Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praktyka polityczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praktyka polityczna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 listopada 2012

Bitwa Ekspertów. Powrót polityki.

Dzisiejsza debata ekonomiczna zorganizowana przez PiS była pierwszym, tak ważnym wydarzeniem na polskiej scenie politycznej od bardzo dawna. Kaczyński spełnił swój cel, zaprosił wielu różnorodnych ekonomistów, wypromował się jako przyjaciel 'ekspertów' i człowiek wiedzy, a także zadał kłam monolityczności sceny politycznej i jednorodności drogi gospodarczej, której od dawna hołduje Platforma Obywatelska. Na scenie politycznej nastąpił przełom.

Pośród zaproszonych ekonomistów pojawiła się oczywiście stara gwardia neoliberałów zebrana wokół Centrum Adama Smitha i BCC, ale obecni byli także ekonomiści liberalni, centrowi, czy też nawet lewicujący. Na oczach opinii publicznej upadł mit jednego, jedynego eksperta, jednej, świętej ekonomii i wiecznego, ponadczasowego konsensusu. Okazało się, że eksperci, tak jak i zwykli ludzie potrafią się ze sobą nie zgadzać, potrafią się ze sobą kłócić. Okazało się to co oczywiste, że ekonomia to polityka, a polityka to ekonomia.

Widzowie usłyszeli dziś, że można traktować OFE jak złodziejstwo, że można postulować różne rozwiązania podatkowe, że różnie można oceniać transformację ustrojową i masową prywatyzację. Pojawiały się głosy wzywające do inwestycji, pojawiały się głosy mówiące o rozwarstwieniu i olbrzymim bezrobociu, mówiono o zaniedbaniach i błędach, o straconych pokoleniach i milionach na emigracji. Padło nawet sformułowanie, w którym ekspert ekonomiczny SKOK-ów stwierdził, że majątek Polski obecnie nie istnieje. Pojawił się głos wzywający do tworzenia polskich banków.

Pierwszy raz od dawna w telewizji pojawiła się prawdziwa polityka. Daleka od neoliberalnej oczywistowości, daleka od katynio-smoleńska i idiotycznych sejmowych przepychanek.

Co dalej zrobi z tym PiS dowiemy się już niedługo. Jarosław Kaczyński wie, że debata zadziałała na jego korzyść i że odebrała Platformie Obywatelskiej 'monopol na poważność', zna też on swoje ograniczenia i wie, że pewnych dogmatów neoliberalizmu nie obali (bo nie chce), że potrzebne jest mu wsparcie neoliberalnych ośrodków władzy. Ale pewne jest to, że pod kątem programu gospodarczego jego partia skręci na lewo, musi to zrobić. Zakopanie trupa neoliberalizmu to recepta na wygrane wybory i jedyna szansa na odsunięcie platformerskiej katastrofy od władzy. To się może udać, inna sprawa, że nie będzie to wcale klasowa, czy też lewicowa polityka, będzie to po prostu podjęcie bardziej racjonalnej strategii politycznej w obliczu wielkiej gospodarczej klęski.

Rozbieżność stanowisk i regularne kłótnie pośród ekonomistów zaskoczyły wielu. Zszokowane były przede wszystkim media, które usiłowały umniejszyć rangę spotkania nazywając je 'politycznym spektaklem' i sugerując, że nie była to prawdziwie 'ekspercka debata'. W rzeczywistości, w której obszar polityki gospodaruje debata o katastrofie smoleńskiej pojawienie się prawdziwej polityki niejednego wprawiło w zdumienie. Media okazały się bezbronne wobec języka prawdziwej polityczności. Prawdziwa polityka to bowiem ekonomia, a przede wszystkim - nauka i jej podstawowe narzędzia. Przyzwyczajone do politycznych show i obrzucania się błotem rzesze dziennikarzy nie wiedziały jak zareagować na powrót prawdziwej polityczności. Przed obliczem zmaglowanych neoliberalną hegemonią otworzyła się nagle wielka, czarna dziura pełna różnorodnych koncepcji, pomysłów i przede wszystkim - walki. Okazało się też, że są w Polsce także normalniejsi ekonomiści, bliżsi społeczeństwu, nie pozostający na liście płac neoliberalnych ośrodków i przedsiębiorców. Jest z kim budować.

Prawo i Sprawiedliwość osiągnęło dziś wielkie zwycięstwo i choć z samej debaty nic konkretnego jak na razie nie wynikło, to już możemy powiedzieć, że debata była niezwykle stymulującym wydarzeniem, a w doborze ekspertów Jarosław Kaczyński okazał się o wiele bardziej lewicowcy od hołdującej Hausnerowi Krytyki Politycznej, której patronuje Gazeta Wyborcza. I nawet jeżeli istniejące partie okażą się zbyt przesiąknięte neoliberalną ideologią by cokolwiek zrobić z potencjałem, który dziś się ujawnił, to w świadomości publicznej zaświta być może szansa na zmianę, wizja prawdziwej alternatywy, którą ktoś zdeterminowany będzie mógł kiedyś wprowadzić w życie.

środa, 11 kwietnia 2012

Być modną lewicą

Robert Walenciak w rozmowie z Andrzejem Mencwelem stwierdza, że lewica jest "niemodna". Należy się z tym stwierdzeniem kategorycznie nie zgodzić, wskazanym jest, co najmniej się oburzyć. Lewica potrafi być modna, mało tego, potrafi być także bogata! Jedyne co należy robić, to potrafić się przystosować, stosować się do zasad, które "modną lewicą" rządzą.

Gdyby ktoś obserwował polską scenę polityczną przy wykorzystaniu tradycyjnych desygnatów pojęć szybko wpadłby w niemałą konsternację. Dlatego lepiej tego, dla własnego zdrowia, nie czynić. Czy wobec tego lewicą jest ten, kto się do niej przyznaje? Czy lewica jest formacją kompletnie luźną, nieprecyzyjną i całkowicie dowolną? Nie, przyznająca się do lewicowości, mainstreamowa lewica w Polsce to zbiór fantastycznych indywiduów, z których każde w inny sposób pojmuje lewicowość - można jednak bez trudu wytyczyć pewne punkty wspólne. Analiza poglądów polskich orłów lewicy każe nam sądzić, że lewica to w Polsce wyjątkowo konkretna formacja.

Pierwszym i naczelnym celem lewicy w Polsce jest walka z komunizmem, na co lewica zdaje się mieć patent niczym ksiądz-egzorcysta. Nikt nie zajmuje się walką z komunizmem lepiej od lewicy, doskonały przykład to K. Modzelewski, spec od "sowieckiej groźby"[1].

Kolejnym ważnym punktem jest stosunek do współczesności. Lewica nie krytykuje zbyt intensywnie III RP, bo musiałaby przecież sympatyzować z komunizmem, w tym bryluje m.in A. Mencwel, zwolennik III RP, "gospodarczych przekształceń" i "umocnienia demokracji politycznej"[2].

I na koniec, lewica powinna mieć niesprecyzowany, lub przychylny stosunek do neoliberalnej polityki Stanów Zjednoczonych, która zawsze powinna być przedstawiana w kontraście do straszliwych sowieckich łagrów - w tym celują rodowodowo "komunizujący" politycy pokroju Adama Michnika.

Lewica jest szczęśliwa z efektów transformacji, dumnie wypina piersi z poprzypinanymi medalami za walkę z bolszewią. Naczelną wyznawaną przez nią wartością jest demokracja parlamentarna. Jeśli jest coś czego lewica nie znosi to wszelkich populizmów i jakiejkolwiek woli mocy, prawdziwej żądzy zmian. Lewica brzydzi się też i zwalcza partyjność, a także polityczność związków zawodowych. I o to chodzi.

Czego "modna" lewica pragnie? Systemowej zmiany, przełomu, rewolucji, walki o prawa ludzi pracy? Skądże. Lewica nie chce żadnych zmian, żyje z mody na niegroźny bunt, zasług w walce z marksizmem, komunizmem, socjalizmem i z tytułu tych zasług w większości dryfuje gdzieś na marginesie ekonomicznego przetrwania i wszelkiej obecności (jednocześnie dziwiąc się czemu tak się dzieje!).

Więc może ostatecznie to nie o samą modę chodzi?


[1] http://wyborcza.pl/1,77062,6090197,Karol_Modzelewski__Caly_czas_czulismy_sowiecka_grozbe.html
[2] http://www.lewica.pl/?id=26308&tytul=Andrzej-Mencwel:-Ja,-cz%B3owiek-lewicy

sobota, 7 kwietnia 2012

Niejeden towarzysz zbłądził



Zaskakujące jest dla mnie jak szybko i łatwo elity polityczne i intelektualne porzuciły myśl marksistowską i socjalistyczną, jak łatwo i w jak krótkim czasie unieważniono marksistowską analizę stosunków społecznych i jak swobodnie rzesze obserwatorów życia politycznego zaadoptowały kapitalistyczną perspektywę i szybko uznały ją za jedyną możliwą. W wywiadzie, który z Jerzym Urbanem przeprowadziła Agata Czarnacka oraz Aleksandra Bełdowicz dostrzegam idealny przykład tego zjawiska. Odejście od Marksa, od klasowej interpretacji rzeczywistości i w efekcie eskapizm oraz sojusz z liberalizmem politycznym - ideologią na wskroś kapitalistyczną, burżuazyjną i niegdyś trafnie rozpoznawaną - to przejaw alienacji i wyobcowania elit w stosunku do przemian zachodzących w społeczeństwie, to efekt presji ideologicznej, z którą jedynie nieliczni zdołali sobie poradzić.

