Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komentarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komentarz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 listopada 2012

Polska zamachem stoi



Do dziś zamach był specjalnością narodowej prawicy. Macierewicz zamach swój pielęgnował, brzozę podlewał, ruskich agentów wynajdywał. PiSowski zamach to mit założycielski IV RP, zbudowanej na gruzach żydokomuny z użyciem resztek z Tupolewa. Zamach stał się koncepcją tak atrakcyjną, że ktoś prędzej czy później musiał zgapić i zerżnąć tenże pomysł od PiSu. Kwestią czasu był nowy zamach, kwestią czasu są kolejne zamachy.

I oto jest.

Trzy tygodnie po faktycznym pojmaniu, nim cokolwiek wybuchło, nim ktokolwiek oberwał pojmany został BRUNON K. (kropka przy K. nie jest jednak kropką Kafkowską). Brunon K. jak każdy uczciwy piroman, bawił się ogniem już od dawna. Swe zabawy nagrywał, w Internecie się produkował. Innymi słowy - całkiem uczciwy z niego, chrześcijański na dodatek, terrorysta. Czy był nacjonalistą, czy anarchistą, czy chciał wysadzić Macierewicza, czy Tuska... o to trwa spór. I trwał będzie może jeszcze latami.

Pewną trudność jednak w tym przypadku stanowi brak zamachu. Nie można jednak od zamachu wymagać zbyt wiele. Brak zamachu powoduje co prawda niejakie kłopoty przy badaniu samego zamachu. Najpewniej nie doczekamy się też ekshumacji ciał ofiar. Cztery albo czterysta ton trotylu czy innego specyfiku również pozostają raczej zagrożeniem widmowym. Ale czyż nie takie właśnie jest najlepsze?

Zdolności Brunona K. nie zostały docenione. Wiemy przecież, że zaginęło [kiedyś gdzieś tam] ileś walizkowych bomb atomowych. A gdyby Brunon K. wszedł w ich posiadanie? Gdyby sprowokował konflikt nuklearny? To realne i wcale nie pozorne zagrożenie powinno nieść pełne usprawiedliwienie dla wprowadzenia w Polsce nowego stanu wojennego. Pomyślmy poważnie. Lada dzień Putin może zechcieć odzyskać ciała ofiar katastrofy smoleńskiej (Tupolewa już ma), lada dzień broń atomowa może wpaść w ręce popleczników Brunona K. lub jego rozrywkowych studentów... To by dopiero się rozerwali!

Od razu uprzedzam pytanie. Czy wierzę w zamach? Tak wierzę! Wszyscy powinniśmy wierzyć w zamach. Na dobrą sprawę nie ma w chwili obecnej niczego pewniejszego w świecie niż to, że ktoś zechce go wysadzić. Wierzę w zamach smoleński, wierzę w zamach nieistniejący. Siły zła walczą z nami przy pomocy zamachu, jeśli polskość ma przetrwać musimy nie dać się zamachnąć. Od tego zależy przyszłość tego kraju.

Przeciwnikom polskości życzymy zamachu.

Gdzieś na marginesie plącze się tylko pytanie o ewentualny IV rozbiór polski. Byłbym ostrożny z posyłaniem informacji o kolejnych zamachach do mediów zagranicznych. Wiadomo nie od dziś, że nikt w świecie Polski ani kwaszenia ogórków nie rozumie. Być może, na nasze nieszczęście, doprosimy się powstania międzynarodowej komisji. Byłaby to jednak komisja inna niż mogłoby nam się zdawać. Niemiecka, Czeska i Australijska troska o zdrowie psychiczne Polaków mogłyby w efekcie doprowadzić do kolejnego rozbioru Polski.

I tak skończyłaby się nasza piękna epopeja zamachowa.



P.S Nie wyklucza to faktu, że jakiś wariat gromadził śrut i miał PLAN

Plaga gorsza niż faszyzm

Oglądając prawicowe marsze w stolicy odnieśliśmy wrażenie pewnego niedosytu. Prawie nic nikomu się nie stało, narodowcy jakoś tak mało przypominają diabły, Prezydent Komorowski nie ustrzelił żadnej sarny ani nie popełnił ortograficznego byka… Nie było większych rozruchów, nie było większych zamieszek.

Mimo to wiele osób trąbi o zagrożeniu. Zagrożeniu rozruchami, zagrożeniu faszyzmem. Tego jednak w Polsce zwyczajnie nie ma[1]. To z czym mamy do czynienia w Polsce jest znacznie gorsze, jest to powszechny, prawicowy konserwatyzm. Plaga, która zadomowiła się u nas na dobre.

Ten prawicowy konserwatyzm to prawdziwe dobro wspólne. To dlatego czczona jest ‘święta II RP’ i za wzór patriotyzmu uznawane są Narodowe Siły Zbrojne. Prawicowy konserwatyzm likwiduje i znosi każdą formę alternatywnego systemowo myślenia. Zagrożeniem dla wolności i niepodległości są dzisiaj nie ci, którzy wychodzą na ulicę – tych jest bowiem mniejszość i są to ludzie przez system uciskani, manifestujący w ten sposób swoje niezadowolenie – lecz ci, którzy siedzą w domach i dla których wyłączna świadomość to świadomość konserwatywnie narodowa i konserwatywnie neoliberalna. To ich siłami jest utrzymywany obecny porządek.

Lewica w Polsce (w odróżnieniu od prawicy) nie jest w stanie skonstruować masowo osiągalnej tożsamości. Te problemy z tworzeniem ‘własnego ja’ biorą się z akceptacji prawicowej polityki historycznej. Potencjalnie taką tożsamością mogłaby być tożsamość klasowa, językiem klasowym nikt się jednak w Polsce nie posługuje, a szef Solidarności swoją działalność rozpoczyna od zdejmowania Lenina z bram stoczni. Lewica pod naporem neoliberalnego kosmopolityzmu zrezygnowała też z lewicowego patriotyzmu i tak pozostała bez większego buntu, służąc za dodatek do prawicowej ekstremy i grupę od happeningu.

Tak jak pisałem, faszyzmu w Polsce nie ma, jest jedynie marginalny ruch nacjonalistyczny, który przeraża część establishmentu tym, że w ogóle kogokolwiek jest w stanie wyciągnąć z domu, sprzed telewizora i oderwać od hipnotyzujących reklam/seriali. I w tym miejscu lewica poniosła klęskę, nie potrafiąc zgromadzić większej ilości zwolenników przy okazji swoich przedsięwzięć i obchodów własnych świąt, które nie posiadają żadnej ukierunkowanej energii, stając się albo festynami starości, albo marszami wyłącznie mniejszości.

Nacjonalizm to wyraz tłamszenia Polaków przez kapitał. Nacjonalizm jest także kapitalistycznym oszustwem, które wartości narodowe przebiera w łaszki ultrakapitalistycznego programu gospodarczego. Narodowcy to dobro hodowane przez neoliberalne centrum i establishment, to jednocześnie zło wyolbrzymiane, niepoważne, i zło odświętne. Istnienie groźnej ekstremy uprawomocnia praktycznie wszelkie ‘porządkujące’ działania rządu, dlatego też liberalne media za wszelką cenę starają się straszyć ekstremami, podając rzadkie przykłady pobicia jako czołówkowe newsy.

Walec historii, który po Polsce się przejechał jest walcem prawicy poprawnie politycznej. Spór na linii Rząd, PiS, ONR… to spór w obrębie jednej rodziny, która łatwo dochodzi do porozumienia w kluczowych kwestiach takich jak: gospodarka, II RP, ocena PRLu, stosunek do Piłsudskiego, Dmowskiego i inne…

Czemu jednak jedna prawica wydaje się być ‘normalna’ a druga - z trudem zauważalna - określana jest mianem faszystowskiej? Czemu partie, które głosują za upamiętnieniem NSZ, posyłają wojska na kolonialne wojny i awantury i faktycznie sprawują totalitarną władzę przy pomocy dyktatury kapitału nie są nazywane faszystowskimi? Bo robią to pod krawatem, a nie w ciemnej bluzie i z kamieniem w łapie?

To właśnie jest prawicowy konserwatyzm, ten niedostrzegalny, ‘zwyczajny faszyzm’ naszej ery, którego pewność siebie i pociągająca dla wielu majętność zakrywa prawdziwą naturę zjawiska i rzeczywistą naturę politycznej rzeczy.

I jak to często bywa - jest jeszcze gorzej niż się to z pozoru wydaje.


[1] Faszyzm to określenie odnoszące się do ruchu, który zawiera w sobie - kluczowe - elementy narodowego socjalizmu. Takich elementów nawet najbardziej radykalne grupki polskiej prawicy praktycznie nie posiadają. Faszyzm jako kult państwa, kult umundurowanej partii i władzy totalnej jest w Polsce kompletnie nieobecny. Mamy tylko tych, którzy przedawkowali zalecaną dawkę IPNu i tych, którzy przesadzili z kultem żołnierzy wyklętych, chcąc manifestować swoją miłość do nich nawet nawet wtedy, gdy pora raczej na jesiennego grilla...

Z dala od kałuży historii

Lewica powoli kupuje prawicową koncepcję święta niepodległości, która polega na upodobnianiu święta odzyskania niepodległości do święta zmarłych. W takiej licytacji liczy się tylko to, kto wyciągnie na rocznicę lepszego trupa z szafy i kto pochwali się fajniejszą wersją historii starożytnej - najlepiej taką z bogatymi nawiązaniami do Dmowskiego lub jego ówczesnych oponentów. Kompleksy lewicy, która myśli o sobie, że jest znikąd leczyć trzeba inaczej i gdzie indziej.

Jeśli pisałem o odzyskiwaniu patriotyzmu to bynajmniej nie chodziło mi o odzyskiwanie trupów z szafy. Pojedynek na przeszłość musi wyglądać inaczej.

Całą polityczną energię lewica powinna skierować na przekierowanie patriotyzmu z przeszłości na przyszłość. Tylko w ten sposób można odróżnić się od prawicy. Wszelkie ewentualne spory historyczne załatwiać należy wewnątrz i w obrębie organizacji, najlepiej cementując je warstwą pożytecznej praktyki politycznej na teraz. Im dalej od dyskursu rozrachunków tym lepiej.

Wyścigu na relikwie lewica nie wygra. W ogóle nie powinna brać w nim udziału. Praktyki nawiązującej do historii lewicy, która sięga po postacie z lat 20-tych ubiegłego wieku, byle tylko nie mówić o niczym związanym z rzeczywistością, która trwała jeszcze 22 lata temu jest tyleż śmieszna co operetkowa. Teraźniejszość potrzebuje przykładów z historii, ale nie przykładów historycznej archeologii symbolicznej, lecz przykładów rozwiązań i przykładów działania.

Archeologią lewica będzie mogła się zająć wtedy, gdy na powrót zaistnieje i na nowo odrodzi się w świadomości publicznej. Prawica może sobie pozwolić na sekcję nekrofilną, lewica nie. Lewica musi zaistnieć na poziomie praktyki teraźniejszości, a nie ustawiać się w szeregu z innymi ruchami pomnikowymi.

Przed bagnem i kałużą historii należy w wypadku polskich skłonności do historycznej nekrofilii wyłącznie uciekać. Zamiast tego trzeba mówić wyłącznie o tym co teraz, teraz, teraz.

Wojna pod flagą smoleńską

Przejście od polowania na czarownice radzieckie do polowania na wewnętrznego wroga dokonało się w Polsce płynnie i bezszelestnie. Teoria zamachu smoleńskiego bez trudu toruje sobie drogę na polityczne salony, jest bowiem naturalnym rozwinięciem 'odwiecznego konfliktu', który toczy się w Polsce pomiędzy PO i PiS. Sam 'zamach' to dla PiSu nic innego jak ostateczny dowód na sprzeniewierzenie polskości i kolaborację Donalda Tuska z Władimirem Putinem i mordercami z Katynia.

Konflikt ten ma dwie twarze i dwa oblicza.

Pierwsza twarz to twarz pozorna. Na tym poziomie rzeczywiście chodzi o rzekomy zamach na Lecha Kaczyńskiego i pasażerów oraz załogę Tupolewa. To tutaj właśnie Macierewicz, niczym Chuck Norris pilnuje prawa i porządku będąc ostatnim mężem sprawiedliwości w naszym kraju. To tutaj teorie o trotylu i nitroglicerynie wydają się być tak prawdziwe, że nawet gdyby okazały się fałszywymi należałoby im pomóc i dołożyć nieco od siebie, byle tylko dopełnić obrazu zdrady narodowej i wyjawić straszliwą prawdę prawd.

