Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapitalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapitalizm. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 listopada 2012

Kapitalistyczna demokracja = Fabryka zła

Żeby móc prowadzić polemikę trzeba wpierw zrozumieć i przeanalizować to co zostało przez kogoś napisane.

To oczywiste, że w tej chwili w Polsce faszyzmu nie ma... Przywiązanie do tego pojęcia bierze się stąd, że niesie ono w sobie potężny ładunek emocjonalny. Słowa: prawica, konserwatywna prawica, reakcja, nacjonalizm już takiego ładunku ze sobą nie niosą -> a tego mamy u nas pod dostatkiem, to zostało oswojone. To o czym wcześniej pisałem to fakt, że rząd i establishment w treści nadbudowy politycznej jest w gruncie rzeczy tym samym co ONR i ruchy skrajności - które od dwóch dni budzą tak wielkie emocje.

Bardzo wzrusza mnie także obrona PRLu przez antyprlowskich socjalliberałów, z trudem przyznających, że w PRLu nie zagazowano milionów ludzi (Czy nie warto może było jeszcze rozważyć składania takiej deklaracji? Niejeden grant mógł przepaść). Szkoda tylko, że tak późno będziecie dochodzić do tego, że w rezultacie /postępującej/ katastrofy kapitalizmu coraz częściej będziecie stawać przed wyborem reakcyjna prawica/socjalizm.

Bezpieczny środek, w który wielu nadal wierzy nigdy nie istniał, był pozorem utrzymywanym przez łupieżcze siły kapitału.

W Polsce żadnej demokracji nie ma. Jest dyktatura kapitału /głównie zagranicznego/ i fasadowa demokracja parlamentarna. Bronić tej demokracji i bronić establishmentu na miejscu lewicy dążącej /jak rozumiem/ do zyskania kiedyś władzy nie radzę. Komorowski i Tusk mają swoich "rycerzy" i są to "rycerze" podobnie antylewicowi i antysocjalistyczni co ludzie Zawiszy. To oni , na czele z Wyborczą, zajęci byli przez lat dwadzieścia tym, żeby z lewicy i z socjalizmu nie ostał się kamień na kamieniu. Jedyna lewicowość osiągalna w III RP to wzruszanie się (i nic więcej) nad losem wykluczonych. Próba wytworzenia jednolitej, prawicowo-konserwatywno-reakcyjnej polityki historycznej powiodła się: dzięki CAŁKOWICIE LEGALNEJ działalności IPNu i dzięki likwidacji wszystkiego co realnie antysystemowe. A lewica musi być antysystemowa jeśli systemem jest kapitalizm.

Polski Establishment założył sobie, że stworzy jedną, uniwersalną politykę wiecznego konsensusu. Tym konsensusem miał być konsensus prawicy, ten 'właściwie patriotyczny' i przede wszystkim - antysocjalistyczny. Systemowi wydawało się, że wystarczy usunąć lewicę i stworzona zostanie płaszczyzna wiecznej władzy i wiecznej dominacji. To się jednak nie udało. Bolesne przebudzenie nastąpiło w momencie, w którym okazało się, że co prawda polityczne wentyle bezpieczeństwa na lewo zostały zatkane, ale te po prawej stronie stoją otworem. Okazało się po prostu, że język antysystemowej kontestacji to nie tylko 'czerwoni', ale też i 'czarni', którzy pragną wydostać się przez wyłom stworzony przy pomocy sprawy smoleńskiej... To prawdziwy szok dla Prezydenta i [ProNSZowskich] sił rządowych, świadomość że jednak można obejść ich z prawa, że wraz z neutralizacją lewicy nie wyczerpał się język buntu i że antysystemowość w złodziejskiej rzeczywistości i tak i tak wypłynie na wierzch... Na razie bardziej przypomina to farsę, ale w dalszej perspektywie może przerodzić się w tragedię, choć raczej nie w obecnie kompletnie niepodmiotowej historycznie Polsce.

Jak to zwykle często bywa prawica establishmentowa stworzyła też sobie nowego wroga, którego się nie spodziewała. Na razie ten wróg raczkuje i nie wiadomo, czy kiedykolwiek na dobre się rozwinie. Tym wrogiem jest tak samo konserwatywna i reakcyjna prawica... tyle tylko, że jest to siła antyrządowa i radykalniejsza w środkach, rozładowująca napięcie poniżonej części społeczeństwa. Co ciekawe, pojawienie się tego wroga jest też establishmentowej reakcji po części na rękę, przy Zawiszy i Młodzieży Wszechpolskiej każdy prezentować się będzie jak oświecony wolnościowiec, podczas gdy w realu klęczał będzie pod pomnikiem Dmowskiego, NSZu i wznosił będzie te same polityczne hasła - "Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę!".

Zadaniem Lewicy nie jest pilnowanie mydlanej poprawności dyskursu neoliberalnej, kapitalistycznej demokracji. Tym zadaniem jest antysystemowa i antyprawicowa działalność polityczna. Łatwo jest dziś wskazywać na organizatorów marszu niepodległości jako na "tych złych". Jednak bez uchwycenia kontekstu, w którym (ta niewielka jak na razie) zaraza zaczęła się rozprzestrzeniać nie będziemy wiedzieli niczego o tym, kto naprawdę rządzi polityczną sceną i gdzie znajdują się prawdziwe źródła "faszyzacji" sceny politycznej.

Żyjemy dziś w samym środku fabryki zła. Ci, którzy uwierzyli w ludzką twarz kapitalistycznej demokracji niech lepiej przyjrzą się twarzy Breivika. Nie ma czego bronić. Trzeba walczyć o nowe.

Protest, czy rewolucja? Jak poważny okaże się kryzys?



Protesty w Hiszpanii, protesty we Włoszech, protesty w Portugalii i protesty w Grecji przybrały na sile, stało się to niemal jednocześnie. Uzbrojeni w czerwone sztandary Grecy ścierający się na ulicach z policją to widok, którego Europa dawno nie widziała i który dużą jej część nadal jeszcze napawa lękiem i trwogą. Wściekłość europejskich społeczeństw zrodziła się z bezczelności neoliberalnych i burżuazyjnych ośrodków władzy. Zimne wyrachowanie i bezkompromisowa polityka likwidacji własności społecznej oraz wszelkich zdobyczy klasy pracującej sprowadziła na rządy gniew rozjuszonych ludzi.

Nie chcąc studzić czyjegokolwiek entuzjazmu trzeba jednak stwierdzić, że protesty te są – jak na razie - bardzo dalekie od szans powodzenia. Protesty, protesty, jeszcze raz protesty, ciągle protesty. Protest to tak naprawdę forma działania konserwatywnego. Forma działania odwołującego się do przeszłości i nawołującego do jej przywrócenia. Co prawda, protest nie zawsze musi być konserwatywny, ale patrząc na skalę: prywatyzacji, oszustw i złodziejstw, które właśnie mają miejsce w całej Europie przyznać trzeba, że manifestacje to w porównaniu z nimi trochę mało, to dość niewiele. Nie twierdzę wcale, że protest ten nie ma przyszłości, czy też, że nie należy go – w tym przypadku - popierać. Chcę raczej zwrócić uwagę na inną sprawę, mianowicie na to, że stopień zaawansowania walki klasowej w państwach zagrożonych kryzysem jest jeszcze dość niski i wczesny. Obserwowany przez nas protest rozwija swe skrzydła powoli. Strajki generalne w Grecji to dopiero pierwsze, prawdziwe symptomy poważnego działania.

Tak naprawdę obserwujemy dopiero pierwsze stadium pokazu siły ze strony pracowników najemnych. Dopiero teraz, powoli, zaczną powstawać warunki konieczne dla zaistnienia faktycznej świadomości klasowej. W grupie, zorganizowani wokół jednej sprawy, pracownicy dopiero zaczynają być "klasą dla siebie". W tym momencie protestujący poszukują języka wspólnoty, poszukują swojej politycznej narracji, poszukują ideologii. Dzieje się to na naszych oczach.

Przeszło rok temu, w "Manifeście z 15 Maja" Madryt domagał się "etycznej rewolucji" i nadzieję pokładał przede wszystkim w edukacji. Dziś w "Manifeście 25-S" ci sami ludzie żądają: obalenia rządu, całkowitej zmiany systemu podatkowego, stworzenia stabilnych i pewnych miejsc pracy i zawieszenia, bądź też nawet umorzenia całości długu publicznego. Pojawia się nawet żądanie nowej konstytucji!

Poddawane rygorowi neoliberalnej terapii szokowej społeczeństwa z każdym dniem stają się coraz bardziej radykalne, ludzie znają już objawy kapitalistycznego schorzenia. Inna rzecz, że najtrudniejsze dopiero przed nimi.

Protestujący przekonali się już, że policja nie jest jedynie elementem wystroju wnętrz i że ściga nie tylko przestępców. Kapitalistyczne władze trzymają narody i państwa w potężnym uścisku. Jeśli nawet dojdzie do obalenia poszczególnych rządów to czym zostaną one zastąpione? Czy oburzonych stać na tworzenie w sercu Europy gospodarczych autarkii, czy stać ich na stworzenie nowej federacji państw socjalistycznych?

Nie jest to bynajmniej pytanie zdjęte z księżyca, to właśnie tego typu rozwiązanie jest w zasadzie jedyną rzeczywistą szansą na realizację wysuwanych przez protestujący tłum postulatów. Taki (przymusowy i pyrrusowy) los może czekać poświęconą na ołtarzu niewypłacalności Grecję. Elity nic nie oddają za darmo. Poszczególne rządy dały już po sobie poznać, że nie ugną się łatwo, że nie pragną powrotu do 'kapitalizmu z ludzko-bogatą twarzą', że nie chcą prosocjalnych reform.

Jeśli protestujący pójdą dalej drogą protestu i buntu przekonają się też, że gumowe kule łatwo zastąpione mogą zostać ostrą amunicją. Protest, gdy tylko przekroczy ramy niegroźnej kontestacji może przerodzić się w prawdziwą rewolucję. Ta z kolei rządzi się własnymi prawami, nie tymi, którymi rządzi się parada równości, pochód, manifa, czy okazjonalna demolka.

Są oczywiście i inne, możliwe scenariusze. Być może kapitałowi uda się zawrzeć kompromis, być może w zamian za spokój lud otrzyma w prezencie więcej zysków z kolonii, jakąś wojnę, rasizm/nacjonalizm lub inną zabawkę, która odwróci jego uwagę. Być może protest po prostu rozpuści się w rezygnacji i nie uzyska wystarczającego poparcia, być może zadowolenie klasy wyższej i jej poparcie wystarczy rządowi by się utrzymać. W kapitalizmie wszyscy poniekąd są na siebie skazani, a to właśnie kapitalizm przez wiele lat dostarczał dobrobytu krajom obecnie pogrążonym w kryzysie. Czy teraz społeczeństwa te zrezygnują z tego co do tej pory działało, czy położą na szali swoje światowo-uprzywilejowane położenie? Scenariuszy jest wiele, nadal jednak nie wiadomo jeszcze kto jest reżyserem tego społecznego spektaklu, choć chwilowo inicjatywa wydaje się być po stronie manifestantów.

Rozstrzygnięcie nadejdzie niedługo. Odpowiedzi na pytanie o potencjał protestów udzieli nam przyjęta przez protestujących doktryna i (przede wszystkim) środki, których wykorzystanie będzie ona zakładać.

Jak poważny okaże się kryzys?

Może po prostu trzeba jeszcze trochę poczekać… Może by coś naprawdę się ruszyło nie wystarczy 25%, a dopiero 40% bezrobocia…

Ktoś w końcu zaryzykuje.

czwartek, 20 września 2012

Poczytalny (?) Breivik i kultura śmierci

Mam poważne wątpliwości co do tego, czy ogłaszając wyrok słusznie uznano Andersa Breivika za osobę poczytalną. Popełniono tu zasadniczy błąd. Czy człowiek poczytalny morduje kilkadziesiąt osób, osobiście rozstrzeliwując młodzież z broni maszynowej? Każdy, kto dopuszcza się takich czynów jest automatycznie chory psychicznie i powinien być poddany przede wszystkim leczeniu i długoletniej terapii.

