goryczy i wprawiła ludzki gniew w ruch.
Gniew zrodził się z rozczarowań. "Arabska Wiosna", która przynieść miała wyzwolenie i prawdziwe zmiany przyniosła wojnę, niepewność i kolejne, inspirowane przez USA pola bitew. Trwa nagonka na Iran, trwa podsycana przez USA wojna domowa w Syrii, a cały region zapłonąć może w każdej chwili. Z perspektywy czasu "Wiosna" to dla Maghrebu przejście z ery narodowo-socjalistycznych (częściowo niepodległych) państw do ery całkowicie skolonizowanych zamorskich terytoriów Stanów Zjednoczonych. Najlepszym przykładem tego jest Libia, w której za czasów Kaddafiego część zysków z ropy zasilała budowę szkół, czy też darmową opiekę zdrowotną. Obecnie ropa służyć ma wyłącznie zachodnim panom. Krytyczną ocenę zagospodarowanej przez amerykanów "Wiosny" wyrażają też mieszkańcy regionu, wyraźnie odczuwający z czyjej inspiracji pozbawia się ich surowców, pieniędzy, wolności i życia.
Od momentu, w którym w Krajach Arabskich rozpoczęły się antyamerykańskie protesty od razu zdehumanizowano ich uczestników, nie było też żadnych prób zrozumienia genezy tych działań. Żeby wytworzyć kulturowe sprzeczności produkowane są kulturowe ‘bariery nie do przejścia’, taką barierą ma być terrorystyczność (wkomponowana w naturę Araba) i fundamentalizm. Lęk przed religijnym fundamentalizmem Wschodu to czysto funkcyjny element zachodniego kolonializmu. Równie dobrze pozostałe kraje świata mogłyby obawiać się fundamentalizmu chrześcijańskiego i europejskiego/amerykańskiego, który doprowadził do dwóch wojen światowych, zrzucenia bomb atomowych, niezliczonych wojen kolonialnych i milionów ofiar w ludziach. Religijna tożsamość to dla Arabów nadbudowa i wehikuł dla całkowicie racjonalnych treści politycznych, tyle tylko, że są to treści pozostające w sprzeczności z żywotnymi interesami państw Zachodu.
Kwestie opresyjności kultury, religijności nadal pozostają otwarte, ale są tak samo otwarte na globalnym południu jak i na globalnej północy, co więcej – by nastąpiły przemiany i by dokonała się transformacja w kwestii tych lub innych praw wpierw nastąpić musi rozwiązanie podstawowych sprzeczności wynikających z układów kolonialnych, to bowiem kolonializm umocnił i zamroził konserwatyzm, tak jak działania USA umocniły fundamentalizm religijny, który stał się radykalną formą antyimperialistycznego oporu.
17 września, w rocznicę powstania ruchu Occupy Wall Street przez Nowy Jork przetoczyły się protesty, mniej więcej w tym samym czasie przeciw Stanom Zjednoczonym protestowano w Libii, Turcji, Afganistanie, Egipcie, Tunezji a w obecnej chwili trwa oblężenie ambasady USA w Pakistanie. I jedni i drudzy protestują przeciwko kapitalizmowi, jednak jakże inna jest sytuacja protestujących przy Wall Street od sytuacji tych żyjących w krajach Bliskiego Wschodu. To ci drudzy są dziś bliżej walki klas, ci drudzy nie mają nic do stracenia.
Przy pomocy tego dyskursu szybko zjednoczono praktycznie całą zachodnią opinię publiczną. Do środowisk tradycyjnie imperialistycznych dołączyli niezdecydowani liberałowie, a także lewica, która jak się okazuje, dla walki z 'religijnym fundamentalizmem' gotowa jest nawet porzucić wszystkie swoje pozostałe wartości i przekonania. Rasiści, zwolennicy 'zderzenia cywilizacji', wolnorynkowi militaryści oraz liberałowie i lewica połączyli swe siły by zgodnie, wspólnie reprezentować zachodni imperializm, udowadniając jak bardzo, pomimo pozornych różnic, homogeniczna jest nasza polityka zagraniczna i świadomość. W ten właśnie sposób, dosłownie w tydzień wyprodukowano globalną wrogość w stosunku do Arabów i ich protestów.
Każdy, kto tylko dłuższą chwilę poświęcił na to, by przyjrzeć się charakterowi wystąpień w krajach arabskich spostrzegł jaka jest ich prawdziwa treść i natura. W rzeczywistości mamy do czynienia z protestami antyamerykańskimi, wymierzonymi przede wszystkim przeciwko Stanom Zjednoczonym. Palone i atakowane przez tłum ambasady amerykańskie to (dość łagodny) wyraz sprzeciwu wobec polityki USA, wobec wojen, okupacji, milionów trupów i całkowitej bezkarności Wielkiego Brata. Internetowy filmik ośmieszający proroka to tylko kropla, która przelała czarę goryczy i wprawiła ludzki gniew w ruch.
Gniew zrodził się z rozczarowań. "Arabska Wiosna", która przynieść miała wyzwolenie i prawdziwe zmiany przyniosła wojnę, niepewność i kolejne, inspirowane przez USA pola bitew. Trwa nagonka na Iran, trwa podsycana przez USA wojna domowa w Syrii, a cały region zapłonąć może w każdej chwili. Z perspektywy czasu "Wiosna" to dla Maghrebu przejście z ery narodowo-socjalistycznych (częściowo niepodległych) państw do ery całkowicie skolonizowanych zamorskich terytoriów Stanów Zjednoczonych. Najlepszym przykładem tego jest Libia, w której za czasów Kaddafiego część zysków z ropy zasilała budowę szkół, czy też darmową opiekę zdrowotną. Obecnie ropa służyć ma wyłącznie zachodnim panom. Krytyczną ocenę zagospodarowanej przez amerykanów "Wiosny" wyrażają też mieszkańcy regionu, wyraźnie odczuwający z czyjej inspiracji pozbawia się ich surowców, pieniędzy, wolności i życia.
Od momentu, w którym w Krajach Arabskich rozpoczęły się antyamerykańskie protesty od razu zdehumanizowano ich uczestników, nie było też żadnych prób zrozumienia genezy tych działań. Żeby wytworzyć kulturowe sprzeczności produkowane są kulturowe ‘bariery nie do przejścia’, taką barierą ma być terrorystyczność (wkomponowana w naturę Araba) i fundamentalizm. Lęk przed religijnym fundamentalizmem Wschodu to czysto funkcyjny element zachodniego kolonializmu. Równie dobrze pozostałe kraje świata mogłyby obawiać się fundamentalizmu chrześcijańskiego i europejskiego/amerykańskiego, który doprowadził do dwóch wojen światowych, zrzucenia bomb atomowych, niezliczonych wojen kolonialnych i milionów ofiar w ludziach. Religijna tożsamość to dla Arabów nadbudowa i wehikuł dla całkowicie racjonalnych treści politycznych, tyle tylko, że są to treści pozostające w sprzeczności z żywotnymi interesami państw Zachodu.
Kwestie opresyjności kultury, religijności nadal pozostają otwarte, ale są tak samo otwarte na globalnym południu jak i na globalnej północy, co więcej – by nastąpiły przemiany i by dokonała się transformacja w kwestii tych lub innych praw wpierw nastąpić musi rozwiązanie podstawowych sprzeczności wynikających z układów kolonialnych, to bowiem kolonializm umocnił i zamroził konserwatyzm, tak jak działania USA umocniły fundamentalizm religijny, który stał się radykalną formą antyimperialistycznego oporu.
17 września, w rocznicę powstania ruchu Occupy Wall Street przez Nowy Jork przetoczyły się protesty, mniej więcej w tym samym czasie przeciw Stanom Zjednoczonym protestowano w Libii, Turcji, Afganistanie, Egipcie, Tunezji a w obecnej chwili trwa oblężenie ambasady USA w Pakistanie. I jedni i drudzy protestują przeciwko kapitalizmowi, jednak jakże inna jest sytuacja protestujących przy Wall Street od sytuacji tych żyjących w krajach Bliskiego Wschodu. To ci drudzy są dziś bliżej walki klas, ci drudzy nie mają nic do stracenia.
piątek, 24 sierpnia 2012
Tarcza antyrakietowa, czyli Święty Graal prawicy
Święto Wojska Polskiego stało się wspaniałą okazją do hucznego
zamanifestowania narodowego militaryzmu. Zamiast zdystansowanej,
historycznej refleksji i dnia pamięci o ofiarach przeszłych wojen święto
to jest dla władz czymś na kształt wezwania do wielkiej mobilizacji i
ciągłej bitwy.
Te bitwy, które rzekomo mają nadejść to bitwy z Talibami, Ruskimi i wszystkimi tymi, których zwalcza nasz Wielki Brat z Ameryki. Gdy Bush marzył o tarczy antyrakietowej i projektował ją w swoich myślach nie przypuszczał chyba nawet tego, jak silnie obraz ten zapisze się w świadomości polskich elit. To, co dla USA jest prostym planem strategicznym skierowanym przeciwko Rosji i mającym na celu odbieranie wpływów Moskwie przy pomocy pożytecznego idioty (Polski), dla nas miało stać się sensem życia i usprawiedliwieniem naszego istnienia w świecie.
Tak właśnie tarcza antyrakietowa stała się Świętym Graalem polskiej prawicy.
To tarcza ma udowodnić powagę naszej misji i naszej dziejowej, antybolszewickiej misji, to tarcza ma uczynić z nas światową potęgę militarną, kraj którego inne kraje miałyby się obawiać... Takie są marzenia naszych elit rządzących, tak zaszczepiono w wyobraźni prawicy zwykłe sługusostwo.
Obama, który zwlekał i zwlekał, aż zaniechał budowy tarczy antyrakietowej nie przypuszczał nawet jak głębokie uczucia lumpenpatriotyczne, kwitnące w umysłach prawicy, zdradził (Czarni po prostu nie rozumieją naszej misji!). Tak się nie godzi. To było dla prawicy nie do zniesienia.
I tak powstał projekt Polskiej Tarczy Antyrakietowej. No może nie dosłownie tarczy, no może bez satelity wystrzelonego w kosmos, może bez najnowocześniejszej technologii... może skończy się na nielatającej replice samolotu bojowego... nieważne! Liczy się idea i tę ideę prawica gotowa jest nawet realizować (niestety przy pomocy prawdziwych, nie zabawkowych, pieniędzy, do tego w dużych ilościach).
I tak, pośród błogosławionych szeregów wojsk kolonialnych (które wspaniale przysłużyły się ojczyźnie w Iraku i Afganistanie) Prezydent Komorowski rozpościera przed nami wizje polskiego imperializmu, polskiej potęgi wojskowej. W rocznicę bitwy warszawskiej ma to szczególne znaczenie.
Historia podobno lubi się powtarzać.
Jeśli bolszewik ze wschodu uderzy po raz drugi (a przecież nastąpić ma to lada chwila) będziemy zwarci i gotowi. Jeśli tylko zdążymy wezwać z powrotem trzy miliony emigrantów, jeśli zdołamy ustawić naszą tarczę w widocznym miejscu (by siała lęk niczym strach na wróble), jeśli wszyscy na czas wrócą z pielgrzymek - dzień to będzie ich ostatni!
Amen.
Te bitwy, które rzekomo mają nadejść to bitwy z Talibami, Ruskimi i wszystkimi tymi, których zwalcza nasz Wielki Brat z Ameryki. Gdy Bush marzył o tarczy antyrakietowej i projektował ją w swoich myślach nie przypuszczał chyba nawet tego, jak silnie obraz ten zapisze się w świadomości polskich elit. To, co dla USA jest prostym planem strategicznym skierowanym przeciwko Rosji i mającym na celu odbieranie wpływów Moskwie przy pomocy pożytecznego idioty (Polski), dla nas miało stać się sensem życia i usprawiedliwieniem naszego istnienia w świecie.
Tak właśnie tarcza antyrakietowa stała się Świętym Graalem polskiej prawicy.
To tarcza ma udowodnić powagę naszej misji i naszej dziejowej, antybolszewickiej misji, to tarcza ma uczynić z nas światową potęgę militarną, kraj którego inne kraje miałyby się obawiać... Takie są marzenia naszych elit rządzących, tak zaszczepiono w wyobraźni prawicy zwykłe sługusostwo.
Obama, który zwlekał i zwlekał, aż zaniechał budowy tarczy antyrakietowej nie przypuszczał nawet jak głębokie uczucia lumpenpatriotyczne, kwitnące w umysłach prawicy, zdradził (Czarni po prostu nie rozumieją naszej misji!). Tak się nie godzi. To było dla prawicy nie do zniesienia.
I tak powstał projekt Polskiej Tarczy Antyrakietowej. No może nie dosłownie tarczy, no może bez satelity wystrzelonego w kosmos, może bez najnowocześniejszej technologii... może skończy się na nielatającej replice samolotu bojowego... nieważne! Liczy się idea i tę ideę prawica gotowa jest nawet realizować (niestety przy pomocy prawdziwych, nie zabawkowych, pieniędzy, do tego w dużych ilościach).
I tak, pośród błogosławionych szeregów wojsk kolonialnych (które wspaniale przysłużyły się ojczyźnie w Iraku i Afganistanie) Prezydent Komorowski rozpościera przed nami wizje polskiego imperializmu, polskiej potęgi wojskowej. W rocznicę bitwy warszawskiej ma to szczególne znaczenie.
Historia podobno lubi się powtarzać.
Jeśli bolszewik ze wschodu uderzy po raz drugi (a przecież nastąpić ma to lada chwila) będziemy zwarci i gotowi. Jeśli tylko zdążymy wezwać z powrotem trzy miliony emigrantów, jeśli zdołamy ustawić naszą tarczę w widocznym miejscu (by siała lęk niczym strach na wróble), jeśli wszyscy na czas wrócą z pielgrzymek - dzień to będzie ich ostatni!
Amen.
wtorek, 7 sierpnia 2012
Europa nie pomoże cz I&II
I
Polska jest na samym dnie Unii Europejskiej. Przejmujemy się protestami i ruchami społecznymi w Hiszpanii i Grecji, ale kryzys tych państw jest niczym w porównaniu z sytuacją gospodarczą Polski i skalą wyzysku w naszym kraju. To co przynosi niezadowolenie i bunt gdzie indziej u nas dawno już stało się normą. Unia Europejska nie jest organizmem jednorodnym, jest organizmem wzajemnie oddziałujących na siebie narodów, w przypadku Polski wymiana ta ma na celu przede wszystkim kradzież i wywłaszczenie.
Zachodni robotnicy, którzy walczą o swoją wysoką płacę minimalną są zajęci własnym interesem i sytuacja Polski nie mieści się w ich horyzoncie zainteresowań. Co więcej, dobra koniunktura w krajach zachodniej Europy żywi się tanią robocizną, której dostarczają Polacy. Drenaż mózgów, emigracja robotników, wolna amerykanka dla zagranicznego kapitału to narzędzia, które pozwalają okradać nas w zgodzie z literą prawa. W ten właśnie sposób Unia Europejska wypracowała szeroki wachlarz metod, dzięki którym Polska na stałe traci gospodarczą podmiotowość i samodzielność.
Dopóki Unia Europejska nie stanie się prawdziwą federacją, o charakterze socjalistycznym i robotniczym, dopóty nierówności i przepaście między poszczególnymi państwami będą nastawiać klasę robotniczą poszczególnych państw przeciwko sobie. Za konfliktem między różnymi odłamami klasy robotniczej stoi oczywiście kapitał i jego ideologia, tworząca z tych najbardziej uprzywilejowanych pracowników swoją wierną gwardię. Wydostać się z tych sideł nie jest łatwo, szczególnie jeśli władze kraju sprzyjają kapitalistycznej polityce tworzenia tych nierówności...
Polska znajduje się na szarym końcu unijnego ogonka i to właśnie my musimy coś z tym zrobić, cud z Brukseli nie nadejdzie. Lewica przyzwyczajona wyłącznie do sekundowania zachodnim robotnikom zapomina o ich niezwykle uprzywilejowanym położeniu. Zachodni ruch robotniczy to w większości ruch tradeunionizmu, ruch konserwatywnej walki o swoje – narodowe – przywileje w ramach imperialistycznego kapitalizmu – którego łupem padamy niestety i my.
Można rzec, że doili nas (i doją nadal) aż przywykliśmy. Słabość naszej lewicy i brak klasowych związków zawodowych nie pozwalają na walkę o godność polskiego robotnika w sytuacji, w której to jemu w Europie dzieje się najgorzej. Stąd też klęska i niekompatybilność wszelkich ‘zachodnich recept’, których targetem jest bogata arystokracja pracy, mogąca liczyć na zyski z trzeciego świata i z kolonii takich jak Polska. Symulowana ‘zachodnia demokracja’ przyjmuje w Polsce postać komediową, bowiem brakuje u nas „społeczeństwa obywatelskiego”, charakteryzującego się silną podmiotowością wynikającą wprost z zasobności portfela. Ten portfel w przypadku Polski jest pusty. Będąc zapatrzonymi we francuską klasę robotniczą lewicowi działacze nie myślą o kolonialnej przeszłości i kolonialnej teraźniejszości tego kraju. W chwili obecnej francuski internacjonalizm to wspomnienie, które w naszej kolonii żyje jeszcze z sentymentu dla Napoleona, którym nakarmiono nas poprzez hymn...
II
Cele Polski i naszej klasy robotniczej są po prostu inne od celów najbogatszych krajów europejskich. Sytuacja wyzyskiwanych wymaga walki o jej zmianę. Europa nie pomoże. Europa będzie milczeć i będzie zadowolona jeśli jej niewolnicy także będą milczeć. Walka o polepszenie bytu polskiego pracownika to walka w sercu Europy z całą liberalną maszynerią, którą Unia Europejska wypracowała i którą pacyfikuje każdy opór. Możliwość wyjazdu zarobkowego i inne bajki o unijnej wspólnocie bledną przy porównaniu płacy minimalnej poszczególnych krajów. Unijna Federacja, jeśli w ogóle powstanie, pozostanie również Unią dwóch prędkości i różnych standardów – o ile nie upomnimy się o równe prawa i nie będziemy o nie walczyć.