Druga twarz, schowana za konfliktem pozornym nie objawia się w tak prosty i bezpośredni sposób. To tutaj jednak należy upatrywać prawdziwych przyczyn trwającego sporu.

Dla PiSu katastrofa smoleńska to jedyna prawdziwa szansa na uzyskanie autonomicznej podmiotowości politycznej. Tak naprawdę PiS to PO bis, partia identyczna w kwestiach gospodarczych i niewiele odbiegająca od PO w kwestiach polityki obyczajowej, czy nawet religijnej. Pozostaje jeszcze tylko kwestia polityki zagranicznej. Poza walką o pozór własnej tożsamości (która w warunkach polskich przemienia się w stan permanentnej paranoi) to właśnie drobne różnice w polityce międzynarodowej są dziś prawdziwą osią sporu pomiędzy tymi dwoma partiami.

PiS ciągle kokietuje USA i UE potencjalnie bardziej agresywną polityką zagraniczną skierowaną ku Europie Wschodniej. Smoleńsk to symbol tej polityki, polityki wykraczającej poza wszelkie granice rozsądku. Chodzi tu o nic innego jak o stare, dobre odbieranie wpływów Rosji i granie roli klina pomiędzy Niemcami a Rosją, zgodnie z niemłodą waszyngtońską strategią przyjętą po 1989 roku. Dlatego Kaczyński zabiegał o posłuch w kongresie, dlatego też liczy na bliższą współpracę z USA i odzyskanie projektu tarczy antyrakietowej po możliwym dojściu do władzy Mitta Romneya. Upór PiSu w dążeniu do prawdy o Smoleńsku tylko utwierdzić ma wszystkich w poważnie rusofobicznych zamiarach tej partii i odebrać ma Tuskowi jego zagraniczne poparcie.

Prawdziwa polityka przejawia się w Polsce niemalże wyłącznie w kwestiach stosunku do takich państw jak Ukraina i Białoruś, w kwestiach 'walki o demokrację' na Wschodzie. Reszta to zapychacze.

Spór o Katastrofę Smoleńską to więc spór o stopień reakcyjności społeczeństwa polskiego oraz o poziom reakcyjności polskiej polityki zagranicznej. Spór ten będzie trwał nawet gdy utraci(ł) już wszelkie pozory racjonalności, aż do utraty wszelkiego rozumu i zdrowia psychicznego politycznych aktorów. Wojna polsko-polska, którą nieustannie straszą nas media to przebrana w scenerię smoleńską córka hodowanej u nas nieustannie Wojny polsko-ruskiej.

Katastrofa Smoleńska, jako matka nowej - tym razem wewnętrznej - prawicowej wojny i przeciwieństwo Cudu nad Wisłą stała się bytem ponadczasowym i nieśmiertelnym.

Zadłużcie się jeszcze bardziej... P.S - Radźcie sobie sami

Rząd dostrzegł wreszcie problem niedoboru mieszkań. Pojawił się nowy projekt. Dofinansowywanie nowych mieszkań dla młodych ludzi ma się w Polsce odbywać poprzez dofinansowywanie... kredytów.

Umarzanie kilku procent kredytu to nowy sposób, którym rząd chce załatać braki mieszkaniowe. Pomysł, delikatnie mówiąc, chybiony.

Państwo nie tylko promuje tym samym zadłużanie się w nieskończoność, ale przede wszystkim ignoruje 3/4 społeczeństwa, czyli wszystkich tych, których na wysokie kredyty nigdy nie będzie stać. Kto może się zadłużać? Komu banki udzielają kredytów?

Przede wszystkim stale zatrudnionym. Tym, których dochody pochodzą ze śmieciówek (a przypominam, na śmieciówkach w Polsce pracuje 1/3 zatrudnionych) te kredyty nigdy nie zostaną udzielone. Jak otrzymać kredyt w kraju, w którym oficjalna ideologia promuje śmieciową elastyczność?

Dobre pytanie.

Nikt oczywiście nie wpadnie na oczywiste rozwiązanie problemu: społeczne budownictwo mieszkaniowe. Bo przecież na tym w żaden sposób nie zarobiłby banki, byłby to czysty koszt, a przecież koszt to w neoliberalnym słowniku słowo nieczyste. Koszt nie przynoszący natychmiastowo przekraczającego go zysku to grzech śmiertelny. Grzech niekapitalizmu, którego najlepszym przykładem są kompletnie nieopłacalne z tej perspektywy dzieci. Chyba należałoby z nich zrezygnować.

Kościoły jak widać są różne.

W swojej dzisiejszej wypowiedzi Premier stwierdził, że wolałby, by jego syn był spawaczem, niż bezrobotnym. Zachęcał też do zmieniania zawodów i pracowania w zawodzie niewyuczonym.

Cóż za genialny pomysł! W końcu jak twierdzą eksperci "lepsza jakakolwiek praca niż bezrobocie". Tak jak gdyby ludzie z własnej woli siedzieli na bezrobociu, tak jak gdyby miliony miejsc pracy roiły się na rynku.



Niestety, jedyna potencjalna kuracja została zakazana. Trup koncepcji tworzenia miejsc pracy przez nasze państwo został pochowany już dawno temu.

Premier, szef państwa, które zajmuje się przecież edukacją, bezradnie rozkłada ręce. Nie ma dla niego nic dziwnego w tym, że kształci się ludzi po nic, że nie istnieje żaden plan zatrudnienia. Wyrzucanie pieniędzy na śmietnik, kompletna fikcja edukacji nie są już nawet dla niego sprawami wstydliwymi.

Jest to normalność.

W niewolniczej dziurze

Sejmowy cyrk trwa.

Mieliśmy dziś dosłownie wszystko.


1) Premiera snującego kłamliwe wizje i nie czującego się odpowiedzialnym za sytuację gospodarczą w kraju

2) Palikota skarżącego się na to, że zagłosował za podniesieniem wieku emerytalnego za frajer

3) PiSowców uwrażliwionych społecznie, na kilka dni po tym jak głosowali za projektem Solidarnej Polski dotyczącym zaostrzenia prawa aborcyjnego

4) Hucpę z nibypremierem Glińskim na czele

5) idiotyczne głosowanie nad wotum zaufania

...


Sytuacja nie wygląda zbyt różowo.


Jedyne inwestycje państwowe, jakie planowane są przez rząd to takie, które przydatne będą przede wszystkim dla kapitału. Dlatego ciągle mówi się głównie o autostradach. Majaczące na marginesie przedszkola i urlopy macierzyńskie to tylko zasłona dymna, doskonale wiemy przecież jaka do tej pory była polityka Platformy w stosunku do kobiet i rodzin. Wiemy też z jakim zapałem zatrudniane są przez naszych pracodawców kobiety, które zamierzają mieć dziecko i skorzystać z macierzyńskiego.

Naczelnym zadaniem Tuska jest to, żeby jego państwowy komitet barbarzyńskiej eksploatacji nie rozsypał się do reszty, tylko dalej zbierał podatki [głównie od pracowników] i wydawał później te środki na to, czego od państwa wymagają prywatni inwestorzy.

Cisza wokół tematu systemu podatkowego to dowód na to, że nic się nie zmieni.

Uskładkowienie umów śmieciowych okazało się dla Premiera projektem zbyt rewolucyjnym. Tusk w jeden dzień nieomalże nie stracił władzy, tylko z tego powodu, że w mediach pojawiły się pogłoski(!) o tym iż zamierza on uzusowić ten rodzaj umów.

Teraz wmawia się nam, że ZUS i podatki płacone przez zatrudniaczy to dla pracownika same szkody. Emerytury, publiczna opieka zdrowotna, prawa socjalne... wszystko to jest jedynie chorym wymysłem państwowej biurokracji, a dla pracownika najlepiej będzie, jeśli otrzyma na swym śmiertelnie uelastycznionym stanowisku 300 zł i sam opłaci sobie to wszystko.

Największym sukcesem Polski po 1989 roku jest przecież zrobienie z Polaków taniej siły roboczej. Podpychanie 'taniego polaka' zachodniemu pracodawcy stało się prawdziwym rytuałem, dla każdej partii i dla każdej władzy. Nie ma tu miejsca na jakąkolwiek godność.

Wszyscy grają dziś w ciuciubabkę, obiecują inwestycje, ale nie chcą sięgnąć do kieszeni kapitalistów i najbogatszych. Nikt nie chce inwestować w publiczną własność w ten sposób, aby uzyskiwać z niej stałe przychody. Premierowi pozostaje więc tylko składać puste obietnice, twierdzi on wręcz, że nowe inwestycje mogą być finansowe ze środków pochodzących z.... prywatyzacji! (Pojawia się tylko pytanie jak długo można się utrzymywać z własności powstałej w PRL-u?)

Kiedy Premier nauczył się robić coś z niczego - nie wie nikt.

Tusk wieszczący nadejście chudych lat, z uporem neoliberalnego oszołoma stosuje logikę kryzysowego zaciskania pasa, za żadną cenę nie chce jednak porównać naszej sytuacji do sytuacji krajów przeżywających obecnie największy kryzys. Zamorski kryzys bogatych gospodarek unijnych to świetny pretekst do tego, by doić niewolników jak tylko się da. W tym kontekście, nasz wzrost gospodarczy to tylko dowód na to jak dobrze się nas doi.

Nasz kraj nie ma prawa się zmienić. Polska to niewolnicza dziura, a myślenie o poprawie zastąpione zostało myśleniem o podtrzymaniu stanu obecnego. Wszyscy pocą się wyłącznie nad tym, żeby niewolnicza dziura trwała. Przodują w tym oczywiście neoliberalne think-tanki i ich energiczni lobbyści.

Dramat polityków, którzy są najemnikami neoliberalnej ideologii polega na tym, że nawet jeśli zechcą oni zmienić sytuację gospodarki na lepsze, to metody, którymi się posłużą będą metodami z teki neoliberalnych ekspertów i z wiadra neoliberalnej oczywistowości.

W tym języku lekiem na bezrobocie jest obniżanie kosztów pracy, lekiem na kryzys jest zaciskanie pasa, zaś lekiem na państwową biedę jest likwidacja państwa.

Bitwa Ekspertów. Powrót polityki.

Dzisiejsza debata ekonomiczna zorganizowana przez PiS była pierwszym, tak ważnym wydarzeniem na polskiej scenie politycznej od bardzo dawna. Kaczyński spełnił swój cel, zaprosił wielu różnorodnych ekonomistów, wypromował się jako przyjaciel 'ekspertów' i człowiek wiedzy, a także zadał kłam monolityczności sceny politycznej i jednorodności drogi gospodarczej, której od dawna hołduje Platforma Obywatelska. Na scenie politycznej nastąpił przełom.

Pośród zaproszonych ekonomistów pojawiła się oczywiście stara gwardia neoliberałów zebrana wokół Centrum Adama Smitha i BCC, ale obecni byli także ekonomiści liberalni, centrowi, czy też nawet lewicujący. Na oczach opinii publicznej upadł mit jednego, jedynego eksperta, jednej, świętej ekonomii i wiecznego, ponadczasowego konsensusu. Okazało się, że eksperci, tak jak i zwykli ludzie potrafią się ze sobą nie zgadzać, potrafią się ze sobą kłócić. Okazało się to co oczywiste, że ekonomia to polityka, a polityka to ekonomia.

Widzowie usłyszeli dziś, że można traktować OFE jak złodziejstwo, że można postulować różne rozwiązania podatkowe, że różnie można oceniać transformację ustrojową i masową prywatyzację. Pojawiały się głosy wzywające do inwestycji, pojawiały się głosy mówiące o rozwarstwieniu i olbrzymim bezrobociu, mówiono o zaniedbaniach i błędach, o straconych pokoleniach i milionach na emigracji. Padło nawet sformułowanie, w którym ekspert ekonomiczny SKOK-ów stwierdził, że majątek Polski obecnie nie istnieje. Pojawił się głos wzywający do tworzenia polskich banków.

Pierwszy raz od dawna w telewizji pojawiła się prawdziwa polityka. Daleka od neoliberalnej oczywistowości, daleka od katynio-smoleńska i idiotycznych sejmowych przepychanek.