Uznanie Breivika za osobę poczytalną niesie ze sobą poważne zagrożenia. W społeczeństwie, w którym 'zdrowa na umyśle' i mogąca odpowiadać za swoje czyny jednostka może mordować kilkadziesiąt osób i pozostawać przy tym 'normalnym przestępcą' zmianie ulegają społeczne zasady, normy ulegają przesunięciu. Dokonuje się ratyfikacja masowych morderstw jako środka do celu. Dzięki temu Breivik staje się też pełnoprawnym politykiem, osobą poczytalną, która mordowała, ponieważ mord był logicznym przedłużeniem wyznawanej przez niego ideologii.

Winny sam wypowiedział się w tej sprawie, Breivik stwierdził publicznie, że uznanie go za niepoczytalnego byłoby dla niego "gorsze niż śmierć". Breivik rości bowiem sobie prawo do miejsca pośród politycznych aktywistów, zaś uznanie jego działalności za objaw choroby kompletnie dyskredytowałoby jego poczynania i motywację. Sąd poszedł mu na rękę.

By lepiej zrozumieć sprawę Breivika, należy dokładniej przyjrzeć się kulturze Zachodu. Jedną z cech współczesnej kapitalistycznej kultury jest wszechobecność śmierci. Prawdziwa śmierć to jedynie dodatek do śmierci funkcjonującej w obrębie kultury. Filmy, literatura, gry, media pełne są śmierci i przemocy, współcześni dziecięcy bohaterowie – tacy jak Batman – ściągnięci z Ameryki przynieśli ze sobą broń a ich środkiem do celu jest przemoc i wywoływanie lęku… Śmierć jest tak wszechobecna, że prawdziwa przemoc nikogo już specjalnie nie interesuje – co możemy zaobserwować na przykładzie obojętności wobec głodu, czy ofiar wojen w Trzecim Świecie. Jednak to, co pozornie tylko kulturowe łatwo przerodzić może się w rzeczywiste działanie, przykładem tego jest Breivik, którego czyn przypomina jedną z licznych misji w grach-strzelankach. Gry, w których obecne są tego typu zachowania, tak jak i cała kultura śmierci, wrosły na tyle silnie w fundamenty Zachodniej Cywilizacji, że mord na wyspie Utoya nie jest oceniany przez pryzmat kondycji moralnej, cech kultury i cech całości społecznej… lecz przez pryzmat celowości i rodzaju zabitych ofiar. Może wydawać się, że Breivik zabił po prostu w złym momencie, wybrał złe osoby, zamiast zwyczajnie udać się na misję do Afganistanu. Co chwilę ktoś nie wytrzymuje, zaczyna mordować w złym miejscu (a więc mordować naprawdę) i wtedy dochodzi do masakr (najczęściej w miejscach szczególnie narażonych na presję - szkołach), które później oceniane są jako zupełnie niezwiązane ze społeczeństwem, czy jego kulturą, traktowane są jak inwazja z zewnątrz, jak wyraz pozanaturalnej obcości.

Szaleńcem jest nie tylko Breivik, szalona jest kultura i schematy, które w niej dominują. Współczesna kultura to kultura destruktywności, która wynika wprost z poczucia niemocy odczuwanego przez jednostki[1]. Nawet lata dobrobytu i pokoju nie przyniosły Zachodowi wolności od przemocy, nie przyniosły pacyfizmu, nie przyniosły uwolnienia – wręcz przeciwnie, im dalej od wojny tym kultura staje się coraz bardziej wojownicza[2]. Odpowiedzialny jest za to system i jego metody działania stosowane na zewnątrz, metody które znajdują swe odzwierciedlenie w kulturze. System zwyczajnie produkuje, kupuje i buduje zrozumienie oraz poparcie dla wykorzystywanych przez siebie metod. Zdrowe społeczeństwa nie dopuściłyby do eskalacji przemocy na Bliskim Wschodzie, nie pozostałyby obojętne na sytuację Afryki i wyzysk w Trzecim Świecie, zajęłyby się kondycją materialną żyjących na marginesie, byłyby wrażliwe na krzywdę. Byłyby, ale nie są i być jak na razie nie zamierzają – bo to się nie opłaca. Nawet lewicowa alternatywa ma z tym kłopoty.

Komentatorzy, którzy cieszą się z kary i policzka wymierzonego ideologii rasistowskiej niesłusznie w ogóle uznają ją za równouprawnioną, błędnie traktują ją jako po prostu jedno ze stanowisk. Ideologia, która zaleca tego typu zachowania nie ma najmniejszego prawa by stać się równoprawną ideologią, linią polityczną, czy by przerodzić się w legalne stronnictwo. To co uczynił Breivik motywowała chora ideologia szaleńców, tak też należy traktować rasizm - jak chorobę, którą należy leczyć, a nie ‘stanowisko’ dopuszczane do legalnego dyskursu na pełnych prawach dialogu. Syndrom Breivika to poza tym wcale nie wynik działania wyłącznie ideologii, to także wyraz promowania konkretnych sposobów rozwiązywania problemów. Największy problem tkwi jednak w tym, że terapii poddać należy nie tylko Breivika, ale i całe - wytwarzające go - społeczeństwo…



[1] Dla Ericha Fromma, w jego „Ucieczce od wolności” destruktywność to po prostu wyraz życia niespełnionego.

[2] Wojowniczość i przemoc w kulturze mają swoje źródło w pogłębiającej się alienacji. Ludzie pozbawiani życia przez kapitalistyczny sposób produkcji, przymuszani do konsumpcyjnego stylu życia reagują lękiem, strachem i przemocą właśnie. Współczesną aktywność społeczeństw opisać można schematem stworzonym przez J. Baudrillarda – „ZABIJANIE – POSIADANIE – POŻERANIE”, z czego faktyczne ZABIJANIE odnosiłoby się jedynie do armii i desygnowanych do tego żołdaków, przy czym na poziomie symbolicznym ZABIJANIE pozostaje wszechobecne.

piątek, 24 sierpnia 2012

Biznes to biznes


Polski 'wolny rynek' toczą afery. Skandale, które wychodzą na światło dzienne nie wywołują jednak większej krytyki gospodarki wolnorynkowej. Kolejne upadłości firm turystycznych (których koszty ponosi oczywiście państwo), upadłość linii lotniczej OLT Express, czy też klęska i skandal związany z Amber Gold traktowane są jak wypadki przy pracy, normalność, która znalazła się na czołówkach gazet bodajże tylko dlatego, że znajdujemy się w samym środku sezonu ogórkowego.

Modę na gospodarcze afery zapoczątkowano w „wolnej Polsce” z wielką pompą. Aktem założycielskim była przecież złodziejska i łupieżcza masowa prywatyzacja społecznego majątku. Świętując i kultywując pamięć o tych wielkich łowach współcześni przedsiębiorcy postępują podobnie. Wzorują się wręcz na przeszłości, powtarzając wciąż w kółko za pośrednictwem ekspertów z centrum im. Adama Smitha, że proces prywatyzacyjny jeszcze na dobre się nie zakończył i że wiele w tej materii dopiero przed nami.

Całkowicie nowe standardy w tej dziedzinie stworzyła Platforma Obywatelska. Umiejętnie dogadała się z biznesem, aż do tego stopnia, że pieniądze z budżetu, które tradycyjnie otrzymują partie przekraczające 3% próg poparcia i które pozwalają im na mniejszą lub większą niezależność stały się dla PO zbędne. Była też afera hazardowa, która żadnych krzywdzących rozstrzygnięć politykom Platformy nie przyniosła, dokonano jednak przy jej okazji publicznej legitymizacji praktyki lobbingu, normalnością stały się też nocne pogadanki na cmentarzach i przy stacjach benzynowych, przy okazji których ustala się losy ustaw i podejmuje najważniejsze gospodarcze decyzje. Apostołem szczególnie dobrze reprezentującym swoją epokę jest Stefan Niesiołowski, który stwierdził, że klienci Amber Gold, którzy powierzyli instytucji swoje pieniądze i teraz nie wiadomo czy otrzymają je z powrotem, są sami sobie winni, naiwnie bowiem uwierzyli w zwrot wysokości aż 14 procent. Oto przyszłość peryferyjnego kapitalizmu: brak państwowej kontroli, brak skutecznych służb, brak jakiejkolwiek kontroli rynku i czysta 'wolnorynkowa' ruletka, rosyjska ruletka.

Podążając tym tokiem myślenia powinniśmy spodziewać się w najbliższym czasie wprowadzenia powszechnego dostępu do broni, byłoby to ukoronowanie królującego w życiu społecznym prawa przemocy i pięści. Zabity będzie odtąd uczciwym przegranym, żywy będzie prawdziwym zwycięzcą, szczególnie moralnym (i kto wie, czy nie natchnionym przez wstawiennictwo samej Opatrzności).

To, że kolejne upadłości ciągną za sobą spustoszenie i ludzką tragedię zostało już wyparte ze społecznej świadomości. Upadłości to bezrobocie, bankructwa i utrata oszczędności, demoluje to plany życiowe i wręcz odbiera ludziom życie. Każdy kolejny krok kapitału na drodze do maksymalizacji zysku to kolejny krok w wyalienowaniu społeczeństwa. A maksymalizacja zysku karmi się oszustwem, szwindlem i krętactwem – na które szczególnie podatne są państwa ubezwłasnowolnione przez międzynarodowy kapitał. Takie jak Polska.

Za gospodarczymi podbojami nielicznych, których nazwać można w Polsce kapitalistami podąża nowa, przywleczona z Zachodu moda. Moda na niewinność. Sprawcy gospodarczych afer, przekrętów i winni upadłości rzadko już trafiają przed oblicze sądu, prawie nigdy nie trafiają do więzienia. Złe decyzje ekonomiczne traktowane są pobłażliwie, uznaje się je za dzieło nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Pojęcie przestępstwa gospodarczego tak się w kapitalizmie rozmyło, że nie wiadomo już co oznacza. Stało się tak dlatego, że kapitalizm sam w sobie jest przestępstwem gospodarczym, trudno więc byłoby sądzić wszystkich, którzy działają przeciwko społeczeństwu, na szkodę środowiska lub niezgodnie z prawem. Samo prawo przeistoczyło się w formę rytuału. Prawo stało się odrębnym światem, takim do obejścia, do pominięcia przy zastosowaniu rozmaitych kruczków prawnych, przy wykorzystaniu porad możliwie najdroższego prawnika. Zgodnie z prawem kapitał przestał też być instancją żywą. Kapitał i pieniądze stały się czymś neutralnym, środkiem który wykorzystany być może dla dowolnego celu, przy zachowaniu całkowitej niewinności posiadacza. Sam posiadacz stał się tylko użytkownikiem idei, absolutu pieniądza i wykonawcą rozkazów mrocznej (żywiołowej) siły, za którą nie można już dostrzec żadnego człowieka.

W ten sposób zniknęła odpowiedzialność za decyzje gospodarcze. Działalność indywidualistyczna i podyktowana egoizmem, która jest dziś czymś naturalnym przestała być jakkolwiek szkodliwa, bo naprzeciw siebie ma tylko własność społeczną i państwową, które w rozpowszechnianej przez system opinii są przecież oficjalnymi wrogami wszelkich wolności i nowoczesnych swobód demokratycznych.