Walka polityczna to w przypadku pracowników najemnych walka o klasową świadomość i jej zmianę, która rodzi się dopiero w ogniu politycznych sporów i konfliktów. Świadomość klasy robotniczej zależna jest od przyjmowanej przez nią ideologii, którą wytwarza systemowa hegemonia. Każda klasa społeczna stać się może narzędziem doktryny liberalizmu, faszyzmu, konserwatyzmu… W przypadku klasy robotniczej nie jest inaczej. Z nadania nie posiadania ona nic. Każda klęska i ułomność pracowników zostanie wykorzystana przez kapitalizm, który bezlitośnie i metodycznie umacnia swoją władzę nad ogółem społeczeństwa. O wszystkim finalnie decyduje więc poziom świadomości klasowej. Ale rzeczona świadomość klasowa – jak już zostało napisane – może być różna i nie zawsze pozostaje w zgodzie z interesem całej, wielkiej klasy robotniczej.
Konflikt poszczególnych gospodarek, poszczególnych państw, a nawet konflikt poszczególnych klas robotniczych może być w swej treści konfliktem burżuazyjno-robotniczym. W tęsknocie za autentyczną świadomością klasową działacze państw-kolonii zerkają na państwa wchodzące w skład imperium, gdzie podmiotowa klasa robotnicza posiada świadomość swojego uprzywilejowania i świadomość korzyści płynących dla niej z polityki imperializmu. W taki właśnie sposób mylona jest wysoka świadomość swojego klasowego położenia, którą posiadają zachodni robotnicy z lewicową, internacjonalistyczną świadomością socjalistyczną. Świadomość jednych i drugich pracowników jest nieprzekładalna, bo nieprzekładalne są i interesy, różne są usytuowania. Dla jednych celem jest trwanie w ekstraklasie kapitalizmu i zbieranie jego owoców (zrywanych gdzie indziej), dla drugich celem jest wyrwanie się ze szpon kapitalizmu kolonialnego i odrzucenie tego systemu.
Dlatego Szwecję - o której tak wielu marzy - w Polsce trzeba dopiero wywalczyć i zdobyć przy pomocy rewolucyjnych haseł i rewolucyjnego, socjalistycznego programu. Dlatego kryzys, czy jego brak w Europie nie wpłynie na złą sytuację polskich pracowników najemnych. Dlatego też europejski socjal sytych uprzywilejowanych omija i omijał będzie Polskę. Dlatego też skupić należy się przede wszystkim na polityce na własnym podwórku...
sobota, 16 czerwca 2012
Bezprawne długi, prawny system
Czy długi zawsze należy spłacać? Czy społeczeństwa powinny czuć się
zobowiązane do spłaty długów, które zaciągane były na ich szkodę? Co zrobić
ażeby uzdrowić pogrążoną w kryzysie finansowym Unię Europejską? Kogo posłać do
więzienia? Na te i wiele innych pytań odpowiada książka "Bezprawne
długi". W swej książce François Chesnais, francuski profesor ekonomii i
członek rady naukowej ATTAC-France bada przyczyny europejskiego kryzysu. Autor
nie tylko dokonuje drobiazgowej analizy poszczególnych, najsilniej zadłużonych
państw strefy euro, ale także demaskuje reguły gospodarki kapitalistycznej.
Pojęcia takie jak "dług", czy "reforma" przywykło się w Polsce interpretować na jedno, neoliberalne kopyto. Podobnie przedstawiany jest "kryzys". Oto chciwi i z natury złodziejscy oraz śmiertelnie leniwi pracownicy zadłużyli swoim rozpasaniem i chciwością niewinne i poszkodowane tym samym państwa, które nie mają teraz innego wyjścia jak dokonać tzw. "koniecznych reform". Ekonomia w krajach pozbawionych społecznej nad nią kontroli stała się zbiorem magicznych sformułowań. W umysłach komentatorów i polityków gospodarka to zbiór potocznych sformułowań takich jak: „Długi należy spłacać”, „Nie należy żyć ponad stan”, czy „Dobrze jest oszczędzać”. Za tym prostactwem w myśleniu stoi śmiertelnie poważna strategia finansowa wielkich instytucji finansowych i całej Unii Europejskiej, opierająca się na serii kłamstw i niepodważalnej dominacji sił bezwzględnego kapitalizmu.
Władze europejskich państw przez całe dziesięciolecia działały na szkodę własnych społeczeństw. Ich strategia oparta na całkowitym podporządkowywaniu polityki państwa żądaniom rynków, dokonywaniu nieustannych obniżek podatków dla najbogatszych i przedsiębiorstw oraz - ostatnimi czasy - ratowaniu instytucji finansowych przy pomocy publicznych środków bez ich późniejszego nacjonalizowania i zachowania starannej kontroli nad wydawanymi pieniędzmi doprowadziła do poważnego w społecznych skutkach krachu gospodarczego. Kryzys wyprodukowany został na życzenie polityków, którzy decydowali o takim, a nie innym kształcie gospodarki. Mówiąc o panowaniu neoliberalizmu mówimy w istocie o imperializmie, w którym polityka poszczególnych państw zostaje całkowicie podporządkowana żądaniom najbogatszych, międzynarodowych instytucji finansowych, czy też podpiętym pod państwa firmom przemysłu zbrojeniowego.
Nie powinno nas więc dziwić to, że w latach 2005 - 2009 Grecja była jednym z pięciu największych importerów broni w Europie. Zakupione przez Grecję samoloty bojowe (26 F-16, 25 Mirage) stanowiły 38% wolumenu importu. Równocześnie, od lat 80-tych stale obniżane są w Europie podatki dla najbogatszych - stopa podatkowa dla najwyższego progu dochodowego w pogrążonej dziś w kryzysie Hiszpanii w 1986 roku wynosiła 66%, by w 2007 spaść do 43%. Ta sama praktyka cięć i kapitalistycznej kolonizacji króluje w Polsce. Najwyższa stawka podatkowa wynosi u nas 32%, a CIT 19% (o 4,5 pkt proc. mniej od średniej w UE). Przy tak prowadzonej polityce gospodarczej zmagających się obecnie z kryzysem państw krachu nie dało się uniknąć.
U źródła kryzysu finansowego i kryzysu długu publicznego leży charakter kapitalistycznej gospodarki, na czele z działalnością sektora finansowego. François Chesnais doskonale analizuje proces zyskiwania na znaczeniu tego co określa on mianem finansjery. Finansjera to nic innego jak wielkie banki, fundusze emerytalne i fundusze inwestycji finansowych o dużym ryzyku. Rosnące ryzyko spekulacji na różnorodnych, coraz bardziej niepewnych (nazwanej później "toksycznymi") aktywach doprowadziło w efekcie do powstania i pęknięcia baniek spekulacyjnych. Przyczyniło się do tego umiarkowanie płacowe, które uniemożliwiło konsumentom partycypację w konsumpcji. By ratować system kapitalistyczny instytucje finansowe z błogosławieństwem kapitalistów poczęły oferować kolejne, coraz bardziej ryzykowne kredyty. W pewnym momencie kurtyna zostaje podniesiona i obnażona zostaje nierentowność i wyłącznie fikcyjna możliwość spłaty kolejnych kredytów. Jak na statku, tak i na rynku zwycięża w takim momencie strategia "ratuj się kto może" i dotychczas opłacalne aktywa w skutek wycofywania się kapitału z rynku potrafią tracić swą wartość z dnia na dzień. Jak mogło dojść do takiej sytuacji? Musiały zostać wytworzone odpowiednie narzędzia, przemianie ulec musiał cały system bankowy.
Zdaniem autora tradycyjne banki przestały już istnieć, te musiały bowiem upewniać się co do występowania zdolności kredytowej wśród obdarzonych kredytami klientów. Nowoczesne banki po prostu pozbywają się ryzyka, przerzucając je skutecznie na inne instytucje finansowe i wypuszczając niepewne papiery na 'giełdową wolność'. Takie właśnie zakłady i spekulacje na ryzyku stały się specjalnością całego segmentu gospodarki kapitalistycznej. Do tej polityki dostosowały się kolejno: instytucje finansowe, fundusze emerytalne, firmy, korporacje i wszystkie państwa Unii Europejskiej. Rozpoczęło się panowanie neoliberalizmu.
To co obserwowaliśmy i obserwujemy w Europie miało także swój szerszy wymiar, wymiar konfrontacji wielkich gospodarczych podmiotów – Chin, USA, z Unią Europejską w tle. Wynik tego starcia staje się nam powoli znany, to osłabienie waluty Euro, obniżenie się poziomu życia państw europejskich i wielki awans Państwa Środka.
Można rzec, że dobiegła końca era wiary w "gospodarkę opartą na wiedzy". Pozbawianą przemysłu Europę miały zasilać fundusze, którym europejskie instytucje finansowe umożliwiły łatwe finansowanie swojej działalności. Neoliberalizm sprzedawano u nas właśnie pod takim płaszczykiem. Rzeczywistość zweryfikowała te śmiałe plany. Wraz z ucieczką kapitału do Chin i innych krajów trzeciego świata uciekł też do nich przemysł, dzięki któremu państwa te szybko przekształciły się w wyjątkowo atrakcyjne dla zachodnich inwestorów rezerwuary wartości dodatkowej i w pola pod szybką akumulację. Europejska kontrola nad kapitałem, który z kapitalistycznie słusznych pobudek wyemigrował na wschód okazała się zbyt słaba. Na nic nie zdał się płacz konserwatystów. Ucieczki kapitału nie powstrzymała misja dziejowa obrony Cywilizacji Zachodu – którą tak sugestywnie przedstawiali w swoich pracach zwolennicy teorii Zderzenia Cywilizacji i inni agenci światowego Bushyzmu.
Proces o którym mówimy ma wiele negatywnych konsekwencji odczuwanych w państwach europejskich, ale ma też (o czym François Chesnais pisze niechętnie) strony pozytywne. Będą to przede wszystkim: postęp, internacjonalizacja światowej produkcji oraz stopniowe, powolne wyrównywanie się stopy życiowej, której podnoszenie się najlepiej widoczne jest dzisiaj w Chinach.
Proces dalszego wyrównywania się poziomu życia wymaga jednak społecznej kontroli. Uwolnić się z karuzeli nieustannych kryzysów i spod podporządkowania polityki społecznej zyskom prywatnych instytucji, to zyskać prawdziwą władzę i kontrolę, odzyskać demokrację i stworzyć warunki dla socjalistycznej wspólnoty.
Tej kontroli nie zapewnią instytucje kapitalistyczne, fundusze inwestycyjne, czy neoliberalne think-tanki. Potrzebna jest kontrola konkretna, kontrola własnościowa, potrzebna jest własność społeczna.
Droga do nacjonalizacji, czy też audytu lub restrukturyzacji bezprawnego i haniebnego długu, który ściągnął na nas neoliberalny demiurg nie będzie drogą politycznie łatwą. Wręcz przeciwnie - spotka się z oporem całej maszynerii, którą przez lata wypracował na swój użytek neoliberalny kolos kapitalizmu. Nie ma jednak na dziś innej politycznej drogi dla lewicowych ugrupowań, nie ma innej drogi do budowy gospodarki dla człowieka.
Tymoteusz Kochan
Pojęcia takie jak "dług", czy "reforma" przywykło się w Polsce interpretować na jedno, neoliberalne kopyto. Podobnie przedstawiany jest "kryzys". Oto chciwi i z natury złodziejscy oraz śmiertelnie leniwi pracownicy zadłużyli swoim rozpasaniem i chciwością niewinne i poszkodowane tym samym państwa, które nie mają teraz innego wyjścia jak dokonać tzw. "koniecznych reform". Ekonomia w krajach pozbawionych społecznej nad nią kontroli stała się zbiorem magicznych sformułowań. W umysłach komentatorów i polityków gospodarka to zbiór potocznych sformułowań takich jak: „Długi należy spłacać”, „Nie należy żyć ponad stan”, czy „Dobrze jest oszczędzać”. Za tym prostactwem w myśleniu stoi śmiertelnie poważna strategia finansowa wielkich instytucji finansowych i całej Unii Europejskiej, opierająca się na serii kłamstw i niepodważalnej dominacji sił bezwzględnego kapitalizmu.
Władze europejskich państw przez całe dziesięciolecia działały na szkodę własnych społeczeństw. Ich strategia oparta na całkowitym podporządkowywaniu polityki państwa żądaniom rynków, dokonywaniu nieustannych obniżek podatków dla najbogatszych i przedsiębiorstw oraz - ostatnimi czasy - ratowaniu instytucji finansowych przy pomocy publicznych środków bez ich późniejszego nacjonalizowania i zachowania starannej kontroli nad wydawanymi pieniędzmi doprowadziła do poważnego w społecznych skutkach krachu gospodarczego. Kryzys wyprodukowany został na życzenie polityków, którzy decydowali o takim, a nie innym kształcie gospodarki. Mówiąc o panowaniu neoliberalizmu mówimy w istocie o imperializmie, w którym polityka poszczególnych państw zostaje całkowicie podporządkowana żądaniom najbogatszych, międzynarodowych instytucji finansowych, czy też podpiętym pod państwa firmom przemysłu zbrojeniowego.
Nie powinno nas więc dziwić to, że w latach 2005 - 2009 Grecja była jednym z pięciu największych importerów broni w Europie. Zakupione przez Grecję samoloty bojowe (26 F-16, 25 Mirage) stanowiły 38% wolumenu importu. Równocześnie, od lat 80-tych stale obniżane są w Europie podatki dla najbogatszych - stopa podatkowa dla najwyższego progu dochodowego w pogrążonej dziś w kryzysie Hiszpanii w 1986 roku wynosiła 66%, by w 2007 spaść do 43%. Ta sama praktyka cięć i kapitalistycznej kolonizacji króluje w Polsce. Najwyższa stawka podatkowa wynosi u nas 32%, a CIT 19% (o 4,5 pkt proc. mniej od średniej w UE). Przy tak prowadzonej polityce gospodarczej zmagających się obecnie z kryzysem państw krachu nie dało się uniknąć.
U źródła kryzysu finansowego i kryzysu długu publicznego leży charakter kapitalistycznej gospodarki, na czele z działalnością sektora finansowego. François Chesnais doskonale analizuje proces zyskiwania na znaczeniu tego co określa on mianem finansjery. Finansjera to nic innego jak wielkie banki, fundusze emerytalne i fundusze inwestycji finansowych o dużym ryzyku. Rosnące ryzyko spekulacji na różnorodnych, coraz bardziej niepewnych (nazwanej później "toksycznymi") aktywach doprowadziło w efekcie do powstania i pęknięcia baniek spekulacyjnych. Przyczyniło się do tego umiarkowanie płacowe, które uniemożliwiło konsumentom partycypację w konsumpcji. By ratować system kapitalistyczny instytucje finansowe z błogosławieństwem kapitalistów poczęły oferować kolejne, coraz bardziej ryzykowne kredyty. W pewnym momencie kurtyna zostaje podniesiona i obnażona zostaje nierentowność i wyłącznie fikcyjna możliwość spłaty kolejnych kredytów. Jak na statku, tak i na rynku zwycięża w takim momencie strategia "ratuj się kto może" i dotychczas opłacalne aktywa w skutek wycofywania się kapitału z rynku potrafią tracić swą wartość z dnia na dzień. Jak mogło dojść do takiej sytuacji? Musiały zostać wytworzone odpowiednie narzędzia, przemianie ulec musiał cały system bankowy.
Zdaniem autora tradycyjne banki przestały już istnieć, te musiały bowiem upewniać się co do występowania zdolności kredytowej wśród obdarzonych kredytami klientów. Nowoczesne banki po prostu pozbywają się ryzyka, przerzucając je skutecznie na inne instytucje finansowe i wypuszczając niepewne papiery na 'giełdową wolność'. Takie właśnie zakłady i spekulacje na ryzyku stały się specjalnością całego segmentu gospodarki kapitalistycznej. Do tej polityki dostosowały się kolejno: instytucje finansowe, fundusze emerytalne, firmy, korporacje i wszystkie państwa Unii Europejskiej. Rozpoczęło się panowanie neoliberalizmu.
To co obserwowaliśmy i obserwujemy w Europie miało także swój szerszy wymiar, wymiar konfrontacji wielkich gospodarczych podmiotów – Chin, USA, z Unią Europejską w tle. Wynik tego starcia staje się nam powoli znany, to osłabienie waluty Euro, obniżenie się poziomu życia państw europejskich i wielki awans Państwa Środka.
Można rzec, że dobiegła końca era wiary w "gospodarkę opartą na wiedzy". Pozbawianą przemysłu Europę miały zasilać fundusze, którym europejskie instytucje finansowe umożliwiły łatwe finansowanie swojej działalności. Neoliberalizm sprzedawano u nas właśnie pod takim płaszczykiem. Rzeczywistość zweryfikowała te śmiałe plany. Wraz z ucieczką kapitału do Chin i innych krajów trzeciego świata uciekł też do nich przemysł, dzięki któremu państwa te szybko przekształciły się w wyjątkowo atrakcyjne dla zachodnich inwestorów rezerwuary wartości dodatkowej i w pola pod szybką akumulację. Europejska kontrola nad kapitałem, który z kapitalistycznie słusznych pobudek wyemigrował na wschód okazała się zbyt słaba. Na nic nie zdał się płacz konserwatystów. Ucieczki kapitału nie powstrzymała misja dziejowa obrony Cywilizacji Zachodu – którą tak sugestywnie przedstawiali w swoich pracach zwolennicy teorii Zderzenia Cywilizacji i inni agenci światowego Bushyzmu.