Co dalej zrobi z tym PiS dowiemy się już niedługo. Jarosław Kaczyński wie, że debata zadziałała na jego korzyść i że odebrała Platformie Obywatelskiej 'monopol na poważność', zna też on swoje ograniczenia i wie, że pewnych dogmatów neoliberalizmu nie obali (bo nie chce), że potrzebne jest mu wsparcie neoliberalnych ośrodków władzy. Ale pewne jest to, że pod kątem programu gospodarczego jego partia skręci na lewo, musi to zrobić. Zakopanie trupa neoliberalizmu to recepta na wygrane wybory i jedyna szansa na odsunięcie platformerskiej katastrofy od władzy. To się może udać, inna sprawa, że nie będzie to wcale klasowa, czy też lewicowa polityka, będzie to po prostu podjęcie bardziej racjonalnej strategii politycznej w obliczu wielkiej gospodarczej klęski.

Rozbieżność stanowisk i regularne kłótnie pośród ekonomistów zaskoczyły wielu. Zszokowane były przede wszystkim media, które usiłowały umniejszyć rangę spotkania nazywając je 'politycznym spektaklem' i sugerując, że nie była to prawdziwie 'ekspercka debata'. W rzeczywistości, w której obszar polityki gospodaruje debata o katastrofie smoleńskiej pojawienie się prawdziwej polityki niejednego wprawiło w zdumienie. Media okazały się bezbronne wobec języka prawdziwej polityczności. Prawdziwa polityka to bowiem ekonomia, a przede wszystkim - nauka i jej podstawowe narzędzia. Przyzwyczajone do politycznych show i obrzucania się błotem rzesze dziennikarzy nie wiedziały jak zareagować na powrót prawdziwej polityczności. Przed obliczem zmaglowanych neoliberalną hegemonią otworzyła się nagle wielka, czarna dziura pełna różnorodnych koncepcji, pomysłów i przede wszystkim - walki. Okazało się też, że są w Polsce także normalniejsi ekonomiści, bliżsi społeczeństwu, nie pozostający na liście płac neoliberalnych ośrodków i przedsiębiorców. Jest z kim budować.

Prawo i Sprawiedliwość osiągnęło dziś wielkie zwycięstwo i choć z samej debaty nic konkretnego jak na razie nie wynikło, to już możemy powiedzieć, że debata była niezwykle stymulującym wydarzeniem, a w doborze ekspertów Jarosław Kaczyński okazał się o wiele bardziej lewicowcy od hołdującej Hausnerowi Krytyki Politycznej, której patronuje Gazeta Wyborcza. I nawet jeżeli istniejące partie okażą się zbyt przesiąknięte neoliberalną ideologią by cokolwiek zrobić z potencjałem, który dziś się ujawnił, to w świadomości publicznej zaświta być może szansa na zmianę, wizja prawdziwej alternatywy, którą ktoś zdeterminowany będzie mógł kiedyś wprowadzić w życie.

czwartek, 20 września 2012

Niepełnosprawny do fotografii

Wątek dotyczący paraolimpiady rozrósł się w Polsce do monstrualnych rozmiarów. Chwilowo. W tym momencie medialna kariera paraolimpiady i niepełnosprawnych powoli dobiega już końca. Premier i Prezydent 'bulnadzieia' trzasnęli sobie już fotki z paraolimpijczykami, Tomasz Lis wyraził swoją dezaprobatę wobec korwinizmów, wszyscy ponarzekali sobie na słabe wyniki zdrowych olimpijczyków i na Telewizję Polską, która nie pokazała paraolimpiady... i to by było na tyle. Zainteresowanie niepełnosprawnymi gaśnie... niemal tak szybko jak po oburzającej wypowiedzi Wojewódzkiego zgasło zainteresowanie pracującymi w Polsce Ukrainkami...

Niepełnosprawni to towar bardzo niepopularny. Piszę o niepełnosprawnych jako o 'towarze' bo tak też się ich u nas traktuje. Wszystkie liberalne stacje na czele z TVN-em posługują się niepełnosprawnymi przede wszystkim do szeroko zakrojonych 'akcji charytatywnych', w których ślepe, upośledzone, okaleczone dzieci muszą błagać na wizji o złotówkę, o sms - by przeżyć. Nikt oczywiście nie zakwestionuje tego porządku i nikt nie wytknie skandalu kryjącego się za koniecznością żebrania niepełnosprawnych o przeżycie. Tak właśnie, na wizji, trwa cicha eutanazja.

Niepełnosprawność, bezdomność, bieda stały się elementem normalności, stały się codziennością i rozrywką dla bogatych, których ewentualne przejęcie się losem niepełnosprawnych i umierających zostaje z radością spieniężone przez szereg żerujących na cierpieniu fundacji. Mamy do czynienia ze zjawiskiem uprywatnienia cierpienia, biedy i szeroko pojętych trudności życiowych. Cierpienie to twoja prywatna sprawa, nie afiszuj się - mówi do nas neoliberalne państwo. To właśnie to uprywatnienie pozwoliło rozgrzeszyć wszystkich biernych widzów, polityków, czy też całkowicie bezczynne państwo.

Wyrzuty sumienia zamiata się pod dywan. W mediach najchętniej pokazuje się tych niepełnosprawnych, którzy albo dokonali czegoś wyjątkowego, albo są sportowcami, albo są bogaci. Żeby telewizja i opinia publiczna w ogóle zainteresowały się niepełnosprawnym najlepiej dla niego żeby był linoskoczkiem, byłym mistrzem w żużlu lub polarnikiem. Na innych popytu nie ma. Tak jak i nie ma popytu na niepełnosprawność. Cierpienie nie zawsze da się bowiem spieniężyć, szczególnie jeśli całe społeczeństwo jest biedne - dlatego też ogólnie łatwiej jest promować sukces. Media interesują się niemal wyłącznie tymi niepełnosprawnymi, których dysfunkcja się nie liczy, którzy sobie radzą i którzy pomocy praktycznie nie potrzebują. Jeżeli już w ogóle pojawia się ktokolwiek faktycznie potrzebujący to wyłącznie od święta i wyłącznie jako liczący na hojne datki, ubezwłasnowolniony, pozbawiony wszelkiej godności żebrak.

Obrzydliwość tej sytuacji wcale nie przeszkadza gwiazdom i dziennikarzom oburzać się na lekceważenie paraolimpiady. Wielomiesięczne kolejki do lekarzy, brak pieniędzy na lekarstwa i głodowe renty oraz emerytury nie przeszkadzają premierowi i prezydentowi w szczerzeniu zębów do wspólnej fotografii z paraolimpijczykami. W końcu po to są niepełnosprawni, by pozować do fotografii.

Popyt na Korwina


Janusz Korwin-Mikke to prawdziwy polski polityczny fenomen. Zapraszany, komentowany, pokazywany, żywy w powszechnej świadomości jest prawdziwym polskim celebrytą i (jak się może wydawać) jednym z najważniejszych polskich polityków(!). Zapraszając Korwina do swojego programu Tomasz Lis planował najprawdopodobniej 'rozprawienie się' z tym podstarzałym już skandalistą... wyszło inaczej... i to nie po raz pierwszy.

Fenomen Janusza Korwina-Mikke to przede wszystkim rezultat ogromnego zapotrzebowania na "konserwatywny liberalizm". Korwin-Mikke to ucieleśnienie polskiego skurwysyna, ucieleśnienie ducha transformacji ustrojowej, przedsiębiorczości i liberalizmu. Korwin to nic innego jak zmaterializowany, uwolniony duch balcerowiczyzmu. Nic dziwnego, że dla neoliberalnej rzeczywistości i dla neoliberalnych mediów jest on kimś niezwykle ważnym i cennym.

Stanowi wytrych. Obecność Korwina pozwala poczuć się lewicowym każdemu kto tylko przy nim usiądzie. Tomasz Lis, Adam Michnik, Jarosław Kaczyński... w porównaniu z Korwinem każdy staje się kochającym świat wrażliwcem a każdy neoliberalizm i każda prawica mogą poczuć się alternatywną, modną kontrkulturą. Zapraszanie Korwina to nic innego jak publiczne legitymizowanie i uznawanie głoszonych przez niego treści za legalne. W taki sposób nawet najbliższe hitlerowskim poglądom sądy mogą znaleźć się na jednej, wspólnej sofie i wejść w dialog ze wszystkimi innymi opiniami. Korwinizm stał się miarą, punktem na politycznej skali, dzięki któremu określić może się 'normalność'.

'Normalność' nie jest jednak wcale aż tak odległa od korwinizmu jak mogłoby się jej wydawać. W tym miejscu wraca do nas postać Breivika. Pomiędzy Korwinem a Breivikiem występują szerokie analogie. Nie tylko z tego powodu, że ten pierwszy wyraża zrozumienie dla motywów, którymi kierował się ten drugi, lecz również z tego względu, że zarówno Korwin, jak i Breivik są tak naprawdę nieformalnie zalegitymizowanym przez 'demokrację' politycznym dyskursem (działającym głównie do zewnątrz). To tak naprawdę rzeczywiste oblicze wolnorynkowego kapitalizmu, które skrywane jest za maską 'politycznej poprawności' i fałszywej empatii.

To, że kapitalistyczna kultura promuje sztuczność, patriarchalne, seksistowskie, kolonialne wzorce oraz przemoc jest skrywane pod grubą warstwą obłudy, pod którą czai się 'kapitalizm wyzwolony' - którego ucieleśnieniem jest właśnie Korwin, czy też (praktyk) Breivik. Dlatego właśnie walka liberałów z Korwinem przypomina walkę z wyrzutami sumienia po dokonanym morderstwie, lub też walkę z niechcianym tłuszczykiem, którego nabawiliśmy się uprzednio pałaszując ze smakiem kremówki. W takim przypadku Korwin to nie tylko człowiek "niepoprawny", ale przede wszystkim Zachodnia ciemna strona mocy, szczelnie skrywana za kurtyną pełną uczuć, dobroci i pseudohumanizmu...

Związki zawodowe w rękach prawicy

Nie mamy w Polsce lewicowych związków zawodowych. Nie ma się co łudzić. Solidarność, po tym, jak przegłosowano najbardziej skandaliczną ustawę ostatniej dekady nie robi dosłownie nic. Piotr Duda, w wywiadzie dla "Przekroju" martwi się przede wszystkim o aspekty prawne, boi się też, że ewentualny strajk generalny wcale nie zaszkodzi Tuskowi, tylko polskiemu społeczeństwu i pracownikom.

Otóż nie zaszkodzi. Bo gorzej już nie będzie. 3 milionowa emigracja, kilkunastoprocentowe bezrobocie, skandaliczna płaca minimalna, skandaliczne podatki, skandaliczne składki zdrowotne, nakłady na służbę zdrowia i edukację... Świat Polaków wali się na naszych oczach, niszczeje z każdym dniem. A związki zawodowe, a Solidarność? Przede wszystkim świętuje rocznice. To pokaz żałosnej służalczości wobec systemu.

Prawicowa ideologia, która zdominowała Solidarność (a także OPZZ) to efekt politycznej dominacji prawicy w ostatnim dwudziestoleciu. Ani pracownicy, ani związki zawodowe nie mają z nadania socjalistycznej, klasowej świadomości i samowiedzy dotyczącej swojego położenia. Bez partii, bez ideologii, bez socjalistów, bez normalnej lewicy związki stają się zwyczajnym organem panującej ideologii i doktryny.

To Solidarność przyniosła Polsce kapitalizm, a naiwność milionów robotników i fakt, że zostali oni zmanipulowani doprowadziły do złodziejskiej prywatyzacji i wielkiej gospodarczej zapaści. Historia dowodzi, że nie wystarczy rozdziawiać paszczy na widok ludzi na ulicy, trzeba jeszcze zwracać uwagę na to co mówią, gdzie to mówią, jakie są realne możliwości, co da się, a czego nie da się zrobić.

Odcinając ze stoczniowej bramy napis "im. Lenina" Piotr Duda dał popis nie tylko ignorancji, ale także swojego prawicowego zaślepienia. Żyjemy w kraju, w którym co chwilę odsłania się kolejne pomniki Reagana i w którym czci się myśl neoliberalną, z Margaret Thatcher i Balcerowiczem na czele. Nie doczekaliśmy się jednak ze strony szefa Solidarności żadnej kontrowersyjnej akcji w tę stronę, Reagany mogą czuć się bezpieczne, Tusk może czuć się bezpieczny. "Pętak" będzie posłuszny.