Firma ma prawo korzystać z wszelkich środków i metod, byle tylko utrzymywała się na powierzchni i była rentowna. Gdy firma zaczyna tonąć, uznaje się, że tak zdecydowała magiczna siła wolnego rynku, że kapitał i pieniądze same podjęły decyzje. I zgodnie z zasadami wolnego rynku, który żywi się klęską większości w imię zysku coraz mniejszej liczby osób, wszystko odbywa się zgodnie z prawem świętego wywłaszczenia, a wywłaszczać ma prawo każdy, kto tylko zdoła to zrobić. Biznes to biznes.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Europa nie pomoże cz I&II




I


Polska jest na samym dnie Unii Europejskiej. Przejmujemy się protestami i ruchami społecznymi w Hiszpanii i Grecji, ale kryzys tych państw jest niczym w porównaniu z sytuacją gospodarczą Polski i skalą wyzysku w naszym kraju. To co przynosi niezadowolenie i bunt gdzie indziej u nas dawno już stało się normą. Unia Europejska nie jest organizmem jednorodnym, jest organizmem wzajemnie oddziałujących na siebie narodów, w przypadku Polski wymiana ta ma na celu przede wszystkim kradzież i wywłaszczenie.

Zachodni robotnicy, którzy walczą o swoją wysoką płacę minimalną są zajęci własnym interesem i sytuacja Polski nie mieści się w ich horyzoncie zainteresowań. Co więcej, dobra koniunktura w krajach zachodniej Europy żywi się tanią robocizną, której dostarczają Polacy. Drenaż mózgów, emigracja robotników, wolna amerykanka dla zagranicznego kapitału to narzędzia, które pozwalają okradać nas w zgodzie z literą prawa. W ten właśnie sposób Unia Europejska wypracowała szeroki wachlarz metod, dzięki którym Polska na stałe traci gospodarczą podmiotowość i samodzielność.

Dopóki Unia Europejska nie stanie się prawdziwą federacją, o charakterze socjalistycznym i robotniczym, dopóty nierówności i przepaście między poszczególnymi państwami będą nastawiać klasę robotniczą poszczególnych państw przeciwko sobie. Za konfliktem między różnymi odłamami klasy robotniczej stoi oczywiście kapitał i jego ideologia, tworząca z tych najbardziej uprzywilejowanych pracowników swoją wierną gwardię. Wydostać się z tych sideł nie jest łatwo, szczególnie jeśli władze kraju sprzyjają kapitalistycznej polityce tworzenia tych nierówności...

Polska znajduje się na szarym końcu unijnego ogonka i to właśnie my musimy coś z tym zrobić, cud z Brukseli nie nadejdzie. Lewica przyzwyczajona wyłącznie do sekundowania zachodnim robotnikom zapomina o ich niezwykle uprzywilejowanym położeniu. Zachodni ruch robotniczy to w większości ruch tradeunionizmu, ruch konserwatywnej walki o swoje – narodowe – przywileje w ramach imperialistycznego kapitalizmu – którego łupem padamy niestety i my.

Można rzec, że doili nas (i doją nadal) aż przywykliśmy. Słabość naszej lewicy i brak klasowych związków zawodowych nie pozwalają na walkę o godność polskiego robotnika w sytuacji, w której to jemu w Europie dzieje się najgorzej. Stąd też klęska i niekompatybilność wszelkich ‘zachodnich recept’, których targetem jest bogata arystokracja pracy, mogąca liczyć na zyski z trzeciego świata i z kolonii takich jak Polska. Symulowana ‘zachodnia demokracja’ przyjmuje w Polsce postać komediową, bowiem brakuje u nas „społeczeństwa obywatelskiego”, charakteryzującego się silną podmiotowością wynikającą wprost z zasobności portfela. Ten portfel w przypadku Polski jest pusty. Będąc zapatrzonymi we francuską klasę robotniczą lewicowi działacze nie myślą o kolonialnej przeszłości i kolonialnej teraźniejszości tego kraju. W chwili obecnej francuski internacjonalizm to wspomnienie, które w naszej kolonii żyje jeszcze z sentymentu dla Napoleona, którym nakarmiono nas poprzez hymn...



II


Cele Polski i naszej klasy robotniczej są po prostu inne od celów najbogatszych krajów europejskich. Sytuacja wyzyskiwanych wymaga walki o jej zmianę. Europa nie pomoże. Europa będzie milczeć i będzie zadowolona jeśli jej niewolnicy także będą milczeć. Walka o polepszenie bytu polskiego pracownika to walka w sercu Europy z całą liberalną maszynerią, którą Unia Europejska wypracowała i którą pacyfikuje każdy opór. Możliwość wyjazdu zarobkowego i inne bajki o unijnej wspólnocie bledną przy porównaniu płacy minimalnej poszczególnych krajów. Unijna Federacja, jeśli w ogóle powstanie, pozostanie również Unią dwóch prędkości i różnych standardów – o ile nie upomnimy się o równe prawa i nie będziemy o nie walczyć.

Walka polityczna to w przypadku pracowników najemnych walka o klasową świadomość i jej zmianę, która rodzi się dopiero w ogniu politycznych sporów i konfliktów. Świadomość klasy robotniczej zależna jest od przyjmowanej przez nią ideologii, którą wytwarza systemowa hegemonia. Każda klasa społeczna stać się może narzędziem doktryny liberalizmu, faszyzmu, konserwatyzmu… W przypadku klasy robotniczej nie jest inaczej. Z nadania nie posiadania ona nic. Każda klęska i ułomność pracowników zostanie wykorzystana przez kapitalizm, który bezlitośnie i metodycznie umacnia swoją władzę nad ogółem społeczeństwa. O wszystkim finalnie decyduje więc poziom świadomości klasowej. Ale rzeczona świadomość klasowa – jak już zostało napisane – może być różna i nie zawsze pozostaje w zgodzie z interesem całej, wielkiej klasy robotniczej.

Konflikt poszczególnych gospodarek, poszczególnych państw, a nawet konflikt poszczególnych klas robotniczych może być w swej treści konfliktem burżuazyjno-robotniczym. W tęsknocie za autentyczną świadomością klasową działacze państw-kolonii zerkają na państwa wchodzące w skład imperium, gdzie podmiotowa klasa robotnicza posiada świadomość swojego uprzywilejowania i świadomość korzyści płynących dla niej z polityki imperializmu. W taki właśnie sposób mylona jest wysoka świadomość swojego klasowego położenia, którą posiadają zachodni robotnicy z lewicową, internacjonalistyczną świadomością socjalistyczną. Świadomość jednych i drugich pracowników jest nieprzekładalna, bo nieprzekładalne są i interesy, różne są usytuowania. Dla jednych celem jest trwanie w ekstraklasie kapitalizmu i zbieranie jego owoców (zrywanych gdzie indziej), dla drugich celem jest wyrwanie się ze szpon kapitalizmu kolonialnego i odrzucenie tego systemu.

Dlatego Szwecję - o której tak wielu marzy - w Polsce trzeba dopiero wywalczyć i zdobyć przy pomocy rewolucyjnych haseł i rewolucyjnego, socjalistycznego programu. Dlatego kryzys, czy jego brak w Europie nie wpłynie na złą sytuację polskich pracowników najemnych. Dlatego też europejski socjal sytych uprzywilejowanych omija i omijał będzie Polskę. Dlatego też skupić należy się przede wszystkim na polityce na własnym podwórku...

Moda na morderców

Chris Kyle, czyli "najskuteczniejszy snajper w historii USA" nie kryje swojego dorobku, a wręcz przeciwnie - chwali się i szczyci tym, że podczas amerykańskiej inwazji na Irak zabił co najmniej 160 ludzi. W Polsce, nakładem wydawnictwa ZNAK właśnie ma ukazać się autobiograficzna książka Kyle'a, zatytułowana "Cel Snajpera".

W świecie celebrytów, ludzi słynnych z tego, że są słynni prawdziwie autentyczne osiągnięcie Chrisa Kyle'a budzi wielki szacunek. Promocją jego osoby i działalności zajęły się wszystkie polskie czołowe portale internetowe. Kyle traktowany jest jak człowiek, który spełnił swój patriotyczny obowiązek, wykazał się męstwem, odwagą i stanowi wzór do naśladowania. Całą robotę odwala w tym przypadku liczba. 160 zabitych brzmi jak dobry wynik w grze komputerowej, takiej jak Counter Strike czy innej, z licznego grona niezwykle modnych gier-strzelanek. Fetowanie osiągnięcia tego mordercy wydaje się nie mieć końca. Musimy mieć jednak świadomość tego, że w imperialistycznych wojnach zginęło nie 160, a setki tysięcy osób, Chrisów Kyle'ów jest więc cała rzesza, prawdziwa chmara.

Do czego musiało dojść, żeby snajper-morderca mógł stać się herosem zachodniej cywilizacji (tej cywilizacji, która zawsze szczyciła się swoim humanizmem i etyką postępowania)? Przede wszystkim dehumanizacji i uprzedmiotowieniu ulec musieli mieszkańcy państw Wschodu, w szczególności Irakijczycy, których narodowość stała się tożsama z pojęciem terroryzmu. Dzięki temu Chris Kyle zabijając terrorystów, zabijał nie ludzi, a zagrażające nam zjawisko - terroryzm. Gloryfikacja amerykańskich morderców i polskich okupantów przychodzi łatwo, bo życie ludzkie przestało mieć znaczenie. Kult praw człowieka, o które Zachód zabiega wtedy, gdy chce zaatakować jakieś państwo z pozycji moralnej po to, by następnie usprawiedliwić militarną inwazję to nie kult człowieka, lecz kult wyłącznie Człowieka Zachodniego.

Kapitalizm liberalny przedstawia jednoznaczną wizję człowieka. Człowiek kupuje. Człowiek sprzedaje się na wolnym rynku. Człowiekowi zależy wyłącznie na pieniądzach. Człowiek jest bogaty i zamożny. Człowiek jest piękny i ma 'seksowne' ciało. Człowiekiem jest tylko pan i władca. Człowiekiem jest więc tylko podobny do mnie - do władcy.

Prawa człowieka dotyczą wyłącznie ludzi wpasowujących się w powyższą definicję. Zgodnie z tą definicją człowieka, osoby które nie są kapitalistycznie piękne, nie sprzedają się i nie kupują, nie są władcami, zakrywają ciało... nie są też i ludźmi. Stąd już bardzo krótka droga do wojny, legalnego mordowania i systematycznej likwidacji. Ofiary nie robiły zakupów w centrach handlowych, nie wyjeżdżały na wakacje do ciepłych krajów, nie miały konta na facebooku... a więc nie istniały. Tylko w nielicznych miejscach krążą jeszcze pogłoski, zgodnie z którymi Chris Kyle zlikwidował ludzi a nie ruchome, komputerowe cele o niskim ilorazie sztucznej inteligencji.

Utrata uprzywilejowanej pozycji na światowym rynku pracy jest czymś niewyobrażalnym. Chris Kyle to bohater, który zapewnił Zachodowi niezmierzone ilości Big Maców z McDonalda i tysiące litrów ropy do naszych wspaniałych, błyszczących samochodów. Cóż z tego, że przy okazji nie obyło się bez ofiar, lecz skoro ofiary nie były ludźmi, nikt o nich nie słyszał - żadna z nich nie wystąpiła przecież w "Tańcu z gwiazdami". Chris Kyle, nie Jezus, jest prawdziwym męczennikiem Zachodu. To właśnie Kyle musiał odwalić 'brudną robotę', a jak sam wspomina "miał opory" przed strzelaniem do kobiety z dzieckiem na rękach, ale opory te zdołał w sobie zwalczyć i dzięki temu sięgnął nieba, ideału, złamał ostatnią barierę w obronie 'wartości zachodu', które to umożliwiły i które na to zezwalają.

Na Zachodzie wszyscy szkolą się na Chrisów Kyle'ów. Trening jest bardzo skuteczny. Nie wszystkich zdołano niestety wysłać na czas do Iraku... Być może gdyby sprawcy masakry na premierze "Batmana", Jamesowi Holmesowi zdołano by dostarczyć na czas Irakijczyków zapobieżono by tragedii... Holmes w Iraku byłby kimś użytecznym, może nawet pobiłby rekord Kyle'a.