Proces o którym mówimy ma wiele negatywnych konsekwencji odczuwanych w państwach europejskich, ale ma też (o czym François Chesnais pisze niechętnie) strony pozytywne. Będą to przede wszystkim: postęp, internacjonalizacja światowej produkcji oraz stopniowe, powolne wyrównywanie się stopy życiowej, której podnoszenie się najlepiej widoczne jest dzisiaj w Chinach.
Proces dalszego wyrównywania się poziomu życia wymaga jednak społecznej kontroli. Uwolnić się z karuzeli nieustannych kryzysów i spod podporządkowania polityki społecznej zyskom prywatnych instytucji, to zyskać prawdziwą władzę i kontrolę, odzyskać demokrację i stworzyć warunki dla socjalistycznej wspólnoty.
Tej kontroli nie zapewnią instytucje kapitalistyczne, fundusze inwestycyjne, czy neoliberalne think-tanki. Potrzebna jest kontrola konkretna, kontrola własnościowa, potrzebna jest własność społeczna.
Droga do nacjonalizacji, czy też audytu lub restrukturyzacji bezprawnego i haniebnego długu, który ściągnął na nas neoliberalny demiurg nie będzie drogą politycznie łatwą. Wręcz przeciwnie - spotka się z oporem całej maszynerii, którą przez lata wypracował na swój użytek neoliberalny kolos kapitalizmu. Nie ma jednak na dziś innej politycznej drogi dla lewicowych ugrupowań, nie ma innej drogi do budowy gospodarki dla człowieka.
Tymoteusz Kochan
Etykiety:
demokracja,
ekonomia,
globalizacja,
imperializm,
kapitalizm,
kryzys,
neokolonializm,
neoliberalizm,
prywatyzacja,
recenzja,
teoria,
uspołecznienie
poniedziałek, 21 maja 2012
Kto dziś nie jest imperialistą?
Zadaję sobie to pytanie w chwili, w której wojna obchodzi już tylko
nielicznych. Około dwóch tysięcy osób protestowało dziś w USA przeciwko
szczytowi NATO. Większość z tych osób to członkowie ruchu Occupy Wall
Street, stale włączający się w protesty tego rodzaju. Te wyjątkowo
skromne protesty antywojenne mogą świadczyć o kondycji światowego ruchu
pacyfistycznego i alterglobalistycznego. W krajach takich jak USA, czy
Wielka Brytania społeczeństwa zostały całkowicie zdominowane przez
polityczny imperializm i przyuczone do życia w świecie ciągłej wojny.
Współcześnie, dominacja polityczna imperializmu jest w Stanach totalna i całkowita. A przecież nie tak dawno (bo w latach 60-tych) ruch hippisowski był w stanie zorganizować prawdziwie masowe, spektakularne protesty. Na dziś wydaje się to niewykonalne. Hipisi stanowili olbrzymi ruch masowy, jaka była jego geneza? Hipisów zasilał bunt dzieci z konserwatywnych domów. Ta młodzież wychowywana była w duchu chrześcijaństwa, który z wiekiem dorastania okazywał się fałszywy i złudny. Pragnienie autentycznych więzi międzyludzkich, miłości i prawdziwych uczuć podszyte było specyficzną niby-religijną mistyką, której ton nadawał autentyczny humanizm. W tamtych czasach humanizm i zwrot humanistyczny wypływał z rozczarowania konserwatywnym życiem i jego zbójeckimi politycznymi metodami, kontrast tworzony był przez specyficznie naiwną moralność i prawdziwie bezlitosną praktykę życia społecznego. Obecnie metody, które niegdyś wywoływały oburzenie stały się normą i codziennością.
A zasługę tę przypisać można szalejącej propagandzie oraz klęsce ruchów pacyfistycznych i humanistycznych, w których przerwana została łączność pokoleniowa. W efekcie wojna została zorientalizowana[1]. Pojęciem "wojny" posłużyć można się dziś jedynie w stosunku do mieszkańców Zachodu i krajów pierwszego świata. Te same działania i praktyki wykorzystywane w krajach trzeciego świata, np. na Bliskim Wschodzie nazywane są „interwencjami „lub „misjami pokojowymi”. Wojna straszy więc nadal, ale dopóki nie dotyczy ona nas nie będzie się nią nazywać. Dlatego pomimo dziesiątek tysięcy mordowanych ludzi w Iraku i Afganistanie każdy zaczepiony na ulicy przechodzień stwierdzi, że żyjemy w czasach pokoju.
Skutecznie wyhodowana znieczulica wojenna posiada swe źródła w interesach i silnym imperializmie społeczeństw pierwszego świata. Wojny kierowane do zewnątrz, nie ważne jak bardzo brutalne i krwawe, znajdują się w kręgu ekonomicznego zainteresowania obywateli krajów zachodnich. Czerpanie zysków z kolonialnych wypraw ma swoją długą historię, podobnie ma się rzecz z przekupywaniem europejskiej klasy robotniczej częścią zysków z tych wypraw. Można więc paradoksalnie stwierdzić, że Stany Zjednoczone i Europa stają się coraz bardziej konserwatywne. W kulturze pozornej dokonują się kolejne przełomy na poziomie swobód obyczajowych, liberalizmu politycznego i szeroko rozumianego równouprawnienia. Najważniejszy szczegół tkwi jednak w tym kogo dotyczyć mogą tworzone, nowe swobody. W tym właśnie miejscu do głosu dochodzą sławne "prawa człowieka", zmodyfikowane o reguły pozbawiania tych praw skojarzone z prowadzeniem działań wojennych. Zachód do perfekcji opanował nadawanie i odbieranie ludziom rangi Człowieka, odgradzając się jednocześnie od wszelkich swobód i praw, które dotyczyć mogłyby innych niż kapitalistyczno-liberalne społeczeństwa. „Prawa człowieka”[2] działają w kapitalizmie na podobnej zasadzie co wolny rynek. W odróżnieniu od wolnego rynku (który prawdziwie „wolny” jest jedynie w państwach podbitych i skolonizowanych, gdzie „wolnością” staje się swoboda gospodarcza drapieżnika-zachodniej korporacji) prawa człowieka obowiązują nie do zewnątrz, tylko do wewnątrz, dotyczą wyłącznie pierwszoświatowego kapitalizmu i obywateli żyjących na jego zasadach.
Triumf imperializmu to dehumanizacja i kryzys kultury humanistycznej, to także klęska projektu i ideału socjalistycznego człowieka. Ludźmi są dziś wszyscy mieszkańcy planety Ziemia – z wyjątkiem tych, którzy zostaną w następnej kolejności zaatakowani przez USA i ich sojuszników.
Tylko radykalnie lewicowy ruch polityczny byłby w stanie odwrócić ten stan permanentnego imperializmu i orientalizacji wojny. Mam jednak wątpliwości co do tego, czy taki ruch ma obecnie w ogóle szansę powstać w jednym z krajów Zachodu. Aby stworzyć w polityce nowe warunki i prawdziwie emancypacyjny kontekst społeczny potrzebna byłaby fala, które całkowicie zaprzeczyłaby dotychczasowym praktykom stosowanym przez kraje pierwszego świata. Słabe i egoistyczne, pozbawione (często naiwnej, acz pięknej) niby-religijności humanistycznej, buntujące się klasy średnie nie przedstawią nowego projektu społecznego, nie posłużą się też odważnym wartościowaniem, które mogłoby definitywnie wykluczyć klasy te ze współuczestnictwa w kapitalistycznym życiu.
Usiłując odpowiedzieć sobie na tytułowe pytanie musimy zdać sobie więc sprawę jak trudno jest dziś nie być imperialistą i jak trudno jest sprzeciwić się wojennej logice systemu - kapitalizmu wojennego. By nie być w Europie imperialistą należy się wręcz zrzec obywatelstwa (przynajmniej kulturowego). Albowiem w świecie bez imperializmu nie giną tylko rzeczy „złe” jak bomby kasetowe, trupy, czy przemoc – giną też rzeczy „wspaniałe” – takie jak tania ropa naftowa, duże zyski zachodnich firm i płynące z nich podatki , czy anglojęzyczne hity na listach przebojów.
W walce o świat bez wojen i imperializmu zostawiliśmy Irakijczyków, Afgańczyków, Palestyńczyków… samych, organizując co najwyżej smsowe akcje charytatywne i wzruszające raporty z obszarów dotkniętych konfliktem. Ten kult bezbronnych ofiar zdaje się jednak ofiarom nie pomagać…
Pytanie pozostawiam otwarte.
[1] Za Edwardem Saidem orientalizację rozumiemy jako proces naznaczania tego co zewnętrzne, zamknięte i dzikie w porównaniu do świata Zachodu. W stosunku do orientu przestają się liczyć prawa respektowane w pierwszym świecie, w niepamięć odchodzą normy i wszelka "europejska moralność". Jerzy Kochan poszerzając pojęcie orientalizacji zwrócił uwagę, że podobny proces możemy obserwować także w przypadku ocen ruchu socjalistycznego i komunistycznego - lewicowe treści są naznaczane jako rosyjskie, wschodnie i dzikie - dzięki czemu skutecznie kryminalizuje się i wypycha je poza nawias społecznej rzeczywistości.
[2] Szeroko o polityce praw człowieka i praktyce dehumanizacji ofiar pisze w swoim tekście Étienne Balibar - http://nowakrytyka.pl/spip.php?article310
Współcześnie, dominacja polityczna imperializmu jest w Stanach totalna i całkowita. A przecież nie tak dawno (bo w latach 60-tych) ruch hippisowski był w stanie zorganizować prawdziwie masowe, spektakularne protesty. Na dziś wydaje się to niewykonalne. Hipisi stanowili olbrzymi ruch masowy, jaka była jego geneza? Hipisów zasilał bunt dzieci z konserwatywnych domów. Ta młodzież wychowywana była w duchu chrześcijaństwa, który z wiekiem dorastania okazywał się fałszywy i złudny. Pragnienie autentycznych więzi międzyludzkich, miłości i prawdziwych uczuć podszyte było specyficzną niby-religijną mistyką, której ton nadawał autentyczny humanizm. W tamtych czasach humanizm i zwrot humanistyczny wypływał z rozczarowania konserwatywnym życiem i jego zbójeckimi politycznymi metodami, kontrast tworzony był przez specyficznie naiwną moralność i prawdziwie bezlitosną praktykę życia społecznego. Obecnie metody, które niegdyś wywoływały oburzenie stały się normą i codziennością.
A zasługę tę przypisać można szalejącej propagandzie oraz klęsce ruchów pacyfistycznych i humanistycznych, w których przerwana została łączność pokoleniowa. W efekcie wojna została zorientalizowana[1]. Pojęciem "wojny" posłużyć można się dziś jedynie w stosunku do mieszkańców Zachodu i krajów pierwszego świata. Te same działania i praktyki wykorzystywane w krajach trzeciego świata, np. na Bliskim Wschodzie nazywane są „interwencjami „lub „misjami pokojowymi”. Wojna straszy więc nadal, ale dopóki nie dotyczy ona nas nie będzie się nią nazywać. Dlatego pomimo dziesiątek tysięcy mordowanych ludzi w Iraku i Afganistanie każdy zaczepiony na ulicy przechodzień stwierdzi, że żyjemy w czasach pokoju.
Skutecznie wyhodowana znieczulica wojenna posiada swe źródła w interesach i silnym imperializmie społeczeństw pierwszego świata. Wojny kierowane do zewnątrz, nie ważne jak bardzo brutalne i krwawe, znajdują się w kręgu ekonomicznego zainteresowania obywateli krajów zachodnich. Czerpanie zysków z kolonialnych wypraw ma swoją długą historię, podobnie ma się rzecz z przekupywaniem europejskiej klasy robotniczej częścią zysków z tych wypraw. Można więc paradoksalnie stwierdzić, że Stany Zjednoczone i Europa stają się coraz bardziej konserwatywne. W kulturze pozornej dokonują się kolejne przełomy na poziomie swobód obyczajowych, liberalizmu politycznego i szeroko rozumianego równouprawnienia. Najważniejszy szczegół tkwi jednak w tym kogo dotyczyć mogą tworzone, nowe swobody. W tym właśnie miejscu do głosu dochodzą sławne "prawa człowieka", zmodyfikowane o reguły pozbawiania tych praw skojarzone z prowadzeniem działań wojennych. Zachód do perfekcji opanował nadawanie i odbieranie ludziom rangi Człowieka, odgradzając się jednocześnie od wszelkich swobód i praw, które dotyczyć mogłyby innych niż kapitalistyczno-liberalne społeczeństwa. „Prawa człowieka”[2] działają w kapitalizmie na podobnej zasadzie co wolny rynek. W odróżnieniu od wolnego rynku (który prawdziwie „wolny” jest jedynie w państwach podbitych i skolonizowanych, gdzie „wolnością” staje się swoboda gospodarcza drapieżnika-zachodniej korporacji) prawa człowieka obowiązują nie do zewnątrz, tylko do wewnątrz, dotyczą wyłącznie pierwszoświatowego kapitalizmu i obywateli żyjących na jego zasadach.
Triumf imperializmu to dehumanizacja i kryzys kultury humanistycznej, to także klęska projektu i ideału socjalistycznego człowieka. Ludźmi są dziś wszyscy mieszkańcy planety Ziemia – z wyjątkiem tych, którzy zostaną w następnej kolejności zaatakowani przez USA i ich sojuszników.
Tylko radykalnie lewicowy ruch polityczny byłby w stanie odwrócić ten stan permanentnego imperializmu i orientalizacji wojny. Mam jednak wątpliwości co do tego, czy taki ruch ma obecnie w ogóle szansę powstać w jednym z krajów Zachodu. Aby stworzyć w polityce nowe warunki i prawdziwie emancypacyjny kontekst społeczny potrzebna byłaby fala, które całkowicie zaprzeczyłaby dotychczasowym praktykom stosowanym przez kraje pierwszego świata. Słabe i egoistyczne, pozbawione (często naiwnej, acz pięknej) niby-religijności humanistycznej, buntujące się klasy średnie nie przedstawią nowego projektu społecznego, nie posłużą się też odważnym wartościowaniem, które mogłoby definitywnie wykluczyć klasy te ze współuczestnictwa w kapitalistycznym życiu.
Usiłując odpowiedzieć sobie na tytułowe pytanie musimy zdać sobie więc sprawę jak trudno jest dziś nie być imperialistą i jak trudno jest sprzeciwić się wojennej logice systemu - kapitalizmu wojennego. By nie być w Europie imperialistą należy się wręcz zrzec obywatelstwa (przynajmniej kulturowego). Albowiem w świecie bez imperializmu nie giną tylko rzeczy „złe” jak bomby kasetowe, trupy, czy przemoc – giną też rzeczy „wspaniałe” – takie jak tania ropa naftowa, duże zyski zachodnich firm i płynące z nich podatki , czy anglojęzyczne hity na listach przebojów.
W walce o świat bez wojen i imperializmu zostawiliśmy Irakijczyków, Afgańczyków, Palestyńczyków… samych, organizując co najwyżej smsowe akcje charytatywne i wzruszające raporty z obszarów dotkniętych konfliktem. Ten kult bezbronnych ofiar zdaje się jednak ofiarom nie pomagać…
Pytanie pozostawiam otwarte.
[1] Za Edwardem Saidem orientalizację rozumiemy jako proces naznaczania tego co zewnętrzne, zamknięte i dzikie w porównaniu do świata Zachodu. W stosunku do orientu przestają się liczyć prawa respektowane w pierwszym świecie, w niepamięć odchodzą normy i wszelka "europejska moralność". Jerzy Kochan poszerzając pojęcie orientalizacji zwrócił uwagę, że podobny proces możemy obserwować także w przypadku ocen ruchu socjalistycznego i komunistycznego - lewicowe treści są naznaczane jako rosyjskie, wschodnie i dzikie - dzięki czemu skutecznie kryminalizuje się i wypycha je poza nawias społecznej rzeczywistości.
[2] Szeroko o polityce praw człowieka i praktyce dehumanizacji ofiar pisze w swoim tekście Étienne Balibar - http://nowakrytyka.pl/spip.php?article310
sobota, 11 lutego 2012
Stulecie wojny
World Peace Or Universal Death!
Albert Einstein & Bertrand Russel
Albert Einstein & Bertrand Russel
Ziemia pełną gębą wkroczyła w erę globalnych wojen surowcowych. Teraz - w przededniu potencjalnej wojny w Iranie i Syrii - staje się to szczególnie widoczne. Przetrwanie Stanów Zjednoczonych oraz utrzymanie dobrobytu w Europie uzależnione jest od tego, czy Zachodowi uda się zapanować nad kurczącymi się zasobami ropy naftowej, wyścig dodatkowo przyśpiesza rosnące zagrożenie ze strony Chin, Indii i uniezależnionej Ameryki Południowej. W realiach globalnego kryzysu gospodarczego wojna to dobra inwestycja i pewność zdobyczy finansowej, czysty zysk z kolejnej działki pod akumulację. Pozbawmy się na chwilę resztek poczciwych złudzeń dotyczących praw rządzących światowym kapitalizmem i postarajmy się przejrzeć zamiary kapitału, uchylić rąbka tajemnicy i odkryć motywy podejmowanych przezeń działań.