Współczucie należy się przede wszystkim robotnikom, ludziom pracy najemnej, którzy nie posiadają swoich faktycznych reprezentantów. Mało tego, wielu z nich nie posiada nawet wyobrażenia tego, co mogłoby tym rzetelnym reprezentowaniem ich interesów być. Owce, spędzone do zagrody, pozbawiane godności, pieniędzy i głosu nie poradzą sobie same, czekanie na cud nic tu nie pomoże. To właśnie jest zadanie dla prawdziwej lewicy - wytworzenie organizacji, partii, struktur, które przywrócą dyskurs lewicy i program socjalizmu życiu publicznemu, tak, żeby związki zawodowe mogły się na tym wzorować i stać się lewicowymi związkami zawodowymi, nie dodatkiem do prawicowej ideologii.


Ktoś to światło musi zapalić. Samozapłon nie nastąpi.

Poczytalny (?) Breivik i kultura śmierci

Mam poważne wątpliwości co do tego, czy ogłaszając wyrok słusznie uznano Andersa Breivika za osobę poczytalną. Popełniono tu zasadniczy błąd. Czy człowiek poczytalny morduje kilkadziesiąt osób, osobiście rozstrzeliwując młodzież z broni maszynowej? Każdy, kto dopuszcza się takich czynów jest automatycznie chory psychicznie i powinien być poddany przede wszystkim leczeniu i długoletniej terapii.

Uznanie Breivika za osobę poczytalną niesie ze sobą poważne zagrożenia. W społeczeństwie, w którym 'zdrowa na umyśle' i mogąca odpowiadać za swoje czyny jednostka może mordować kilkadziesiąt osób i pozostawać przy tym 'normalnym przestępcą' zmianie ulegają społeczne zasady, normy ulegają przesunięciu. Dokonuje się ratyfikacja masowych morderstw jako środka do celu. Dzięki temu Breivik staje się też pełnoprawnym politykiem, osobą poczytalną, która mordowała, ponieważ mord był logicznym przedłużeniem wyznawanej przez niego ideologii.

Winny sam wypowiedział się w tej sprawie, Breivik stwierdził publicznie, że uznanie go za niepoczytalnego byłoby dla niego "gorsze niż śmierć". Breivik rości bowiem sobie prawo do miejsca pośród politycznych aktywistów, zaś uznanie jego działalności za objaw choroby kompletnie dyskredytowałoby jego poczynania i motywację. Sąd poszedł mu na rękę.

By lepiej zrozumieć sprawę Breivika, należy dokładniej przyjrzeć się kulturze Zachodu. Jedną z cech współczesnej kapitalistycznej kultury jest wszechobecność śmierci. Prawdziwa śmierć to jedynie dodatek do śmierci funkcjonującej w obrębie kultury. Filmy, literatura, gry, media pełne są śmierci i przemocy, współcześni dziecięcy bohaterowie – tacy jak Batman – ściągnięci z Ameryki przynieśli ze sobą broń a ich środkiem do celu jest przemoc i wywoływanie lęku… Śmierć jest tak wszechobecna, że prawdziwa przemoc nikogo już specjalnie nie interesuje – co możemy zaobserwować na przykładzie obojętności wobec głodu, czy ofiar wojen w Trzecim Świecie. Jednak to, co pozornie tylko kulturowe łatwo przerodzić może się w rzeczywiste działanie, przykładem tego jest Breivik, którego czyn przypomina jedną z licznych misji w grach-strzelankach. Gry, w których obecne są tego typu zachowania, tak jak i cała kultura śmierci, wrosły na tyle silnie w fundamenty Zachodniej Cywilizacji, że mord na wyspie Utoya nie jest oceniany przez pryzmat kondycji moralnej, cech kultury i cech całości społecznej… lecz przez pryzmat celowości i rodzaju zabitych ofiar. Może wydawać się, że Breivik zabił po prostu w złym momencie, wybrał złe osoby, zamiast zwyczajnie udać się na misję do Afganistanu. Co chwilę ktoś nie wytrzymuje, zaczyna mordować w złym miejscu (a więc mordować naprawdę) i wtedy dochodzi do masakr (najczęściej w miejscach szczególnie narażonych na presję - szkołach), które później oceniane są jako zupełnie niezwiązane ze społeczeństwem, czy jego kulturą, traktowane są jak inwazja z zewnątrz, jak wyraz pozanaturalnej obcości.

Szaleńcem jest nie tylko Breivik, szalona jest kultura i schematy, które w niej dominują. Współczesna kultura to kultura destruktywności, która wynika wprost z poczucia niemocy odczuwanego przez jednostki[1]. Nawet lata dobrobytu i pokoju nie przyniosły Zachodowi wolności od przemocy, nie przyniosły pacyfizmu, nie przyniosły uwolnienia – wręcz przeciwnie, im dalej od wojny tym kultura staje się coraz bardziej wojownicza[2]. Odpowiedzialny jest za to system i jego metody działania stosowane na zewnątrz, metody które znajdują swe odzwierciedlenie w kulturze. System zwyczajnie produkuje, kupuje i buduje zrozumienie oraz poparcie dla wykorzystywanych przez siebie metod. Zdrowe społeczeństwa nie dopuściłyby do eskalacji przemocy na Bliskim Wschodzie, nie pozostałyby obojętne na sytuację Afryki i wyzysk w Trzecim Świecie, zajęłyby się kondycją materialną żyjących na marginesie, byłyby wrażliwe na krzywdę. Byłyby, ale nie są i być jak na razie nie zamierzają – bo to się nie opłaca. Nawet lewicowa alternatywa ma z tym kłopoty.

Komentatorzy, którzy cieszą się z kary i policzka wymierzonego ideologii rasistowskiej niesłusznie w ogóle uznają ją za równouprawnioną, błędnie traktują ją jako po prostu jedno ze stanowisk. Ideologia, która zaleca tego typu zachowania nie ma najmniejszego prawa by stać się równoprawną ideologią, linią polityczną, czy by przerodzić się w legalne stronnictwo. To co uczynił Breivik motywowała chora ideologia szaleńców, tak też należy traktować rasizm - jak chorobę, którą należy leczyć, a nie ‘stanowisko’ dopuszczane do legalnego dyskursu na pełnych prawach dialogu. Syndrom Breivika to poza tym wcale nie wynik działania wyłącznie ideologii, to także wyraz promowania konkretnych sposobów rozwiązywania problemów. Największy problem tkwi jednak w tym, że terapii poddać należy nie tylko Breivika, ale i całe - wytwarzające go - społeczeństwo…



[1] Dla Ericha Fromma, w jego „Ucieczce od wolności” destruktywność to po prostu wyraz życia niespełnionego.

[2] Wojowniczość i przemoc w kulturze mają swoje źródło w pogłębiającej się alienacji. Ludzie pozbawiani życia przez kapitalistyczny sposób produkcji, przymuszani do konsumpcyjnego stylu życia reagują lękiem, strachem i przemocą właśnie. Współczesną aktywność społeczeństw opisać można schematem stworzonym przez J. Baudrillarda – „ZABIJANIE – POSIADANIE – POŻERANIE”, z czego faktyczne ZABIJANIE odnosiłoby się jedynie do armii i desygnowanych do tego żołdaków, przy czym na poziomie symbolicznym ZABIJANIE pozostaje wszechobecne.

piątek, 24 sierpnia 2012

Kto Pussy Riot wojuje...

Obrona i wykorzystywanie Pussy Riot przez liberalną prawicę ma w sobie ziarno hipokryzji. Szczególnie polska elita polityczna z prawej strony, bratająca się i pozostająca od lat w wyjątkowo praktycznym związku z kościołem katolickim, zadaje sama sobie kłam, podobnie czynią też jej media, rzekomo solidaryzujące się z działaczkami Pussy Riot - i jednocześnie całkowicie milczące lub wrogo nastawione podczas sytuacji, w której grupa Femen oprotestowywała Euro 2012 i nasilające się, towarzyszące imprezie, zjawisko prostytucji.

Działalność Pussy Riot to działalność typu "na aferę". Nie chodzi w tym miejscu o to, czy zgadzamy się, czy też nie, z tą konkretną aferą, lecz o to, że akcja tego rodzaju od początku na celu miała maksymalną kontrowersyjność, Pussy Riot szukały awantury... i znalazły ją. Skuteczność takiego działania jest dalece kontrowersyjna. Poważny ruch świecki i ateistyczny najprawdopodobniej nie jest zadowolony z takiego "bagażu", umiarkowani i zdystansowani dotąd obywatele Rosji będą radykalizować swoje poglądy i to przeważnie ze szkodą dla sprawy reprezentowanej przez odważne działaczki.

Działalność typu performance zyskuje we współczesnym, pełnym masowej i wyrazistej symboliki świecie coraz większe znaczenie. Jest to novum będące coraz istotniejszym środkiem w ideologicznym arsenale. Tak też i - niezwykle medialna i malownicza - akcja rosyjskiej grupy feministek natrafiła na silnych sprzymierzeńców: antyrosyjskich, proamerykańskich lobbystów i 'walczących o demokrację' bojowników. Ci ostatni najchętniej walczą o demokrację poza granicami swojego kraju, upatrując w swoich sąsiadach tyranów i ciemiężców, zgrabnie i bez wyrzutów sumienia pomijając przy tym własne podwórko i wpisując się - z jaką ulgą - w krajowo mainstreamowy nurt polityki zagranicznej. Pomyli się przy tym ten, który pomyśli, że sondażowe wyniki poparcia rozwiązują w tym wypadku kwestię istnienia demokracji lub jej braku… Przebijając się na czołówki gazet skromny polityczny protest przerodził się w światowy, polityczny konflikt.

Abstrahując jednak, od skądinąd - niestety - większościowo cerkiewnej, prawicowej i konserwatywnej (lecz samodzielnej) Rosji oraz od zachłannego imperializmu Stanów Zjednoczonych i jego dyspozycyjnych polskich reprezentantów, zatrzymajmy się na chwilę wokół swobód, których w treści swojego przedstawienia domagają się swoim występem feministki z Pussy Riot.

Te swobody - których nie ma oczywiście nie tyko w Rosji, ale i na całym praktycznie świecie, włączywszy w to USA z konserwatywnymi stanami na czele - to swobody skrajnie liberalnego, świeckiego państwa - dość przy tym dziecinnego. Te ultraliberalne swobody (bo jak inaczej nazwać hecne harce w świątyni), czy też raczej ich oczywisty brak, stają się narzędziem społecznej krytyki i radykalnej perswazji politycznej, dzielącej poszczególne państwa na „nasze” i „obce”.

W przestrzeni medialnej ofiarą krytyki tego rodzaju paść może każde zacofane państwo, które tylko pozostanie poza strefą wpływów neoliberalnej polityki w amerykańskim wydaniu. Rosja, Iran, Syria, Białoruś... we wszystkich tych państwach od wieków łamane są prawa - konkretnie neoliberalnego - człowieka i wszystkie te państwa zasługują w związku z tym na potępienie. Bomba prawie nigdy nie eksploduje w Bahrajnie, Arabii Saudyjskiej, czy w samych Stanach, na bombę bowiem trzeba mieć przede wszystkim fundusze, potrzebna jest też tuba.

Gdy się je już zgromadzi, wtedy taką kulturową bombę liberalną zdetonować można niemal wszędzie. Nie wszystkie detonowane bomby są jednak przejawem racjonalnej i dojrzałej polityki lewicowej, czy też wolnościowej. Zachowania zachodnich mediów i komentatorów przypominają często zachowanie Króla, który piętnuje i śmieje się z głupoty chłopa, starannie go przy tym dojąc i pozbawiając szans na wszelki awans społeczny. To co powierzchownie słuszne i - w dalekiej perspektywie - warte wysiłku, przez pryzmat konkretu, przez pryzmat panującego układu sił stać się może działaniem w istocie błędnym, czy wręcz szkodliwym. Naiwni idealiści łatwo zwykli wpadać w tego rodzaju pułapki.

Sama Rosja, od momentu w którym w sprawie Pussy Riot zapadł skandalicznie surowy wyrok, znalazła się w ogniu światowej krytyki i będzie miała problem by wybrnąć z tej sytuacji z klasą. Kraj pogrążony od dawna (konkretnie od upadku ZSRR i związanej z tym upadkiem potwornej klęski gospodarczej i demograficznej) w kryzysie, budujący wszelką, resztkową, wewnętrzną spójność na bazie cerkiewnej religijności znajduje się między młotem (cerkwią) a kowadłem (zachodnią i wrogą wobec siebie opinią medialną). Stawką jest destabilizacja kraju i ułatwienie zadania jego konkurentom, co może być niezwykle istotne, biorąc pod uwagę szykujący się konflikt na Bliskim Wschodzie…

Tarcza antyrakietowa, czyli Święty Graal prawicy

Święto Wojska Polskiego stało się wspaniałą okazją do hucznego zamanifestowania narodowego militaryzmu. Zamiast zdystansowanej, historycznej refleksji i dnia pamięci o ofiarach przeszłych wojen święto to jest dla władz czymś na kształt wezwania do wielkiej mobilizacji i ciągłej bitwy.