Chris Kyle może mordować. Polska, Stany Zjednoczone i inne kraje mogą brać udział w wojnach. Społeczeństwa nie reagują. Nie wierzą w to, że inny świat jest możliwy. Ofiara z trupów na zagranicznych wojnach wydaje się być ofiarą skromną i niezauważalną. Gdy ginie jeden z nas - reagujemy. Gdy ginie nie ktoś, a coś i płynie dla nas z tego korzyść... fetujemy.



-----------------------------------

Dopiero co rozpoczęły się Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Przy okazji przemarszu reprezentacji Syrii komentatorowi wymknęło się, że państwa uczestniczące w wojnach nie mogą - zgodnie z prawem olimpijskim - brać udziału w igrzyskach. Dla komentatora jedynym światowym agresorem jest Syria. Nie USA, nie Wielka Brytania, Nie Francja, nie Polska... lecz Syria. Mordercą również nie jest Barack Obama, nie jest nim Nicolas Sarkozy, nie jest nim Chris Kyle. Mordercami są ci, którzy działają przeciw nam, czyli przeciw imperializmowi, kimkolwiek by nie byli, z dzieckiem na rękach lub bez...

Bezrobotni? Niedostosowani

Panujące w Polsce wysokie bezrobocie – oscylujące w tym momencie wokół 14 procent – jakoś specjalnie nie zaprząta czyjejkolwiek uwagi. Bezrobotni na stałe wpisali się w pejzaż rzekomo kwitnącej gospodarki, a wykorzystywane przez wszystkie partie polityczne hasło walki z bezrobociem jest już nawet nie pustą obietnicą, tylko kultywowanym na chłodno rytuałem.

A mimo to rząd ma z bezrobotnymi duży problem. Oto są ludzie, którzy swoim położeniem najwyraźniej nie potwierdzają oficjalnej doktryny, zgodnie z którą każdy kto chce pracować, pracę może mieć. Kapitalistyczne państwo w erze powszechnej informacji nieustannie musi dbać o swoje Public Relations. Dlatego też na potrzeby propagandy sukcesu ewolucji ulega sposób przedstawiania zagadnienia bezrobocia i ludzi bezrobotnych. Jest to ewolucja wyjątkowa, bo całkowicie dehumanizująca, nie tylko pracę, ale przede wszystkim – ludzi.

Uruchamiane przez rząd urzędy pracy starają się dostosowywać ludzi do ofert funkcjonujących na rynku pracy. Powstają szkolenia, którym w sukurs idzie oficjalna ideologia, w myśl której praca jest, tylko ludzie są do niej niedostosowani. Dostosowywanie ludzi do pracy przychodzi o tyle trudno, że nie każdy obywatel Polski pogodził się już z pracą na umowie śmieciowej. Oferty pracy, które obecnie znaleźć możemy w urzędach nie pozwalają samodzielnie przetrwać, nie pozwalają nawet na wynajem mieszkania, jedyne do czego się przyczyniają to obniżanie się poziomu życia i ogólna pauperyzacja. Nic więc dziwnego, że do takiej pracy należy opornego obywatela dostosować.

Walka z bezrobociem to we współczesnej Polsce walka nie ze zjawiskiem bezrobocia, ale z samymi bezrobotnymi! Jest to jednak tylko walka na niby. Tak naprawdę celem rządu jest zwiększanie liczby bezrobotnych, ale przy jednoczesnej – wciąż - pejoratywnej ocenie zjawiska bezrobocia przez społeczeństwo próbuje się tę prawdę ukryć. Dlatego bezrobotni w kapitalizmie nigdy nie są ofiarą, nie są produktem mechaniki funkcjonowania systemu. Są leniwi, złodziejscy, są nieludźmi, są bezczelni! Urzędy pracy, które zajmują się bezrobotnymi nie są w stanie znaleźć im pracy ponieważ miejsc pracy nie ma. Państwową politykę pełnego zatrudnienia zastąpiła państwowa polityka maksymalizacji bezrobocia, do której świetnie przyczyni się podniesienie wieku emerytalnego oraz projekty prywatyzacji urzędów pracy, o których ostatnimi czasy jest coraz głośniej.

Strukturalne bezrobocie, które jest nierozerwalnie związane z systemem kapitalistycznym tworzy rezerwową armię pracy i rezerwowych robotników, skutecznie obniżających cenę siły roboczej ludzi pracujących. Im większe jest bezrobocie tym mniejsze jest wynagrodzenie tych, którzy pracują. A im mniej ludzie pracujący rzeczywiście pracują, tym mniejsze otrzymują wynagrodzenie. To ostatnie uzyskano dzięki polityce tzw. uelastycznienia. Ta polityka ciągłego zwalniana i zatrudniania to stara kapitalistyczna strategia, doskonale znana Karolowi Marksowi już w XIX wieku. Wówczas to fabryki zatrudniały pracowników na konkretne zlecenia, konkretne prace. Stały etat, ciągłość pracy to owoce walki robotników o swoje prawa, walki z kapitałem. W czasach klęski ruchu robotniczego i bez oporu z jego strony te prawa zostaną odebrane.

W krajach kapitalistycznych wypracowano szereg metod radzenia sobie z bezrobotnymi. Hasła przemawiające za otwarciem szkolnictwa wyższego dla wszystkich były zbieżne z tym kapitalistycznym programem. Młodych bezrobotnych zamraża się na studiach na okres pięciu lat, skutecznie maskując fakt braku pracy na rynku. Drugą metodą jest otwarcie międzynarodowego rynku pracy. Wykwalifikowana siła robocza z Polski może nawet zechcieć zmywać naczynia w sytuacji, w której za roboczogodzinę otrzyma 10, ale nie złotych, tylko funtów. Kolejnym sposobem maskowania bezrobocia jest ewolucja samego sposobu zatrudniania i wspomniane już uelastycznienie…

Człowiek jest w kapitalizmie przedmiotem nieustannego wywłaszczania, wywłaszcza się go z majątku, z produktu jego pracy i finalnie z samej pracy. W niekapitalistycznej rzeczywistości człowiek realizuje się poprzez pracę i jest ona naturalnym przedłużeniem jego aktywności. W kapitalizmie jest inaczej. Praca jest w nim przedmiotem panowania nad człowiekiem, dlatego też, wbrew pozorom, w kapitalizmie to nie człowiek szuka pracy, ale praca szuka sobie człowieka, lub raczej, jak to ma miejsce dziś, praca (a w zasadzie skryty za nią kapitał) dopasowuje do siebie ludzi przy pomocy usłużnego, agenturalnego państwa.

Czy wszystkich uda się "dopasować"?

Skądże! W końcu nie taki jest prawdziwy cel kapitalistycznej "walki z bezrobociem". Sukcesem walki z bezrobociem w kapitalistycznym wydaniu będzie nie aktywizacja społeczeństwa i pełne zatrudnienie, lecz powszechna bieda i tańsza praca, oraz jeszcze tańsze bezrobocie. "Dopasowani" zamiast pracy i godnej płacy zyskają chroniczną biedę, a ich praca będzie karykaturą...

Arystokratyzm

Na antenie Polsat News w audycji po Wydarzeniach we wczorajszym wydaniu obecna była marszałek sejmu Ewa Kopacz. Gość kontrowersyjnej zacności i znana wszystkim liberałka nie spodziewała się chyba jednak tego o co w pierwszej kolejności zapytała ją dziennikarka. Dorota Gawryluk rozmowę zaczęła od pytań o upodobania... sportowe. Z niecierpliwością drżeliśmy wszyscy w niepewności i oczekiwaniu by dowiedzieć się, czy Ewa Kopacz gorętszym uczuciem darzy tenis, czy być może siatkówkę... Cała rozmowa przebiegała w atmosferze sobotniej herbatki, pełnej salonowych żartów, przekomarzań i ogólnej sympatyczności...

Takich, prowadzonych w ten sposób rozmów są setki, jeśli nie tysiące. Taki też jest kształt dominującej narracji.

Ten przypadek to przykład narastającego arystokratyzmu. Arystokratyzm polega na zastąpieniu w dyskursie publicznym instytucji obywatela instytucją osobistości. Społecznie podmiotową i odczuwającą jednostką staje się więc ‘gwiazda’, osoba o nadnaturalnej genezie, postać granitowa, ponadczasowa i pozaspołeczna. Świat celebrytów, gwiazd i ekspertów to właśnie świat ludzi pozbawionych zmartwień dotyczących codzienności, świat zdystansowanych, sytych obserwatorów. Co ciekawe - nowe gwiazdy to nie tylko ludzie show biznesu, to nie tylko artyści, naukowcy i osoby tradycyjnie znajdujące się poza politycznym nawiasem zaangażowania. Dołączyli do nich także politycy, którzy wręcz muszą udowodnić swoje zdystansowanie i osobistą obojętność względem spraw prawdziwie politycznych, ekonomicznych czyli tzw. „kwestii wrażliwych”. Dzisiejszy polityk to człowiek, który legalnie podnieść głos może tylko w trakcie kampanii wyborczej – i wtedy będzie usprawiedliwiony – bo w każdym innym wypadku będzie on potępiony i zniszczony za szerzenie ‘języka nienawiści’ lub ‘tworzenie podziałów’.

Media tworzą przekaz dla ludzi i przy pomocy ludzi. Na potrzeby systemu wykluczającego znaczną większość społeczeństwa rola człowieka w mediach, rola komentatora, uczestnika publicznej debaty uległa przemianie. Do posługiwania się językiem sukcesu potrzebni są ludzie sukcesu. Ludźmi sukcesu stali się więc wszyscy pojawiający się na wizji. Nowi społeczni reprezentanci – arystokraci – są zupełnie pozbawieni społecznie powszechnych uczuć i odczuć, zamiast tego raczą nas oni swoim osobistym indywidualizmem i własnymi - szlacheckimi - perypetiami, próbując zarazić nimi samotne matki i rzesze bezrobotnych.

Ten celebrycki indywidualizm jest jednak za słaby i nie gasi on wystarczająco społecznego pragnienia autentyzmu. Ten drenaż emocji media próbują więc zrekompensować wpychając do wiadomości i dzienników ‘informacje emocjonujące’, czyli prowokujące treści o marginalnym znaczeniu. Pełno jest newsów dotyczących matek nie kochających własnych dzieci, osób chorujących na przerażające schorzenia, czy psów wyciągających tonące dzieci z jeziora. Tak otwarty zostaje (nie do końca skuteczny) wentyl bezpieczeństwa i powstaje możliwość kontrolowanego złoszczenia się w odniesieniu do kwestii politycznie obojętnych.

Oglądając kolejne - prowadzone w ten sposób - rozmowy, debaty i spotkania zaczynamy odnosić wrażenie, że elity nie tylko doskonale się znają, ale panuje wśród nich zasadnicza zgodność poglądów i nawet - temperamentów. Powszechna sympatia, spokój to efekty poczucia bezpieczeństwa i braku zagrożenia. 'Situation is under control', więc możemy się trochę pośmiać i odprężyć. Nawet politycy SLD zapraszani do TVN 24 wykorzystują swój czas antenowy głównie na pogadanki o sporcie i rozmowy na temat pogody, skutecznie udowadniając swój establishmentowy charakter. I tak jest z każdą polityczną opozycją - w tej grze przeistacza się ona w element salonowej braci i towarzystwa wspólnoty władzy.

Aktorzy noszą przepaski na oczach. Salonowi arystokraci nie są w pełni świadomi swojej roli, często nie są jej świadomi w ogóle. Ale w zdumiewającej ilości przypadków powstaje między nimi podświadoma, czytelna więź i nić porozumienia. Tworzy się coś na kształt wspólnej, salonowej multitożsamości, która to pozwala z wielką łatwością dziennikarzom, politykom, komentatorom, artystom rozpoznawać się i jednoczyć na płaszczyźnie wspólnego działania i reprezentowania interesów tej samej grupy, czy też zasadniczo – klasy społecznej.