Gdzie lewica jest, gdzie lewicy nie ma


Jerzy Urban za cechy i wartości lewicowego programu uznaje: świeckie państwo, liberalne stosunki gospodarcze, wyzwolenie kobiet, swobodę twórczą. To puste slogany. Każdy z tych punktów może być przedmiotem programu tak samo lewicowego, jak i prawicowego. Wyzwolenie kobiet może być wyzwoleniem od konieczności pracy, swoboda twórcza oznaczać może posiadanie dożywotnich praw autorskich do swoich dzieł, lub wręcz przeciwnie, ogólnospołeczną możliwość z ich korzystania, świeckie państwo może być państwem bez religii w konstytucji, ale z religią na co dzień, lub z systemem neoliberalnych wierzeń silnie przypominającym religię. Prawdziwym postulatem, na który powołuje się Jerzy Urban są jedynie liberalne stosunki gospodarcze. Liberalne? To znaczy jakie? Posługując się terminologią "dziadzi Marksa" inaczej niż stosunkami burżuazyjnymi stosunków liberalnych nazwać nie można. To rozstrzygający punkt politycznej interpretacji rzeczywistości, za nim podążyć musi liberalna interpretacja swobody twórczej, wyzwolenia kobiet i świeckiego państwa. Stosunki ekonomiczne określają całość stosunków społecznych. W kapitalizmie wolność, w każdym obszarze, zależeć będzie od grubości portfela. Jeżeli sprzyja się otwarcie prywatnej własności i liberalizmowi gospodarczemu, to po co w takim razie posługiwać się etykietką lewicowości? Niektórzy, jak Jerzy Urban, czynić mogą to z przyzwyczajenia, ale szersza analiza skłania mnie ku tezie, że lewicowość jest tutaj niczym innym jak sztuczką marketingową, zabiegiem, który otworzyć ma drogę do zdobycia elektoratu ludzi pracy. Ci bowiem nadal kojarzą szeroko pojętą lewicowość ze swoim interesem - ale przy kompletnym zaniku instytucji ideologii socjalistycznej można liczyć na to, że nie bardzo już będą wiedzieli na czym lewicowość polega. I tu, w roli marketingowego wytrychu, wkracza Palikot, lewicowy jak diabli dopóty, dopóki nie skonsultujesz się z lekarzem lub farmaceutą, lub raczej z lewicą teoretyczną, naukową i rodowodową, wyposażoną w marksizm i teorię walki klas.

Jerzy Urban pisze "W USA popierają wręcz kapitalizm w najbrutalniejszych przejawach! Nie widzą swojej przyszłości w socjaldemokratycznej egalitaryzacji społeczeństwa, nie domagają się ułatwiania szans życiowych młodym, tylko starają się o awans do klas, którym się lepiej powodzi. Najchętniej by wrośli w tę warstwę i cieszyli się, ze inni maja gorzej". Jak tłumaczyć to zjawisko? Bardzo prosto. Po pierwsze, w Stanach Zjednoczonych, kolebce nowoczesnego neoliberalnego kapitalizmu bardzo silny jest fetyszyzm towarowy. Towary i kapitalistyczny sposób produkcji zawładnęły tam (i nie tylko tam) człowiekiem. Dlatego ludzie nie myślą inaczej niż egoistycznie, indywidualistycznie i na bazie zastanych przez siebie, określających ich, warunków.. Pojawia się pytanie, jak doprowadzić do uwolnienia, dezalienacji, jak rozprawić się z fetyszyzmem towarowym i wyzwolić robotniczą/ pracowniczą, klasową świadomość? Prosto, tak jak zawsze. Tworząc i umacniając pracownicze instytucje, marksistowską doktrynę polityczną. Agitując, edukując i organizując. Jerzy Urban pisze, że: "Lenin wyobrażał sobie, że klasa robotnicza weźmie władzę w Rosji w czasach, gdy liczebność rosyjskich robotników nie przekraczała 20 000!". Lenin nie tylko sobie „wyobrażał”, udowodnił także, że jest to możliwe. Tak samo i dziś, zamiast dać się wciągnąć liberalnym frazesom o śmierci klas i powtarzać mrzonki o szczególnie pozytywnej roli kapitalizmu w generowaniu wzrostu gospodarczego, należy postrzegać klasę proletariuszy, tak jak interpretowano ich w Manifeście, jako pracowników najemnych i wszystkich nie posiadających kapitału. W dzisiejszych czasach proletariuszami jest druzgocąca większość obywateli wszystkich, nie tylko trzecioświatowych, państw i w stosunku do nich wszystkich zachowuje aktualność marksizm i socjalistyczna perspektywa.

Interes kapitalistów, interes pracowników


Współczesny kapitalizm to nie wolnorynkowa mrzonka, w którą jak odnoszę czasami wrażenie, najsilniej wierzą właśnie powołujący się na 'lewicowe wartości', lecz ordynarny monopolistyczny twór, w którym własność i kapitał należą do nielicznych. Bogate państwa kapitalizmu (bo o socjalizmie mówić można w zaledwie kilku przypadkach) mogą posiadać rozwinięte państwo opiekuńcze, lub nie. Wszystko zależne jest od tego jak silny będzie ruch robotniczy i związkowy, jak wiele uda się uzyskać pracownikom w toku walk z kapitałem. Jerzy Urban straszy, twierdząc że państwo opiekuńcze to "gospodarczy regres" i powtarza tym samym neoliberalny schemat, w myśl którego im więcej transferu środków dla społeczeństwa i im bardziej uspołeczniony podział tym większa strata. Wzrost gospodarczy, do którego modlą się Balcerowicze, Tuski i wszyscy święci z kościoła pod wezwaniem Margaret Thatcher to nic innego jak miernik opłacalności inwestycji dla burżuazji, kapitalistów. Produkcja dóbr i usług nie ma nic wspólnego z późniejszym ich podziałem, produkując mnóstwo i mając doskonały wzrost można trwać w biedzie i na odwrót. Produkując w kapitalizmie działamy na korzyść klasy kapitalistów i nic tego nie zmieni - w takich okolicznościach jest oczywistym, że wszelkie wydatki na socjal, państwo opiekuńcze i wszystko co nie sprzyja bezpośrednio generowaniu wartości dodatkowej będzie nieopłacalne. Przeżarte kapitalistyczną ideologią państwo dążyć będzie do wycięcia wszystkich tych wydatków z planów budżetowych.

Walka z o świeckie państwo to za mało


Niejeden towarzysz zbłądził - chciałoby się rzec. I nic w tym dziwnego. Ofensywa kapitalizmu po 89' przyniosła ze sobą spektakularną klęskę ruchu robotniczego, która zdezorientowała i zmąciła osąd wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób przywiązani byli do koncepcji socjalistycznych. Ta klęska nie była jednak klęską ostateczną, ale klęską przejściową, których wiele po obu stron konfliktu klasowego na przestrzeni jego historii. Przewrotowi kapitalistycznemu w 89' towarzyszyła ofensywa religijności papieskiej, która stać się miała nowym budulcem tożsamości narodowej. Dzisiaj widać, że nie stała się ona budulcem dostatecznie silnym by całkowicie wyeliminować niezadowolenie społeczne.

To, co po 89' było szczytem odwagi - walka o świecką Polskę, stało się tym, na czym skupił swoją uwagę i czemu poświęcił swą aktywność Jerzy Urban. Walka o świeckie państwo to jednak za mało, szczególnie zważywszy na to, że walczą o nie tak samo siły kapitalistyczne, jak i socjalistyczne. Dla potrzebującego mitu kapitalizmu religia stała się ostatecznym usprawiedliwieniem transformacji, kluczem do sięgnięcia po absolut. Dzisiaj kapitalizm nie potrzebuje już religijności, co więcej starał się będzie od niej coraz bardziej odciąć. I to jest ta chwila, w której pokazać swoją prawdziwą twarz i odkryć swe prawdziwe hasła może lewica, stojąca w opozycji zarówno wobec kapitalistycznego liberalizmu, jak i w stosunku do religijnego konserwatyzmu.

Ci wszyscy, którzy sądzą, że lewicowość jest we krwi, niech spojrzą jaką pracę i jaki wysiłek podejmują instytucje kościoła, a także instytucje liberalizmu, by podtrzymywać swoje wpływy i utrzymywać władzę. O lewicowość, jak o wszystko niestety, trzeba walczyć, trzeba ją budować, ale co najważniejsze znać także plany budowy.

piątek, 30 marca 2012

Idzie fala!!!

Budzi się gniew społeczny. Ostra dyskusja sejmowa i protesty związkowców przed gmachem na wiejskiej to początek wielkiego konfliktu. Ten konflikt będzie długofalowy, dotyczył będzie wszystkich poziomów życia społecznego i zmusi polityków do samookreślenia. Podwyższenie wieku emerytalnego, de facto likwidacja emerytur, wysokie bezrobocie, praca na umowach śmieciowych, prywatyzacja i kryzys gospodarczy w Europie dotyczą wszystkich ludzi pracy. Pracownicy powoli zaczynają zdawać sobie sprawę, że od tych problemów, od uczestnictwa w życiu politycznym, nie uciekną, mało tego, wiedzą już, że polityka bez przedstawicieli pracowniczych to polityka oligarchów, elit i panów. Już nazbyt uderzająca stała się bezczelność władz w ich neoliberalnych, zbrodniczych zapędach.