Te bitwy, które rzekomo mają nadejść to bitwy z Talibami, Ruskimi i wszystkimi tymi, których zwalcza nasz Wielki Brat z Ameryki. Gdy Bush marzył o tarczy antyrakietowej i projektował ją w swoich myślach nie przypuszczał chyba nawet tego, jak silnie obraz ten zapisze się w świadomości polskich elit. To, co dla USA jest prostym planem strategicznym skierowanym przeciwko Rosji i mającym na celu odbieranie wpływów Moskwie przy pomocy pożytecznego idioty (Polski), dla nas miało stać się sensem życia i usprawiedliwieniem naszego istnienia w świecie.

Tak właśnie tarcza antyrakietowa stała się Świętym Graalem polskiej prawicy.

To tarcza ma udowodnić powagę naszej misji i naszej dziejowej, antybolszewickiej misji, to tarcza ma uczynić z nas światową potęgę militarną, kraj którego inne kraje miałyby się obawiać... Takie są marzenia naszych elit rządzących, tak zaszczepiono w wyobraźni prawicy zwykłe sługusostwo.

Obama, który zwlekał i zwlekał, aż zaniechał budowy tarczy antyrakietowej nie przypuszczał nawet jak głębokie uczucia lumpenpatriotyczne, kwitnące w umysłach prawicy, zdradził (Czarni po prostu nie rozumieją naszej misji!). Tak się nie godzi. To było dla prawicy nie do zniesienia.

I tak powstał projekt Polskiej Tarczy Antyrakietowej. No może nie dosłownie tarczy, no może bez satelity wystrzelonego w kosmos, może bez najnowocześniejszej technologii... może skończy się na nielatającej replice samolotu bojowego... nieważne! Liczy się idea i tę ideę prawica gotowa jest nawet realizować (niestety przy pomocy prawdziwych, nie zabawkowych, pieniędzy, do tego w dużych ilościach).

I tak, pośród błogosławionych szeregów wojsk kolonialnych (które wspaniale przysłużyły się ojczyźnie w Iraku i Afganistanie) Prezydent Komorowski rozpościera przed nami wizje polskiego imperializmu, polskiej potęgi wojskowej. W rocznicę bitwy warszawskiej ma to szczególne znaczenie.

Historia podobno lubi się powtarzać.

Jeśli bolszewik ze wschodu uderzy po raz drugi (a przecież nastąpić ma to lada chwila) będziemy zwarci i gotowi. Jeśli tylko zdążymy wezwać z powrotem trzy miliony emigrantów, jeśli zdołamy ustawić naszą tarczę w widocznym miejscu (by siała lęk niczym strach na wróble), jeśli wszyscy na czas wrócą z pielgrzymek - dzień to będzie ich ostatni!

Amen.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Bezrobotni? Niedostosowani

Panujące w Polsce wysokie bezrobocie – oscylujące w tym momencie wokół 14 procent – jakoś specjalnie nie zaprząta czyjejkolwiek uwagi. Bezrobotni na stałe wpisali się w pejzaż rzekomo kwitnącej gospodarki, a wykorzystywane przez wszystkie partie polityczne hasło walki z bezrobociem jest już nawet nie pustą obietnicą, tylko kultywowanym na chłodno rytuałem.

A mimo to rząd ma z bezrobotnymi duży problem. Oto są ludzie, którzy swoim położeniem najwyraźniej nie potwierdzają oficjalnej doktryny, zgodnie z którą każdy kto chce pracować, pracę może mieć. Kapitalistyczne państwo w erze powszechnej informacji nieustannie musi dbać o swoje Public Relations. Dlatego też na potrzeby propagandy sukcesu ewolucji ulega sposób przedstawiania zagadnienia bezrobocia i ludzi bezrobotnych. Jest to ewolucja wyjątkowa, bo całkowicie dehumanizująca, nie tylko pracę, ale przede wszystkim – ludzi.

Uruchamiane przez rząd urzędy pracy starają się dostosowywać ludzi do ofert funkcjonujących na rynku pracy. Powstają szkolenia, którym w sukurs idzie oficjalna ideologia, w myśl której praca jest, tylko ludzie są do niej niedostosowani. Dostosowywanie ludzi do pracy przychodzi o tyle trudno, że nie każdy obywatel Polski pogodził się już z pracą na umowie śmieciowej. Oferty pracy, które obecnie znaleźć możemy w urzędach nie pozwalają samodzielnie przetrwać, nie pozwalają nawet na wynajem mieszkania, jedyne do czego się przyczyniają to obniżanie się poziomu życia i ogólna pauperyzacja. Nic więc dziwnego, że do takiej pracy należy opornego obywatela dostosować.

Walka z bezrobociem to we współczesnej Polsce walka nie ze zjawiskiem bezrobocia, ale z samymi bezrobotnymi! Jest to jednak tylko walka na niby. Tak naprawdę celem rządu jest zwiększanie liczby bezrobotnych, ale przy jednoczesnej – wciąż - pejoratywnej ocenie zjawiska bezrobocia przez społeczeństwo próbuje się tę prawdę ukryć. Dlatego bezrobotni w kapitalizmie nigdy nie są ofiarą, nie są produktem mechaniki funkcjonowania systemu. Są leniwi, złodziejscy, są nieludźmi, są bezczelni! Urzędy pracy, które zajmują się bezrobotnymi nie są w stanie znaleźć im pracy ponieważ miejsc pracy nie ma. Państwową politykę pełnego zatrudnienia zastąpiła państwowa polityka maksymalizacji bezrobocia, do której świetnie przyczyni się podniesienie wieku emerytalnego oraz projekty prywatyzacji urzędów pracy, o których ostatnimi czasy jest coraz głośniej.

Strukturalne bezrobocie, które jest nierozerwalnie związane z systemem kapitalistycznym tworzy rezerwową armię pracy i rezerwowych robotników, skutecznie obniżających cenę siły roboczej ludzi pracujących. Im większe jest bezrobocie tym mniejsze jest wynagrodzenie tych, którzy pracują. A im mniej ludzie pracujący rzeczywiście pracują, tym mniejsze otrzymują wynagrodzenie. To ostatnie uzyskano dzięki polityce tzw. uelastycznienia. Ta polityka ciągłego zwalniana i zatrudniania to stara kapitalistyczna strategia, doskonale znana Karolowi Marksowi już w XIX wieku. Wówczas to fabryki zatrudniały pracowników na konkretne zlecenia, konkretne prace. Stały etat, ciągłość pracy to owoce walki robotników o swoje prawa, walki z kapitałem. W czasach klęski ruchu robotniczego i bez oporu z jego strony te prawa zostaną odebrane.

W krajach kapitalistycznych wypracowano szereg metod radzenia sobie z bezrobotnymi. Hasła przemawiające za otwarciem szkolnictwa wyższego dla wszystkich były zbieżne z tym kapitalistycznym programem. Młodych bezrobotnych zamraża się na studiach na okres pięciu lat, skutecznie maskując fakt braku pracy na rynku. Drugą metodą jest otwarcie międzynarodowego rynku pracy. Wykwalifikowana siła robocza z Polski może nawet zechcieć zmywać naczynia w sytuacji, w której za roboczogodzinę otrzyma 10, ale nie złotych, tylko funtów. Kolejnym sposobem maskowania bezrobocia jest ewolucja samego sposobu zatrudniania i wspomniane już uelastycznienie…

Człowiek jest w kapitalizmie przedmiotem nieustannego wywłaszczania, wywłaszcza się go z majątku, z produktu jego pracy i finalnie z samej pracy. W niekapitalistycznej rzeczywistości człowiek realizuje się poprzez pracę i jest ona naturalnym przedłużeniem jego aktywności. W kapitalizmie jest inaczej. Praca jest w nim przedmiotem panowania nad człowiekiem, dlatego też, wbrew pozorom, w kapitalizmie to nie człowiek szuka pracy, ale praca szuka sobie człowieka, lub raczej, jak to ma miejsce dziś, praca (a w zasadzie skryty za nią kapitał) dopasowuje do siebie ludzi przy pomocy usłużnego, agenturalnego państwa.

Czy wszystkich uda się "dopasować"?

Skądże! W końcu nie taki jest prawdziwy cel kapitalistycznej "walki z bezrobociem". Sukcesem walki z bezrobociem w kapitalistycznym wydaniu będzie nie aktywizacja społeczeństwa i pełne zatrudnienie, lecz powszechna bieda i tańsza praca, oraz jeszcze tańsze bezrobocie. "Dopasowani" zamiast pracy i godnej płacy zyskają chroniczną biedę, a ich praca będzie karykaturą...

Kraj Fikcji


Rządy Platformy Obywatelskiej to rządy fikcji. Mamy fikcyjne wykształcenie (na uniwersytetach, które ukończyć może każdy), mamy fikcyjne zatrudnienie (na umowach śmieciowych, bez składek ubezpieczeniowych), mamy fikcyjną opiekę zdrowotną (w prywatyzowanych szpitalach, gdzie w kolejkach tkwi się miesiącami), mamy fikcyjną kulturę (opartą na kulcie wulgarnych igrzysk i konsumpcyjnej tandecie), a nawet mamy fikcyjne żarcie, którego pełno jest na półkach (a którego skład w 99% stanowią wypełniacze, dopełniacze, aromaty i kolory 'identyczne' z... ale nie naturalne). Pod kątem panowania fikcji nasza nowa potransformacyjna rzeczywistość bije na głowę Polskę Ludową, która naiwnie utrzymywała stałe standardy... jak brakowało kiełbasy, to jej nie było... dzisiaj nawet jeśli zabrakłoby w sklepach mięsa to na półkach pozostanie jego azbestowy odpowiednik.

Nie ma już sklepów, są polujące na najtańszą, najbardziej chemiczną tandetę dyskonty. Nie ma publicznych, utrzymujących wysoki poziom uczelni, są prywatne uczelnie i fabryki bezrobotnych. Nie ma planowego zatrudnienia, jest planowe bezrobocie i przymusowa emigracja. Powoli likwidowane są też publiczne ośrodki kultury, które zastąpić ma importowana serialowa tandeta oraz pozwalające się wzbogacać zagranicznym koncernom igrzyska - takie jak Euro 2012. Polski kapitalizm jest fikcyjny, bo nie jest nawet pełnym kapitalizmem. Kapitalizm to system klas, dwóch klas - proletariatu i burżuazji. W przypadku Polski mamy raczej do czynienia z samym proletariatem, tanią siłą roboczą na eksport, ludźmi na sprzedaż do roboty za granicę, różnica tylko w tym, czy wyjeżdżają zagranicę do tamtejszych slumsów, czy też pozostają skoszarowani na miejscu – najlepiej w blaszanych kontenerach! Nie ma u nas burżuazji, dlatego nie istnieje też burżuazyjny patriotyzm. Siłą zewnętrzną patriotyzm został u nas ograniczony do manifestowania swojskiej rusofobii. Naród, poczucie solidarności państwowej, zastąpiony został wiarą w odwieczną walkę dobra ze złem, przy czym złem są zawsze – pragnący zakłócić naszą idyllę - czerwoni i ruscy.

W kraju fikcji wszyscy cierpią na omamy, wojując przede wszystkim z "demonami przeszłości". Z tymi demonami walczyć mamy wszyscy razem i do spółki. Fundament założycielski III RP leży u podstaw powszechnej ideologii. Nawet będące - pozornie - opozycyjnymi grupy polityczne zastanawiają się przede wszystkim nad tym jak odciąć się od historii i przemalować polski kapitalizm tak, by przedstawić go w dobrym świetle. Najodważniejsi 'rewolucjoniści' myślą w Polsce o... reformie. A symbolem 'rewolucji' jest kuroniówka, którą 'mądry Polak po szkodzie' rozdaje uciśnionym, gorąco im współczując.