Metody wojny o ropę uległy zmianie, tak jak zmianie uległ geopolityczny, globalny układ sił. Dziś wojna nie dotyczy już konfliktu w sferze idei i wartości, wojna propagandowa stała się zbędna. Wszyscy należą do jednego obozu, wszystkie siły i - poza nielicznymi wyjątkami - wszystkie kraje są równoprawnymi śmiertelnymi rywalami w wyścigu po globalny kapitał. Nieliczne, pozostające ochłapy ocierające się o miano konfliktu ideologicznego, dotyczą deklaracji, jakoby to kolejne działania militarne podejmowane były w imię walki o prawa człowieka. Po przeliczeniu ofiar tych działań prawa człowieka należy już traktować w kategoriach zbrodni przeciwko ludzkości. Wojna jest dziś działaniem i przedsięwzięciem masowym, w którym uczestniczą nie tylko armie, ale całe społeczeństwa włącznie z całym swym potencjałem informacyjnym. Wojna jednoczy Zachód, nakazuje spójność i spaja dziennikarzy, polityków, publicystów i społeczeństwo. Wojna totalna to w tym przypadku taka, która - w różnym stopniu - łączy interesy niemal całego społeczeństwa, stając się poprzez to konfliktem uświęconym i niepodważalnym. W ten sposób można interpretować wojny w Iraku, Afganistanie oraz w Libii - przeciwko tym konfliktom nie protestowała nawet [jak to miało miejsce kilkukrotnie w przeszłości] lewicowa inteligencja i zbuntowana młodzież. Wojna jest docelowa. Do wojny przystosowują nas poszczególne elementy korespondującej z wojenną propagandą rzeczywistości. Dziś wroga nie przedstawia się już jako zła bezwzględnego, nie jest dzikim zwierzęciem, wręcz przeciwnie - dzisiaj wróg i późniejsza ofiara staje się istotą godną współczucia, bytem uwięzionym w swej niedorzecznej(!) i nieludzkiej realności. Wobec tak nieszczęsnej istoty, której wszelkie możliwe scenariusze życia będą zaprzeczeniem normalnych standardów, powstających na skrzyżowaniu Paryża z Nowym Jorkiem, wszelkie działania zostają uprawomocnione i usprawiedliwione - groźba śmierci tego nieszczęśnika jest niczym wobec nawet fikcyjnego wyzwolenia go z kajdan jego rzeczywistości. Walka o uwolnienie kobiet z burek może przynieść za sobą milion ofiar, ale nadal będzie walką o dobro, najwyższe wartości i cele. Wielki konflikt jest już na stałe wpisany w rzeczywistość, jest produkowany zgodnie z potrzebami dyktatorów światowej polityki. Wojna jest przedstawiana jako rozwiązanie ostateczne, podczas gdy w rzeczywistości produkuje się ją na życzenie. Funduje się opozycję, dozbraja przeciwników, fałszuje informacje, tworzy sztuczny portret krzywdzonych, którzy modlić się mają o zachodnią interwencję. Ale tak jest od zawsze. Koncepcje wojny sprawiedliwej wraz z odpowiednią propagandą zawsze zjawiały się na czas, gdy trzeba już było wystrzelić pierwsze salwy w przeciwnika.
Pojawia się pytanie, do czego może doprowadzić polityka wojenna Zachodu, wspierana przez lobby militarno-kapitałowe? Czy będziemy świadkami kolejnych lokalnych konfliktów, w których miliony ofiar przejdą bez echa i wpiszą się na stałe w etos zachodniej walki o demokrację? Czy ta bezkarność jest być może jedynie fikcyjna? Raczej to drugie. Wojna dawno już uległa delokalizacji. W każdym konflikcie od ostatnich stu lat stali naprzeciw siebie nie tylko pozorni przeciwnicy, ale także imperia, rywalizujące ze sobą o stawkę znacznie większą niż los pojedynczego państwa. Zimna wojna skończyła się tylko jako dychotomiczny konstrukt USA/ZSRR. Globalny konflikt imperiów, obecnie z trzema najważniejszymi potęgami USA-UE/Chiny/Rosja trwa i dopiero się rozkręca. Społeczeństwo przyzwyczajono do myśli, że kapitalizm jest systemem całkowitej finansowej racjonalności, ale nie ma na to dowodów. Kapitalizm nie tylko, że z gruntu "się nie opłaca" to działa na ślepo, jest systemem rywalizujących grup i wielu sprzecznych interesów oraz ich manifestacji. Każdy konflikt to wojna nieopłacalna. Jest jeszcze gorszy scenariusz - wojny i konfliktu światowego, z wykorzystaniem broni nuklearnej, scenariusz o który nie trudno w sytuacji, gdy ważą się losy bezpieczeństwa energetycznego, losy z którymi związane są całe społeczeństwa i ich dotychczasowe bezpieczeństwo, ich konsumencki narkotyczny trans. Wojna światowa, jak i wojna w ogóle, nigdy nie jest tak na dobrą sprawę planem samym w sobie - lecz pojawia się w sytuacji ekonomicznego parcia i w chwili chaotycznej przepychanki wielu wywierających nacisk elementów. Wojna światowa może wymsknąć się całkowicie "niespodziewanie" jako zespół czynników, które parły do podobnych celów i przy użyciu równoważącej się siły militarnej, jako efekt śmiertelnej irracjonalności kapitalizmu w jego zindywidualizowanej, podzielonej decyzyjności.
Życie w świecie, w którym kraj może zostać skazany na wojnę poprzez kilkutygodniową emisję materiałów propagandowych w mediach nie należy do najbezpieczniejszych. Globalna wojna to codzienność, której zapobiec może tylko rewolucja i obalenie dotychczasowych potęg kapitalizmu. Odarcie się ze złudzeń pacyfistycznej mrzonki dzieci-kwiatów stworzyło cynicznego boga wojny, śmierć pacyfizmu w społeczeństwie doprowadziła do wielkiego kulturowego i etycznego regresu - który zrobił miejsce na nastanie 'demokratycznych wartości', wprowadzanych z bronią w ręku. Rozwinięciem pacyfizmu jest walka o pokój, walka z tyranią światowego kapitalistycznego militaryzmu... W przeszłości to właśnie okropieństwa wojen doprowadzały społeczeństwa na skraj wytrzymałości - i reagowały one odrzucając dotychczasowy porządek, buntując się, tworząc alternatywny model. Dzisiaj, kiedy dla Europy i Zachodu wojna jest tylko motywem kulturowym i pozornością, realną tak jak krwawe gry video zainstalowane w komputerach, te okropieństwa nie dochodzą do głosu, odbijając się tylko słabym echem. Jeżeli aktualna, mordercza rzeczywistość ma ulec zmianie, niech nie ulega jej po kolejnej wojnie, po której ludzkość może już siebie samej nie przypominać.
sobota, 7 maja 2011
Kapitalizm Wojenny
Zachodnia tragikomedia
Zachód oszalał. Publiczna egzaltacja wywołana uśmierceniem Osamy Bin Ladena, przyzwolenie społeczeństw na kolejną z wojen na Bliskim Wschodzie, anemiczna odpowiedź klasy pracowniczej, na którą przerzucono przecież koszty kryzysu - przynosi na myśl tylko i wyłącznie szaleństwo. Te zdarzenia i reakcje na nie, gdzie jedynym logicznym następstwem jest rośnięcie w siłę skrajnie prawicowych ugrupowań, uzmysławiają nam jak dalece posunęła się tocząca Europę od dawien dawna erozja kulturalna i polityczna. Europa jest współcześnie miejscem rosnącej przemocy. Mamy przemoc zorientowaną na wroga: wobec imigrantów, wobec mniejszości etnicznych czy też przemoc stosowaną wobec związków zawodowych i protestujących. Mamy również okazję obserwować rosnącą przemoc gospodarczą stosowaną poprzez naciski europejskich i światowych instytucji finansowych. Hipokryzja, a także po raz wtóry stosowane te same (z rodzaju tych na alibi) triki rządzących w odpowiedzi na wymykającą się spod kontroli sytuację powodują, że rośnie także natężenie przemocy komediowej, absurdalnej a przez to po wielokroć straszniejszej od przemocy pozostałych rodzajów. Dla krytycznych jednostek zatopionych w tej tkance społecznej coraz bardziej oczywista i widoczna staje się jednowymiarowość modelu Zachodniego Świata. Turbokapitalizm ze swoim zestawem neoliberalnych narzędzi kształtujących rzeczywistość jest dziś dla mas czymś tak dalece normalnym, że jednocześnie dla większości zjawiskiem kompletnie nieczytelnym. Przyuczeni do życia w gospodarce wolnorynkowej ludzie nie zwykli zadawać sobie pytań dotyczących istoty mechaniki systemu w jakim się znaleźli.
Jest to sytuacja wręcz przyrodnicza, gdzie zindywidualizowany podmiot odpowiada we własnym przekonaniu tylko i wyłącznie za siebie, gdzie Ja stoi w sprzeczności do Ciebie i Innych, gdzie mimo, że jest nas w jednej celi trzech, każdy będzie twierdził, że jest sam jeden. Gdy poobserwujemy naszą kulturę z większą dozą dystansu - dotknie nas zestaw tych dziwnych, powszechnych zjawisk. Zachodni system wypracował regułę pacyfikowania oporu, którą nazwę na potrzebę opisu regułą przedstawicielstwa. Ta doskonale spisująca się reguła jest czynnikiem oddzielającym jednostkę od jego tła. Następuje swego rodzaju obietnica życia po śmierci. Różnica między chrześcijańską koncepcją życia po śmierci jako formą nagrody a obietnicą życia po śmierci we współczesnym nam kapitalizmie dotyczy relacji obietnicy z czasem. Kapitalizm zachodni w odróżnieniu od religii daje ci życie po śmierci za życia. Jesteś jednym z dziesięciu milionów ludzi, którzy wypełniają kupon Lotto, a wygrać może tylko jedna, bądź kilka osób? Nie przejmuj się, żyj chwilą złudzenia. Nie masz u siebie wystroju wnętrz jak wyższa klasa średnia? Nie przejmuj się, żyj naszym serialem i jego wspaniałą scenografią wnętrz. Ni cholery nie jesteś w stanie znaleźć pracy, a talent do śpiewania jaki wieszczyła Ci mamusia w przedszkolu nie przekroczył progu podstawówki? Nie martw się, nasi ludzie już biorą za Ciebie udział w śpiewanym-tanecznym reality show, gdzie ktoś wygrywa i zdobywa upragnione uznanie za Ciebie. Jest to unowocześniony model chrześcijańskiej wersji pacyfikowania oporu społecznego, z tą różnicą że obejmuje zasięgiem wszystkich bez względu na wyznanie, rasę, zarobki i całą resztę. Ta rzeczywistość narkotycznego, umiarkowanego dobrobytu [patrząc na mapy świata] aż prosi się by jej bronić. Nie ma bowiem spójnego systemu ideologicznego bez jasno wytyczonej strefy zakazanej, bez wskazanego wroga, na bazie którego odmienności możemy sami rysować sobie nasz wyidealizowany obraz samych siebie. System podpowie ci z kim walczyć. Walcz z socjalizmem, walcz z terroryzmem. Jednym słowem: walcz ze Wschodem.
Maghreb, Islam, Rewolucja
Tymczasem w krajach Arabskich obserwujemy ponowne narodziny dążeń do ograniczonej autonomii. Kraje wybrzeża Afryki przez wiele lat funkcjonowały tylko na zasadzie mniejszej, lub większej podległości państwom Zachodnim. Choć nie możemy być jeszcze pewni rezultatów Arabskiej Wiosny Ludów, powinniśmy dostrzec kilka ważnych czynników i możliwych do realizacji scenariuszy. Jednym z podstawowych, zauważalnych czynników jest wysoki stopień zależności - kluczowej - dla gospodarki UE i USA ceny ropy z kontrolą nad krajami wybrzeża Morza Śródziemnego. Jawnie kolonialne stosunki Stanów Zjednoczonych z Egiptem, Tunezją czy innymi krajami regionu ujawniają jak ważne są państwa Maghrebu, które ostatnio są świadkami gwałtownych wydarzeń dla długoterminowej polityki strategicznej Zachodu. Wysysanie pieniędzy z tychże krajów skutkowało i skutkuje rosnącymi, potwornymi przepaściami między poszczególnymi warstwami tych społeczeństw. Obok magistrów wyższych uczelni, bądź to na eksport, bądź na lokalne bezrobocie, oraz obok bogatych udziałowców w zyskach zachodnich korporacji, czy prawdziwie formującej się przy rosnącym sektorze usług klasie średniej istnieją obszary nędzy, czy wręcz średniowiecza [1] - i istnieją one wszędzie tam, gdzie nie istniał zintensyfikowany dostęp do przepływu kapitału na rynki zachodnie.
Taki rozwarstwiony świat jest wprost idealnym polem pod wzrost popularności dla dążeń premiujących solidarność społeczną. Dla tych krajów, możliwym scenariuszem jest dojście do władzy konserwatywnych religijnych podmiotów, takich jak organizacja Braci Muzułmańskich. Ta organizacja, przez Zachód, w dużej mierze utożsamiana z terroryzmem [2], lub podobna do niej grupa jest swego rodzaju koniecznością na drodze do rozwoju tych państw. Tak jak solidaryzm narodowy wyrastał na gruncie państw religijnych w Europie i USA, gdzie nadal chrześcijaństwo jest potężnym fundamentem spójności - tak samo etap ten musi w pewnej formie nastąpić w krajach Arabskich. Te religijne podwaliny, w państwach bogatszych zanikają, przeradzając się w ideologię liberalną [Niemcy, inne państwa UE, USA], w biedniejszych nadal silnie oddziałują, odnajdując stały grunt na bazie nawiązań do ideologii narodowej [Polska]. We wszystkich europejskich państwach jako przykładach, religijna spójność była i jest ważnym etapem, który prowadzi do powstania spójności kulturowej, z pułapu której na dobre zadomawiać mógł się w Europie kapitalizm. Zrozumiała jako działanie destrukcyjne, i dalece krzywdząca w takiej sytuacji jest odmowa dialogu z wieloma organizacjami religijnymi Wschodu przez Zachód. Zarzut liberałów odnośnie kwestii obyczajowych, jest użyteczną bronią, która godzić ma w poczucie najmniejszej choćby spójności państw Arabskich. Jest to oczywiście zarzut nie tylko komicznie idealistyczny, co wynikający zwyczajnie z niezrozumienia kluczowych procesów historycznych. Alternatywę dla tej drogi religijnej spójności, wydaje się stanowić droga poprzez ludowy socjalizm, który sądząc po ostatnich protestach w regionie i stronach konfliktu, nie osiągnął na razie wystarczającej spójności i chłonności społecznej - i co więcej, ta ewentualna forma socjalizmu, będzie przez Zachód w razie ewentualnej ekspansji tępiona z jeszcze większą zajadłością niż motyw spójności religijnej.
Rodzina Forresterów wkracza do akcji
Obserwując sytuację w Syrii, mam deja vu z sytuacji Polski w czasie przemian ustrojowych. Obecnie, w Syrii mamy antyrządową część społeczeństwa, która protestuje, mając poparcie zagraniczne do stopnia prawdopodobnej interwencji armii USA [3]. Wywalczą sobie ten sam los, co wywalczyła finalnie Solidarność Polsce - wolnorynkowy, złodziejski neoliberalizm, w wersji z zewnętrzną kontrolą. Stara droga przez szał prywatyzacyjny ma jednak w wypadku Wschodu odmienną dynamikę. W tych krajach główną stawką jest kontrola surowcowa, oraz ewentualna pozycja w regionie, umożliwiająca kontrolę surowcową gdzie indziej. Tym samym społeczeństwa krajów Maghrebu pozostają niejako obok ekonomicznej dominacji, będąc odsuwanymi od jednocześnie mającego miejsce drenażu finansowego. Ten proces był i będzie czynnikiem wywołującym rosnący gniew społeczny. Podobny proceder drenażu kapitału w Ameryce Łacińskiej doprowadził w wielu krajach do dojścia do władzy ugrupowań socjalistycznych i silnie radykalnych, które nacjonalizowały krajowe wydobycie - wypowiadając wręcz jawną gospodarczą wojnę interesowi USA. Stany kierując się starą szkołą przyzwyczaiły nas, że na takie dążenia niepodległościowe odpowiada się akcją militarną. Nie ma już jednak tak dogodnych warunków makropolitycznych pod takie działania. Wiążąc się z Chinami, grupami inwestycyjnymi, które swoim kapitałem i wpływem sięgają Waszyngtonu - wiele państw jest w stanie zapewnić sobie nietykalność [4]. Doba państw narodowych minęła wraz z ekspansją sieci interesów giełdowych. Wojna, w której w grę wchodziłoby zrównanie z ziemią spółek 'wroga', w których znaczna część kapitału pochodzić może z rynku agresora, nie jest w czyimkolwiek interesie. Stany przez lata eksportując "Modę na sukces" wraz ze wzrostem wpływów na zagranicznych rynkach, w wypadku większości z konfliktów narażałyby już istniejące na miejscu własne interesy. Obamie pozostaje zabawa w wojnę ze względnie zamkniętymi na światową giełdę państwami. Stąd zainteresowanie Koreą Północną, Białorusią czy Libią. Ta sytuacja drażni mamuta jakim na mapie świata są USA - oto kurczące się terytoria pod ewentualne kolonie zmuszają go do komicznej walki z ostatnimi gniazdami myszy, gdzie walkę z Kim Dzong Ilem mają usprawiedliwiać tezy, jakoby zagrażał on całemu światu [5] [w odróżnieniu od USA, które pomimo posiadania arsenału nuklearnego pozwalającego jednym guziczkiem zniszczyć planetę i prowadzenia rozlicznych wojen, uchodzić mają za wiarygodne i etyczniemoralniechrześcijańskieswojskie]. Stany z coraz bardziej związanymi rękoma niedługo skazane będą na już tylko jeden rodzaj wojny: wojnę gospodarczą o globalnej skali - gdzie pozycja narodowa stopniowo słabnie na tle rosnącej siły sektora prywatnego.