Poszczególne partie polityczne w Polsce usiłują walczyć o dobro społeczne przy pomocy złej taktyki i zafałszowanego języka. Partie narodowe i prawicowe są zafiksowane na punkcie polityki historycznej, partie liberalne pieczętują i popierają cięcia, demontaż praw pracowniczych i stoją na czele kapitalistycznych grup interesów. Realizacja postulatów pracowniczych to dzisiaj walka w interesie wszystkich pracowników najemnych, pracujących na etatach, umowach... to druzgocąca większość społeczna, która nie posiada jednak swej reprezentacji politycznej - a nie posiada jej bo elity władzy zostały przejęte przez neoliberałów i sługusów polskiej kapitalistycznej rzeczywistości, z którą pracownicy zmagają się już od ponad dwudziestu lat.

Donald Tusk nie zlikwiduje bezrobocia, od dwustu lat swego istnienia nie potrafi tego zrobić kapitalizm. Rostowski nie zastanawia się jak tworzyć miejsca pracy, realizuje strategię obniżania jej ceny w Polsce. Platforma Obywatelska nie jest partią wspólnego, czy narodowego interesu, gdyż nie ma wspólnych interesów między wyzyskującymi i wyzyskiwanymi. Bezczelność i chamstwo premiera wobec przewodniczącego Solidarności podczas sejmowej debaty (podczas której Donald T. nazwał Piotra Dudę "pętakiem") to nie przypadek, lecz prawdziwy stosunek władz do pracowników. Inna niż neoliberalna strategia w polityce jest możliwa, lecz kapitalistyczne elity zrobiły wszystko by zniknęła ona z przestrzeni publicznej. To się musi zmienić.

Rząd cynicznych wyzyskiwaczy jest zdeterminowany by dalej deregulować, ciąć, likwidować sektor publiczny, utrzymywać niskie podatki dla najbogatszych, wspierać elity biznesu i zadowalać zagranicznych kapitalistów czerpiących zyski z naszej pracy. Żeby skutecznie walczyć i skutecznie protestować społeczeństwo potrzebuje narzędzia w postaci socjalistycznej lewicy, działającej przy związkach zawodowych i stworzenia organizacji - partii socjalistycznej. Lewica socjalistyczna nie wyłoni się z sierot po Lewicy I Demokratach, lecz musi zostać zbudowana od nowa, od podstaw. Musimy odbudować jedność haseł pracowniczych i socjalistycznych! Interesy społeczeństwa są zbieżne z socjalistyczną wizją kraju ludzi pracy, lewicę wzywa moment i nadchodząca fala społecznego gniewu.

Dotychczas istniejące instytucje polityczne nie nadążają za rozwojem sytuacji. Partie, które są w sejmie straciły kontakt z rzeczywistością społeczną i polityką codzienności i nie odzyskają tego kontaktu, bo odzyskać go nie chcą. Rząd sług panów kapitalistycznych nie zawaha się przed wszelkimi dostępnymi środkami by wydrzeć ludziom wszystko co uzyskali w toku długoletnich walk i starań o poprawę swej egzystencji. Odpowiedź społeczeństwa, odpowiedź ludzi pracy musi być zdecydowana, spójna, polityczna i socjalistyczna. Trzeba potrafić identyfikować przeciwników, trzeba wyzbyć się strachu przed nazywaniem rzeczy po imieniu, o zadawanym gwałcie trzeba mówić jak o gwałcie, o przemocy i nędzy mówić wprost. Wyzysk nie może odbywać się po cichu. Polskę czeka życie bądź śmierć, przyszłość lub katastrofa, braterstwo lub bezwzględna niewola.

wtorek, 13 marca 2012

Przekroczyć liberalizm

I - Liberalizm

Przyzwyczailiśmy się do postrzegania Polski jako kraju na wskroś europejskiego, w tym przekonaniu utwierdziło nas dołączenie Polski do Unii Europejskiej; udział rządu w posiedzeniach unijnych, flagi unijne na państwowych masztach, czy transmisje sporów, które mają miejsce podczas posiedzeń europarlamentu. Na nasze państwo ma jednak wpływ czynnik związany z procesem, który w Polsce, w porównaniu do pozostałych krajów Europy, uległ drastycznemu opóźnieniu. Ten czynnik nazwać można rewolucją mieszczańską, przewrotem oświeceniowym, naporem liberalizmu politycznego. Liberalizm, o którym mowa, jest dla naszego społeczeństwa specyficznym, politycznym novum - w odróżnieniu od krajów Europy Zachodniej, gdzie proces ten trwa (lub nawet skończył się) już od bardzo dawna. W Polsce proces inwazji kapitalistycznej nastąpił stosunkowo późno i inwazja ta nałożyła się na ofensywę nowej, nieobecnej przedtem, ideologii - liberalizmu. Omawiany proces narastania liberalizmu politycznego i przekraczania przez niego ram religijno-narodowych dogmatów jest niezwykle ważny z perspektywy analizy politycznej, teoretycznej i naukowej. To proces definiujący scenę polityczną, programy poszczególnych partii i całość społeczeństwa polskiego. Dla lewicowej analizy społecznej rozpoznanie tego procesu to klucz do przejścia poza paraliżujący dziś lewą scenę liberalny uniwersalizm.

Liberalizacja dyskursu publicznego to proces wielotorowy. Proces ten widoczny jest w powolnej ewolucji partii politycznych, przesuwaniu się Platformy Obywatelskiej i Ruchu Palikota w stronę klasycznie liberalnych pozycji, świadczy o nim także monolitycznie liberalny charakter partyjnych programów gospodarczych - nawet konserwatyści w Polsce ulegli całkowitej dominacji liberalizmu okopując się jedynie na szańcach pozbawionej społecznego kontekstu religijności. Proces ten można także spostrzec, gdy weźmiemy pod uwagę organizacje pozarządowe, działalność kulturową i inne obszary aktywności społecznej - wszystkie one zdominowane są liberalną terminologią i rynkowymi mechanizmami utrzymywanymi przez hegemonię liberalizmu w doktrynie polityczno-instytucjonalnej. Odejście kościoła od politycznego centrum, wysadzenie go od stołu, przy którym podejmowane są najważniejsze decyzje, racjonalizacja wydatków państwa, która dotykać zaczyna wszystkie nierynkowe dziedziny życia społecznego i politycznego, ilość uwagi poświęcanej przez polityczny dyskurs kwestiom obyczajowym - te objawy świadczą o natarciu liberalizmu, w wielu jego przejawach i niejednej postaci. To co jest ofensywą liberalną to jednocześnie triumf i hegemonia kapitalistycznej struktury i systemu, który rządzi niepodzielnie od dwudziestu lat, coraz bardziej przybierając na sile. Liberalizm to proces obserwowalny w swych przejawach na styku polityki, kultury, świadomości, który jednocześnie wsparty jest makropolityczną kontrolą, jaką sprawują nad działaniami państwa polskiego jego bogaci, kapitalistyczni sąsiedzi. Liberalizm jest więc: mainstreamem, osią możliwości z ratyfikowanej przez układ (w którym znajduje się Polska) umowy.

Duch i czas liberalizmu, co zrozumiałe, najlepiej służy frakcjom prokapitalistycznym i partiom (neo)liberalnym. Jednocześnie jednakże, panujący duch liberalizmu najsilniej doświadczył lewicę, paraliżując jej polityków i pozbawiając lewicy jej tożsamości. Nieprzypadkowo wiele z lewicowych inicjatyw, działalność SLD w sejmie, ruch feministyczny, ruch zielonych przybiera charakter protestu liberalnego - przybiera ten charakter, gdyż z nim łatwiej jest każdej z tych inicjatyw zaistnieć i uzyskać instytucjonalne wsparcie. Nie jest też przypadkiem fakt, że liberalizm w Polsce kojarzy się politykom pozytywnie, a jeżeli jest w ogóle poddawany krytyce to w swojej neoliberalnej, uznawanej za 'wypaczoną', formie. Bunt, protest i sprzeciw jest w Polsce zagospodarowany właśnie przez liberalne struktury i liberalną ideologię. Powoli dozwolonym staje się protest przeciwko kościołowi, popierana jest także walka z państwową biurokracją i z aktywną rolą państwa w gospodarce. Bez walki politycznej inny bunt niż liberalny nie zaistnieje. W tej liberalnej galaktyce swoją właściwą tożsamość lewica oraz lewica socjalistyczna prezentuje rzadko, wie bowiem doskonale, że manifestując nieliberalne hasła spotka się ze zdecydowanym sprzeciwem, oporem i będzie bezwzględnie przez system zwalczana. Odwagę zachowali jedynie pogodzeni z rolą marginesu politycznego działacze. Politykę historyczną, programy lewicy, język którym ona się posługuje najsilniej definiuje dziś liberalizm, który stanowi schemat porównawczy, schemat sukcesu - z którym lewica ma się mierzyć i którego krytykować nie może. Lewica to w Polsce sprzątaczka i pomagier liberalizmu, głos zwolenników filantropii. To właśnie liberalna kastracja lewicy jest źródłem jej porażki społecznej i powodem, dla którego lewica parlamentarna (i nie tylko) nie potrafi (lub nie chce) posłużyć się językiem protestu.

II - Przekroczenie

Dokonaliśmy krótkiej analizy schematu panowania liberalizmu w polskim społeczeństwie. Czas zadać sobie dwa podstawowe pytania. Jak lewica może wyjść poza liberalizm i jak mocno w liberalizmie zakotwiczone jest samo społeczeństwo, innymi słowo, czy jest ono zdolne wykroczyć poza system neoliberalnych znaków i znaczeń. Jest jeszcze jedna interesująca kwestia: czy polski kapitalizm można zdemistyfikować, odebrać mu twarz postępu, którą ten ciągle manifestuje?