Kraj fikcji to kraj bez konfliktu. Dlatego nie ma też w tym kraju prawdziwej walki, czy jakiejkolwiek wizji zmian. Prawdziwy socjalista-rewolucjonista myślał niegdyś wpierw nad tym, co zniszczyć, a potem - ewentualnie - nad tym, co później zbudować. Dziś wszyscy chcą reformy, większej ilości pudru na obitym mocno ryju, czy bardziej życzliwego języka i (to już niezwykły radykalizm!) debaty oksfordzkiej. I tak przerobiono i zalegalizowano bunty. Tak więc mieliśmy w Polsce rewolucję kulturalną, ale rewolucję tę przeprowadzono pod sztandarami IPN-u. Mieliśmy w Polsce demokratyczny przełom, w wyniku którego od lat rządzą w Polsce różnej barwy neoliberałowie. Mieliśmy w Polsce wojnę o wolność... ale w Iraku i Afganistanie... i w rzeczywistości nie o wolność, ale o niewolę i o zyski dla amerykańskich koncernów.

Trudno wpleść w fikcję jakąkolwiek ideologię. Ale fikcja potrafi rozpychać się łokciami, tak skutecznie, że samo jej panowanie staje się panującą ideologią. Ta panująca ideologia to ideologia sukcesu. Mamy więc zielone wyspy, mamy cztery nowe stadiony, mamy kapitalistyczny wzrost gospodarczy, mamy „szacunek sąsiadów”. Sukces fikcji to nic innego, jak sukces skutecznego zarządzania niewolniczym zagłębiem. Pełni nienawiści do socjalistycznej biurokracji możemy bez najmniejszego zmartwienia miłować biurokrację współczesną – wielokrotnie większą i 'demokratycznie obraną' - a więc naszą, własną, polską i nieruską! Bo w końcu skoro wszyscy kradną, to niech rządzą nami chociaż polscy złodzieje. Oto właśnie nowoczesny patriotyzm!

Fikcja to coś, co wydaje się nierzeczywistym, coś co sprawia wrażenie nieistniejącego i niewyczuwalnego. Ale my, w Polsce czujemy fikcję, jest ona namacalna, żyje razem z nami i nigdy nas nie opuszcza. Czujemy fikcję i wiemy, że tworzona przez nią rzeczywistość jest kłamstwem. Dlatego wszyscy od niej uciekamy. Uciekamy w jeszcze bardziej fikcyjne zagadnienia, fikcyjne konflikty i fikcyjne marzenia. Jedni marzą więc o narodowych zrywach i wojnie z Putinem, inni o wyzwoleniu zwierząt, jeszcze inni o emancypujących całą płeć zmianach w słowniku języka polskiego i o rewolucji przeprowadzanej przy pomocy facebooka... Są nawet tacy co śnią o sukcesie polskiej gospodarki i sprywatyzowaniu samej prywatyzacji.

Festiwal obłudy nie bierze jeńców, ale pośród marzycieli znaleźć można także zarządców fikcji.

To właśnie zarządcy fikcji są tymi, którzy nie śnią na jawie. Zarządcy uprawiają politykę i egzekwują wolę panujących w Polsce sił potransformacyjnego kapitalizmu. Politykę robi u nas Michnik, politykę robią Grzechu, Rychu i Zbychu. Wszystko co zapragnie zaistnieć w końcu będzie musiało przykleić się do zarządzających, czyli tych, którzy jako jedyni operują tym, co prawdziwe – pieniędzmi. Walka polityczna (ale także i życie) to walka o przetrwanie, to walka o stołki i o płace. Dlatego jeśli chcemy by nasza partia, czy inne, tworzone przez nas żyjątko, przetrwało upewnijmy się, że jego reguły mieszczą się w zakresie celebryckiego show/marzeń Michnika. Snując wizje o nowym, wspaniałym świecie miejmy na względzie świat prawdziwy, jego władców, panów i dyktatorów. W przestrzeni poprawności mamy prawo być tylko egzekutorami woli najwyższego (neoliberalizmu), lub błaznami, których klęski i gafy służyć będą cementowaniu obecnego panowania.

System fikcji to także system prawd oczywistych. Te prawdy oczywiste to inaczej – używając starego nazewnictwa – świętości. Mamy w Polsce kilka podstawowych świętości. Są nimi słowa-klucze, których znaczenie jest formą magiczną, niemożliwą do penetracji i jakiejkolwiek krytyki. Demokracja. Totalitaryzm. Wolny rynek. Polityczność. Apolityczność. Terroryzm. Ofiary… Każde z tych pojęć tworzy mapę pojęciową świata, w którym żyjemy, każde stanowi kolejny klocek, z których ukladanki wyłania się obraz obozu koncentracyjnego. W odmóżdżonym, „wychowanym na lekcjach religii i kreskówkach” społeczeństwie zamiast wiedzy aplikowane są właśnie prawdy oczywiste. Prawdy magiczne są serwowane społeczeństwu na każdym kroku. Każdy medialny komentarz opiera się o słownik prawd magicznych. Tylko zarządcy i miłościwie panujący – ci z nich, którzy pozostają w miarę wykształconymi – mają możliwość głębszej interpretacji świata. Ludźmi pozostają więc forsiaści, którym wykształcenie pozwala zgłębić naturę rzeczywistości społecznej. Pozostali, ci którym brakowało szczęścia i chowali się samopas w świecie strusia pędziwiatra i pędzących po lodzie gwiazd stają się wyznawcami fikcji. Motto wykastrowanych brzmi: ‘chciałbym chcieć, ale nie potrafię ‘. Ten system jest coraz sprawniejszy. Polska ulega dalszej transformacji, w stronę pełnej automatyzacji zarządzania. Rzeczywistość społeczna to ekonomia, a ta nie znosi niepotrzebnych wydatków. Dlatego za kilka lat zabraknie już ‘świadomych’ zarządców, a przy życiu pozostaną tylko ślepo zapatrzone w ekrany baranki i system żył będzie siłą organicznej perswazji i przy pomocy wdrukowanego w społeczną świadomość nazewnictwa.

Fikcja, propaganda, fałszywa świadomość, kapitalistyczna ideologia, ułuda, utopia kapitalizmu. Nazw jest wiele. Wyznawcami są prawie wszyscy. Szukając miejsca na wyłom, szukając dziury w fikcji szukajmy nieestablishmentu, szukajmy desperatów, elementu, marginesu. Krążąc od jednego reprezentanta świata fikcji do drugiego stoimy w miejscu. Nowy beton stołuje się w modnych kawiarniach, czytuje krytycznie modną literaturę, jeździ drogimi samochodami, pozostaje na topie. Do głosu dochodzi skala i wraz z nim lęk – nas, maluczkich. Wszyscy, którym udaje się zamanifestować swoją niezależność, inteligencję i pomysł natychmiast nęceni są obietnicami i dopuszcza się ich boczną ścieżką do korytka. Władza posługuje się pieniędzmi jak narkotykiem. Warstwom potencjalnie niebezpiecznym pozwala się przetrwać oferując im minimalne płace, naukowcom pozwala wisieć na sznurku, który chociaż lichy i marny nie pozwala odrzucić i zerwać łączącej z systemem pasożytniczej więzi.

Wszyscy mają prawo żądać, ale nikt nie ma prawa żądań realizować. To jest właśnie lep i pułapka na wywrotowców, którym wydaje się, że sama manifestacja i cicho wypowiedziane słowo ‘nie’ wystarczy by ruszyć z posad bryłę świata. Naiwni będą wierzyć, że przepis na rewoltę usłyszą w telewizji. Naiwni marzą o powszechnie akceptowalnej rewolucji i o aprobowanym przewrocie. Łudzą się, wierząc, że system nie zabezpieczył się i nie zideologizował faktycznych dróg oporu. Te – prawdziwe – drogi oporu są dziś ścieżkami przestępczymi, ścieżkami prawd magicznych… ścieżkami Ofiar, Dyktatorów, Totalitaryzmu… Tak już jest, że system społeczny zawsze rozpoznaje swojego wroga, piętnuje go i naznacza, przebiera w szaty diabła stawiając za wzór zła i irracjonalnego szaleństwa. Pragnąc zmian i jednocześnie wierząc w tego Złego nie da się czegokolwiek osiągnąć.

To, co operuje fikcją zwie się ideologią. A ideologię zwalczyć może tylko kontrideologia. Antyfikcja musi posiadać własne prawdy, własne pojęcia, własne korzenie, musi pozostawać w sprzeczności z fikcją panująca. Miejscem bitwy ideologii jest polityka – w swym szerokim wymiarze. Pragnąc skonstruować i przedstawić alternatywę musimy sięgnąć po język konfliktu, język walki klas i słownik różnic. To ten słownik jest dziś atakowany najmocniej. Z „lewa” i z prawa. Konfliktowi przeciwstawiana jest jedność i solidarność - fundujące obecną rzeczywistość pojęcia. To właśnie w oporze przeciwko tej narracji, narracji tworzonej przez liberalizm większość krytycznych teoretyków okazała się bezsilna. Na kapitalistycznym rynku możemy kupić rewolucję, możemy nabyć i zaprezentować każdą naszą egzystencjalną, seksualną bolączkę. Liberalne swobody i wolność są w kapitalizmie przedmiotem nieustannej debaty… poza sferą gospodarki, która staje się wyalienowana i odłączna, przeistacza się w teren ekspertów i specjalistów, magów - wtajemniczonych.

Czy czegoś się doczekamy, czy doczekamy się zmian? Neobeton twierdzi, że czekać znaczy pragnąć niemożliwego, że walczyć oznacza przeczyć wielkim osiągnięciom, oznacza przeczyć malowanej zieloności naszej wyspy. Ostatnią nadzieją stają się więc nieśmiałe protesty. Apelujemy więc do naszych bożków, władców epok minionych – rozsądku, sprawiedliwości, równości, życzliwości. Apelujemy, oburzamy się, z nadzieją na prawdomówność łowców terrorystów, zabójców i cynicznych wyzyskiwaczy. Śnimy po nocach o konsensusie, którego ślady rzekomo odnajdujemy w niezmiennej i odpornej na wszelkie debaty linii Tusków/Michników/Balcerowiczów… W heroicznych porywach marzyć można o buncie… buncie, który przeprowadzony ma zostać przy pomocy metod ratyfikowanych przez Gazetę Wyborczą, buncie śpiworowym, buncie apolitycznym i niezorganizowanym, buncie na jeden >szokujący< artykuł.

piątek, 29 czerwca 2012

Spontaniczna cenzura

Rację ma pisząc na swoim blogu Prof Jan Hartman - "Poniewieranie Rabczewską i Wojewódzkim przez jakieś sądy, ministerstwa i gazety, przy wtórze rozhisteryzowanej gawiedzi godne jest kościelnych polowań na czarownice i heretyków"[1].

W obu przypadkach 'publiczne oburzenie' pragnie skarcić i zakneblować ludzi powtarzających niepopularne systemowo treści. W kapitalistycznej demokracji parlamentarnej rola cenzora zastąpiona została kontrolowanym przez prywatny kapitał dyskursem medialnym oraz posłusznymi giermkami. Ci giermkowie to społeczeństwo, czyli wszyscy uczestnicy życia publicznego. Pranie mózgu, którym dręczy system modeluje całościowy system oceny i zatrudnia wszystkich jako policjantów, pilnujących (a to ci dopiero!) "wolności słowa"!

Dlatego nie można powiedzieć, że biblię napisali napruci winem i palący zioło ludzie, dlatego nie można (w sposób ironiczny i drwiący z drobnomieszczańskiej poprawności) zwrócić uwagi słuchaczy na dramatyczną sytuację pracujących w Polsce imigrantek... przykłady są jednak wszędzie... i tak reżyser Lars Von Trier nie mógł nawet "zrozumieć" Hitlera.

"Wolność słowa" to specyficzny konstrukt. Tak jak specyficznym konstruktem jest w kapitalizmie parlamentarna demokracja. Ta druga jest całkowicie niegroźna i całkowicie bezsilna wobec panujących w społeczeństwie przy pomocy kapitału elit i dlatego bardzo odpowiada systemom kapitalistycznym, które przyzwalając na fałszywą partycypację ogółu w życiu politycznym skrzętnie maskują stosunki własności i przepaście w wykształceniu, wynagrodzeniach i w związku z tym - w świadomości obywatelskiej.

Wolność słowa dotyczy z kolei tych, którzy spełniają warunki poprawności: kapitalistycznej, "demokratycznej", chrześcijańskiej (!) i zakrapianej sosem infantylnej naiwności. Sprawa jest poważna, bo nie dotyczy wyłącznie polityków. Dyktatura fałszywej wolności słowa dotyka artystów, reporterów i komików!