Sprzedaż wojny na miejscu
Promocja atmosfery konfliktu w Stanach jest wobec ogółu sytuacji gospodarczej czymś chybionym. Choć konserwatywna euforia towarzysząca 'Wojnie z terroryzmem' nadal, chwilami świeci silnym blaskiem, wynika ona z fundamentalnie błędnie przeprowadzonej interpretacji układu sił i sytuacji. Wypada wobec tego stworzyć nową definicję tej wojny. 'Wojna z terroryzmem' - jest to populistyczna metoda na zdobywanie poparcia dla interwencji gospodarczych, użyteczna w konserwatywnym społeczeństwie Ameryki i UE. Konflikt - pozornie - kulturowy jest subtelną grą ekonomiczną, która odbywa się na zasadach neoliberalizmu i neokolonializmu. W tej sytuacji - powrót do narodowego dyskursu i separatystyczne ruchy w stronę izolacji od innych rynków, czy imigrantów są uwstecznieniem wobec procesu globalizacyjnego. Jest to uwstecznienie, które grozi skutkami o wiele poważniejszymi, i wojnami o wiele bardziej krwawymi niż te z topniejącego repertuaru interwencji opartych o zasady neoliberalne. Dla wielu anarchistów, alterglobalistów, dla radykalnej lewicy nie do przyjęcia są obie strony konfliktu Faszyzm - Liberalizm. W obecnym kształcie sił politycznych, każdy, alternatywny ruch polityczny zmuszony jest jednak do ciągłego ustosunkowywania się wobec tych dwóch ideologii. W tym miejscu warto poświęcić chwilę wydarzeniom, jakie mają miejsce w Unii Europejskiej. Dania i inne kraje chcą zaostrzyć politykę antyimigracyjną zaostrzając kontrole na granicach i de facto łamiąc reguły Schengen [6]. Te klasyczne działania motywowane strachem przed utratą swojego uprzywilejowanego rynku pracy wywodzą się z rzeczywistych przesłanek. Tu drzemie największe zagrożenie dla całego projektu Unijnego. Można spierać się nad obecną formułą Unii Europejskiej, jest ona jednak historycznie bezprecedensowym projektem, swego rodzaju odpowiedzią na obie Wojny Światowe, do których doprowadziły właśnie te same trendy izolacyjne, prowadzące w rezultacie do śmiertelnej konkurencji. Obserwujemy jak odległa wojna cywilizacyjna, wojna kultur, wojna z terroryzmem rzutuje na ruchy izolacjonistyczne najbogatszych unijnych gospodarek. Ten przerzut 'dalekiego' wroga na Wschodzie, którego ze swego rodzaju konieczności lansowały również środowiska liberalne, na wroga zza miedzy, wroga Europejczyka, wroga Rumuna [dla Francji Sarkozego] ujawnia potworne dawki agresji, jakie magazynuje w Europie 'wolna konkurencja' oparta o zasady narodowe.
Kapitalizm Wojenny
Złudzenie pokoju jakie nam narzucono, wmawiając, że z wojen na świecie zachowała się już tylko delikatna przemoc giełdowa i 'misje stabilizacyjne', przesłania kształt świata, do którego doprowadził obecny kształt kapitalizmu. Cechy tego 'wolnego' świata to: Amerykańska dyktatura korporacyjna, która nazywając siebie demokracją wywołuje wojny, gdzie zwietrzy dla siebie najmniejszy choćby interes, pierwotna nienawiść chciwych państw Europejskich, bezdomni bezrobotni, którzy zajęli miejsce nazisty w wyobrażeniach o zagrożeniu, wiara religijnych ekstremistów w boga lub reguły wolnego rynku, wojna z publicznie wrogą kulturą i cywilizacją jako stały element krajobrazu, całe społeczeństwa pozbawione pieniędzy (poza tymi do przeżycia najtańszym kosztem) - jednocześnie społeczeństwa poddające się wierze w złudzenie, iż każdemu uda się zostać przywódcą tego stada ubogich. A to tylko początek długiej listy cech współczesnego świata. Bazy wojskowe, rakiety, broń nuklearna, broń biologiczna, samoloty wojskowe, agenci specjalni, agenci superspecjalni a przecież miało nie być już z kim walczyć? Stany, podwajając, potrajając wydatki na armię w porównaniu do wydatków za czasów Zimnej Wojny... chcą nam o czymś powiedzieć? Czy sam jeden Łukaszenko i fakt, że więzi reportera Gazety Wyborczej to wystarczający powód tego wyścigu zbrojeń? Czy rozbite resztki Talibów z okupowanego Afganistanu skazują nas na życie w wiecznej klatce wojny, klatce paktu armii z Wall Street, klatce kapitalizmu?
W tej perspektywie założenia Doktryny Szoku wydają się optymistyczne, ot rozkaz, wydany raz, drugi, lub trzeci. Ale to co obserwujemy to nie doktryna, nie rozkaz. Obserwujemy najdzikszą przemoc w historii świata, podaną w najbardziej ucywilizowany i kwiecisty z możliwych sposobów. Ta sama przemoc mogłaby stanowić [7] narzędzie o wiele silniejszej propagandy niż potrajające się rokrocznie ofiary socjalizmu i komunizmu. Czy można ufać europejskiej socjaldemokracji, która ostrożnym reformizmem ucieka od globalnych problemów? Tak jak wcześniej opisałem, pole pod 'interwencje demokratyzujące' znacząco się zawęża, ale konflikt nadal będzie się opłacać. Zawsze jest wojna - zawsze jest biznes. Teoretycy neoliberalizmu, którzy jak Fukuyama przepowiadali koniec historii, upatrując nastania tego królestwa bożego na ziemi, jakim miał być ukończony kapitalizm, sami zaczynają wątpić w ten pomysł [8]. Czy to wojna kultur, cywilizacji, wojna z terroryzmem, wojna z uchodźcami, wojna z bezrobotnymi, wojna z wykluczonymi, wojna z gejami, wojna z czarnymi, wojna z komunistami - każda wojna oprócz klasowej. Jak wojna może się skończyć, jak kultura wojny może się skończyć jeśli replikuje ją mistrz konsumpcyjnych, narkotycznych transów społecznych - kapitalizm? Odpowiedź jest prosta: nie może.
Przypisy:
[1] http://www.pacificfreepress.com/news/1/7854-tunisia-the-imf-and-worldwide-poverty.html
[2] http://www.investigativeproject.org/2581/fbi-chief-muslim-brotherhood-supports-terrorism
[3] http://www.wsws.org/articles/2011/may2011/syri-m07.shtml
[4] http://gornictwo.wnp.pl/chiny-daja-miliardy-dolarow-na-wydobycie,130483_1_0_0.html
[5] http://www.rp.pl/artykul/311862.html
[6] http://wiadomosci.onet.pl/swiat/dania-zamknie-swoje-granice-unia-grozi-surowymi-sa,1,4303898,wiadomosc.html
[7]http://www.internacjonalista.pl/historia-i-wspoczesno/15-dzial-imperializm/512-william-blum-krotka-historia-interwencji-amerykaskich-od-1945-do-1999-roku.html
[8] http://www.polityka.pl/swiat/tygodnikforum/1515186,2,nie-stac-nas-na-kapitalizm.read
Zachód oszalał. Publiczna egzaltacja wywołana uśmierceniem Osamy Bin Ladena, przyzwolenie społeczeństw na kolejną z wojen na Bliskim Wschodzie, anemiczna odpowiedź klasy pracowniczej, na którą przerzucono przecież koszty kryzysu - przynosi na myśl tylko i wyłącznie szaleństwo. Te zdarzenia i reakcje na nie, gdzie jedynym logicznym następstwem jest rośnięcie w siłę skrajnie prawicowych ugrupowań, uzmysławiają nam jak dalece posunęła się tocząca Europę od dawien dawna erozja kulturalna i polityczna. Europa jest współcześnie miejscem rosnącej przemocy. Mamy przemoc zorientowaną na wroga: wobec imigrantów, wobec mniejszości etnicznych czy też przemoc stosowaną wobec związków zawodowych i protestujących. Mamy również okazję obserwować rosnącą przemoc gospodarczą stosowaną poprzez naciski europejskich i światowych instytucji finansowych. Hipokryzja, a także po raz wtóry stosowane te same (z rodzaju tych na alibi) triki rządzących w odpowiedzi na wymykającą się spod kontroli sytuację powodują, że rośnie także natężenie przemocy komediowej, absurdalnej a przez to po wielokroć straszniejszej od przemocy pozostałych rodzajów. Dla krytycznych jednostek zatopionych w tej tkance społecznej coraz bardziej oczywista i widoczna staje się jednowymiarowość modelu Zachodniego Świata. Turbokapitalizm ze swoim zestawem neoliberalnych narzędzi kształtujących rzeczywistość jest dziś dla mas czymś tak dalece normalnym, że jednocześnie dla większości zjawiskiem kompletnie nieczytelnym. Przyuczeni do życia w gospodarce wolnorynkowej ludzie nie zwykli zadawać sobie pytań dotyczących istoty mechaniki systemu w jakim się znaleźli.
Jest to sytuacja wręcz przyrodnicza, gdzie zindywidualizowany podmiot odpowiada we własnym przekonaniu tylko i wyłącznie za siebie, gdzie Ja stoi w sprzeczności do Ciebie i Innych, gdzie mimo, że jest nas w jednej celi trzech, każdy będzie twierdził, że jest sam jeden. Gdy poobserwujemy naszą kulturę z większą dozą dystansu - dotknie nas zestaw tych dziwnych, powszechnych zjawisk. Zachodni system wypracował regułę pacyfikowania oporu, którą nazwę na potrzebę opisu regułą przedstawicielstwa. Ta doskonale spisująca się reguła jest czynnikiem oddzielającym jednostkę od jego tła. Następuje swego rodzaju obietnica życia po śmierci. Różnica między chrześcijańską koncepcją życia po śmierci jako formą nagrody a obietnicą życia po śmierci we współczesnym nam kapitalizmie dotyczy relacji obietnicy z czasem. Kapitalizm zachodni w odróżnieniu od religii daje ci życie po śmierci za życia. Jesteś jednym z dziesięciu milionów ludzi, którzy wypełniają kupon Lotto, a wygrać może tylko jedna, bądź kilka osób? Nie przejmuj się, żyj chwilą złudzenia. Nie masz u siebie wystroju wnętrz jak wyższa klasa średnia? Nie przejmuj się, żyj naszym serialem i jego wspaniałą scenografią wnętrz. Ni cholery nie jesteś w stanie znaleźć pracy, a talent do śpiewania jaki wieszczyła Ci mamusia w przedszkolu nie przekroczył progu podstawówki? Nie martw się, nasi ludzie już biorą za Ciebie udział w śpiewanym-tanecznym reality show, gdzie ktoś wygrywa i zdobywa upragnione uznanie za Ciebie. Jest to unowocześniony model chrześcijańskiej wersji pacyfikowania oporu społecznego, z tą różnicą że obejmuje zasięgiem wszystkich bez względu na wyznanie, rasę, zarobki i całą resztę. Ta rzeczywistość narkotycznego, umiarkowanego dobrobytu [patrząc na mapy świata] aż prosi się by jej bronić. Nie ma bowiem spójnego systemu ideologicznego bez jasno wytyczonej strefy zakazanej, bez wskazanego wroga, na bazie którego odmienności możemy sami rysować sobie nasz wyidealizowany obraz samych siebie. System podpowie ci z kim walczyć. Walcz z socjalizmem, walcz z terroryzmem. Jednym słowem: walcz ze Wschodem.
Maghreb, Islam, Rewolucja
Tymczasem w krajach Arabskich obserwujemy ponowne narodziny dążeń do ograniczonej autonomii. Kraje wybrzeża Afryki przez wiele lat funkcjonowały tylko na zasadzie mniejszej, lub większej podległości państwom Zachodnim. Choć nie możemy być jeszcze pewni rezultatów Arabskiej Wiosny Ludów, powinniśmy dostrzec kilka ważnych czynników i możliwych do realizacji scenariuszy. Jednym z podstawowych, zauważalnych czynników jest wysoki stopień zależności - kluczowej - dla gospodarki UE i USA ceny ropy z kontrolą nad krajami wybrzeża Morza Śródziemnego. Jawnie kolonialne stosunki Stanów Zjednoczonych z Egiptem, Tunezją czy innymi krajami regionu ujawniają jak ważne są państwa Maghrebu, które ostatnio są świadkami gwałtownych wydarzeń dla długoterminowej polityki strategicznej Zachodu. Wysysanie pieniędzy z tychże krajów skutkowało i skutkuje rosnącymi, potwornymi przepaściami między poszczególnymi warstwami tych społeczeństw. Obok magistrów wyższych uczelni, bądź to na eksport, bądź na lokalne bezrobocie, oraz obok bogatych udziałowców w zyskach zachodnich korporacji, czy prawdziwie formującej się przy rosnącym sektorze usług klasie średniej istnieją obszary nędzy, czy wręcz średniowiecza [1] - i istnieją one wszędzie tam, gdzie nie istniał zintensyfikowany dostęp do przepływu kapitału na rynki zachodnie.
Taki rozwarstwiony świat jest wprost idealnym polem pod wzrost popularności dla dążeń premiujących solidarność społeczną. Dla tych krajów, możliwym scenariuszem jest dojście do władzy konserwatywnych religijnych podmiotów, takich jak organizacja Braci Muzułmańskich. Ta organizacja, przez Zachód, w dużej mierze utożsamiana z terroryzmem [2], lub podobna do niej grupa jest swego rodzaju koniecznością na drodze do rozwoju tych państw. Tak jak solidaryzm narodowy wyrastał na gruncie państw religijnych w Europie i USA, gdzie nadal chrześcijaństwo jest potężnym fundamentem spójności - tak samo etap ten musi w pewnej formie nastąpić w krajach Arabskich. Te religijne podwaliny, w państwach bogatszych zanikają, przeradzając się w ideologię liberalną [Niemcy, inne państwa UE, USA], w biedniejszych nadal silnie oddziałują, odnajdując stały grunt na bazie nawiązań do ideologii narodowej [Polska]. We wszystkich europejskich państwach jako przykładach, religijna spójność była i jest ważnym etapem, który prowadzi do powstania spójności kulturowej, z pułapu której na dobre zadomawiać mógł się w Europie kapitalizm. Zrozumiała jako działanie destrukcyjne, i dalece krzywdząca w takiej sytuacji jest odmowa dialogu z wieloma organizacjami religijnymi Wschodu przez Zachód. Zarzut liberałów odnośnie kwestii obyczajowych, jest użyteczną bronią, która godzić ma w poczucie najmniejszej choćby spójności państw Arabskich. Jest to oczywiście zarzut nie tylko komicznie idealistyczny, co wynikający zwyczajnie z niezrozumienia kluczowych procesów historycznych. Alternatywę dla tej drogi religijnej spójności, wydaje się stanowić droga poprzez ludowy socjalizm, który sądząc po ostatnich protestach w regionie i stronach konfliktu, nie osiągnął na razie wystarczającej spójności i chłonności społecznej - i co więcej, ta ewentualna forma socjalizmu, będzie przez Zachód w razie ewentualnej ekspansji tępiona z jeszcze większą zajadłością niż motyw spójności religijnej.
Rodzina Forresterów wkracza do akcji
Obserwując sytuację w Syrii, mam deja vu z sytuacji Polski w czasie przemian ustrojowych. Obecnie, w Syrii mamy antyrządową część społeczeństwa, która protestuje, mając poparcie zagraniczne do stopnia prawdopodobnej interwencji armii USA [3]. Wywalczą sobie ten sam los, co wywalczyła finalnie Solidarność Polsce - wolnorynkowy, złodziejski neoliberalizm, w wersji z zewnętrzną kontrolą. Stara droga przez szał prywatyzacyjny ma jednak w wypadku Wschodu odmienną dynamikę. W tych krajach główną stawką jest kontrola surowcowa, oraz ewentualna pozycja w regionie, umożliwiająca kontrolę surowcową gdzie indziej. Tym samym społeczeństwa krajów Maghrebu pozostają niejako obok ekonomicznej dominacji, będąc odsuwanymi od jednocześnie mającego miejsce drenażu finansowego. Ten proces był i będzie czynnikiem wywołującym rosnący gniew społeczny. Podobny proceder drenażu kapitału w Ameryce Łacińskiej doprowadził w wielu krajach do dojścia do władzy ugrupowań socjalistycznych i silnie radykalnych, które nacjonalizowały krajowe wydobycie - wypowiadając wręcz jawną gospodarczą wojnę interesowi USA. Stany kierując się starą szkołą przyzwyczaiły nas, że na takie dążenia niepodległościowe odpowiada się akcją militarną. Nie ma już jednak tak dogodnych warunków makropolitycznych pod takie działania. Wiążąc się z Chinami, grupami inwestycyjnymi, które swoim kapitałem i wpływem sięgają Waszyngtonu - wiele państw jest w stanie zapewnić sobie nietykalność [4]. Doba państw narodowych minęła wraz z ekspansją sieci interesów giełdowych. Wojna, w której w grę wchodziłoby zrównanie z ziemią spółek 'wroga', w których znaczna część kapitału pochodzić może z rynku agresora, nie jest w czyimkolwiek interesie. Stany przez lata eksportując "Modę na sukces" wraz ze wzrostem wpływów na zagranicznych rynkach, w wypadku większości z konfliktów narażałyby już istniejące na miejscu własne interesy. Obamie pozostaje zabawa w wojnę ze względnie zamkniętymi na światową giełdę państwami. Stąd zainteresowanie Koreą Północną, Białorusią czy Libią. Ta sytuacja drażni mamuta jakim na mapie świata są USA - oto kurczące się terytoria pod ewentualne kolonie zmuszają go do komicznej walki z ostatnimi gniazdami myszy, gdzie walkę z Kim Dzong Ilem mają usprawiedliwiać tezy, jakoby zagrażał on całemu światu [5] [w odróżnieniu od USA, które pomimo posiadania arsenału nuklearnego pozwalającego jednym guziczkiem zniszczyć planetę i prowadzenia rozlicznych wojen, uchodzić mają za wiarygodne i etyczniemoralniechrześcijańskieswojskie]. Stany z coraz bardziej związanymi rękoma niedługo skazane będą na już tylko jeden rodzaj wojny: wojnę gospodarczą o globalnej skali - gdzie pozycja narodowa stopniowo słabnie na tle rosnącej siły sektora prywatnego.