Dla lewicy najważniejszym zadaniem jest przekroczenie liberalizmu. Lewica musi odrzeć się z cech prymitywnego reformizmu, co więcej - musi stworzyć całkowicie odrębną wizję społeczną, operować własnym systemem wartości, który pozostawać musi w trwałym konflikcie ze wszystkimi pozostałymi wizjami i koncepcjami społecznymi. Odrębną koncepcję systemową należy reprezentować stale, na każdym kroku działalności - nie wystarczy rysować perspektywy generalnej zmiany w dalekim tle, przyszłości, bądź tylko do niej nawiązywać. Ażeby przekroczyć ten liberalny schemat i tworzyć swój własny bezustannie dokonywana być musi demaskacja obecnego ustroju społecznego. Język klasowych różnic i interesów musi zastąpić konserwatywną mowę narodową i (używaną przez obecną lewicę) mowę wolności gospodarczej i indywidualnej. Lewica nie może mieć z kapitalizmem wspólnych wrogów, musi skończyć z pochwałami liberalnych wartości i adaptowaniem indywidualizmu. To przekroczenie liberalizmu zadziała na korzyść znacznej części lewicowej sceny politycznej, albowiem na język lewicy jest duże zapotrzebowanie - zapotrzebowanie to jest wystarczające by zabezpieczyć sukces wyborczy, a później stanowiska i ugruntowanie instytucjonalne. Przekroczyć reformizm, język liberałów, język indywidualizmu demokratycznego oznacza stworzyć nową wizję i szansę dla wszystkich, których obecny ustrój tłamsi. Dlatego lewica posługiwać się musi pojęciami, ideami o zasięgu ogólnym i inkluzywnym charakterze, koncepcją lewicy jest inkluzja całości społeczeństwa w proces sprawiedliwego i opartego na równości państwa - idee ogólne (takie jak wolność, samodzielność, godność, sprawiedliwość, postęp) muszą być nieustannie powtarzanymi, aż nabiorą właściwego dla lewicy znaczenia, zostaną zinterpelowane i wchłonięte przez autonomiczny przekaz ideologiczny lewicy.

Odpowiadając na pierwsze pytanie: wyjściem poza liberalizm jest demistyfikacja pojęć liberalnego słownika, stworzenie całkowicie przeciwstawnej wizji społecznej, posługiwanie się autonomicznymi ideami ogólnymi.

Bardziej złożoną wydaje się kwestia dotycząca zakotwiczenia społeczeństwa polskiego w ideologii liberalizmu. Tutaj sytuacja wydaje się być dwoista i perspektywa szerszych, bardziej radykalnych zmian wydaje się być jeśli nie mglistą, to bardzo problematyczną. Warto zauważyć, że opisywana przeze mnie "rewolucja oświeceniowa" przybiera w Polsce charakter powolny i ewolucyjny, spotyka się także ze znaczącym oporem i lekceważeniem ze strony społeczeństwa, które nosząc w sobie elementy porównawcze z poprzedniego systemu nie operuje z przekonaniem liberalną nowomową sukcesu. Ten fakt postępującego ewolucyjnie przejścia i jednoczesnej ambiwalencji lub wrogości wobec niego dużej części społeczeństwa czyni możliwą do realizacji w przyszłości perspektywę łatwego i szybkiego przekroczenia buntu liberalnego w bunt socjalistyczny. Polska w odróżnieniu od Zachodniej Europy tkwi w okresie przejściowym od dobrych dwudziestu lat, kapitalizm nie jest w naszym kraju utożsamiany z bezpieczeństwem, dobrobytem i bogactwem. Ta autonomia w stosunku do kapitalizmu i specyfika polskich realiów pozwalają na optymizm, są podstawą, która pozwala zakładać, że ewentualna zmiana systemowa spotka się w Polsce z mniejszym oporem, niż miałoby to miejsce w krajach "rdzennie" kapitalistycznych. Ażeby jednak w ogóle doszło do zmiany, wpierw przekroczyć należy dogmaty liberalnej doktryny i z ideą społecznej równości wyjść na prostą codziennej praktyki politycznej.

piątek, 9 marca 2012

Europa na rozdrożu

"Gdy Francja kicha, cała Europa dostaje kataru" rzekł niegdyś Klemens Metternich i słowa te nadal pozostają aktualne. Jesteśmy na kilka tygodni przed niezwykle ważnymi wyborami prezydenckimi we Francji, które zdecydują o losach Europy na najbliższe dekady. Kryzys gospodarczy, przez który Europa zadrżała w posadach, zniszczył dotychczasowe porozumienie w kwestii programu gospodarczego Unii Europejskiej. Porozumienie europejskich polityków i neoliberałów, które trwało przez lata zakończyło się klęską kryzysu, wzrostem bezrobocia i bezlitosnym szantażem ze strony finansjery. Wraz z kolejnymi fazami kryzysu kapitał bez skrupułów porzucił swoje europejskie szańce i wyemigrował do krajów tańszej siły roboczej pozostawiając wiele krajów na skraju bankructwa. Pomoc, wprowadzane udogodnienia i uległość Unii Europejskiej wobec żądań kapitału dotyczących deregulacji, prywatyzacji i demontażu państwa socjalnego zaowocowały grecką plajtą i sukcesem jedynie nielicznych grup biznesowych związanych z silną niemiecką gospodarką.

Pauperyzacja, rosnące bezrobocie, brak inwestycji publicznych, likwidacja wszelkich elementów planowego zatrudnienia - oto efekty panowania neoliberalnej doktryn. Wszystko, co Europa wywalczyła na przestrzeni historii w toku walk o polepszenie bytu pracownika, uległo i nadal ulega demontażowi. Społeczeństwa krajów europejskich są zbyt dumne, by bez walki poddać się woli kapitału, który europejskiej klasie robotniczej szykuje warunki wprost z trzeciego świata.
Dla poniżonego Starego Kontynentu nadszedł czas wyboru, nie tylko nowego modelu gospodarczego, ale i nowej koncepcji integracji i wspólnoty europejskiej. Europa potrzebuje projektu ekonomicznego, który przywróci jej niezależność od kaprysów międzynarodowego kapitału i pozwoli przywrócić godność ludziom pracy. Dziś takiego projektu dostarczają tylko dwa, konkurencyjne modele pochodzące z wrogich sobie obozów politycznych. Jest to konserwatywny, narodowy, faszyzujący w swych przejawach model prawicowy oraz socjalistyczny i internacjonalistyczny model lewicowy. Tylko ten drugi jest w stanie uratować projekt integracji europejskiej i przywrócić mu jego pierwotny, wspólnotowy charakter. Pierwsza batalia obu tych projektów będzie miała miejsce podczas nadchodzących wyborów prezydenckich we Francji.

Najpoważniejszym zagrożeniem dla Europy jest rośnięcie w siłę ruchów nacjonalistycznych i faszystowskich. Masy ludzkie zniewolone i pozbawione podmiotowości w obecnym systemie władzy tą tożsamość odzyskać mogą tylko przy pomocy zdecydowanej nadbudowy ideologicznej, która zaoferuje im nowy projekt. Ten projekt musi dotrzeć na czas. Decydować o kształcie przyszłej Europy będą nie tylko najzamożniejsze państwa jak Niemcy i Francja, ale także państwa pogranicza i peryferii, które wyznaczają zakres możliwych rozwiązań. Prawicowo-narodowe starania rządu Orbana by właśnie z pozycji półperyferyjnych Węgier przeciwstawić się dyktatowi Międzynarodowego Funduszu Walutowego zakończyły się niepowodzeniem. Równie problematyczny będzie potencjalny lewicowy bunt przeciwko neoliberalnym ośrodkom władzy instytucjonalnej - ten utrudniony start do alternatywy i samodzielności europejskich krajów peryferyjnych może zniwelować fakt pojawienia się radykalnej lewicowej opcji we Francji. Francois Hollande jest politykiem, który w odróżnieniu od Nicolasa Sarkozego nie buduje swojej pozycji na hasłach o tworzeniu nowych, drastycznych rozwiązań antyimigracyjnych, jest częścią opcji, którą Europa-Peryferie powinna wesprzeć. W takiej ponadnarodowej koalicji partii lewicowych aktualność zachowuje perspektywa integracji europejskiej, a także otwarte zostaje pole pod utrzymanie dotychczasowych rozwiązań w dopłatach unijnych. W takiej socjalistycznej perspektywie Europę czeka rozwój, wyrównywanie się poziomu życia i prawdziwie społeczna wspólnota.