Dostrzec możemy pewne prawa. Salon establishmentu, salon arystokracji charakteryzuje się wspólnotą interesów, unikaniem konfliktów i powstawania podziałów. Zasadą salonu jest unikanie spraw drażliwych, unikanie palenia mostów i promocja sporu nie wychodzącego poza kategorię utarczek pomiędzy parą przyjaciół. Bycie arystokratą jest też nierozerwalnie połączone z oportunizmem. Salonowi arystokraci nigdy nie przywiązują swej istoty do konkretnego stanowiska innego niż to związanie z podtrzymywaniem ich obecnego panowania przy pomocy przyjętych narzędzi i stosowanych metod.

Salon pełen jest reformatorów, ale nie ma pośród nich rewolucjonistów.

Każdy salon ze zdumiewającą łatwością rekrutuje też swoich kolejnych członków. Każdy kto będzie się wybijał, będzie stanowił potencjalne zagrożenie dla całości systemu otrzyma możliwość dołączenia do salonu. Wraz z tym awansem taka osoba otrzyma też przyzwoitą pensję pozwalającą na w miarę znośny żywot. Tylko głupiec lub maniak po otrzymaniu takiej oferty kontynuowałby dalsze starania o jakiekolwiek zmiany.

Atak arystokratyzmu to zjawisko typowe dla słabego, ubogiego i pełnego napięć państwa, pozbawionego prawa do podejmowania suwerennych decyzji. Inwazja celebrytów, gwiazd i nowocześnie apolitycznych polityków to dowód na postępujące wyobcowanie elit i dyskursu publicznego względem ogółu społeczeństwa. To zjawisko drażniące tym bardziej, że pozostaje relatywnie skuteczne, wciągając pospolitych ludzi w sprawy ich władców…

piątek, 29 czerwca 2012

Cosmopolis - zmierzch kapitalizmu



Film „Cosmopolis” to jedno z kilku dzieł, które powstały po kryzysie finansowym i starają się udzielić odpowiedzi na pytanie o przyczyny powstałego krachu gospodarczego. W odróżnieniu od „W firmie”, czy „Chciwości” dzieło Davida Cronenberga udziela odpowiedzi w sposób bardziej jednoznaczny i bezpośredni, ucieka od sentymentalizmów i nie zrzuca winy na złe chęci poszczególnych jednostek, ukazuje też pełnię dramatu ludzi żyjących we współczesnym systemie kapitalistycznym i jest całościową dystopijną wizją przyszłości naszego gatunku. Jest to wizja brutalna, lecz niezwykle wiarygodna.

Film przenosi nas w nieodległą przyszłość, którą bez trudu pomylić można z czasami współczesnymi. 28-letni Eric Packer grany przez Roberta Pattinsona jest multimiliarderem, złotym dzieckiem Wall Street i zarządcą prawdziwego finansowego imperium. Porusza się poprzez ulice Nowego Jorku w swojej ekskluzywnej, kuloodpornej i nieskutecznie wyciszonej korkiem limuzynie, przyjmuje w niej gości, z niej przy pomocy swojego majątku atakuje chińskiego juana, w niej uprawia seks, do niej przyjmuje codziennie badającego go lekarza. Limuzyna nie jest jednak dla niego więzieniem, a raczej jedynym bezpiecznym schronieniem i jego królewską salą tronową. Otoczony uzbrojonymi ochroniarzami, którzy bez przerwy informowani są przez „Kompleks” o kolejnych nadchodzących zagrożeniach, zakuty w opancerzony wóz (identyczny z innymi limuzynami) i ciągle się przemieszczający jest wyjątkowo trudnym celem dla zamachowców, terrorystów i wszystkich tych, którzy pragną jego śmierci lub ośmieszenia. Życie Packera jest sztuczne, choć ten jest tego świadom i podoba mu się jego położenie, które pragnie obronić on za wszelką cenę. Żyje życiem pewnego siebie kapitalisty, który czuje się jedyną podmiotową siłą w świecie, zakłopotanie odczuwając wyłącznie wobec konieczności interakcji ze swoją żoną, z którą związek sam w sobie przypomina transakcję handlową i w którym nie potrafi on osiągnąć satysfakcji uczuciowej, czy nawet cielesnej. W chwilach gdy nie obraca akcjami na giełdzie odzywa się w nim tęsknota za autentycznym życiem, stąd też rozpaczliwe pragnienie, które każe mu przedzierać się przez zakorkowane miasto by dotrzeć do będącego mu wręcz ojcem fryzjera, który jest jedyną osobą wyrażającą wobec niego autentyczną troskę. Wiek niewinności Packera dobiegł końca lata temu i przepadł na zawsze.

„Widmo krąży nad światem, widmo globalnego kapitalizmu” głosi w filmie wyświetlacz-billboard. Packer jest jednym z władców „cyberkapitalizmu”, czyli świata, w którym – za wierszem Zbigniewa Herberta – „jednostką obiegową stał się szczur”. Cyberkapitalizm, czy też inaczej - późny kapitalizm jest przez Cronenberga pokazany jako świat, który przyśpiesza, kolonizuje i pożera przyszłość narzucając jej swoją wersję bezradnym i zbyt powolnym, by za cyberkapitalizmem nadążyć ludziom. Ludzie niekompatybilni z szaleńczą prędkością zmieniających się niczym błyskawica indeksów giełdowych wyrzucani są na śmietnik i spychani na społeczny margines, gdzie przy dużej dozie szczęścia dożyją późnej starości w poczuciu życiowej klęski i w osamotnieniu, w więzieniu alienacji. Rynki obracają ludźmi.

Dystopijna wizja Cronenberga koncentruje się na sprawcach i władcach kapitału, czyli na burżuazji. Packer i jemu podobni to ucieleśnienie praw: maksymalizacji zysku, cięcia kosztów pracy i akumulowania jeszcze większej ilości kapitału. Życie Packera przypomina życie głównego bohatera z „Do utraty tchu” Godarda. Packer zabija – i na odległość i z bliska -, rujnuje swoje życie – żeniąc się dla jeszcze większej fortuny, strzelając do siebie i zachowując się coraz bardziej irracjonalnie -, jest prześladowany przez chorobliwą hipochondrię i dąży wprost do samozagłady, będąc przy tym cynicznym przedłużeniem swojego berła władzy, swoich pieniędzy. Packer jest duchem, a jego demoralizacja sięga dna, jest nieumarłym współczesności, choć nadal uparcie twierdzi, że to on tworzy przyszłość a inni nie mogą za nim nadążyć. Przyszłość proponowana przez Packera okazuje się czystym pędem ku śmierci.

Do katastrofy w „Cosmopolis” dąży cały świat. Widzimy coraz śmielszych demonstrantów i wymykającą się spod kontroli przestępczość. Świat przyszłości to świat sprzeczności, bajecznego, cynicznego bogactwa i zaawansowanej technologii z jednej i wielkiej biedy i bezużyteczności ogromnych mas ludzkich z drugiej strony. Zawarta w tym świecie sprzeczność nie omija Packera, który pragnie jednocześnie przetrwać za wszelką cenę (dlatego kupić dla siebie chce kryjówkę-świątynię i panicznie kryje się w swojej limuzynie) oraz zabić się - co udowadnia strzelając ‘z nudów’ w swoją dłoń.

Kulminacyjnym momentem filmu są ostatnie sceny i dialog między Packerem a pragnącym go zabić Benno Levinem, jego dawnym pracownikiem, którego Packer zwolnił w momencie gdy ten nie nadążał już za wprowadzanymi przez niego do firmy unowocześnieniami. Benno nie jest terrorystą, nie jest politykiem, ani nie ma – jak Packer sam zauważa – w sobie za krzty idealizmu. Levin jest jednak na skraju wytrzymałości. Jego bezużyteczność, poczucie braku wartości i jednoczesne podporządkowanie prawom cyberkapitalizmu doprowadza go na sam skraj. Benno staje się nieświadomym swojej roli rewolucjonistą, lub raczej - emanacją rewolucyjnej siły. W ostatniej scenie ma właśnie zdecydować się na strzał i uśmiercenie Packera, który nie walczy już nawet o swoje życie – jak gdyby zdając sobie sprawę z tego, że jego dni są już policzone czeka na wyrok, który nadejść ma z lufy broni desperata.

Desperacja Levina i protestujących na ulicach, którzy wymachują zdechłymi szczurami to pozór. To Packerowi i jego gatunkowi rzeczywistość wymyka się spod kontroli. A to co na pierwszy rzut oka zdaje się wariactwem, ślepą przemocą i czystym zaprzeczeniem jest w gruncie rzeczy przebłyskiem i zapowiedzią czegoś nowego. Benno Levin i demonstranci to właśnie niszczycielscy twórcy, to fala rewolucyjna, która znosi obecny porządek – i która dla panujących i rządzących tym starym porządkiem zdaje się być kompletnym szaleństwem.

Dopiero wtedy, kiedy doły nie chcą starego i kiedy góry nie mogą rządzić po staremu rewolucja może zwyciężyć – twierdził Lenin. W przypadku „Cosmopolis”, świata nieodległej przyszłości oba warunki wydają się być spełnione. Społeczeństwo nie chce już być szczurzą walutą, a władcy cyberkapitalizmu, poruszający się w ruchomych bunkrach nie są już w stanie kontrolować wrogiego im świata. Szaleńcze tempo, które Packer kontrolował i któremu nadawał ton obraca się przeciwko swemu dotychczasowemu panu – wciskając go w niszczycielski, śmiercionośny proces wykluwania się – w wielkich bólach - czegoś nowego.

„Cosmopolis”, scenariusz i reżyseria: David Cronenberg. Premiera polska: 22 czerwca 2012.

Kultura informacji



Wiadomości w telewizji i internecie już od dłuższego czasu przypominają kronikę wypadków. Pierwsze wiadomości tradycyjnie dotyczą nieszczęśliwych utonięć, matek, które zabiły własne dziecko, nastolatka, który wpadł do stawu i utonął, katastrof naturalnych i tzw. "raportów z dróg". Siła tego zjawiska jest zaskakująca, zadziwia też całkowita zgodność i niezwykła synchronizacja działań mediów w tym zakresie. Proces ten ewoluował do tego stopnia, że trudno nie zwrócić na niego uwagi. Debata na ten temat najczęściej kończy się narzekaniem na zbytnią „tabloidyzację” życia społecznego, lub związana jest z wyrażaniem tęsknoty za umierającymi wartościami społeczeństwa konserwatywnego. Chcąc potraktować temat uproszczenia przekazu poważnie należy zbadać funkcję, którą pełni on w nowoczesnym społeczeństwie kapitalistycznym. Należy objaśnić jak to się dzieje, że reporterzy budujący nastrój grozy i wytwarzający śmiertelnie poważne napięcie przy najgłupszej nawet okazji otrzymują możliwość takiego działania. Kolejnym ważnym pytaniem będzie pytanie o skuteczność tego działania – ta na dziś dzień zdaje się być wręcz piorunująca, do tego stopnia by ‘dyskurs nieszczęśliwych wypadków’ zawładnął opinią publiczną i był w stanie dostosowywać ją do siebie. Mamy do czynienia ze zjawiskiem nowym i występującym powszechnie. Zjawisko uproszczenia przekazu dotyczy przede wszystkim obszaru kultury i języka. Media, ośrodki kultury, przestrzeń publiczna ewoluowały i zostały podporządkowane nowej narracji.