Sprzedaż wojny na miejscu
Promocja atmosfery konfliktu w Stanach jest wobec ogółu sytuacji gospodarczej czymś chybionym. Choć konserwatywna euforia towarzysząca 'Wojnie z terroryzmem' nadal, chwilami świeci silnym blaskiem, wynika ona z fundamentalnie błędnie przeprowadzonej interpretacji układu sił i sytuacji. Wypada wobec tego stworzyć nową definicję tej wojny. 'Wojna z terroryzmem' - jest to populistyczna metoda na zdobywanie poparcia dla interwencji gospodarczych, użyteczna w konserwatywnym społeczeństwie Ameryki i UE. Konflikt - pozornie - kulturowy jest subtelną grą ekonomiczną, która odbywa się na zasadach neoliberalizmu i neokolonializmu. W tej sytuacji - powrót do narodowego dyskursu i separatystyczne ruchy w stronę izolacji od innych rynków, czy imigrantów są uwstecznieniem wobec procesu globalizacyjnego. Jest to uwstecznienie, które grozi skutkami o wiele poważniejszymi, i wojnami o wiele bardziej krwawymi niż te z topniejącego repertuaru interwencji opartych o zasady neoliberalne. Dla wielu anarchistów, alterglobalistów, dla radykalnej lewicy nie do przyjęcia są obie strony konfliktu Faszyzm - Liberalizm. W obecnym kształcie sił politycznych, każdy, alternatywny ruch polityczny zmuszony jest jednak do ciągłego ustosunkowywania się wobec tych dwóch ideologii. W tym miejscu warto poświęcić chwilę wydarzeniom, jakie mają miejsce w Unii Europejskiej. Dania i inne kraje chcą zaostrzyć politykę antyimigracyjną zaostrzając kontrole na granicach i de facto łamiąc reguły Schengen [6]. Te klasyczne działania motywowane strachem przed utratą swojego uprzywilejowanego rynku pracy wywodzą się z rzeczywistych przesłanek. Tu drzemie największe zagrożenie dla całego projektu Unijnego. Można spierać się nad obecną formułą Unii Europejskiej, jest ona jednak historycznie bezprecedensowym projektem, swego rodzaju odpowiedzią na obie Wojny Światowe, do których doprowadziły właśnie te same trendy izolacyjne, prowadzące w rezultacie do śmiertelnej konkurencji. Obserwujemy jak odległa wojna cywilizacyjna, wojna kultur, wojna z terroryzmem rzutuje na ruchy izolacjonistyczne najbogatszych unijnych gospodarek. Ten przerzut 'dalekiego' wroga na Wschodzie, którego ze swego rodzaju konieczności lansowały również środowiska liberalne, na wroga zza miedzy, wroga Europejczyka, wroga Rumuna [dla Francji Sarkozego] ujawnia potworne dawki agresji, jakie magazynuje w Europie 'wolna konkurencja' oparta o zasady narodowe.
Kapitalizm Wojenny
Złudzenie pokoju jakie nam narzucono, wmawiając, że z wojen na świecie zachowała się już tylko delikatna przemoc giełdowa i 'misje stabilizacyjne', przesłania kształt świata, do którego doprowadził obecny kształt kapitalizmu. Cechy tego 'wolnego' świata to: Amerykańska dyktatura korporacyjna, która nazywając siebie demokracją wywołuje wojny, gdzie zwietrzy dla siebie najmniejszy choćby interes, pierwotna nienawiść chciwych państw Europejskich, bezdomni bezrobotni, którzy zajęli miejsce nazisty w wyobrażeniach o zagrożeniu, wiara religijnych ekstremistów w boga lub reguły wolnego rynku, wojna z publicznie wrogą kulturą i cywilizacją jako stały element krajobrazu, całe społeczeństwa pozbawione pieniędzy (poza tymi do przeżycia najtańszym kosztem) - jednocześnie społeczeństwa poddające się wierze w złudzenie, iż każdemu uda się zostać przywódcą tego stada ubogich. A to tylko początek długiej listy cech współczesnego świata. Bazy wojskowe, rakiety, broń nuklearna, broń biologiczna, samoloty wojskowe, agenci specjalni, agenci superspecjalni a przecież miało nie być już z kim walczyć? Stany, podwajając, potrajając wydatki na armię w porównaniu do wydatków za czasów Zimnej Wojny... chcą nam o czymś powiedzieć? Czy sam jeden Łukaszenko i fakt, że więzi reportera Gazety Wyborczej to wystarczający powód tego wyścigu zbrojeń? Czy rozbite resztki Talibów z okupowanego Afganistanu skazują nas na życie w wiecznej klatce wojny, klatce paktu armii z Wall Street, klatce kapitalizmu?
W tej perspektywie założenia Doktryny Szoku wydają się optymistyczne, ot rozkaz, wydany raz, drugi, lub trzeci. Ale to co obserwujemy to nie doktryna, nie rozkaz. Obserwujemy najdzikszą przemoc w historii świata, podaną w najbardziej ucywilizowany i kwiecisty z możliwych sposobów. Ta sama przemoc mogłaby stanowić [7] narzędzie o wiele silniejszej propagandy niż potrajające się rokrocznie ofiary socjalizmu i komunizmu. Czy można ufać europejskiej socjaldemokracji, która ostrożnym reformizmem ucieka od globalnych problemów? Tak jak wcześniej opisałem, pole pod 'interwencje demokratyzujące' znacząco się zawęża, ale konflikt nadal będzie się opłacać. Zawsze jest wojna - zawsze jest biznes. Teoretycy neoliberalizmu, którzy jak Fukuyama przepowiadali koniec historii, upatrując nastania tego królestwa bożego na ziemi, jakim miał być ukończony kapitalizm, sami zaczynają wątpić w ten pomysł [8]. Czy to wojna kultur, cywilizacji, wojna z terroryzmem, wojna z uchodźcami, wojna z bezrobotnymi, wojna z wykluczonymi, wojna z gejami, wojna z czarnymi, wojna z komunistami - każda wojna oprócz klasowej. Jak wojna może się skończyć, jak kultura wojny może się skończyć jeśli replikuje ją mistrz konsumpcyjnych, narkotycznych transów społecznych - kapitalizm? Odpowiedź jest prosta: nie może.
Przypisy:
[1] http://www.pacificfreepress.com/news/1/7854-tunisia-the-imf-and-worldwide-poverty.html
[2] http://www.investigativeproject.org/2581/fbi-chief-muslim-brotherhood-supports-terrorism
[3] http://www.wsws.org/articles/2011/may2011/syri-m07.shtml
[4] http://gornictwo.wnp.pl/chiny-daja-miliardy-dolarow-na-wydobycie,130483_1_0_0.html
[5] http://www.rp.pl/artykul/311862.html
[6] http://wiadomosci.onet.pl/swiat/dania-zamknie-swoje-granice-unia-grozi-surowymi-sa,1,4303898,wiadomosc.html
[7]http://www.internacjonalista.pl/historia-i-wspoczesno/15-dzial-imperializm/512-william-blum-krotka-historia-interwencji-amerykaskich-od-1945-do-1999-roku.html
[8] http://www.polityka.pl/swiat/tygodnikforum/1515186,2,nie-stac-nas-na-kapitalizm.read
wtorek, 3 maja 2011
Obama nie żyje
Śmierć Osamy bin Ladena przyćmiła nawet tak doniosłe wydarzenie jak beatyfikacja Jana Pawła II. Od triumfującego Obamy, który egzekucję wygodnie oglądał niczym reality show z własnego fotela[1], po Radosława Sikorskiego, który stwierdził "że dziś smutni są tylko źli ludzie"[2], wszyscy hucznie świętowali śmierć bin Ladena. Przynajmniej na czas pisania tego artykułu będę wobec tego bardzo złym człowiekiem, albowiem smuci i jednocześnie budzi mój głęboki niepokój mitomania i fałsz jaki płynie strumieniem od rządzących na całym świecie. Pozostawiając obok dyskusję na temat prawdziwości tego 'dokonania' opiszmy sobie najpierw samą sytuację. Ukrywający się co najmniej od 10 lat po wioskach pakistańskich były, amerykański (nie)tajny współpracownik zostaje wytropiony przy użyciu satelitarnego namierzania, oddziałów specjalnych i najnowocześniejszej technologii, najbogatszej armii świata, następnie rozstrzelany wraz z anonimowymi osobami i najpewniej również anonimową kobietą[3], która przy nim była, następnie na wielki finał jego zwłoki wyrzucono do Afgańskiego Morza [to jednak okazało się niemożliwe - w Afganistanie dostępu do morza nie ma - uzupełniono więc informacje o Morze Arabskie]. Jeżeli to ma być "Triumf Demokracji", jak wielu komentujących opisało to dokonanie, to wypada życzyć nam wszystkim, byśmy z tą demokracją mieli jak najmniej do czynienia. Obama, laureat pokojowej nagrody, który reklamował się jako odejście od Bushowskiej polityki walki z terroryzmem, najpierw zrezygnował nawet z obiecywanego zamknięcia Guantanamo, by kolejno rozpocząć wojnę w Libii zgodnie z tradycyjnie imperialną linią polityki G. Busha i na finał słowami, którymi równie mógłby przemawiać jego poprzednik komentować bezlitosną likwidację byłego współpracownika. Rozentuzjazmowany tłum jaki wyszedł pod Biały Dom fetować śmierć Osamy zdemaskował jednocześnie nastroje liczącej się części tkanki społecznej USA. Ten wydawałoby się, bogaty i ciemiężący jedynie kraj, żył i żyje wciąż w atmosferze stanu wojennego, chcąc uchodzić za oblężoną twierdzę, która rozpaczliwie broni się przed zagładą, niosącymi demokrację wojnami na Bliskim Wschodzie. Pozycja ofiary, jest jednocześnie doskonałą bazą do poszukiwania wroga. Tym wrogiem USA są nadal terroryści, pakowani w jeden zestaw McDonalds z dzikością i irracjonalnością jaką reprezentuje wschód i co za tym idzie kraje arabskie. Nacjonalizm jaki pociąga za sobą ideologia neoliberalnej dominacji i imperialnej doktryny w USA staje się jaskrawo widoczny.
Bez sądu, bez szans na obronę, 'czyściuteńka' likwidacja. Terroryzm państwowy, jaki stosuje Ameryka jest nieproporcjonalny do działań terroryzmu wschodniego, wyhodowanego za fundusze samych Stanów. Szacowany milion ofiar Wojny Irackiej, który Wikipedia nazywa Stabilizacją Iraku[4] wcale nie jest bowiem, jak głosiła i nadal głosi Bushowsko-Ameryakńska propaganda zadośćuczynieniem za 11 Września, lecz starą, dobrą, wojskową operacją poszerzania wpływów gospodarczych. Nie można też inaczej interpretować wojny w Libii, którą właśnie toczy NATO, uśmiercając wnuczęta Kaddafiego[5]. Ze swobodą łamane jest prawo międzynarodowe, a tropienie i zdalne wysadzanie ludzi [wysadzanie się samemu w samobójczym ataku, to zło, i co innego] jest stosowaną przez państwo Obamy normą. "No-fly zone" jak nazwano rezolucję Narodów Zjednoczonych pozwala NATO korzystać ze "wszystkich niezbędnych środków" by chronić cywilów przed rzekomymi atakami rządu Kaddafiego. W granicach tego może mieścić się wszystko, od zabicia dyktatora z rodziną do drugiego pokolenia, po zrzucanie bomb kasetowych, napalmu czy użycie broni atomowej jeżeli dyktator nadal nie będzie się poddawał. Nie chodzi o pokój, nie chodzi o wartości (nieobecnego tu od dawna ducha humanizmu), jedyne co liczy się dla Obamy to wpływy w regionie, a osiągnąć je z pomocą swego aparatu propagandowego USA jest w stanie nawet pod przykrywką ratowania Troskliwych Misiów, które Kaddafi mógłby molestować niczym Fritzl w swojej piwnicy. Zjawisko wyhodowanego terroryzmu, którym obecnie przeforsowuje się najbardziej ordynarne i krwawe decyzje, które w większości dotykają niewinnej ludności biedniejszych krajów jest czymś co wrosło w kulturę USA i Europy. Za tym obrazem wroga: terrorysty kryje się zakamuflowany religijny fundamentalizm i szowinizm. Ten fundamentalizm i szowinizm narodowy kryje się po obu stronach barykady, nie mają jednak one tego samego arsenału środków i nie są równorzędnymi konkurentami, czy to gospodarczymi, czy militarnymi. Oba te narzędzia kontroli społecznej, są jednak wtórne i tworzą fikcyjną przestrzeń opozycji kulturowej. Obama, i imperialna doktryna żeruje jednak na tych naturalnych dla większości lękach i dalej pod publiczkę bez procesu zarzyna starców, anonimowych ludzi i może jeszcze kozy grasujące po Afgańskich wzgórzach - jednocześnie stawiając na swoim w globalnym układzie sił ekonomicznych na świecie. Tym samym jest oczywiste, że "wojna z terroryzmem" USA, nie skończy się nigdy. Kiedyś [a dla części nadal] tym wrogiem mógł być, bardziej elegancki i lepiej przemawiający do mas komunizm radziecki, teraz wraz z postmodernizmem, pojawił się bardziej lipny, ale nadal chwytliwy motyw terrorysty.
To nie Osama bin Laden został zabity. Nie miał on już wpływu na decyzje rządu USA od bardzo dawna. W Europie to kryzys był i nadal jest najistotniejszy, a Osama od dłuższego czasu tkwił tylko w formie -jakże trafnego - żartu w "Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną" Doroty Masłowskiej. Reanimowany trup, zabitego na nowo wroga ożywił tylko skrajnie nacjonalistyczne, bezrefleksyjne, ślepo prorządowe i ultrakonserwatywne bloki. Osama nie żył już od bardzo dawna. Kto inny teraz dokonał swojego żywota, tą osobą jest prezydent USA, Barack Obama. Dawna nadzieja na 'zmianę', człowiek, który miał zmienić obliczę USA, jest teraz urozmaiceniem [bo trzeba jednak przyznać, że od Busha różni go kolor skóry] w prowadzonej w ten sam sposób polityce zagranicznej co za poprzednika. Obamie nie wyszło, aż stał się tym, z którym przysięgał walczyć. Wszedł w tą samą linię interesów i powiązań, w którą wejdzie najpewniej każdy, kto w obecnym układzie, w którym dominują siły prowojenne wygra wybory do Białego Domu. Mieliśmy wszyscy deja vu, obserwując jak rozpromieniony, triumfujący Obama melduje o śmierci Osamy, z dozą dramatyzmu, która pasowałaby do obwieszczania śmierci Adolfa Hitlera, lub samego diabła. Poziom prezentowanej nam wizji 'demokracji zachodniej' oraz jej 'dokonań', staje się coraz większym obciachem. Hussein, Osama, Kaddafi... Zawsze znajdzie się ktoś, na miejsce 'tego złego'. Należy jednak zwrócić uwagę prawnikom Obamy, by w kontraktach dla przyszłych współpracowników-dyktatorów i terrorystów, umieszczali dopisek o możliwości zmiany w umowie, lub jej spontanicznego, bolesnego bardziej niż rak którym ostrzega się na opakowaniach papierosów wygaśnięcia.
Przypisy:
[1] http://fakty.interia.pl/raport/bin-laden-nie-zyje/news/obama-na-zywo-ogladal-atak-na-bin-ladena,1632535
[2] http://lewica.pl/?id=24340
[3] http://wiadomosci.onet.pl/swiat/bin-laden-uzyl-kobiety-jako-zywej-tarczy-tchorzliw,1,4260331,wiadomosc.html
[4] http://pl.wikipedia.org/wiki/Stabilizacja_Iraku
[5] http://www.wsws.org/articles/2011/may2011/liby-m03.shtml
Bez sądu, bez szans na obronę, 'czyściuteńka' likwidacja. Terroryzm państwowy, jaki stosuje Ameryka jest nieproporcjonalny do działań terroryzmu wschodniego, wyhodowanego za fundusze samych Stanów. Szacowany milion ofiar Wojny Irackiej, który Wikipedia nazywa Stabilizacją Iraku[4] wcale nie jest bowiem, jak głosiła i nadal głosi Bushowsko-Ameryakńska propaganda zadośćuczynieniem za 11 Września, lecz starą, dobrą, wojskową operacją poszerzania wpływów gospodarczych. Nie można też inaczej interpretować wojny w Libii, którą właśnie toczy NATO, uśmiercając wnuczęta Kaddafiego[5]. Ze swobodą łamane jest prawo międzynarodowe, a tropienie i zdalne wysadzanie ludzi [wysadzanie się samemu w samobójczym ataku, to zło, i co innego] jest stosowaną przez państwo Obamy normą. "No-fly zone" jak nazwano rezolucję Narodów Zjednoczonych pozwala NATO korzystać ze "wszystkich niezbędnych środków" by chronić cywilów przed rzekomymi atakami rządu Kaddafiego. W granicach tego może mieścić się wszystko, od zabicia dyktatora z rodziną do drugiego pokolenia, po zrzucanie bomb kasetowych, napalmu czy użycie broni atomowej jeżeli dyktator nadal nie będzie się poddawał. Nie chodzi o pokój, nie chodzi o wartości (nieobecnego tu od dawna ducha humanizmu), jedyne co liczy się dla Obamy to wpływy w regionie, a osiągnąć je z pomocą swego aparatu propagandowego USA jest w stanie nawet pod przykrywką ratowania Troskliwych Misiów, które Kaddafi mógłby molestować niczym Fritzl w swojej piwnicy. Zjawisko wyhodowanego terroryzmu, którym obecnie przeforsowuje się najbardziej ordynarne i krwawe decyzje, które w większości dotykają niewinnej ludności biedniejszych krajów jest czymś co wrosło w kulturę USA i Europy. Za tym obrazem wroga: terrorysty kryje się zakamuflowany religijny fundamentalizm i szowinizm. Ten fundamentalizm i szowinizm narodowy kryje się po obu stronach barykady, nie mają jednak one tego samego arsenału środków i nie są równorzędnymi konkurentami, czy to gospodarczymi, czy militarnymi. Oba te narzędzia kontroli społecznej, są jednak wtórne i tworzą fikcyjną przestrzeń opozycji kulturowej. Obama, i imperialna doktryna żeruje jednak na tych naturalnych dla większości lękach i dalej pod publiczkę bez procesu zarzyna starców, anonimowych ludzi i może jeszcze kozy grasujące po Afgańskich wzgórzach - jednocześnie stawiając na swoim w globalnym układzie sił ekonomicznych na świecie. Tym samym jest oczywiste, że "wojna z terroryzmem" USA, nie skończy się nigdy. Kiedyś [a dla części nadal] tym wrogiem mógł być, bardziej elegancki i lepiej przemawiający do mas komunizm radziecki, teraz wraz z postmodernizmem, pojawił się bardziej lipny, ale nadal chwytliwy motyw terrorysty.