Nie we wszystkich krajach lewica nadąża za zmieniającym się kształtem sceny politycznej. Polska jest przykładem takiego kraju, którego partie polityczne tkwią w bezprzedmiotowych debatach skupionych wokół politycznych marginaliów. Ten dystans do Europy trzeba nadgonić, lewica naśladować musi działania frontu lewicy europejskiej. Potrzebna jest adaptacja osi konfliktu oraz przejęcie od zagranicznej lewicy podstawowych pojęć walki politycznej. Przede wszystkim czas odejść od haseł miałkiej socjaldemokracji w stronę nurtu krytyki systemowej i języka antykapitalistycznego. Koncepcje naprawy kapitalizmu po kryzysie to oręż konserwatywnej prawicy, bądź liberalnej nostalgii. Lewica stawia na nowy projekt i nowy polityczny paradygmat. Zadaniem lewicy jest - naturalne dla niej - przejęcie niezadowolenia i gniewu społecznego, a to osiągnąć można programem walki ze światem finansjery i prowodyrów kryzysu. Kryzys to w kapitalizmie norma, normą jest też bieda i bezrobocie - lewica to przeciwdziałanie nie tylko skutkom kapitalizmu, ale i przeciwdziałanie samemu kapitalizmowi. Program w sferze idei to jedno, drugie to praktyczne rozwiązania i postulaty płynące z nowej, radykalnie lewicowej postawy. Tutaj także sięgnąć możemy do programu europejskiej lewicy. Projekt lewicy to projekt pozytywny, apelujący do bezpośredniego działania. To obciążenie kosztami kryzysu banków, instytucji finansowych i najbogatszych, to wzrost gospodarczy mierzony poziomem życia obywateli, to zmniejszanie nierówności społecznych przy pomocy państwowych narzędzi, to wspólnotowa gospodarka oparta na zasadach powszechnej równości obywateli.

Polska to kraj nieudanych buntów. Bunt Palikota to bunt zamożnych. Kościół i prawica od dawna już jest jedynie ostoją konserwatyzmu. Wszystkie inne frakcje to sługusy kapitalistycznego układu, lub ostrożni, wstydliwi i nieskuteczni reformatorzy. Lewica parlamentarna długo była sparaliżowana pustymi sloganami i z dezorientacją nie potrafiła się odnaleźć w realiach walki o prawa ludzi pracy w kapitalizmie. Czas to zmienić, nim bunt i żądania pracowników wykorzystają siły nacjonalizmu, nim wyhodowany zostanie (tu lub gdzie indziej) faszyzm. Od lat zwykło uważać się, że prawica łatwiej potrafi przedstawić wizję wspólnoty społecznej - bazując przy tym na pojęciu wspólnoty narodowej. Pora najwyższa, żeby lewica sięgnęła po hasła, które dotyczą większości i trudu codzienności szarego obywatela, pora wyłonić lewicową wspólnotę i stać się jej głosem. Historia przemian jest stosunkowo krótka, w Europie trwa burza kryzysowych przemian - starania by zmienić kształt Europy po kryzysie i by zapewnić Polsce przyszłość rozpocząć muszą się już dziś. Lewicową rewolucję poprzedzić musi rewolucja na lewicy.

piątek, 24 lutego 2012

Tanie państwo, tania niewola

Kilka dni temu usłyszałem w radio rozmowę na temat postulowanego przez polityków francuskich ujednolicenia stawki CIT na wyższym niż w Polsce poziomie (podatku płaconego przez przedsiębiorców). Ekonomiczny 'ekspert' uczestniczący w audycji, ideologiczny najemnik BCC/Lewiatana nie pozostawił na projekcie suchej nitki, z rozpędu postulując wręcz działanie odwrotne - obniżenie tegoż podatku. Jednocześnie, jak gdyby przy okazji, wymsknęło mu się stwierdzenie, że "taniość" Polski w Europie jest jej największym atutem i należy bronić jej niczym niepodległości. Jak widać, niepodległość różne ma imię - śmiem wątpić, czy nasz 'ekspert' z zachwalania "taniości" w teorii przeszedł do etapu praktykowania jej w życiu codziennym - swoje zadanie wykonał jednak aż za dobrze - przy okazji uświadamiając nam rolę jaka dla Polski szykowana jest przez neoliberalne władze i ich politykę.

Rosnąca agresja premiera i jego podwładnych, którzy z bezczelną bezwzględnością zamierzają przeforsować przez sejm podwyżkę wieku emerytalnego, działania zmierzające do prywatyzacji służby zdrowia, którymi pieczołowicie zajmuje się już duduś-arłukowicz i całkowita pustynia w obszarze planowanych inwestycji, czy tworzenia miejsc pracy uświadamiają nam, że rząd jest śmiertelnie zdeterminowany w swych działaniach - które w efekcie doprowadzą do katastrofalnego regresu cywilizacyjnego. Polityka rządu to wyprzedaż, cięcia i prawdziwie "tanie państwo" - państwo, które dobrowolnie pozbywa się majątku, pieniędzy i przyszłości. Czeka nas istna wolna amerykanka zrealizowana na zamówienie Lewiatana, Business Centre Club i zagranicznych grup kapitałowych, dla których niewolniczy kraj w granicach Europy - źródło taniej siły roboczej i rąk chwytających się każdej oferowanej pracy to świetny interes. Teraz należy już tylko całkowicie zlikwidować ostatnie obciążenia, które w przeszłości zostały wywalczone za cenę krwi i walki całych pokoleń. Prawa społeczne i socjalne, zdrowie, bezpieczna emerytura i ludzka godność zostaną odebrane. Polska przypieczętuje swój los i zostanie peryferią kapitalizmu w sercu Europy, niezwykle cenną kolonią, którą zarządzać będzie burżuazyjno-polityczny pakt neoliberalnych (kłótliwych tylko w medialnych kwestiach obyczajowych) pseudopartii.

Propaganda rządowa twierdzi, że ludzie nie znają swoich interesów i nie wiedzą co będzie im służyć. Proponowane przez premiera debaty i hucpy mają objaśniać społeczeństwu, że wersja rządu jest jedyną, oświeconą i tą wspólną. Otóż nie ma i nigdy nie będzie wspólnych interesów w sprawie emerytur i służby zdrowia! Rząd nie tylko, że nie reprezentuje żadnej całości, ale reprezentuje znikomą mniejszość, służąc wyłącznie interesom najbogatszych i bezwzględnych, ociekających brudnym szmalem elit. Nie mamy wspólnych interesów z BCC, nie pociąga nas Ziemia Obiecana Lewiatana i Bieleckiego. Konflikt, którego jesteśmy świadkami to konflikt klasowy, konflikt, w którym 90% społeczeństwa, wszyscy pracownicy najemni mają wspólny i uzasadniony interes, mają niezbywalne prawa i będą o nie walczyć.

PO, Tusk i jego poplecznicy, a także fałszywa opozycja w postaci Palikotowej podpuchy wprowadzą te zmiany jak na zlecenie. Jedynie zdecydowany opór i nieugiętość świadomych sytuacji związków zawodowych oraz faktyczna, radykalnie lewicowa alternatywa polityczna zapobiec może tej społecznej katastrofie. Pomagierzy i niewolnicy ideologii neoliberalnej prywatyzacji, kontrolowani przez wyrachowane instytucje pracobiorców (bo nikt pracy nie daje, a słowo "pracodawca" to element kłamliwej, propagandowej nowomowy) to siła, z którą w politycznym konflikcie zwyciężyć może jedynie kompletnie przeciwstawna i na wskroś antyburżuazyjna alternatywa społeczna. Rodzący się opór musi znać swoją tożsamość, protestujący muszą wiedzieć: kto w Polsce sprawuje władze i kto stoi za cofającymi nas w rozwoju decyzjami. Taki, zorganizowany i czytający sytuację społeczną opór będzie miał szansę odmienić szykowany nam los i zapobiec katastrofie permanentnej kapkolonizacji.

sobota, 28 stycznia 2012

Internetowa wojna patentowa (ACTA w IV aktach)


I
Świadome działanie

Zaostrzanie regulacji dotyczących praw autorskich i inwigilacji w internecie to krok podejmowany przez system, który jest w pełni świadom tego co robi. To właśnie może zaskakiwać. Sfera internetu, sieci, która była dotychczas przestrzenią fikcyjnej wolności zniewolonych mas pracujących i która służyła na rzecz pacyfikacji potencjalnego gniewu społecznego oferując wirtualną karierę i pozorny dostęp do wszelkich dóbr kultury jest zamykana i ograniczana mocą tej samej siły, której dotychczas służyła. Czy system popełnia błąd, czy działa dalej zgodnie z planem? Wydaje się, że i jedno i drugie, z jednej strony masowa histeria i paniczny lęk, który zrodził się w społeczeństwie na pewno nie był planowanym przez twórców umowy efektem, można więc nazwać to błędem, lub nieprzewidzianą konsekwencją działań. Z drugiej strony, zachodni kapitalizm oparty o święte prawo własności utrzymywał i utrzymuje wysoki poziom życia społeczeństwa w dużej mierze dzięki przewadze patentowej i podążającej za nią przewadze technologicznej - coraz trudniej jest wymuszać zachodniemu kapitalizmowi zyski z praw autorskich na krajach trzeciego świata, stąd ustawodawstwo 'do wewnątrz' wydaje się być naturalną konsekwencją obcięcia finansowania zza granicy i efektem bezradności, jest to próba zdobycia dodatkowego finansowania przy pomocy zaostrzenia dyscypliny wewnętrznej.

II
Apolityczne antyACTA

Protest przeciwko ACTA jest w rzeczy samej dalece apolityczny, stroniący od identyfikacji lewicowej (w Polsce przybierający nawet groteskową formę antysocjalistyczną) - i dzieje się tak dlatego, że 'odurzeni internetem' pragną współpracy z rzeczywistością na dotychczasowych warunkach. Apolityczność to establishmentowość, nologo to logo potencjalnego prawodawcy, to brak problemów w CV, brak przemocy to czysta karta w kartotece policyjnej... Nie mamy do czynienia z buntem Spartakusa, ale z dopominaniem się o należne racje żywnościowe, lub (jak to ma miejsce w tym przypadku) o podtrzymanie dotychczasowej formy transferu określonych danych. Dlatego protesty te (poza nieoczekiwanym dla społeczeństwa swym masowym charakterem) w rzeczywistości niosą sobą pewne potwierdzenie - potwierdzenie zależności i poddaństwa w stosunku do obecnego stanu rzeczy. Takie próby ograniczania 'chleba i igrzysk' miały w przeszłości swe daleko idące konsekwencje, tym razem może być podobnie, ale tylko jeżeli protestujący zaryzykują opowiadając się za alternatywnymi rozwiązaniami i opozycyjną propozycją polityczną - domniemane problemy przy ściąganiu plików z internetu to jednak za mało by skłonić społeczeństwo do wykonania skoku na tak głęboką wodę.