Ta nowa narracja, nowy język to język świata jednowymiarowego [1], świata sprowadzonego do konsumpcji. Rzeczywistość, w której żyjemy jest przestrzenią ludzi konsumujących, jednocześnie ludzi którzy nie posługują się w swoim życiu codziennym czymś takim jak informacja. To właśnie proces dewaluacji informacji stworzył podwaliny pod sukces tej specyficznej, jednowymiarowej nowomowy. Ludzie nie korzystający z informacji żyją w świecie poszczególnych przedmiotów i swoich fantazji na ich temat. Obywatele kapitalistycznego świata nie potrzebują informacji, ponieważ wszystkie potrzebne informacje otrzymują wraz z nabyciem i skonsumowaniem towaru. Wiedza i informacja pochodzi dziś od kapitalistycznego produktu, który zaprzęgając odbiorców do konsumpcji zaprzęga ich jednocześnie do procesu reprodukcji całego systemu kapitalistycznego. Sam produkt i towar-informacja jest współcześnie informacją społecznie wystarczającą.

Tutaj upatrywać można przyczyn, genezy problemów współczesnej Europy. To, co miało być gospodarką opartą na wiedzy było (i jest nadal) w istocie gospodarką opartą na konsumpcji. Problem pojawił się w chwili, w której okazało się, że sama kapitalistyczna konsumpcja (także ta dotycząca wiedzy) nie tworzy niczego, co pozwalałoby uzyskiwać wystarczający do podtrzymywania takiego systemu dochód. Wiedza-kapitalizm okazał się być systemem niepłodnym, systemem który musiał wpaść w kryzys i ustąpić pola przed – uznawanym za prymitywny – systemem opartym na produkcji przemysłowej, który dojrzał już dostatecznie w krajach takich jak Chiny.

W związku z połączeniem się informacji z konsumpcją (która jako zjawisko stosunkowo świeże nie występowała pod masową postacią w starszych od kapitalizmu systemach) przedawnieniu uległy starsze formy zdobywania wiedzy. Wszelkiego rodzaju humanistyczne, także religijne, czy idealistyczne motywy, które niegdyś pchały ludzi do poszukiwań usprawiedliwienia, „sensu”, swoich działań zostały przez kapitalizm wyparte. Najwyższym usprawiedliwieniem do zdobywania wiedzy może być dziś chęć kontynuacji konsumpcji – przy tym zwrócić należy w tym miejscu uwagę na to, że w krajach pierwszego świata (a więc na Zachodzie) konsumpcja ta, najczęściej wcale nie jest tożsama z koniecznością przeżycia, czy biologicznego przetrwania. Po co cokolwiek wiedzieć, jeśli bezpośrednio nie służy to uzyskaniu przychodu i – w dalszej konsekwencji – możliwości pójścia na zakupy? Takie jest ego jednowymiarowego kapitalizmu i jego ofiar, taki jest też kryzys wiedzy. Kapitalistyczna kultura informacji działająca w oparciu o towar-informację i towar-rozkaz nie byłaby więc Baudrillardowskim „symulakrem” [2] , ale raczej Horkheimerowskim „konkretem” [3] Różnica między „nową rzeczowością” Horkheimera a współczesną kulturą informacji zawarta jest w różnicy treści. „Nowa rzeczowość” odsyła do konkretu, istoty, substancji, podczas gdy współczesna, kapitalistyczna kultura informacji odsyła wyłącznie do konsumpcji.

Społecznym nośnikiem towaru-informacji są reklamy i media. Media są w tym wypadku w tym samym stopniu oprawcą, co ofiarą. Wyalienowane media i kultura stronią od tematów ważnych by nie okazywać swojej bezsilności. Twórcy informacji utracili bowiem swój największy przywilej - przywilej recenzji krytycznej i w ogóle wszelkiej krytyczności. Strategia postideologiczności, która zawiera się w zwalczaniu wszystkiego co niekapitalistyczne zakończyła żywot alternatyw, które nie mają już przedstawicielstwa w języku publicznej debaty. Media tracąc swój zmysł krytyczny i porównawczy toną w partykularnych historyjkach. Przekaz publiczny jest dziś zawsze ten sam, drobnym poprawkom ulega tylko poziom jego komplikacji.

Dotykając tylko spraw takich jak wypadki, czy katastrofy naturalne media tworzą wielką narrację kapitalizmu. Ta narracja nie dotyka systemu społecznego, ani jakichkolwiek politycznych rozstrzygnięć, jest narracją obezwładniającą i naturalizującą otaczającą nas rzeczywistość. Kapitalistyczny świat informacji opisuje wypadki przy pracy, ale nigdy nie zajmuje się samą pracą. Przy tych środkach opisu cywilizacja człowieka jawi się jako magiczny las, w którym człowiekowi przyszło żyć z nieznanych przyczyn i gdzie człowiek na stałe unieruchomiony jest w swej niemocy pośród innych zwierząt. Dziś powszechnie wiadome jest tylko to, że nic nie można zrobić. Wyjście poza konsumpcyjną rzeczywistość i sprzężoną z nią kulturę informacji jest równoznaczne z śmiercią „zachodnich wartości” i końcem świata – stąd też (niekiedy rozpaczliwe) próby Zachodu do piętnowania wszelkiej niekapitalistycznej i niekonsumpcyjnej rzeczywistości. Próby te – szczególnie w odniesieniu do państw znajdujących się na marginesie życia politycznego (jak Białoruś, czy Korea Północna) – potrafią przyjmować komiczny charakter.

Należy zadać też sobie pytanie dlaczego to właśnie wypadki i katastrofy cieszą się taką popularnością i wzięciem kanałów informacyjnych. Jest tak dlatego, ponieważ wielka „narracja kapitalizmu” i związana z nią – opisana wcześniej - naturalizacja opiera się na mistyfikacji i wyparciu samego pojęcia narracji, dyskursu i systemu. W tym zadaniu wyparcia tematu społecznego najlepiej sprowadza się systemowo nieistotny szczegół. Katastrofy, wypadki, przypadki i indywidualne perypetie są właśnie tymi nieistotnymi szczegółami, które w żaden sposób nigdy nie pozwolą uchwycić tematu jakim jest społeczeństwo, system, czy sam kapitalizm. Szczegóły są skutecznie neutralne bo dotyczyć mogą każdej rzeczywistości społecznej. Szczegóły zobojętniają ludzi na całość i gaszą dyskurs krytyczny. Pozbawieni wielogłosu, pozbawieni debaty na temat tematów i form utopii obywatele ulegają transformacji i przeobrażeniu w człowieka jednowymiarowego.

Jednowymiarowa jednostka ludzka - czyli produkt narracji kapitalistycznej kultury informacji - to człowiek, który coraz bardziej oddala się od świadomości swego istnienia, świadomości swego gatunku [4] Pozbawiony tej świadomości staje się niewolnikiem świata rzeczy, cudzego świata rzeczy. Za Henri Lefebvre’em [5] stwierdzić możemy, że wszystkie uczucia fizyczne i moralne zajęte zostały przez alienację tych uczuć i przez wytworzenie się i supremację nowego hiperuczucia - uczucia posiadania.

Omówiliśmy uproszczenie przekazu, wiemy już, na czym polega kultura informacji w kapitalizmie, wiemy, że informacja stała się częścią produktu i jego podrzędną wręcz funkcją, prostym odsyłaczem, prowadzącym nas wprost do zjawiska kapitalistycznej konsumpcji. Musimy teraz wyjaśnić najważniejsze, wyjaśnić powody, dla których taki stan jest w kapitalizmie pożądany. Jakie więc są cele tej nowej kultury informacji?

Możemy pisać o kilku celach i efektach, a granica między jednymi a drugimi jest stosunkowo płynna. Najważniejszym celem połączenia informacji z produktem będzie bez wątpienia podtrzymanie systemu kapitalistycznego i generowanie w nim popytu na wieczną nadpodaż. Towar, który sam w sobie jest informacją i który tworzy cały plan działania i określa zachowania jednostek w społeczeństwie jest przedmiotem kapitalistycznej władzy. Życie, w którym jedyne uzyskiwane informacje dotyczą zdobywania dóbr konsumpcyjnych stało się życiem pozbawionym krytyczności, prawdziwych informacji, a nader wszystko wszelkiego ogółu. Zamiast teorii i teoretyczności królować ma konkret, czy też właśnie towar-informacja [6] .

Cele nowej kultury informacji to też cele panującej ideologii. Dla której, najważniejszym celem – uzyskiwanym przy pomocy kapitalistycznej narracji prymitywnego naturalizmu, którym operuje domena publiczna - jest likwidacja wszelkiego konfliktu i opartej na nim partycypacji. W systemie, w którym wszyscy zmuszeni są do partycypacji i gdzie wszyscy uczestniczą w życiu społecznym na tych samych warunkach budowana jest wielka wspólnota i prymitywne, lecz bardzo skuteczne, jej poczucie. Wiadomym jest, że uczestnictwo w życiu społecznym na tych samych warunkach dla wszystkich jest, z uwagi na dzielące ludzi przepaście majątkowe, czymś całkowicie nieosiągalnym - dlatego też "życie na tych samych warunkach" zmieniło swą definicję i oznacza teraz życie na tych samych warunkach kulturowych. Dlatego właśnie język (i przekaz), którym posługują się ośrodki kultury i media jest językiem możliwie najprostszym, najbardziej prymitywnym i przez to najbardziej społecznie scalającym.

Skuteczność i sukces uproszczonego przekazu i nowej kultury informacji zapewnia fakt, że dla zdecydowanej większości konsumentów kultury jest to pierwsza historycznie forma informacji, którą są w stanie oni uzyskać. To co wiąże się z upadkiem projektu oświecenia, triumfem kapitalizmu i pogrążeniem się społeczeństwa w transie konsumpcyjnym, jest jednocześnie po części rewolucyjne. Sam fakt masowej partycypacji społecznej w głównym nurcie ‘wiedzy’ jest czymś, co wprowadza dopiero kapitalizm i jego uproszczony przekaz. Uproszczenie i powiązanie wiedzy z konsumpcją tworzy też specyficzne poczucie pewności i bezpieczeństwa. Niewiedza nie zagraża, bo nie jest w kapitalizmie możliwa, skoro każda wiedza odnosi się wyłącznie do jednej ze strategii konsumpcji. Skuteczna walka z konsumpcyjnym stylem życia i kapitalistycznymi wartościami przy pomocy kontr wiedzy/informacji staje się praktycznie niemożliwa.

By zrealizować rewolucyjne cele w systemie kapitalistycznym rewolucję i zmianę należałoby więc sprzedać i przeobrazić w towar. Wtedy jako odrębny towar-informacja i rewolucja dostąpi zaszczytu rywalizacji z innymi dobrami konsumpcyjnymi. W rzeczywistości nie wyjdzie jednak poza zakres kapitalizmu i nie przekroczy porządku konsumpcyjnego, na użytek którego zostałaby stworzona. Informacja dotycząca rewolucji byłaby dostarczana wyłącznie wraz z produktem, a ten wciąż nierozerwalnie byłby połączony z kapitalistyczną produkcją. Tak więc, z chwilą przeobrażenia się rewolucji w dobro konsumpcyjne zanika jej rewolucyjny charakter. Należałoby wobec tego albo zwrócić uwagę na inne niż konsumpcyjno-kapitalistyczne źródła informacji (pozatowarowej) – i zastanowić się jak wykorzystać je na szerszą skalę - albo oczekiwać na kryzys, albowiem dopóki system dystrybucji dóbr w kapitalizmie funkcjonuje sprawnie - dopóty niemożliwym staje się wyjście poza zamknięty obieg kulturowo-towarowej konsumpcji i uproszczonego do obsługiwania konsumpcji przekazu.



[1] Według Herberta Marcusego człowiek pod wpływem alienacji ogranicza swoją aktywność do produkcji w 8-godzinnym dniu pracy oraz konsumpcji. Jednowymiarowy świat i społeczeństwo to właśnie zbiór ludzi – w ten sposób - wyalienowanych.

[2] Baudrillard Jean. Symulakry i Symulacja. Warszawa: Sic!, 2005

[3] Horkheimer Max. Zmierzch. Warszawa: Książka i Wiedza, 2002, s. 142.