To nie Osama bin Laden został zabity. Nie miał on już wpływu na decyzje rządu USA od bardzo dawna. W Europie to kryzys był i nadal jest najistotniejszy, a Osama od dłuższego czasu tkwił tylko w formie -jakże trafnego - żartu w "Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną" Doroty Masłowskiej. Reanimowany trup, zabitego na nowo wroga ożywił tylko skrajnie nacjonalistyczne, bezrefleksyjne, ślepo prorządowe i ultrakonserwatywne bloki. Osama nie żył już od bardzo dawna. Kto inny teraz dokonał swojego żywota, tą osobą jest prezydent USA, Barack Obama. Dawna nadzieja na 'zmianę', człowiek, który miał zmienić obliczę USA, jest teraz urozmaiceniem [bo trzeba jednak przyznać, że od Busha różni go kolor skóry] w prowadzonej w ten sam sposób polityce zagranicznej co za poprzednika. Obamie nie wyszło, aż stał się tym, z którym przysięgał walczyć. Wszedł w tą samą linię interesów i powiązań, w którą wejdzie najpewniej każdy, kto w obecnym układzie, w którym dominują siły prowojenne wygra wybory do Białego Domu. Mieliśmy wszyscy deja vu, obserwując jak rozpromieniony, triumfujący Obama melduje o śmierci Osamy, z dozą dramatyzmu, która pasowałaby do obwieszczania śmierci Adolfa Hitlera, lub samego diabła. Poziom prezentowanej nam wizji 'demokracji zachodniej' oraz jej 'dokonań', staje się coraz większym obciachem. Hussein, Osama, Kaddafi... Zawsze znajdzie się ktoś, na miejsce 'tego złego'. Należy jednak zwrócić uwagę prawnikom Obamy, by w kontraktach dla przyszłych współpracowników-dyktatorów i terrorystów, umieszczali dopisek o możliwości zmiany w umowie, lub jej spontanicznego, bolesnego bardziej niż rak którym ostrzega się na opakowaniach papierosów wygaśnięcia.
Przypisy:
[1] http://fakty.interia.pl/raport/bin-laden-nie-zyje/news/obama-na-zywo-ogladal-atak-na-bin-ladena,1632535
[2] http://lewica.pl/?id=24340
[3] http://wiadomosci.onet.pl/swiat/bin-laden-uzyl-kobiety-jako-zywej-tarczy-tchorzliw,1,4260331,wiadomosc.html
[4] http://pl.wikipedia.org/wiki/Stabilizacja_Iraku
[5] http://www.wsws.org/articles/2011/may2011/liby-m03.shtml
środa, 30 marca 2011
Sprzedany sprzeciw
Wydarzenia w Libii i stosunek do nich naszych rodzimych mediów, polityków oraz środowisk uważających się za awangardę demaskują mechanizm i proces zniewolenia jaki ciąży na Polsce. Kiedy obserwujemy mainstreamowe media i ich druzgocącą przewagę w potocznym dyskursie nie jesteśmy świadomi (nawet będąc we własnym mniemaniu w opozycji do nich) jak olbrzymi wpływ mają one na kształtowanie nie tylko informacji, choćby przez samą ich selekcję, ale drugoplanowo na poczucie tożsamości i hegemonię kulturową. Świat opisywany przez pryzmat kapitalistycznych wartości zachodnich zaczyna stawać się wpierw punktem odniesienia a później bazą wypadową dla ewentualnych nonkonformistycznych zrywów. Kiedy otrzymujemy sformułowany obraz terrorysty, to nie on odgrywa kluczową rolę, lecz tło, które stanowi punkt wyjścia dla kontrastu, który to dla widza ma się stać znakiem rozpoznawczym własnej tożsamości. W taki kontrastujący sposób generuje się obraz świata, w którym pytania i strach kierowany jest zawsze na zewnątrz, a rodzima przestrzeń będzie ostatnią, która poddana zostanie w wątpliwość. Kiedy zatem dyskutuje się nad formą interwencji militarnej na terenach Bliskiego Wschodu, wszyscy tkwimy w debacie nad formą interwencjonizmu, przeskakując i omijając w całości debatę nad modelem świata, jaki jesteśmy w stanie zaoferować wywierając dowolne formy nacisku. W ten sposób powstaje bardzo jednorodna i monolityczna koncepcja spójności społecznej i kulturowej. Niezależnie czy to lewica, czy prawica staje się najemnikiem różniącym się w drobiazgach, prowadząc w istocie tą samą politykę kulturowej i społecznej jednorodności, stosowaną środkami militarnymi na zewnątrz, zaś propagandowymi do wewnątrz.
Przy dłuższym zastanowieniu się dotrze do nas cała potworność tej wizji, porównywalna do perspektywy dzikiego zachodu i nowo przybyłych osadników: spośród których (mimo, że wewnętrznie mogą występować rozumiane jako fundamentalne różnice) wszyscy trudnią się wprowadzaniem i okupacją tego samego modelu rzeczywistości. Ta jednorodność jest nie tylko procesem widocznym i kontrastującym do zewnątrz. Równie dobrze funkcjonuje jako stały model znaków i pojęć, który momentalnie spaja i polaryzuje społeczeństwo wobec wroga. O ile ten proces zadawania w ten sposób przemocy do zewnątrz jest czymś mgliście obecnym, to ten sam mechanizm stosowany do wewnątrz umyka i staje się na tyle przestrzenią symboliczną, że poprzez osmozę przekształca się w formę fundamentalizmu wewnętrznego, przy jednoczesnym powstawaniu obszarów tabu. Takim znaczącym, bardzo silnie obecnym w naszej kulturze przykładem dla tego typu fanatyzmu są dwa przeciwstawne a bardzo silnie zagnieżdżone pojęcia, które zawierają w sobie niszczycielską moc. Ta przestrzeń poprawności/wykluczenia zaczyna się od pojęcia demokracji (każdy może poczuć się bezpiecznie, każdy jest wolny) a kończy na pojęciu dyktatury (widzimy Stalina, Saddama i społeczeństwa które są przeciwko, ale do głowy mają przystawiony pistolet). Widzimy jak za nas prowadzona jest narracja, jak w tej prostej osi zamieszkują wszystkie środki przemocy, jakie będą uprawomocnione w walce ze wskazanym wrogiem: dyktaturą. Sama dyktatura staje się tak symbolicznym i żywym w masowej wyobraźni obrazem, że z urzędu ten, kto zechce wtrącić choćby uwagę, staje się przynajmniej poplecznikiem Adolfa Hitlera. W zasadzie każdemu, uważającemu się za krytyka kapitalizmu przyjść powinno do głowy pytanie: jak w ogóle demokracja może zaistnieć w warunkach, gdy z racji przepaści w statusie społecznym dostęp do kształtowania jej mają nieliczni. A jednak mało kto zajmuje takie stanowisko a korzeni tej zgody na obecny kształt rzeczy można szukać w samym języku - to on wypiera pojęcia jak kapitalizm, socjalizm czy rewolucja z kręgu realne-rzeczywiste do kręgu historii minionej-przeklętej.
Co wobec tego uczynić, by uniknąć tego spontanicznego werbunku do propagowania praktyk w istocie sprzyjających międzynarodowej elicie finansjery i imperializmowi? Przede wszystkim omijać leżący na półkach niczym towar "Bunt Kontrolowany". Ten rodzaj buntu, jeśli go kupisz może okazać się indywidualnie opłacalny. Możliwe nawet, że pokażą cię w TVN 24, kto wie czy nie polecisz na grant ministerialny, lub czy nie dostaniesz rządowej dotacji, stypendium Fulbrighta albo nie załapiesz się na wycieczkę do wydzielonej strefy dla turystów gdzieś w ewangelizowanym neoliberalizmem kraju na świecie. Jeśli nie o to ci chodziło, to tym pierwszym alarmem powinna stać się sama przychylność twojego dotychczasowego oponenta, propagującego przecież nie tą koncepcję społeczną, której byłeś wierny protestując. Nie jest łatwo żyć we współczesnym świecie, z badań Instytutu Pracy i Polityki Socjalnej wynika, że w ciągu czterech lat liczba bezrobotnych absolwentów może przekroczyć 3 miliony, więc pokusa staje się wyjątkowo silna. Proces przekupstwa, jaki stosuje aparat systemowy i tym samym oswajania buntowników, jest formą najsprytniejszej-zintegrowanej samoobrony. Ten sam proces funkcjonuje w partiach politycznych, gdzie neoliberalna doktryna wędruje po wszystkim, co tylko uzyska poparcie społeczne, przebierając się w ciuchy zgodne z panującą modą. Jednocześnie aparat oceny i wartościowania zostaje wyrwany społeczeństwu z rąk i to, co rzeczywiście naruszyłoby konstrukcję obecnego mechanizmu znajduje się poza nawiasem jakiejkolwiek trwającej dyskusji. Uświęcona misja cywilizacyjna Zachodu i fundamentalne prawo do nierówności (bogactwa dla bogatych, biedy dla biednych) - czym charakteryzuje się obecny stan rzeczy - to zagadnienia, które jeśli poruszysz - szybko obrócisz w żart, zamiast tego wskazując na broń masowego rażenia jednego dyktatora lub ofiary cywilne drugiego jako najgroźniejszego przeciwnika i oś globalnych podziałów. Być może ci zapłacą, z pewnością znajdziesz wielu naśladowców, z którymi przyjdzie ci konkurować. Doktryna pozostanie syta, niewielkim kosztem, ugaszonym wewnętrznym sprzeciwem oraz z kolejnymi baryłkami ropy na taśmociągu, ready for action.
Przy dłuższym zastanowieniu się dotrze do nas cała potworność tej wizji, porównywalna do perspektywy dzikiego zachodu i nowo przybyłych osadników: spośród których (mimo, że wewnętrznie mogą występować rozumiane jako fundamentalne różnice) wszyscy trudnią się wprowadzaniem i okupacją tego samego modelu rzeczywistości. Ta jednorodność jest nie tylko procesem widocznym i kontrastującym do zewnątrz. Równie dobrze funkcjonuje jako stały model znaków i pojęć, który momentalnie spaja i polaryzuje społeczeństwo wobec wroga. O ile ten proces zadawania w ten sposób przemocy do zewnątrz jest czymś mgliście obecnym, to ten sam mechanizm stosowany do wewnątrz umyka i staje się na tyle przestrzenią symboliczną, że poprzez osmozę przekształca się w formę fundamentalizmu wewnętrznego, przy jednoczesnym powstawaniu obszarów tabu. Takim znaczącym, bardzo silnie obecnym w naszej kulturze przykładem dla tego typu fanatyzmu są dwa przeciwstawne a bardzo silnie zagnieżdżone pojęcia, które zawierają w sobie niszczycielską moc. Ta przestrzeń poprawności/wykluczenia zaczyna się od pojęcia demokracji (każdy może poczuć się bezpiecznie, każdy jest wolny) a kończy na pojęciu dyktatury (widzimy Stalina, Saddama i społeczeństwa które są przeciwko, ale do głowy mają przystawiony pistolet). Widzimy jak za nas prowadzona jest narracja, jak w tej prostej osi zamieszkują wszystkie środki przemocy, jakie będą uprawomocnione w walce ze wskazanym wrogiem: dyktaturą. Sama dyktatura staje się tak symbolicznym i żywym w masowej wyobraźni obrazem, że z urzędu ten, kto zechce wtrącić choćby uwagę, staje się przynajmniej poplecznikiem Adolfa Hitlera. W zasadzie każdemu, uważającemu się za krytyka kapitalizmu przyjść powinno do głowy pytanie: jak w ogóle demokracja może zaistnieć w warunkach, gdy z racji przepaści w statusie społecznym dostęp do kształtowania jej mają nieliczni. A jednak mało kto zajmuje takie stanowisko a korzeni tej zgody na obecny kształt rzeczy można szukać w samym języku - to on wypiera pojęcia jak kapitalizm, socjalizm czy rewolucja z kręgu realne-rzeczywiste do kręgu historii minionej-przeklętej.
Co wobec tego uczynić, by uniknąć tego spontanicznego werbunku do propagowania praktyk w istocie sprzyjających międzynarodowej elicie finansjery i imperializmowi? Przede wszystkim omijać leżący na półkach niczym towar "Bunt Kontrolowany". Ten rodzaj buntu, jeśli go kupisz może okazać się indywidualnie opłacalny. Możliwe nawet, że pokażą cię w TVN 24, kto wie czy nie polecisz na grant ministerialny, lub czy nie dostaniesz rządowej dotacji, stypendium Fulbrighta albo nie załapiesz się na wycieczkę do wydzielonej strefy dla turystów gdzieś w ewangelizowanym neoliberalizmem kraju na świecie. Jeśli nie o to ci chodziło, to tym pierwszym alarmem powinna stać się sama przychylność twojego dotychczasowego oponenta, propagującego przecież nie tą koncepcję społeczną, której byłeś wierny protestując. Nie jest łatwo żyć we współczesnym świecie, z badań Instytutu Pracy i Polityki Socjalnej wynika, że w ciągu czterech lat liczba bezrobotnych absolwentów może przekroczyć 3 miliony, więc pokusa staje się wyjątkowo silna. Proces przekupstwa, jaki stosuje aparat systemowy i tym samym oswajania buntowników, jest formą najsprytniejszej-zintegrowanej samoobrony. Ten sam proces funkcjonuje w partiach politycznych, gdzie neoliberalna doktryna wędruje po wszystkim, co tylko uzyska poparcie społeczne, przebierając się w ciuchy zgodne z panującą modą. Jednocześnie aparat oceny i wartościowania zostaje wyrwany społeczeństwu z rąk i to, co rzeczywiście naruszyłoby konstrukcję obecnego mechanizmu znajduje się poza nawiasem jakiejkolwiek trwającej dyskusji. Uświęcona misja cywilizacyjna Zachodu i fundamentalne prawo do nierówności (bogactwa dla bogatych, biedy dla biednych) - czym charakteryzuje się obecny stan rzeczy - to zagadnienia, które jeśli poruszysz - szybko obrócisz w żart, zamiast tego wskazując na broń masowego rażenia jednego dyktatora lub ofiary cywilne drugiego jako najgroźniejszego przeciwnika i oś globalnych podziałów. Być może ci zapłacą, z pewnością znajdziesz wielu naśladowców, z którymi przyjdzie ci konkurować. Doktryna pozostanie syta, niewielkim kosztem, ugaszonym wewnętrznym sprzeciwem oraz z kolejnymi baryłkami ropy na taśmociągu, ready for action.
wtorek, 1 marca 2011
Parę słów o Libii
Ambasador USA przemawia o losie Libii niczym Pani Życia i Śmierci. To zadziwiające jak szybko zachodni świat zwęszył szansę w zrobieniu z Libii drugiego Iraku. Ropa jest furtką do pięknych słów, monologów o demokracji i powstania nowej zachodniej mitomanii. Niestety, za drugim, trzecim podejściem a zwłaszcza po wydarzeniach w Iraku, mało kto nabiera się już na stare zagrywki USA. W tej chwili cudownym przypadkiem rząd USA przypomniał sobie o zamachu na samolot
PanAm w Szkocji - fabrykowanie dowodów i wyrok śmierci z kapelusza to początek możliwości USA w manipulacji opinią publiczną na świecie. W tym momencie na bok można już odłożyć bajki o lewicowości czy zmianie jaką miałaby wprowadzić obecność Obamy w białym domu. Cóż, jeśli jest jakaś zmiana, to na pewno nie dotyczy Guantanamo - za to 'pseudosocjalizm' prezydenta USA nie tylko nie zapewnia mu dużego wzrostu poparcia wykluczonych w Ameryce bo dotąd niewiele w kwestiach społecznych uległo zmianie, ale przede wszystkim konsoliduje zamożniejszych i środowiska konserwatywno prawicowe w sprzeciwie i prowadzi do faszyzacji sceny politycznej - Obama jest w swojej pułapce, do której trafił gdyż nikomu nie zechciał się ostatecznie narazić. Ani korporacjom i sektorowi finansowemu, który wydoił go z okazji kryzysu ani biznesowi i przemysłowi medycznemu mającemu w łapach służbę zdrowia i inne sektory w, których teoretycznie socjalista miałby wiele do zrobienia i wiele do działania z pomocą drastycznych - jak na realia USA - środków.