III
Obrona niewoli

Internet nie jest, jak się go czasem usiłuje przedstawić, przestrzenią wolności. Jest środkiem przedłużającym faktyczną działalność produkcyjną jednostek, jest przestrzenią posiłkującą faktyczną, końcową działalność człowieka. Tak też hasła 'obrony wolności' są jednocześnie zakamuflowaną obroną konkretnej niewoli. Internet nie jest miejscem pozbawionym klas społecznych, korzystanie z internetu nie niesie sobą oświecenia. Każdy użytkownik internetu jest jedynie użytkownikiem jego fragmentu. Internet to biblioteka. W bibliotece spotkamy czytelnika dzieł filozofów, książek naukowych, poradników, czytelnika powieści detektywistycznych, miłośnika romansów... Poszczególni przedstawiciele tych czytelniczych gatunków nie muszą się nawet ze sobą zetknąć podczas pobytu w bibliotece - podobnie jest w internecie, gdzie separacja i izolacja poszczególnych partycypantów jest o wiele większa. Wyobrażenia o internecie - w myśl których miałby on być źródłem rzetelnych wiadomości o świecie, prac naukowych, arcydzieł filmowych... są ściśle idealistyczne i egoistyczne. Dla mas, dla druzgocącej większości internet jest dziś biblią, opium i klatką, w której użytkownicy pozamykani są nie przy pomocy ograniczonego spektrum możliwości, lecz przy pomocy ograniczonej siatki poznawczej i ograniczonego wykształcenia. Jedni całe życie tkwią przy półkach z literaturą dla dzieci, inni szukają i docierają dalej. Jeśli internet jest w ogóle 'jakąś wolnością', to jest pozorną wolnością od pracy, wolnością od rzeczywistej, produkcyjnej, właściwej-kapitalistycznej aktywności ludzkiej. Jest wolnością pozorną, bo w istocie służy jako czynnik motywacyjny i stały element procesu produkcji, którego praca i jej owoce są efektem końcowym.

IV
Pragnienie wspólnoty, nieporozumienie i globalny konflikt

Warto zastanowić się nad naturą samych protestów. To pospolite ruszenie, które miało miejsce przy okazji organizowania manifestacji oprotestowujących porozumienie ACTA było w ostatnim dwudziestoleciu bez precedensu. Tylko pozornie protesty te były jedynie wyrazem sprzeciwu przeciwko samej umowie ACTA. W istocie, te masowe wystąpienia można interpretować jako bunt przeciwko postępującej degradacji i biedzie. Zgromadzeni wspólnym celem ludzie byli masą kompletnie pozbawioną przez system podmiotowości i poczucia wspólnoty, masą zatopioną w indywidualizmie, który neoliberalizm wdrukował w całe pokolenia. To właśnie o poczucie wspólnoty protestujący zaczęli silnie walczyć i będą je pragnąć podtrzymywać nawet gdy deaktualizacji ulegnie formuła samego protestu i utraci on faktyczną rację bytu. Protestujący to silnie przywiązana do internetu młodzież, pracownicy najemni ery zaostrzającego reguły rynku kapitalizmu i wykształceni bezrobotni, których w Europie szybko przybywa - głównie dlatego, że miejsca pracy w przemyśle wyemigrowały na wschód, a zawęża się i usztywnieniu ulega zatrudnienie w usługówce i na rynku wykwalifikowanej siły roboczej. Najważniejszym celem umowy ACTA było i jest egzekwowanie płatności za amerykańskie patenty - przy czym chodzi przede wszystkim o wykorzystywanie ich na skalę przemysłową, nie indywidualną i jednostkową. W chwili obecnej państwa, które zadeklarowały, że podpiszą umowę najprawdopodobniej wycofają się z tego postanowienia, by szukać i podpisać w przyszłości umowę podobną, lecz konkretyzującą i zawężającą swe oddziaływanie do skali przemysłowej, międzynarodowej. W ten sposób skutki wprowadzenia "ACTA2" będą mogły ominąć indywidualnych internautów i ku ich niewiedzy/milczącej zgodzie oddziaływać na sprzedaż i produkcję leków generycznych, produktów zastępczych itp. Zaostrzanie kar za łamanie praw autorskich może być wstępem, przygotowaniem do prawdziwej wojny patentowej, na którą szykują się Stany Zjednoczone z Chinami. Dla Chińskiej Republiki Ludowej i innych krajów Azji, a także Ameryki Południowej podpisanie podobnej choćby umowy nie wchodzi w rachubę - dlatego też 'Zachód' chce ograniczyć wymianę danych w internecie i mieć ją pod całkowitą kontrolą służb rządowych.

czwartek, 24 listopada 2011

O przekonywaniu i interesach: Lewica nie gęś

Poniższy tekst jest odpowiedzią na felieton o tym samym tytule Małgorzaty Anny Maciejewskiej.

Autorka rozpoczyna swój wywód stawiając filozoficzne pytania dotyczące natury demokracji. Sama koncepcja dychotomii dyskusji i interesów jest bełkotliwa. Autorka całkowicie ignoruje fakt występowania systemów ekonomicznych. Demokracja - w tekście przedstawiona jako górnolotna abstrakcja, nie istnieje. Nie istnieje, albowiem występuje ona zawsze na tle systemu, obecnie zaś w realiach systemu kapitalistycznego, co to znaczy? Ano oznacza to, że możliwości uczestnictwa w naszej "demokracji" określa grubość portfela i pozycja w społeczeństwie kapitalistycznym, które jest społeczeństwem klasowym. Prawdziwa demokracja, to demokracja powszechnej równości szans: "Nie ma demokracji bez socjalizmu".

Pani Maciejewska pada ofiarą infantylnego świata idei, jest ofiarą tego co pragnie zrobić Palikot, którego intencją jest zawłaszczenie lewicowych wartości w poczet liberalnych interesów. Autorka i jej tekst to doskonały przykład usiłowania kradzieży naszych wartości. Skąd pochodzą wartości? Wartości oparte są na programie. Skąd pochodzi program? Kształtują go interesy i położenie w społeczeństwie (kapitalistycznym). Każdy głupi doskonale wie, że co innego mówiąc o wolności na myśli ma Hillary Clinton i Bushe, a co innego Hugo Chavez. Interesy klasowe nie są "kapitalistyczną racjonalnością", tylko faktycznym podziałem społeczeństwa w ramach kapitalizmu. Należałoby przynajmniej wygooglać sobie pojęcie "środków produkcji". Nie ma i nie będzie przypadków w historii, kiedy związki zawodowe i klasa robotnicza optować będzie za zwiększeniem czasu pracy. Idea świata interesów jest dla autorki, "pozbawiona wartości", podczas gdy właśnie interesy wartościują i przekazują koncepcję takiej lub innej kultury i takiej lub innej rzeczywistości. Postulowany "świat wartości" to ukryte pragnienie przejęcia lewicowego buntu, niezależnie od interesów. Boską siłę dyskusji autorka powinna udokumentować przeciągając Balcerowicza i Goldman Sachs na łono socjalizmu.

Osią całego tekstu, jest następujące stwierdzenie:

"w modelu opartym na interesach to pochodzenie stanowi esencję człowieka. Tak samo jak Żyd nie może stać się Polakiem, tak też milioner nie może zostać socjalistą – to proste."

Oczywiście tak nie jest, albowiem czym innym jest funkcjonowanie na rzecz czyichś interesów, a czymś innym miejsce zajmowane w hierarchii społecznej. Istnieje baza i nadbudowa. Jasne, iż jest możliwym, że część członków Business Centre Club ma komunistyczne przekonanie, lecz jest to mało prawdopodobne. Tak samo mało jest "lewicowych wartości" w palikotowym postulacie zwalniania najbogatszych z podatków, "bo i tak nie zapłacą". Promowanie Palikota jako socjalistycznego bożka zwyczajnie mija się z prawdą. Istnieją ludzie bogaci, którzy z nudów, lub z uwagi na (możliwy) oderwany od interesów klasowych system wartości działają na korzyść klasy robotniczej, pracowników najemnych i tych, których większość z ich rodzaju bezlitośnie wyzyskuje i wprowadza w nędzę. Przykład Palikota na to nie wskazuje. Cały tekst cierpi na permanentny woluntaryzm.

Polacy i nasza lewica, przyzwyczaiła się do ordynarnych neoliberałów i bezlitosnego, kapitalistycznego panowania elit finansjery nad polityką i społeczeństwem. Zachodni, bardziej doświadczeni liberałowie doskonale zdają sobie sprawę z problemów wynikających z nierówności społecznych - ale nie czyni ich to socjalistami. Potencjalny liberalizm Palikota i pamięć o biednych, to pragnienie uciszenia i uspokojenia, wygaszenia napięć społecznych by bogaci dalej mogli korzystać ze zwolnień podatkowych czy rozregulowanego kodeksu pracy. Palikot jako opozycjonista ma możliwość stosowania swojej retoryki, w myśl której twierdzi on, że zrobi dobrze i bogatym i biednym - jednakowoż postulaty obecne w jego programie w efektach doprowadziłyby do znaczącego zubożenia państwa i w efekcie dobrobytu tylko jednej z tych grup - bogatych.