[4] Świadomością w rzeczywistości wyobcowanej zajmuje się Karol Marks w "Rękopisach ekonomiczno-filozoficznych" z 1844 roku..

[5] Lefebvre Henri. Marks a idea wolności. Warszawa: Książka i Wiedza, 1949

[6] Parafrazując György Lukácsa utowarowienie informacji można, rozumieć jako reifikację, czyli uprzedmiotowienie wiedzy - tyle tylko, że to nie przedmiot staje się atrybutem wiedzy, ale wiedza staje się przedmiotem konsumpcyjnego przedmiotu, przez który zostaje wchłonięta.

sobota, 16 czerwca 2012

Bezprawne długi, prawny system

Czy długi zawsze należy spłacać? Czy społeczeństwa powinny czuć się zobowiązane do spłaty długów, które zaciągane były na ich szkodę? Co zrobić ażeby uzdrowić pogrążoną w kryzysie finansowym Unię Europejską? Kogo posłać do więzienia? Na te i wiele innych pytań odpowiada książka "Bezprawne długi". W swej książce François Chesnais, francuski profesor ekonomii i członek rady naukowej ATTAC-France bada przyczyny europejskiego kryzysu. Autor nie tylko dokonuje drobiazgowej analizy poszczególnych, najsilniej zadłużonych państw strefy euro, ale także demaskuje reguły gospodarki kapitalistycznej.

Pojęcia takie jak "dług", czy "reforma" przywykło się w Polsce interpretować na jedno, neoliberalne kopyto. Podobnie przedstawiany jest "kryzys". Oto chciwi i z natury złodziejscy oraz śmiertelnie leniwi pracownicy zadłużyli swoim rozpasaniem i chciwością niewinne i poszkodowane tym samym państwa, które nie mają teraz innego wyjścia jak dokonać tzw. "koniecznych reform". Ekonomia w krajach pozbawionych społecznej nad nią kontroli stała się zbiorem magicznych sformułowań. W umysłach komentatorów i polityków gospodarka to zbiór potocznych sformułowań takich jak: „Długi należy spłacać”, „Nie należy żyć ponad stan”, czy „Dobrze jest oszczędzać”. Za tym prostactwem w myśleniu stoi śmiertelnie poważna strategia finansowa wielkich instytucji finansowych i całej Unii Europejskiej, opierająca się na serii kłamstw i niepodważalnej dominacji sił bezwzględnego kapitalizmu.

Władze europejskich państw przez całe dziesięciolecia działały na szkodę własnych społeczeństw. Ich strategia oparta na całkowitym podporządkowywaniu polityki państwa żądaniom rynków, dokonywaniu nieustannych obniżek podatków dla najbogatszych i przedsiębiorstw oraz - ostatnimi czasy - ratowaniu instytucji finansowych przy pomocy publicznych środków bez ich późniejszego nacjonalizowania i zachowania starannej kontroli nad wydawanymi pieniędzmi doprowadziła do poważnego w społecznych skutkach krachu gospodarczego. Kryzys wyprodukowany został na życzenie polityków, którzy decydowali o takim, a nie innym kształcie gospodarki. Mówiąc o panowaniu neoliberalizmu mówimy w istocie o  imperializmie, w którym polityka poszczególnych państw zostaje całkowicie podporządkowana żądaniom najbogatszych, międzynarodowych instytucji finansowych, czy też podpiętym pod państwa firmom przemysłu zbrojeniowego.

Nie powinno nas więc dziwić to, że w latach 2005 - 2009 Grecja była jednym z pięciu największych importerów broni w Europie. Zakupione przez Grecję samoloty bojowe (26 F-16, 25 Mirage) stanowiły 38% wolumenu importu. Równocześnie, od lat 80-tych stale obniżane są w Europie podatki dla najbogatszych - stopa podatkowa dla najwyższego progu dochodowego w pogrążonej dziś w kryzysie Hiszpanii w 1986 roku wynosiła 66%, by w 2007 spaść do 43%. Ta sama praktyka cięć i kapitalistycznej kolonizacji króluje w Polsce. Najwyższa stawka podatkowa wynosi u nas 32%, a CIT 19% (o 4,5 pkt proc. mniej od średniej w UE). Przy tak prowadzonej polityce gospodarczej zmagających się obecnie z kryzysem państw krachu nie dało się uniknąć.

U źródła kryzysu finansowego i kryzysu długu publicznego leży charakter kapitalistycznej gospodarki, na czele z działalnością sektora finansowego. François Chesnais doskonale analizuje proces zyskiwania na znaczeniu tego co określa on mianem finansjery. Finansjera to nic innego jak wielkie banki, fundusze emerytalne i fundusze inwestycji finansowych o dużym ryzyku. Rosnące ryzyko spekulacji na różnorodnych, coraz bardziej niepewnych (nazwanej później "toksycznymi") aktywach doprowadziło w efekcie do powstania i pęknięcia baniek spekulacyjnych. Przyczyniło się do tego umiarkowanie płacowe, które uniemożliwiło konsumentom partycypację w konsumpcji. By ratować system kapitalistyczny instytucje finansowe z błogosławieństwem kapitalistów poczęły oferować kolejne, coraz bardziej ryzykowne kredyty. W pewnym momencie kurtyna zostaje podniesiona i obnażona zostaje nierentowność i wyłącznie fikcyjna możliwość spłaty kolejnych kredytów. Jak na statku, tak i na rynku zwycięża w takim momencie strategia "ratuj się kto może" i dotychczas opłacalne aktywa w skutek wycofywania się kapitału z rynku potrafią tracić swą wartość z dnia na dzień. Jak mogło dojść do takiej sytuacji? Musiały zostać wytworzone odpowiednie narzędzia, przemianie ulec musiał cały system bankowy.

Zdaniem autora tradycyjne banki przestały już istnieć, te musiały bowiem upewniać się co do występowania zdolności kredytowej wśród obdarzonych kredytami klientów. Nowoczesne banki po prostu pozbywają się ryzyka, przerzucając je skutecznie na inne instytucje finansowe i wypuszczając niepewne papiery na 'giełdową wolność'. Takie właśnie zakłady i spekulacje na ryzyku stały się specjalnością całego segmentu gospodarki kapitalistycznej. Do tej polityki dostosowały się kolejno: instytucje finansowe, fundusze emerytalne, firmy, korporacje i wszystkie państwa Unii Europejskiej. Rozpoczęło się panowanie neoliberalizmu.

To co obserwowaliśmy i obserwujemy w Europie miało także swój szerszy wymiar, wymiar konfrontacji wielkich gospodarczych podmiotów – Chin, USA, z Unią Europejską w tle. Wynik tego starcia staje się nam powoli znany, to osłabienie waluty Euro, obniżenie się poziomu życia państw europejskich i wielki awans Państwa Środka.

Można rzec, że dobiegła końca era wiary w "gospodarkę opartą na wiedzy". Pozbawianą przemysłu Europę miały zasilać fundusze, którym europejskie instytucje finansowe umożliwiły łatwe finansowanie swojej działalności. Neoliberalizm sprzedawano u nas właśnie pod takim płaszczykiem. Rzeczywistość zweryfikowała te śmiałe plany. Wraz z ucieczką kapitału do Chin i innych krajów trzeciego świata uciekł też do nich przemysł, dzięki któremu państwa te szybko przekształciły się w wyjątkowo atrakcyjne dla zachodnich inwestorów rezerwuary wartości dodatkowej i w pola pod szybką akumulację. Europejska kontrola nad kapitałem, który z kapitalistycznie słusznych pobudek wyemigrował na wschód okazała się zbyt słaba. Na nic nie zdał się płacz konserwatystów. Ucieczki kapitału nie powstrzymała misja dziejowa obrony Cywilizacji Zachodu – którą tak sugestywnie przedstawiali w swoich pracach zwolennicy teorii Zderzenia Cywilizacji i inni agenci światowego Bushyzmu.

Proces o którym mówimy ma wiele negatywnych konsekwencji odczuwanych w państwach europejskich, ale ma też (o czym François Chesnais pisze niechętnie) strony pozytywne. Będą to przede wszystkim: postęp, internacjonalizacja światowej produkcji oraz stopniowe, powolne wyrównywanie się stopy życiowej, której podnoszenie się najlepiej widoczne jest dzisiaj w Chinach.

Proces dalszego wyrównywania się poziomu życia wymaga jednak społecznej kontroli. Uwolnić się z karuzeli nieustannych kryzysów i spod podporządkowania polityki społecznej zyskom prywatnych instytucji, to zyskać prawdziwą władzę i kontrolę, odzyskać demokrację i stworzyć warunki dla socjalistycznej wspólnoty.

Tej kontroli nie zapewnią instytucje kapitalistyczne, fundusze inwestycyjne, czy neoliberalne think-tanki. Potrzebna jest kontrola konkretna, kontrola własnościowa, potrzebna jest własność społeczna.
Droga do nacjonalizacji, czy też audytu lub restrukturyzacji bezprawnego i haniebnego długu, który ściągnął na nas neoliberalny demiurg nie będzie drogą politycznie łatwą. Wręcz przeciwnie - spotka się z oporem całej maszynerii, którą przez lata wypracował na swój użytek neoliberalny kolos kapitalizmu. Nie ma jednak na dziś innej politycznej drogi dla lewicowych ugrupowań, nie ma innej drogi do budowy gospodarki dla człowieka.

Tymoteusz Kochan

sobota, 9 czerwca 2012

Lumpenpatriotyzm, Euro 2012

Rozpoczęły się mistrzostwa Europy w piłce nożnej Euro 2012. Jarmarczny spektakl okraszony nachalną promocją alkoholizmu i nakłaniający do gorliwego współuczestnictwa przy pomocy najbardziej prymitywnych sposobów to nie tylko wydarzenie sportowe ale także konkretna systemowa praktyka kapitalizmu i ważny element jego inżynierii społecznej.

Użyłem sformułowania "wydarzenie sportowe", choć w rzeczywistości z prawdziwym sportem Mistrzostwa niewiele mają wspólnego. Sport został po pierwsze - całkowicie uzawodowiony[1], po drugie - stał się narzędziem panowania konsumpcji przy pomocy międzynarodowych korporacji wymuszających na państwach-gospodarzach rolę lokaja[2], po trzecie - stary, sportowy duch rekreacji i rozrywki został zastąpiony okrutnym i wulgarnym lumpenpatriotyzmem[3].

Kapitalizm likwiduje patriotyzm pozostawiając przy życiu jedynie giełdową solidarność. Patriotyzm to potencjalnie niebezpieczne pojęcie, które należy więc rozbroić i zagospodarować. Czym jest nowoczesny patriotyzm? Tym, na co pozwoli mu kapitalizm. Patriotyzm zaistnieć może współcześnie dopiero wtedy, gdy pozwoli mu na to sieć "Biedronka" i do masowej produkcji zostaną skierowane chorągiewki państwowe. Odmówiono patriotyzmu lewicy, odmówiono patriotyzmu komunistom, przyznano patriotyzm sieci McDonalds.

Niezadowolenie i gniew społeczny to z kolei największe zagrożenie dla obecnego porządku społecznego z całą jego maszynerią i z jego podziałem dóbr na czele. Stadion (jako elitarne miejsce konsumpcji) i telewizor (jego masowy, pracowniczy odpowiednik) stają się miejscem bitwy o pacyfikację gniewu społecznego[4]. Oczywiście pacyfikowany jest gniew klasy, która traci w społeczeństwie najwięcej. Ogłupianie przy pomocy sportu, konsumpcyjnego seksu i alkoholu to starożytna strategia, która dziś, przy pomocy piłki nożnej stosowana jest w stosunku do europejskiej klasy robotniczej - w szczególności w Wielkiej Brytanii, gdzie bezwzględne, monarchiczne wręcz, panowanie kapitału nad społeczeństwem wymaga jednocześnie niezwykle silnego odurzenia i miejsc, gdzie gniew i wściekłość ludzi pracy można by legalnie rozładować (na wszelki wypadek koniecznie przy asyście policji, policji konnej i ewentualnie wojska). Stadiony, czyli nowoczesne kościoły przekształcają potencjalną, rewolucyjną i twórczą energię społeczną we wrzaski, gwizdy i prawdziwe tupanie w miejscu.