Rewolucja na bliskim wschodzie niestety nie zainspirowała USA do interwencji na korzyść rewolucji w Egipcie czy Tunezji. Głupio byłoby bowiem walczyć z własnymi reżimami, gdzie gospodarka i sytuacja jest 'under control'. Co innego Libia, z perspektywy USA jest to koszmarnie niewygodny kraj. Nie dlatego, że Kaddafi jest 'dyktatorem' lecz z uwagi na charakter i poziom życia w Libii, znacząco odmienny od krajów sąsiadujących. Libia jest krajem najlepiej prosperującym w swoim regionie. Wskaźniki jak PKP per capita przemawiają na korzyść Libii i to znacznie w porównaniu z Egiptem czy Tunezją, Libia jest prawdziwą żyłą złota i to nie z uwagi na ograniczone wykorzystanie turystycznych walorów czy strategiczną pozycję dla kontroli regionu. Libia to kraj o największych potwierdzonych rezerwach ropy w Afryce i pod tym samym względem plasuje się na dziewiątym miejscu na świecie. To kąsek o wiele bardziej atrakcyjny niż Irak. Również będąca w dużej mierze ludową dystrybucja dóbr w Libii i jej lepsza sytuacja w porównaniu do sąsiadujących krajów jeżeli zostałaby rozbita, a koncepcja suwerenności ośmieszona - wówczas działałoby to na korzyść propagowanego przez USA modelu imperialnego poddaństwa i wyzysku. Bądźmy pewni, że w Libii zaraz cudownie zacznie ukrywać się Osama Ben Laden, rozmnoży się Al Kaida, Kaddafi zostanie potwierdzony jako główny prowodyr zamachu lotniczego, wyjdzie na jaw, że nie 15, lecz 50 000 ofiar jego rządów zza grobu domaga się egzekwowanej przez marines sprawiedliwości - i język ten przejmą także lewicowe ugrupowania dla, których zupełnie nieistotna jest sytuacja gospodarcza jak na możliwości danego kraju dla, których wolność dla obcego kapitału stanowi istotę 'demokracji' i dla, których każdy kraj niebędący USA lub kapitalistycznym el dorado jest uprawomocniony do bycia zrównanym z ziemią z uwagi na terroryzm.
USA uda się z łatwością wciągnąć zachód w takie rozumowanie, machina propagandowa już się ruszyła, tak jak płyną w stronę Libii statki wojskowe. Ludzie wierzący, w bajeczkę iż lotniskowce płyną do wybrzeży Libii szerzyć Ateńską koncepcję demokracji mam nadzieję, już nie istnieją - dodatkowo taki konflikt byłby jednak doskonałą okazją do rozładowania napięcia i nacjonalizmu oraz rasizmu kulturowego jaki wdziera się podskórnie do pierwszego świata. Przez ostatnie lata, po tym jak pomnik Saddama w Bagdadzie był obalany w asyście opłaconych przez wojsko USA wiwatujących gapiów, i po tym jak sam Saddam zawisnął a Irak został kolonią nieszczęścia i tym samym przestał być użytecznym narzędziem do funkcjonowania propagandowego nowa oś zła z pewnością przydałaby się Obamie. Neoliberalizm i neokolonializm przeżywał będzie ostateczną próbę. Czy ta droga zagości na dłużej w krajobrazie świata, czy zafunkcjonuje pomimo kryzysu gospodarczego i czy za ochłapy z nowej wojny klasa pracująca zachodu przystanie na narzucane światu imperialne środki działania pokażą najbliższe tygodnie. Być może wojna z Kadafim przypieczętuje tą szkołę postępowania a może okaże się porażką - zwłaszcza, że zdestabilizowany Bliski Wschód i kraje, gdzie palono flagi USA i Izraela, mogą okazać się bardziej solidarne z Libią niż z nieprzekonującymi do sympatii lotniskowcami USA. W tym starciu ciężko odszukać racjonalne, wyważone stanowiska. W żadnym miejscu dyskusja nie odbywa się z pułapu troski o dobrobyt, niepodległość i samostanowienie Libii i jej społeczeństwa.
W zeszłorocznych Oscarach zobaczyć można było odbicie nowej fali, i zamieszania na scenie filmowej - Avatar, i Hurt Locker, a także mniej oscarowe "Człowiek, który gapił się na kozy" dawały nadzieję na zmianę polityki Stanów Zjednoczonych. Jeśli uznamy to za miarodajne kryterium rozwoju sytuacji - a Hollywood jest najbardziej dochodową fabryką USA - ciężko zachować optymizm a perspektywa wojny staje się bliższa. Co pocieszające, nasila się zróżnicowanie między USA a Europą, tak jak nagrody dla "Autora Widmo" były powszechne w Europie, tak USA wykreśliło ten film tajniackim w charakterze zabiegiem, i być może teraz czas na to by Europa zaznaczyła silniej swój sprzeciw wobec kreślenia takiej właśnie wizji świata zogniskowanego wokół Imperium, inaczej może nie być na to kolejnej szansy a pozostanie tylko rozwiązanie siłowe, którego efekt może - zwracając uwagę na rozwój krajów trzeciego świata w tym chociażby Indii i wzrastającą świadomość klasową - nie być dla Europy i USA zbyt optymistyczny.
PanAm w Szkocji - fabrykowanie dowodów i wyrok śmierci z kapelusza to początek możliwości USA w manipulacji opinią publiczną na świecie. W tym momencie na bok można już odłożyć bajki o lewicowości czy zmianie jaką miałaby wprowadzić obecność Obamy w białym domu. Cóż, jeśli jest jakaś zmiana, to na pewno nie dotyczy Guantanamo - za to 'pseudosocjalizm' prezydenta USA nie tylko nie zapewnia mu dużego wzrostu poparcia wykluczonych w Ameryce bo dotąd niewiele w kwestiach społecznych uległo zmianie, ale przede wszystkim konsoliduje zamożniejszych i środowiska konserwatywno prawicowe w sprzeciwie i prowadzi do faszyzacji sceny politycznej - Obama jest w swojej pułapce, do której trafił gdyż nikomu nie zechciał się ostatecznie narazić. Ani korporacjom i sektorowi finansowemu, który wydoił go z okazji kryzysu ani biznesowi i przemysłowi medycznemu mającemu w łapach służbę zdrowia i inne sektory w, których teoretycznie socjalista miałby wiele do zrobienia i wiele do działania z pomocą drastycznych - jak na realia USA - środków.Rewolucja na bliskim wschodzie niestety nie zainspirowała USA do interwencji na korzyść rewolucji w Egipcie czy Tunezji. Głupio byłoby bowiem walczyć z własnymi reżimami, gdzie gospodarka i sytuacja jest 'under control'. Co innego Libia, z perspektywy USA jest to koszmarnie niewygodny kraj. Nie dlatego, że Kaddafi jest 'dyktatorem' lecz z uwagi na charakter i poziom życia w Libii, znacząco odmienny od krajów sąsiadujących. Libia jest krajem najlepiej prosperującym w swoim regionie. Wskaźniki jak PKP per capita przemawiają na korzyść Libii i to znacznie w porównaniu z Egiptem czy Tunezją, Libia jest prawdziwą żyłą złota i to nie z uwagi na ograniczone wykorzystanie turystycznych walorów czy strategiczną pozycję dla kontroli regionu. Libia to kraj o największych potwierdzonych rezerwach ropy w Afryce i pod tym samym względem plasuje się na dziewiątym miejscu na świecie. To kąsek o wiele bardziej atrakcyjny niż Irak. Również będąca w dużej mierze ludową dystrybucja dóbr w Libii i jej lepsza sytuacja w porównaniu do sąsiadujących krajów jeżeli zostałaby rozbita, a koncepcja suwerenności ośmieszona - wówczas działałoby to na korzyść propagowanego przez USA modelu imperialnego poddaństwa i wyzysku. Bądźmy pewni, że w Libii zaraz cudownie zacznie ukrywać się Osama Ben Laden, rozmnoży się Al Kaida, Kaddafi zostanie potwierdzony jako główny prowodyr zamachu lotniczego, wyjdzie na jaw, że nie 15, lecz 50 000 ofiar jego rządów zza grobu domaga się egzekwowanej przez marines sprawiedliwości - i język ten przejmą także lewicowe ugrupowania dla, których zupełnie nieistotna jest sytuacja gospodarcza jak na możliwości danego kraju dla, których wolność dla obcego kapitału stanowi istotę 'demokracji' i dla, których każdy kraj niebędący USA lub kapitalistycznym el dorado jest uprawomocniony do bycia zrównanym z ziemią z uwagi na terroryzm.
USA uda się z łatwością wciągnąć zachód w takie rozumowanie, machina propagandowa już się ruszyła, tak jak płyną w stronę Libii statki wojskowe. Ludzie wierzący, w bajeczkę iż lotniskowce płyną do wybrzeży Libii szerzyć Ateńską koncepcję demokracji mam nadzieję, już nie istnieją - dodatkowo taki konflikt byłby jednak doskonałą okazją do rozładowania napięcia i nacjonalizmu oraz rasizmu kulturowego jaki wdziera się podskórnie do pierwszego świata. Przez ostatnie lata, po tym jak pomnik Saddama w Bagdadzie był obalany w asyście opłaconych przez wojsko USA wiwatujących gapiów, i po tym jak sam Saddam zawisnął a Irak został kolonią nieszczęścia i tym samym przestał być użytecznym narzędziem do funkcjonowania propagandowego nowa oś zła z pewnością przydałaby się Obamie. Neoliberalizm i neokolonializm przeżywał będzie ostateczną próbę. Czy ta droga zagości na dłużej w krajobrazie świata, czy zafunkcjonuje pomimo kryzysu gospodarczego i czy za ochłapy z nowej wojny klasa pracująca zachodu przystanie na narzucane światu imperialne środki działania pokażą najbliższe tygodnie. Być może wojna z Kadafim przypieczętuje tą szkołę postępowania a może okaże się porażką - zwłaszcza, że zdestabilizowany Bliski Wschód i kraje, gdzie palono flagi USA i Izraela, mogą okazać się bardziej solidarne z Libią niż z nieprzekonującymi do sympatii lotniskowcami USA. W tym starciu ciężko odszukać racjonalne, wyważone stanowiska. W żadnym miejscu dyskusja nie odbywa się z pułapu troski o dobrobyt, niepodległość i samostanowienie Libii i jej społeczeństwa.
W zeszłorocznych Oscarach zobaczyć można było odbicie nowej fali, i zamieszania na scenie filmowej - Avatar, i Hurt Locker, a także mniej oscarowe "Człowiek, który gapił się na kozy" dawały nadzieję na zmianę polityki Stanów Zjednoczonych. Jeśli uznamy to za miarodajne kryterium rozwoju sytuacji - a Hollywood jest najbardziej dochodową fabryką USA - ciężko zachować optymizm a perspektywa wojny staje się bliższa. Co pocieszające, nasila się zróżnicowanie między USA a Europą, tak jak nagrody dla "Autora Widmo" były powszechne w Europie, tak USA wykreśliło ten film tajniackim w charakterze zabiegiem, i być może teraz czas na to by Europa zaznaczyła silniej swój sprzeciw wobec kreślenia takiej właśnie wizji świata zogniskowanego wokół Imperium, inaczej może nie być na to kolejnej szansy a pozostanie tylko rozwiązanie siłowe, którego efekt może - zwracając uwagę na rozwój krajów trzeciego świata w tym chociażby Indii i wzrastającą świadomość klasową - nie być dla Europy i USA zbyt optymistyczny.
piątek, 28 stycznia 2011
Bliski Wschód: Reaktywacja
Gdy z podziemi wyrosła przed naszymi oczyma Hillary Clinton przemawiając w telewizji na temat konieczności poszanowania praw człowieka oraz zasad demokratycznych w Egipcie ponownie dostaliśmy próbkę metod polityki Stanów Zjednoczonych wobec krajów mających być docelowo poddanymi drenażowi ekonomicznemu i kontroli militarnej. Przez ostatnie dekady i czas moich obserwacji mediów publicznych nie spotkałem się z jakąkolwiek krytyczną oceną czy krytyką rządu Egipskiego ze strony 'demokratycznych' państw UE czy USA. Dotychczasowa i wieloletnia dyktatura i łamanie praw człowieka oraz zasad demokratycznych w Egipcie [na modłę ujawnionych, mających miejsce zdarzeń na Sri Lance przez Wikileaks] była popierana przez imperialną strategię kolonializmu USA, wobec czego problem zdawał się nie istnieć - powstał z impetem w momencie gdy spadła możliwość kreowania i determinowania biegu wydarzeń w regionie. Egipt będący bazą wywiadowczą USA w regionie i przyczółkiem do pacyfikowania północnej Afryki od lat miał nienaturalnie wysokie jak na będące z założenia dyplomatyczne zatrudnienie w 'ambasadzie' amerykańskiej, miał także w pełni tolerowaną i popieraną przez USA dyktaturę - której nie wypominano wolności słowa, praw człowieka i wszystkich innych frazesów jakimi operuje Hillary Clinton - jednocześnie kontrolując ekonomicznie i okupując militarnie inne państwa. Chciałoby się powtórzyć za główną postacią "Avatara" J. Cameron'a - "Gdy ktoś siedzi na szajsie, którego chcesz, obwołujesz go wrogiem i uprawomocniasz kradzież".
W tej chwili niepewność dyplomacji USA zbieżna jest z niepewnym końcem obecnych zamieszek. "Prezydent" Hosni Mubarak stwierdził w dopiero co zakończonym orędziu, że poprosi rząd o złożenie rezygnacji - co raczej nie ugasi wściekłości ludu, wściekłości i sprzeciwu nakierowanego przede wszystkim przeciwko osobie Mubaraka, planującego utworzenie dynastii wraz z mianowaniem na swojego następcę własnego syna - ale przede wszystkim prezydenta rujnującego kraj przez lata nie podejmując kompletnie żadnych progresywnych zmian w kwestii praw socjalnych - zamiast tego utrzymującego państwo - jak na zamówienie USA - w stanie kompletnej stagnacji i zawieszenia, w stanie permanentnej oazy dla... zachodnich turystów. Rząd Polski a co za tym idzie Wiadomości skupiły się w informacjach na temat zaistniałej sytuacji w Egipcie głównie na kwestii zagrożenia dla turystyki w regionie. Pomijając wątpliwy charakter relaksu odbywanego w zamkniętych strefach przyhotelowych dla przybyszy z 'lepszego świata', mających kontakt tylko z uśmiechniętymi kelnerami i z handlarzami pamiątek [gdyż wyjście 5 metrów poza teren hotelu grozi nieprzyjemną konfrontacją z ubóstwem] należy zwrócić uwagę na bezpośrednią zbieżność perspektywy informacji krajowych z linią prowadzonej przez Stany Zjednoczone polityki wobec Egiptu. Kiedy dyktatura jest na nasze [Amerykańskie] kopyto nie mówimy o niej głośno ani słowa - tak samo podległe tej linii i kontrolowane dziennikarstwo funkcjonuje w Polsce. Gdy powstaje niebezpieczeństwo zmiany dotychczasowej sytuacji, zaczynamy atak od wytknięcia braku wolności słowa, demokracji, statui wolności, niemożliwości publikacji książek przez P. Coelho czy jeszcze innych punktów z niezbędnika człowieka 'wolnego' w świecie gdzie na miejscu kapitał zgromadzony przez 1% przewyższa środki prawie całej reszty społeczeństwa a opieka zdrowotna pomimo najwyższych na świecie wydatków nie jest w stanie pokryć całości społeczeństwa.
Egipt, Tunezja, Jordania. Te kraje i obecne wrzenie jakie ma w nich miejsc za sprawą rewolt jest zwiastunem niepewnych w wyniku zmian. Z równym prawdopodobieństwem można w tej chwili sądzić, że za obecnego dyktatora zostanie wprowadzony inny, powstanie marionetkowy "demokratyczny" a neoliberalny i skolonizowany z zewnętz rząd, lub wręcz przeciwnie powstanie Islamska Republika albo inny ustrój silący się na mozoły starań o własną niezależność i lepsze warunki dla solidarnego społeczeństwa. Ewentualne władze, które nie podporządkują się woli USA czeka trud walki o swoje w warunkach izolacjonizmu, embarga, wrogo nastawionej machiny propagandowej w 2/3 cywilizowanego świata i innych 'przyjemności' wynikających z prób wyłamania się spod kontroli dotychczasowego suzerena. Czy pobliskie kraje będą w stanie pójść śladem Egiptu, czy nastąpi realna przecież interwencja wojskowa USA w regionie, jak zachowa się Izrael [kolejny przyczółek polityki USA, tuż za wschodnią granicą Egiptu], czy UE pójdzie na ślepo w ślady stanowiska amerykańskiego, jaka grupa wyjdzie na czoło władzy jeżeli protesty nie załamią się i nie rozejdą po kościach po demonstracji sił z obu stron - odpowiedzi na te pytania da nam najbliższa przyszłość. Burzliwe, kompletnie niespodziewane i zaistniałe w tak nieodległym sąsiedztwie Unii Europejskiej wydarzenia ostatniego miesiąca dają prawdziwą próbkę wewnętrznych, nieuchronnych tarć i konfliktogenności panującego neoliberalnego i neokolonialnego w założeniach doktryny systemu. Pozostaje nam reprezentować troskę o coś więcej niż turystykę w regionie oraz spoglądać z nadzieją na przypuszczalne zmiany, które echem bardzo szybko znajdą odbicie w nastrojach i sytuacji samej Unii Europejskiej...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