Lewica to nie filantropia oraz ochłapy dla potencjalnych oburzonych i buntujących się, lewica to nie odświętna, kościelna czy milionerska troska o żebraka. Lewica, socjalizm to walka o godność ludzi pracy, ludzi, którzy fundują Palikotowi jego dobrobyt. Lewica to walka o prawdę, że to wyzysk ludzi pracy i pracowników najemnych stoi u podstaw dobrobytu i bogactwa nielicznych. Lewica i socjalizm to alternatywa ustrojowa, to wskazanie na niewolniczy charakter kapitalistycznych zależności, w których pracownik musi sprzedać się w niewolę licząc na to, że wyżyje z dyktowanej przez burżuazję pensji. Jeżeli w pracy nad wyeliminowaniem bezrobocia, wyzysku, biedy i w walce z dyktaturą kapitału i finansjery pomoże nam jeden z bourgeois, to pozostaje tylko się cieszyć. Jeżeli jednak ma to polegać na kulcie jednostki i skrytym za zasłoną "lewicowości" reprezentowaniem interesów najbogatszych - to takiej osobie podziękujemy. Marksowskie "Byt określa świadomość", to nie przysłowie w maglu wikicytatów, tylko stwierdzenie i prawda oparta na naukach marksizmu.

Populizm każe Palikotowi posługiwać się wszelkim dostępnym językiem by osiągnąć szczyty władzy - bez skrupułów będzie udawał on lewicę, prawicę, liberała, ateistę, błazna, Che Guevarę, Kartezjusza, Johna Travoltę i Psa Szarika. Lewica i socjalizm w Polsce ma jednak wystarczająco silne podstawy i bazę teoretyczno-praktyczną, lewica jest wystarczająco samodzielna, żeby nie rzucać się w ramiona pierwszego, lepszego wodzireja. Nie zawładnie nami duch kapitulanctwa, który zawładnął częścią exlewicowców zszokowanych faktem, że któryś z milionerów zechciał ich wysłuchać.

poniedziałek, 10 października 2011

Cała Lewica Dla Nas

Polskie społeczeństwo wzięło udział w grze pod tytułem "Wybory Parlamentarne 2011". W tej grze społeczeństwo dało pokaz swej rozpaczliwej kondycji. Wygrała Platforma Obywatelska - którą w ten sposób kilka milionów wyborców nagrodziło za lata doskonałej prywatyzacji, niewolniczego wyzysku ludzi pracy i doprowadzenia do tego, że dzieci w naszym kraju są najbiedniejszymi w Europie. Na drugim miejscu znalazła się partia postsmoleńskich straceńców. PIS to wielki przegrany, który wyczerpuje swoją formułę, który powoli zaczyna sobie zdawać sprawę z tego, że samodzielna siła prawicowego, katolickiego konserwatyzmu jest już w Polsce na wyczerpaniu.

Odrębnością pośród tej menażerii jest partia Palikota, która stanowi doskonałą alternatywę dla niewierzących bogatych. Doskonały wynik tej frakcji to efekt dezorientacji, głupkowatości i lekkomyślności elektoratu oraz zmyślności samego lidera tego ugrupowania. "Lewica" w rękach Palikota ma przeistoczyć się w chorągiewkę niezgody w kwestiach obyczajowych - od dziś lewicowcami będą liberalni ateiści, obrońcy narkotyków i każdy działacz LGBT. Ludowcy zebrali swoje stałe żniwo, PSL znów zebrał swój żelazny elektorat, który utrzymuje partię w zamian za męczeńską obronę bytności KRUS-u.

Największą klęskę poniosło SLD. Młodzi, nieokreśleni i chaotyczni ludzie Napieralskiego - oraz on sam - ponieśli zasłużoną klęskę. Najgorsza kampania w historii SLD dała owoce. Romans z ultraliberalnym Business Centre Club, czysta żądza stołków i pragnienie koalicji z PO, brak krytycznych haseł i wyrazistych postaci, a także dodatki w postaci rozbieranych spotów czy fakt posługiwania się kompletnie nieskuteczną nowomową są przyczyną spektakularnej klęski tego ugrupowania. Millerowsko - Kwaśniewska, liberalna perspektywa, która na chwilę obecną wydaje się jedyną alternatywą dla tejże formacji może jedynie wbić ostatni gwóźdź do trumny parlamentarnej lewicy (choćby była ona nią tylko z nazwy).

Ciśnie się pytanie: w jakim kraju żyjemy? Jaka musiała powstać świadomość społeczna by przekształcić duży kraj w centralnej Europie w kraj niewolników? Jedyne co przychodzi na myśl to porównanie do sytuacji przed II Wojną Światową, kiedy to 'parlamentarna demokracja' (dziś świętość) nie przeszkadzała by w kraju funkcjonowała śmierć głodowa. Życie bez butów w zapleśniałych barakach wróci - i to wróci pod pozorem demokratycznych przemian Wolnej Polski.

Głos na Platformę Obywatelską nie był głosem radosnego wyborcy. Był to głos lęku i strachu przed jeszcze większą klęską, był to głos ludzi, którzy drżą przed niestabilnością i kryzysem, którzy boją się, że będzie jeszcze gorzej - a resztki tego, co dziś jeszcze resztkami sił funkcjonuje (jak publiczna opieka zdrowotna) uznaje za cud i głosem na PO pragnie ten cud zachować. W Polsce ludzi zostali oszukani i trwają w przekonaniu, że nie mają żadnych praw. Elektorat to masy sparaliżowane lękiem, biedą i brakiem podstawowej edukacji. Elektorat ten to zrezygnowane, zagłodzone transformację i zdradzone starsze pokolenia oraz młode pokolenie: społecznie niepełnosprawne, zindywidualizowane, wybebeszone ze wszelkich koncepcji i całkowicie niepełnosprawne kulturowo, skazane na radość z przypadku.

W wyborach Polacy udowodnili, że są w stanie żyć bez lewicy, bez państwa socjalnego, bez socjalizmu, bez socjaldemokracji. Czy owo życie będzie życiem na ulicy? Czy owo życie będzie skazywało na głód, bezzębność i bezdomność? Możemy być pewni, że tak, z czasem coraz bardziej. Jeśli żadna grupa w kraju nie zdobędzie się na wysiłek tworzenia poważnej lewicowej formacji - będziemy (i już jesteśmy) świadkami demokratycznej oligarchii, władzy telewizji i pieniądza. Nasz peryferyjny kraj nie jest samodzielny, lecz jednocześnie może zostać całkowicie opuszczony. Polski sejm tym samym stał się cudem na skalę Europy - oto nie ma już w jego ławach żadnej lewicowej partii, grupy czy najmniejszej choćby reprezentacji lewego skrzydła. 100% parlamentu to dziś gospodarczy liberałowie i zwolennicy polityki zorientowanej na usługiwanie tej lub innej grupie przedsiębiorców.

To jest chwila, która wyznacza ostateczny kres historycznym sporom i personaliom dotyczącym PRL. Jest to moment, w którym cała lewica, wszyscy socjaliści i przeciwnicy neoliberalnego kapitalizmu stają przed nową erą i przed nowym początkiem lub ostatecznym końcem. Cała lewica jest dziś dla nas - nadszedł czas by ludzie, którzy z ideowych pobudek przez całe lata stali obok polityki udowodnili coś sobie i innym.

sobota, 23 lipca 2011

Symptom Norweski

23 Lipca w Norwegii, w Oslo eksplodował ładunek przy siedzibie premiera, uśmiercając na miejscu 7 osób. W tym samym czasie na wyspie Utoya rozpoczęła się rzeź uczestników obozu młodzieżówki rządzącej Partii Pracy. Sprawca, Anders Behring Breivik najprawdopodobniej samodzielnie, w bestialski sposób, uśmiercił 85 osób. Ten bezlitosny mord przekroczył wyobrażenia Europejczyków a fakt, że miał miejsce w wyjątkowo spokojnej - jak dotychczas - Norwegii spotęgował percepcję tego wydarzenia. W związku z tym precedensowym mordem warto zadać sobie pytania o genezę, tło i możliwe przyczyny, które doprowadziły do śmierci tylu związanych z lewicą, młodych, niewinnych przecież osób.

Od lat bogacąca się Norwegia stała się krajem, który przyjął liberalną politykę wobec imigrantów. Społeczeństwo Norwegii, bogate w zasoby naturalne i z nadwyżką w budżecie to jednocześnie kraj, który stać na hojny system opieki socjalnej - nic dziwnego, wobec tego, że od dwóch kadencji sprawuje tam władzę partia socjaldemokratyczna - o liberalnych poglądach w kwestiach obyczajowych i wolnorynkowych. Sytuacja Norwegii jest w pewnym sensie szczególna - jest to kraj będący bardzo wysoko w hierarchii państw kapitalistycznych, gdzie zasoby naturalne szczęśliwie są w stanie finansować życie na powszechnym, wysokim poziomie. Ten cieplarniany komfort przez lata sprzyjał rosnącej imigracji. W Norwegii, według danych Eurostatu ponad 9 procent społeczeństwa to obcokrajowcy, jednakże zdecydowana większość spośród imigrantów to imigranci pierwszego pokolenia - ta wieloetniczność jest wobec tego zjawiskiem stosunkowo świeżym. Choć sytuacja imigrantów jest dość skomplikowana i nie należy do łatwych [w wyniku kryzysu odnotowano na podstawie badań z 2010 roku wzrost bezrobocia o 1% wśród Norwegów i aż o 3% wśród imigrantów] to sama ich obecność, a napływ imigrantów do Norwegii to proces nasilony podczas ostatniej dekady, dokonała istotnych przetasowań w zbiorowej świadomości.