Złudzenie wolności słowa łatwo jest obnażyć. Nie tak dawno temu doskonale zrobili to Paweł Demirski i Monika Strzępka, artyści wyraźnie bowiem wyczuli i poznali się na umiejętnym zawłaszczaniu dyskursu przez neoliberalną narrację. W rezultacie wybuchła - słuszna - "awantura" [2], która wyraźnie obnażyła cynizm i wyrachowanie dziennikarza, karnie wypełniającego rolę kata swobód kulturowych, obywatelskich i politycznych. Gdy w programie Wojewódzkiego i Figurskiego wykorzystana została ta sama narracja, którą posługiwał się Chlasta, lecz na sposób prześmiewczy i wyraźnie drwiąco ironiczny (a więc na sposób niepoważny!) momentalnie zrodziło się wielkie oburzenie i w dzwony bić zaczęli ‘poprawnościowi’ lewicowcy. Zamiast dziękować i wykorzystać tą okazję do wyciągnięcia zagadnienia położenia i sytuacji imigrantów w Polsce zrobiono to, co najchętniej zrobiliby panujący wyzyskiwacze – zaatakowano, potępiono i wymazano sprawę jako nieważną, bo skandaliczną i nieczystą w treści.

Jeżeli ‘wolność słowa’, którą kapitalizm tak obiecywał, poddana ma zostać słusznej i zasłużonej krytyce, to zmienić musi się podejście krytyków systemu. Humor, dowcip i ironia potrafią być potężniejszą bronią niż nabożne i egzaltowane wynoszenie cierpienia na ołtarze. W cierpieniu nie ma bowiem żadnej szlachetności, ani nie jest ono samo w sobie jakąkolwiek wartością! Wstydliwe podejście do spraw dotyczących własnego ciała, czy nabożna powaga, która każe zakryć faktyczne zjawiska to archaizm, efekt indoktrynacji i droga całkowicie nieskuteczna, taka, która nic nie zmieni. W działaniu politycznym liczą się bowiem efekty, a każdy politycznie działa na swój sposób.

Rosnąca cenzura, obecna już w Internecie, życiu politycznym, a nawet artystycznym skłania do wyciągania wniosków. Późny kapitalizm, w którym władza – już mniej nawet niż – 1% staje się coraz bardziej wyraźna i w którym coraz łatwiej podważyć jest logikę, którą kierują się panujący reaguje coraz bardziej agresywnie i histerycznie na każdy przejaw, czy nawet złudzenie ataku. Liberalizm, który jest dyskursem kapitalizmu nie jest w stanie poradzić sobie z wolnością słowa, nie może pozostawić jej przy życiu. Albowiem prawda przeczy jego mechanice. Dlatego praktycznie nie można nazywać już najeźdźcami i bandytami polskich i amerykańskich agresorów w Iraku, nie można żartem/na poważnie/motywująco do działania mówić krytycznie o sytuacji imigrantów, zabijanych w imperialistycznych wojnach, czy umierających z głodu w trzecim świecie… nie można też naruszać świętości – boskiego panowania i antysocjalistycznych fundamentów.

Cenzura pójdzie dalej. Mylili się jednak wszyscy ci, naiwni, którzy sądzili, że cenzurę stosuje – najlepiej przebrany za Stalina – gruby i odpychający cenzor w biurze politycznym. Cenzura jest wszędzie gdzie realizowane są interesy systemu i gdzie spotkać można posłusznych mu wykidajłów. Cenzura finansowa nie jest wystarczająca, potrzebna jest też cenzura spontaniczna i obywatelska. Dopóki nawet najbiedniejsi potrafią jeszcze czytać i pisać (choć akurat to się może wkrótce zmienić) słowo i dźwięk głosu ludzkiego są nadal niebezpieczne. W najgorszej sytuacji, w największej alienacji sami staniemy się kapitalistycznymi cenzorami.

Spoglądając na świat kapitalizmu = świat reklam zostajemy poinstruowani, co wolno, a czego nie. Cieszmy się więc, że pozwalają nam jeszcze chociaż wpadać w piłkoszał, wymachiwać wypranymi ze znaczenia barwami narodowymi, czy pić na umór.

Szczególnie odebrania tego ostatniego nie zniósł by chyba już nikt.



[1]http://hartman.blog.polityka.pl/2012/06/23/kuba-robi-to-z-doda/

[2]http://kultura.gazeta.pl/kultura/1,114532,11447122,Awantura_u_Chlasty__Strzepka_i_Demirski_skrytykowali.html

piątek, 1 czerwca 2012

Performance nie zastąpi polityki

Organizowane w Polsce akcje okupacyjne, czy lokatorskie są bez wątpienia efektem antykapitalistycznego zaangażowania społeczeństwa. Stale pogarszająca się sytuacja gospodarcza Polski i pesymistyczne prognozy na przyszłość stymulują obywatelskie niezadowolenie. Za tym niezadowoleniem podąża zaangażowanie, którego poziom zdaje się powoli wzrastać, jednocześnie rośnie też desperacja społeczeństwa i jego odwaga.

Rosnące niezadowolenie - szczególnie środowisk politycznych - pcha do działania. W przypadku polskiej lewicy - głównie pozaparlamentarnej - najistotniejszym problemem staje się forma działania politycznego. Z uwagi na słabość lewicy antykapitalistycznej i socjalistycznej możliwości organizowania protestu stają się wyraźnie ograniczone. Dlatego też lewica adaptuje nieinwazyjne i niewymagające wysiłku techniki działania - skazując się na performance zamiast polityki i rolę klienta wobec potężniejszych i prawicowych niby-partnerów politycznych.

Trud związany z zakładaniem partii, tworzeniem listy wyborczej czy organizowaniem trwałej i silnej struktury politycznej mało kogo dziś interesuje. Lewica, szczególnie młoda, pragnie uczynić praktykę polityczną działką aktywności w rodzaju wyjścia na zakupy, pójścia do kina, czy okazjonalnego uczestnictwa w demonstracji. To co trwałe w polityce i co może stać się w którymś momencie zarzewiem szerokiego ruchu politycznego - a więc partia polityczna lub innego typu powszechna organizacja lewicowa - jest nielubiane, niemodne, wyparte z dyskursu publicznego, a nawet z przestrzeni możliwości.

W grę wchodzą tu trzy podstawowe, demobilizujące czynniki. Pierwszym czynnikiem jest panowanie ideologiczne, drugim są braki finansowe, trzecim jest brak proletariackich interesów klasowych.

Pisząc o panowaniu ideologicznym mam na myśli przede wszystkim panująca ideologię, w myśl której każda organizacja polityczna - a w szczególności partia - nie służy niczemu dobremu i nie realizuje czyichkolwiek interesów poza swoimi żądnymi sukcesu i szmalu liderami[1]. Ta propaganda skutecznie paraliżuje siły strukturotwórcze na lewicy korzystając z naiwności i płytkiego idealizmu lewicowców. Jeżeli chodzi o braki finansowe, to wynikają one przede wszystkim z tego, że nie jest się w stanie ukonstytuować struktura zdolna koncentrować fundusze na swą działalność. Jest też druga strona finansowania lewicy w Polsce - w pewnej części pieniądze trafiają do lewego skrzydła (mam tu na myśli szczególnie inteligencję) poprzez prawicowe ośrodki panowania, przez co późniejsza działalność tejże lewicy jest już z góry zdefiniowana i określona koniecznością podtrzymywania dotacji - politycznie i teoretycznie odbiorcy tych środków siłą rzeczy skręcać więc będą na prawo. Brak proletariackich interesów klasowych to także czynnik uniemożliwiający wytworzenie struktury prawdziwie lewicowej i socjalistycznej. Partie i grupy, w których dominują reprezentanci jednej z grup przedsiębiorców, lub drobnomieszczańska klasa średnia nie będą chciały rzucić się w wir walki o lewicową politykę, zamiast tego staną się częścią (bardziej lub mniej) wrażliwego - pacyfikującego lewicę - liberalizmu.

Dochodzimy do ważnego zagadnienia, zagadnienia ruchu społecznego. Niektórzy lewicowi komentatorzy przyjęli strategię wspierania i popierania każdego ruchu społecznego, szczególnie wszelkiego rodzaju aktywizmu. W interpretacjach sytuacji politycznych należy wrócić do oceny celów, efektów, pobudek i treści. Sam w sobie ruch społeczny nie jest czymś bezsprzecznie wartościowym. Dopiero realizując pewną konkretną, lewicową strategię polityczną ruch społeczny dojrzewa do miana ruchu lewicowego i jako taki może włączyć się w lewicowe spektrum oddziaływania. Polityczny performance, demonstracje, a nawet protesty i strajki wcale nie muszą kryć w sobie lewicowych treści.

Mam na myśli, modne ostatnimi czasy okupacje, a także m.in ostatnie działania "Solidarności", które uzyskały niemal fanatyczne poparcie ze strony lewicy, poparcie, którego udzielenie zgodnie z zapewnieniami niektórych osób, stanowiło wręcz ostateczny sprawdzian lewicowości i obowiązek każdego lewicowca.

Pomijając charakterystykę współczesnej "Solidarności", na pochodach której nieprzypadkowo dominuje hasło "precz z komuną" (oczywiście lewicy i socjalistom wydaje się, że hasła te ich nie dotyczą) i która przez całe lata maskowała i przyzwalała na antypracownicze praktyki rządu, po czym przykleiła się do PiSu, zwrócić należy uwagę na rolę, na którą lewica skazuje się udzielając tego poparcia. Oto zamiast tworzyć lewicowe, klasowe związki zawodowe i jednoczyć lewicę - co jest zadaniem trudnym, ale jest też jedyną możliwością uzyskania samodzielności politycznej - lewica nieświadomie staje się klientem prawicowych podmiotów politycznych.

Podzielona i słaba lewica powinna pchać scenę polityczną na lewo, nie przyłączać się, ale tworzyć w dyskursie wyłom dla nowych, radykalnych treści. Przyłączanie się do najsilniejszych, z uwagi na ich - z rzadka - lewicujące postulaty jest drogą nie tylko do zatracenia politycznej odrębności, ale też drogą do jeszcze dalej idącej marginalizacji i gwarantem powszechnego lekceważenia ze strony wszystkich - w rzeczywistości wrogo nastawionych do socjalistycznego programu - 'partnerów'. Kiedy działanie polityczne staje się działaniem poważnym? Kiedy lewicowość staje się hasłem przekutym w konkretną polityczną praktykę.

Działania doraźne, działania nieinwazyjne to w istocie desperackie próby zaistnienia. Próby, których forma zapożyczona jest z zachodnich, amerykańskich praktyk organizacji politycznych pogrążonych w atomizacji, marazmie i samotności. Fascynacja hamburgerem przełożyła się niestety na fascynację amerykańską lewicą, której reprezentanci urastają w wyobrażeniach polskiej lewicy do rangi herosów. Konia z rzędem temu, kto doszuka się sukcesów amerykańskiej lewicy w ostatnich 50 latach... chyba, że za sukces uznać należy przeniesienie się armii USA z Wietnamu do Iraku, otwarcie więzienia w Guantanamo, uchwalenie Patriot Act/NDAA, całkowitą prywatyzację służby zdrowia, czy powszechny dostęp do broni palnej.

Fascynacja tymi praktykami i lewicą amerykańską ma ukryty cel, którym jest eliminacja wszelkich lewicowych treści związanych z okresem Polski Ludowej. Wykreślając PRL wykreślono jednocześnie wszelką lewicową aktywność polskich działaczy i naukowców, wykreślono wszystkie, w wielu przypadkach skuteczne praktyki polityczne i organizacyjne... i faktycznie, w takiej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak udać się do kolebki nowoczesnej demokracji, czyli do Stanów i patrzeć z utęsknieniem na HOLLYWOOD.

Twórzmy lewicę podmiotową. Odróżniając działania doraźne od działań strategicznych, miejmy tę świadomość, że performance nieprzypadkowo najlepiej sprawdza się w sztuce i nie zastąpi on polityki.