Zamachy sprzed paru dni to pierwszy, skrajny symptom utraty gruntu pod nogami, utraty pozycji przez radykalnie konserwatywny blok polityczny w Europie. Akt mordu, jakiego dokonał Anders Behring Breivik nie będzie potencjalnym katalizatorem dla działalności jego frakcji, był natomiast efektem porażki konserwatywnej, ksenofobicznej koncepcji eurocentryzmu - morderca w obliczu porażki swej ideologii wpadł w pętlę autodestrukcji, dokonując rzeczy strasznej, wynikłej wprost z fundamentalizmu chrześcijańsko-narodowego, który jednocześnie kazał mu wierzyć że dobrobyt w ramach wolnorynkowej gospodarki zarezerwowany jest tylko dla 'swoich'. Europejski kult jedynej drogi od wielu wieków gnieździł i nadal gnieździ się w wyobrażeniach społecznych mieszkańców Starego Kontynentu. Ten kult każe wierzyć, że z religią lub bez niej Europa to kontynent wybrany i dobrobyt, bezpieczeństwo oraz świetlana przyszłość dostępna, dana będzie Europie tylko w wyniku konserwatywnej polityki różnego stopnia izolacji narodowej, zarówno na szczeblu etnicznym jak i gospodarczym. Określając swych wrogów jako "kulturowych marksistów" Breivik tylko częściowo trafnie zobrazował przyczyny stojące za postępującym procesem zaniku państw etnicznych - do tego prowadzą bowiem zarówno ideologia lewicowego internacjonalizmu oraz równocześnie ideologia klasycznie liberalna, która transformuje kulturę, dokonując globalizacji, bezlitośnie podporządkowując państwa wymogom maksymalizacji zysku.

Lęk przed utratą uprzywilejowanych miejsc na rynku pracy, lęk przed śmiercią konserwatywnych wartości - to powszechne społeczne odczucia i realne zagrożenie. Podczas gdy w - z reguły - obciachowej Polsce potrafią one przybrać kształt obrony smoleńskiego krzyża pod pałacem prezydenckim, w Norwegii reakcja na te same lęki - które spotęgowane są błyskawicznym tempem przemian - doprowadziła do rzeczy o wiele potworniejszej, w której młodzi socjaldemokraci zupełnie nieświadomie wzięli udział w tragicznych wydarzeniach zainicjowanych lękiem spotęgowanym przez przekonania religijne. Wielu, w tym Breivik nie wyobraża sobie Europy, w której rasa i religia przestaje odgrywać znaczenie. Te potężne w Europie korzenie nacjonalizmu naznaczyły faszyzmem historię wieku XX, wiek XXI bezlitośnie weryfikuje umierające wyobrażenia konserwatywnych frakcji, nie wszyscy będą w stanie znieść ten ból - życzmy sobie jednak, by Symptom Norweski nie rozprzestrzeniał się dalej...

sobota, 9 lipca 2011

Czas na odwagę polityczną

W większości pojawiających się komentarzy na temat nadchodzących wyborów parlamentarnych mamy do czynienia ze swego rodzaju zamknięciem perspektywy. Zawężona perspektywa przekształca poszczególne komentarze w poradnictwo, które z reguły kończy się na sugestii by głosować na którąś z dominujących partii. W tym języku prymitywizmu nagle stajemy przed bardzo ograniczonym wachlarzem możliwości politycznych, pozostaje nam do wyboru PO, gdyż jest lepsze niż PIS, PIS, bo nie jest tak złe jak PO oraz SLD bo nie jest PISem ani PO. I tak, w przestrzeni publicznej od dłuższego czasu dyskusja ideologiczna została zastąpiona dyskusją partyjno-kadrową. Partie przestały być tym czym być powinny w demokratycznie pojmowanym kraju - ramieniem ideologii podzielanej przez określony elektorat, przeistoczyły się natomiast w 'partie dla partii' - zjednoczone w każdej chwili poza tą, gdy trzeba zaznaczyć że jedna partia różni się od drugiej. Te różnice między mainstreamowymi partiami są w dużej mierze różnicami kosmetycznymi. Są to różnice na tle kosmetyki historycznej, garmażerki smoleńskiej i różnic kadrowych. Tylko miejscami zarysowują się rzeczywiste różnice - jak w kwestiach obyczajowych, czy stosunków z kościołem - nie mają jednak one większego znaczenia, jeśli ujrzymy jak jednorodne gospodarczo są prezentowane nam przez główne partie polityczne projekty.

Liderzy partii stali się do siebie zaskakująco podobni w momencie wizyty w Polsce prezydenta USA. Całkiem niedawno, obserwując rozpoczynającą się prezydencję Polski w Unii Europejskiej byliśmy świadkami ciekawego spektaklu. Zamęt w Parlamencie Europejskim i pseudokłótnia zakryły nam w rzeczywistości fakt, że w sprawach dla Polski w UE kluczowych nie istnieje w rzeczywistości wielogłos, a wszystko ma spontanicznie definiować pojmowany jako uniwersalny 'interes narodowy'. Właśnie ten 'interes narodowy', ta perspektywa wspólna dla wszystkich partii parlamentarnych jest tą klatką z którą obecnie przyszło nam się zmierzyć. Podobna geneza, ten sam system i ten sam parlament wytworzył kastę polityczną w charakterze pętającej społeczne gusta dyrekcji państwowej. Wolnorynkowa, współczesna odmiana systemu liberalnego w Polsce - jest wspólnym, wielkim tłem dla wszystkich z partii. Ta bezwarunkowa zgoda na stawiane przez polityczne sąsiedztwo warunki Polskiej egzystencji jest wskaźnikiem słabości i dowodem na brak wyobraźni u liderów najważniejszych partii - nie są oni świadomi tego, jak wiele więcej byliby w stanie wywalczyć, zyskując sobie o wiele większą przychylność społeczeństwa, gdyby nie wychodzili z pozycji poddańczej, a posiadali własny, przynajmniej marginalnie bezkompromisowy projekt społeczny. Polska stawiająca komukolwiek warunki, pragnąca zmienić własną gospodarkę? Prędko mogłoby okazać się to sytuacją na tyle niecodzienną, że w perspektywie wiele mogłoby się udać, a strach przed instytucjami finansowymi mierzącymi nasz dług, mógłby przemienić się w świadomość własnych możliwości po odcięciu tych krępujących kraj 'pasów bezpieczeństwa'.

Czy Polskę stać na taki ruch rzetelnej demokracji, na próbę własnych sił, na próbę własnego projektu ekonomicznego? Obawiam się, tak jak wielu pogodzonych [a ci stanowią większość] z dzisiejszą, Polską sceną polityczną i tak jak wielu z tych, którzy głosować nie pójdą, że nie są do tego zdolne wiodące prym w czasie antenowym TVN-u partie. Nie będę jednak jak anarchiści i duża część lewicy postulował by nie wychodzić w dzień wyborczy z domu. Parlament, jako realne miejsce sprawowania władzy potrzebuje głosów tych, którzy posiadając orientację w przestrzeni politycznej są w stanie głosować świadomie, zbliżając kraj jak to tylko możliwe do konkretnej wizji ideologicznej - zamiast bazując na medialnym spektaklu głosować na najlepszych aktorów. Polsce daleko jeszcze do prawdziwie obywatelskiego społeczeństwa - można się jednak szybko do niego zbliżyć, głosując nie kompromisowo, lub w ogóle - a znajdując takie partie, i takich ludzi na listach, którzy gdyby dostali się do sejmu, byliby nam bliżsi niż nijaki kwartet Tusk-Kaczyński-Napieralski-Pawlak. Jeśli chcemy by na Polskiej scenie politycznej pojawiły się rzetelnie realizujące alternatywny gospodarczo program partie - zacznijmy szukać naszych kandydatów. Masowo oddane głosy wykluczonych z 'wolności słowa' byłyby w stanie wygrać wybory całkiem nowej sile. Dotąd pomimo tego, że dominuje sprzeciw wobec prywatyzacji, sprzeciw wobec uczestnictwa w wojnie Iraku... - byliśmy i będziemy dalej skazani na partie posiadające o 180 stopni odmienne sądy na te i inne sprawy. Tak fałszywie konstruowana, Polska demokracja parlamentarna, gdzie dopiero na Wiejskiej okazuje się jak blisko jest do siebie poszczególnym partiom - musi otrzymać czerwone światło - na wiele sposobów, a wybory są jednym z nich. Nie chcę dalej patrzeć na Wiadomości, w których Katastrofa Smoleńska komentowana przez wszystkie parlamentarne siły króluje w nieskończoność, gdzie nikt nie poruszy tematu progów podatkowych a wszyscy uśmiechają się na wejście kolejnej spółki węglowej na giełdę by na koniec wzruszać się dokonaniami Jana Pawła II i polskoheroicznej drogi do demokracji na trupach wciąż skamlących bolszewików, których teraz zastąpił Łukaszenka. A by to zakłócić wystarczyłoby trochę zdrowej irytacji, złości, paru procent głosów na coś co na scenie parlamentarnej pojawiłoby się jak obcy z Marsa. Nadchodzi czas by znowu być odważnym, w miejscu, które jak dotąd jest świadkiem tylko rezygnacji - przy urnie.