[1] Zabawnym jest, że antypartyjna propaganda dotknęła przede wszystkim lewicy. Prawicowe partie polityczne (choć czasem nazywane 'platformami') mają się dobrze i funkcjonują wyjątkowo sprawnie. Samo słowo "partia" nasycone zostało pejoratywnie. Partia oznacza komunizm=dyktatura=śmierć w obozach, w związku z czym formalnie żadne partie nie mają prawa istnieć - dlatego też bytowanie PO, PiS i wszystkich innych klasycznych partii jest z całą siłą maskowane i skrywane pod płaszczykiem innych określeń i pozornej anty-partyjności w polityce. Partyjność jest dziś w opinii potocznej zarezerwowana dla populistycznych lewicowych partii, a walka z nią tożsama jest z walką przeciwko polityce socjalistycznej - rzecz jasna nietknięte pozostają prawicowe partie i prawicowe podmioty, których praktyka rozumiana jest jako manifestacja nieposkromionych sił przyrody.

poniedziałek, 7 maja 2012

Eksperci będą strzelać

Zaczęła się ofensywa neoliberałów. Po wyborach we Francji i Grecji prawicowi komentatorzy już straszą... że strefa euro się rozpadnie, że nastąpi koniec unii europejskiej i na świecie zapanuje chaos.

W Wiadomościach TVP1 'ekspert' wyraził zaniepokojenie i w prawdziwym strachu pytał, "co jeśli Hollande naprawdę podwyższy stawkę podatkową dla najbogatszych i przestanie zajmować się spłatą długu?" "Europa powinna mówić jednym głosem" twierdzą zlęknieni agenci neoliberalizmu nawołując do solidarności ze swoim programem. Czyżby? Naprawdę powinna? A może innym, nie waszym?

Eksperci chcą w Polsce wydłużenia wieku emerytalnego, eksperci są krytyczni wobec Hollande'a, eksperci wyrażają swoje zaniepokojenie, eksperci tęsknią za Sarkozym (mimo, że jak sami twierdzą nie lubił Polaków!!!), eksperci mają biegunkę... Rynki zareagują niepokojem! Rynki będą wierzgać! Rynki zaczną pluć ogniem i rynki zareagują! Rynek dmuchnie, chuchnie i zdmuchnie nas wszystkich!

Światem rządzi magia i czarodzieje! Magiczne są rynki, które niczym Big Brother widzą, mogą i wiedzą wszystko. Magiczni są eksperci, jedyni istniejący eksperci, w liczbie około trzech krawaciarzy z centrum Adama Smitha/od Misesa/Lewiatana/Business Centre Club (do wyboru do koloru!).

Magii przeciwstawić można dopiero czyn.

Rynki są realne. Eksperci są prawdziwi. Tak prawdziwi jak miliardy euro na kontach ich fundatorów. Tak realni jak instytucje finansowe, które nimi dysponują. Od pieniądza, po rakiety ziemia-powietrze, rynki mogą posłużyć się wszystkim i każdym. I zrobią to. Już robią wiele. Wystarczy kilka godzin, by posłuszni rycerze świętego długu wyszli ze swych jaskiń i zaczęli lobbować w telewizji (i publicznej i prywatnej), propagować w radiu (w każdej stacji, przy udziale setek wyznawców), smarować kilogramy tekstów (od Gazety Wyborczej po Politykę i Wprost).

Rząd dusz nie kończy się na samych mediach, nie jest też niesmacznym żartem, dowcipem, czy pomyłką wynikającą z czyjejkolwiek głupoty/zapomnienia. Neoliberalizm to kapitalizm. A kapitalizm nie zawaha się bombardować, strzelać, zabijać. Od Pierwszej Wojny Światowej po wojny na Bliskim Wschodzie, od głodu w rogu Afryki po miliony ofiar wojen surowcowych w Kongo. Kapitalizm nigdy nie żartuje. Nie żartują też zatrudniani przez niego eksperci, eksperci, którzy są tylko marną wisienką na torcie... torcie, który w repertuarze poszczególnych warstw posiada policję, wojsko, czołgi, samoloty, arsenał nuklearny, kler i tendencje faszystowskie.

Eksperci będą strzelać.

niedziela, 6 maja 2012

Francuskie scenariusze

Wygrana Francois Hollande'a w wyborach prezydenckich to duży sukces europejskiej lewicy. Dopiero drugi raz w historii w wyborach prezydenckich we Francji zwycięża przedstawiciel socjalistów. Zwycięstwo to nadeszło w krytycznym dla Unii Europejskiej i światowego systemu ekonomicznego momencie, w sytuacji, w której od władz najpotężniejszych państw Europy zależy naprawdę bardzo wiele. Hollande ma przed sobą trudny okres, który zweryfikuje jego polityczny program i podda próbie autentyczność jego politycznych zapowiedzi.

Najpoważniejszym wyzwaniem dla Hollande'a będzie renegocjacja paktu fiskalnego. Jeżeli nowo wybrany prezydent Francji zdecyduje się dążyć do zmiany paktu fiskalnego to pewnym jest, że spotka się ze zdecydowanym sprzeciwem ze strony kanclerz Angeli Merkel i korzystających z dekoniunktury w innych państwach Unii Niemiec. Walka o skalę cięć budżetowych i długu publicznego to walka z wielkim globalnym kapitałem, w tym kapitałem europejskim, a także z potężnymi instytucjami finansowymi. Walka ta wymagać będzie wielkiej odwagi, zaparcia i posiadania w zanadrzu całościowego, bezkompromisowego, alternatywnego projektu Unii Europejskiej.

Kluczowe będą też europejskie inwestycje. Hollande dobrze wie, że aby państwa UE mogły wyjść z kryzysu na dobre potrzebują dużych inwestycji na najwyższym poziomie centralnego zarządzania i planowania. Zmiany w unijnych funduszach strukturalnych i ewentualne projekty inwestycji przemysłowych mogą odwrócić sytuację i z dotychczas uległej polityce cięć Europy przemienić ją w kontynent tworzący swój własny wzrost i społeczny dobrobyt. Polityka, która królowała dotychczas, polegająca na ustępowaniu przez państwo pola sektorowi prywatnemu i żywieniu nadziei, że ten samorzutnie z miłości do ludzi zajmie się miejscami pracy legła w gruzach. Bajki o społeczeństwie opartym na wiedzy muszą zostać zastąpione przez prawdziwą reindustrializację Europy.

Następnym wielkim wyzwaniem jest polityka imigracyjna i zagraniczna. Francja Sarkozy'ego dążyła do zamknięcia granic dla imigrantów i uniemożliwienia swobodnego przepływu nawet w skali UE. Polityka zagraniczna prawicy była czysto kolonialną strategią, w zgodzie z którą podbito Libię i wspierano najbardziej imperialistyczne tendencje makropolityczne. To właśnie stosunek Hollande'a do imigrantów, a także do pozostałych krajów będzie decydujący. Francja, która zajęta będzie tylko własnym, wąsko rozumianym, interesem i nie zejdzie z wojennej ścieżki nie stanie się magnesem przyciągającym inne kraje Unii, nie będzie też prawdziwie lewicowa, ani socjalistyczna. Dla Francji i dla Unii nadchodzi czas próby. Czas wyjątkowo brutalnego konfliktu politycznego między ludźmi pracy a kapitałem, w którym wszystkie metody będą dozwolone.

Czy Hollande skapituluje, czy wycofa się z szumnych zapowiedzi i odda władzę sektorowi prywatnemu? A może okaże się bezradny? Czy będzie chociaż próbował dokonać tego co z pozoru niemożliwe?

czwartek, 26 kwietnia 2012

Doktryna: Wiecznykatyń

Fala tematyki smoleńsko-katyńskiej w dyskursie publicznym wciąż przybiera na sile. Im więcej czasu mija od wydarzeń w Katyniu i nawet katastrofy smoleńskiej, tym silniej toczymy bój ze sprawcami tamtych wydarzeń – czy rzeczywistymi choć już mocno historycznymi, czy zupełnie urojonymi, to już mniej istotna sprawa. Prawicowa rzeczywistość, jak kania deszczu, potrzebuje przeciwnika. System określa się bowiem poprzez tworzony przez siebie antagonizm. Konflikt, czy to smoleński, czy to katyński służy właśnie stworzeniu przeciwnika, służy walce ideologicznej i tworzeniu nowej, patriotyczno-narodowej tożsamości, na której oparty ma zostać projekt forsowanej przez Jarosława Kaczyńskiego IV RP.

Batalia Smoleńska i walka o „prawdę” to w rzeczywistości jednak walka nie z urojeniami, lecz z prawdziwym, konkretnym przeciwnikiem. Tym wrogiem jest socjalizm, zwalczany tak bezwzględnie i z pogwałceniem wszelkich zasad „prawdy” i politycznej rywalizacji, ponieważ skutecznie i trwale podważył święty i nienaruszalny fundament obecnej rzeczywistości - własność prywatną i jej dogmat. Walka ta ma jednak charakter komiczny, włączając w to nawet jej metody szulerskie i infantylne jednocześnie. Przeciwnik jest bowiem fantomem, nie istnieje, nie ma go, więc i nie „przyjmuje pola”. W związku z tym komunizm (czy socjalizm) identyfikowany i lokowany jest historycznie, w odległej przeszłości. Po pierwsze w ZSRR, po drugie w PRL-u, czyli komunistyczno-socjalistycznym grzechu polskiej przeszłości. PRL to skrywana, wstydliwa geneza obecnej rzeczywistości, do której całkowitego wyparcia i piętnującego naznaczenia na wieczność dążą elity współczesnego, neoliberalnego kapitalizmu. Wypierając się tym samym znaczącej części siebie, swej własnej przeszłości i kreując przeszłość sztuczną, fałszywą, a tym samym słabą i poniekąd wariacką, jak opowieść o babce hrabinie i klejnotach rodowych.

Elity (takie to zresztą i elity), które urosły i wychowały się w warunkach przeszłości i dzięki tej przeszłości, potwierdzają swoje oddanie aktualnemu systemowi poprzez nieustanną i pogłębiającą się negację wszystkiego, co symbolicznie choćby zatrąca o lewicową treść lub niekapitalistyczną formę, system ów potencjalnie kwestionując. Przybierający na sile, ubrany w pozornie aktualne zagadnienia bój z komunizmem służy więc i cementowaniu III RP, ale także i wykluczaniu z obiegu wszelkiej faktycznie lewicowej i faktycznie antysystemowej treści. W tej materii zawiązał się między prawicą neoliberalną (PO) a kościelną prawicą neoliberalną (PIS) sojusz. Ten pakt polega na wspólnym budowaniu nowej tożsamości narodowej i wspólnej walce, ze wspólnie zdefiniowanym przeciwnikiem – komunizmem.

IPN, mimo wszystkie związane z nim skandale – od tragedii po kompletną farsę -został przecież nieprzypadkowo utrzymany podczas kolejnej kadencji premiera Tuska, nieprzypadkowo to właśnie Bronisław Komorowski zapowiada budowę muzeum zbrodni komunizmu, etc. Zamożna część społeczeństwa i jej liberalni reprezentanci często nie rozumieją tej milczącej zgody, ale to właśnie ten sojusz pozwala utrzymywać się przy władzy Platformie. Jest to możliwe dzięki wyparciu wszelkiego lewicowego dyskursu z polityki i stworzeniu mitu Wiecznegokatynia, wokół którego między PO a PIS trwa co prawda spór, ale spór pozorny i pożądany, który pozwala każdej z formacji prezentować swój charakter.

Mogłoby tak trwać i trwać, od rocznicy, do rocznicy… Tak dobrze jednak nie ma. Najpewniej bowiem wydarzy się coś, co łatwo przewidzieć, historia naszego stulecia zna bowiem podobne sytuacje i przypadki i boleśnie je pamięta [1]... Hodowany za przyzwoleniem liberałów IPN-owski nacjonalizm urośnie i obróci się przeciwko swoim twórcom czy chrzestnym rodzicom. Gniew społeczny, który wzrasta z każdym kolejnym punktem wzrostu bezrobocia i każdym zamykanym zakładem pracy znajdzie bowiem inny, niż lewicowy, socjalistyczny nośnik. Tym nośnikiem będzie (a może już jest) faszyzm. I tak, liberalna władza zaangażowana w wieczną walkę z komuną, walkę, która miałaby zaprzątać uwagę całego społeczeństwa wyprodukuje i wytworzy naprawdę największych wrogów komunizmu – faszystów. I na nic zdadzą się lamenty i apele do zdrowego rozsądku. Zdziwienie, które lojalne Platformie media żywią wobec gromadzących się na miesięcznice katastrofy i na wiece maryjno-kaczyńskie, czy skręcających w nacjonalizm mas kibiców będzie ostatnią reakcją. Dotychczasowy sojusznik liberałów zdradzi bowiem bez wahania (już zdradza) swych twórców i żywicieli. Wozy transmisyjne TVN24 spłoną.

[1]Pamięta, kto chce pamiętać. Jak wiadomo, w uprawianej przez nasz system polityce historycznej wróg jest jeden.