Tak wyłączona zostaje świadomość klasowa, którą zakrywa duch 'jedności narodowej' i budowana na życzenie jest 'powszechna zgoda'. Nieprzypadkowo komentatorzy sportowi przed rozpoczęciem inaugurującego Euro 2012 spotkania mówili o "kibicowaniu ponad podziałami" i zawieszeniu waśni i sporów. Komentatorzy zdradzili nam przy okazji jeszcze jedno - rangę i rolę Euro 2012, którego prawdziwym, najpoważniejszym zadaniem jest właśnie maskowanie konfliktu społecznego. Rzecz, która wydawałaby się niemożliwa dla - w gruncie rzeczy - dziecinnej rozrywki i zabawy-gry staje się osiągalna dzięki kapitalistycznym narzędziom uświęcającym status tego wydarzenia.

Wszystko czego nie ma na co dzień nagle pojawia się przy okazji Euro 2012. Powstaje naród, powstaje patriotyzm, powstaje i patriotyczna duma. Na sposób kontrolowany i wyraźnie ograniczony możemy więc być patriotą – a więc pochwalać architekturę stadionów i być Polakiem – a więc kibicować. Najważniejsze jest by nikt nie zaczął pytać dlaczego jedni świętują swój patriotyzm przy pomocy szampana w loży VIP, a drudzy czynią to samo przy użyciu modyfikowanej kiełbasy z dyskontu i czy w ogóle budowanie stadionów i organizacja Euro była przedsięwzięciem potrzebnym.

Zachowajmy ostrożność, wyłączmy lumpenpatriotyzm. Wpadający w "piłkoszał" powinni mieć świadomość, że hasło to zaprojektowano w biurach Coca-Cola Company…



[1] Mało kto dziś pamięta, ale były czasy gdy na Olimpiadach gracze zawodowych lig mieli zakaz wstępu. Uzawodowienie sportu to także przekształcenie go w biznes i praktykę nieosiągalną dla szarego człowieka. Zamiast zajęciem swobodnej, sprzyjającej promocji zdrowia rekreacji sport staje się domeną milionerów-wybrańców oglądanych przez grubych i chorych na cukrzycę biedaków.

[2] Mowa tu o zwalnianiu z podatków UEFA, a także o nachalnej inwazji tzw. "sponsorów". Mistrzostwa stają się jedną wielką strefą wolną od podatków, w której zagraniczne siły decydują o tym kto ma prawo robić biznes. Wymiana między kapitałem a państwem polega więc na tym, że państwo: zwalnia z podatków, buduje, wydaje, natomiast w zamian od korporacji otrzymuje porcję użytecznej, ogłuszającej rozrywki.

[3] Lumpenpatriotyzm to patriotyzm odrzuconych i porzuconych przez system. Patriotyzm ten sprzedawany jest każdej klasie społecznej. W swojej treści nawiązuje i apeluje do bezczynności i pozbawionej treści uciechy, szaleństwa oraz elementu pozaracjonalnego. Nie jest to ani patriotyzm robotniczy, ani nawet – patriotyzm burżuazyjny, jest to patriotyzm bierności a jego uczestnicy porzuceni zostają na pastwę systemowo konstruowanej rozrywki i uciechy.

[4] Przy okazji kibicowania mowa jest o "boju", "walce na śmierć i życie" itp. Kapitalizm w warunkach pokoju rozładowuje gniew przy pomocy piłki i krwawych gier komputerowych, by w trakcie wojny móc posłać gotowych i przeszkolonych żołdaków na rzeź.

piątek, 1 czerwca 2012

Performance nie zastąpi polityki

Organizowane w Polsce akcje okupacyjne, czy lokatorskie są bez wątpienia efektem antykapitalistycznego zaangażowania społeczeństwa. Stale pogarszająca się sytuacja gospodarcza Polski i pesymistyczne prognozy na przyszłość stymulują obywatelskie niezadowolenie. Za tym niezadowoleniem podąża zaangażowanie, którego poziom zdaje się powoli wzrastać, jednocześnie rośnie też desperacja społeczeństwa i jego odwaga.

Rosnące niezadowolenie - szczególnie środowisk politycznych - pcha do działania. W przypadku polskiej lewicy - głównie pozaparlamentarnej - najistotniejszym problemem staje się forma działania politycznego. Z uwagi na słabość lewicy antykapitalistycznej i socjalistycznej możliwości organizowania protestu stają się wyraźnie ograniczone. Dlatego też lewica adaptuje nieinwazyjne i niewymagające wysiłku techniki działania - skazując się na performance zamiast polityki i rolę klienta wobec potężniejszych i prawicowych niby-partnerów politycznych.

Trud związany z zakładaniem partii, tworzeniem listy wyborczej czy organizowaniem trwałej i silnej struktury politycznej mało kogo dziś interesuje. Lewica, szczególnie młoda, pragnie uczynić praktykę polityczną działką aktywności w rodzaju wyjścia na zakupy, pójścia do kina, czy okazjonalnego uczestnictwa w demonstracji. To co trwałe w polityce i co może stać się w którymś momencie zarzewiem szerokiego ruchu politycznego - a więc partia polityczna lub innego typu powszechna organizacja lewicowa - jest nielubiane, niemodne, wyparte z dyskursu publicznego, a nawet z przestrzeni możliwości.

W grę wchodzą tu trzy podstawowe, demobilizujące czynniki. Pierwszym czynnikiem jest panowanie ideologiczne, drugim są braki finansowe, trzecim jest brak proletariackich interesów klasowych.

Pisząc o panowaniu ideologicznym mam na myśli przede wszystkim panująca ideologię, w myśl której każda organizacja polityczna - a w szczególności partia - nie służy niczemu dobremu i nie realizuje czyichkolwiek interesów poza swoimi żądnymi sukcesu i szmalu liderami[1]. Ta propaganda skutecznie paraliżuje siły strukturotwórcze na lewicy korzystając z naiwności i płytkiego idealizmu lewicowców. Jeżeli chodzi o braki finansowe, to wynikają one przede wszystkim z tego, że nie jest się w stanie ukonstytuować struktura zdolna koncentrować fundusze na swą działalność. Jest też druga strona finansowania lewicy w Polsce - w pewnej części pieniądze trafiają do lewego skrzydła (mam tu na myśli szczególnie inteligencję) poprzez prawicowe ośrodki panowania, przez co późniejsza działalność tejże lewicy jest już z góry zdefiniowana i określona koniecznością podtrzymywania dotacji - politycznie i teoretycznie odbiorcy tych środków siłą rzeczy skręcać więc będą na prawo. Brak proletariackich interesów klasowych to także czynnik uniemożliwiający wytworzenie struktury prawdziwie lewicowej i socjalistycznej. Partie i grupy, w których dominują reprezentanci jednej z grup przedsiębiorców, lub drobnomieszczańska klasa średnia nie będą chciały rzucić się w wir walki o lewicową politykę, zamiast tego staną się częścią (bardziej lub mniej) wrażliwego - pacyfikującego lewicę - liberalizmu.

Dochodzimy do ważnego zagadnienia, zagadnienia ruchu społecznego. Niektórzy lewicowi komentatorzy przyjęli strategię wspierania i popierania każdego ruchu społecznego, szczególnie wszelkiego rodzaju aktywizmu. W interpretacjach sytuacji politycznych należy wrócić do oceny celów, efektów, pobudek i treści. Sam w sobie ruch społeczny nie jest czymś bezsprzecznie wartościowym. Dopiero realizując pewną konkretną, lewicową strategię polityczną ruch społeczny dojrzewa do miana ruchu lewicowego i jako taki może włączyć się w lewicowe spektrum oddziaływania. Polityczny performance, demonstracje, a nawet protesty i strajki wcale nie muszą kryć w sobie lewicowych treści.

Mam na myśli, modne ostatnimi czasy okupacje, a także m.in ostatnie działania "Solidarności", które uzyskały niemal fanatyczne poparcie ze strony lewicy, poparcie, którego udzielenie zgodnie z zapewnieniami niektórych osób, stanowiło wręcz ostateczny sprawdzian lewicowości i obowiązek każdego lewicowca.

Pomijając charakterystykę współczesnej "Solidarności", na pochodach której nieprzypadkowo dominuje hasło "precz z komuną" (oczywiście lewicy i socjalistom wydaje się, że hasła te ich nie dotyczą) i która przez całe lata maskowała i przyzwalała na antypracownicze praktyki rządu, po czym przykleiła się do PiSu, zwrócić należy uwagę na rolę, na którą lewica skazuje się udzielając tego poparcia. Oto zamiast tworzyć lewicowe, klasowe związki zawodowe i jednoczyć lewicę - co jest zadaniem trudnym, ale jest też jedyną możliwością uzyskania samodzielności politycznej - lewica nieświadomie staje się klientem prawicowych podmiotów politycznych.

Podzielona i słaba lewica powinna pchać scenę polityczną na lewo, nie przyłączać się, ale tworzyć w dyskursie wyłom dla nowych, radykalnych treści. Przyłączanie się do najsilniejszych, z uwagi na ich - z rzadka - lewicujące postulaty jest drogą nie tylko do zatracenia politycznej odrębności, ale też drogą do jeszcze dalej idącej marginalizacji i gwarantem powszechnego lekceważenia ze strony wszystkich - w rzeczywistości wrogo nastawionych do socjalistycznego programu - 'partnerów'. Kiedy działanie polityczne staje się działaniem poważnym? Kiedy lewicowość staje się hasłem przekutym w konkretną polityczną praktykę.

Działania doraźne, działania nieinwazyjne to w istocie desperackie próby zaistnienia. Próby, których forma zapożyczona jest z zachodnich, amerykańskich praktyk organizacji politycznych pogrążonych w atomizacji, marazmie i samotności. Fascynacja hamburgerem przełożyła się niestety na fascynację amerykańską lewicą, której reprezentanci urastają w wyobrażeniach polskiej lewicy do rangi herosów. Konia z rzędem temu, kto doszuka się sukcesów amerykańskiej lewicy w ostatnich 50 latach... chyba, że za sukces uznać należy przeniesienie się armii USA z Wietnamu do Iraku, otwarcie więzienia w Guantanamo, uchwalenie Patriot Act/NDAA, całkowitą prywatyzację służby zdrowia, czy powszechny dostęp do broni palnej.

Fascynacja tymi praktykami i lewicą amerykańską ma ukryty cel, którym jest eliminacja wszelkich lewicowych treści związanych z okresem Polski Ludowej. Wykreślając PRL wykreślono jednocześnie wszelką lewicową aktywność polskich działaczy i naukowców, wykreślono wszystkie, w wielu przypadkach skuteczne praktyki polityczne i organizacyjne... i faktycznie, w takiej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak udać się do kolebki nowoczesnej demokracji, czyli do Stanów i patrzeć z utęsknieniem na HOLLYWOOD.

Twórzmy lewicę podmiotową. Odróżniając działania doraźne od działań strategicznych, miejmy tę świadomość, że performance nieprzypadkowo najlepiej sprawdza się w sztuce i nie zastąpi on polityki.

[1] Zabawnym jest, że antypartyjna propaganda dotknęła przede wszystkim lewicy. Prawicowe partie polityczne (choć czasem nazywane 'platformami') mają się dobrze i funkcjonują wyjątkowo sprawnie. Samo słowo "partia" nasycone zostało pejoratywnie. Partia oznacza komunizm=dyktatura=śmierć w obozach, w związku z czym formalnie żadne partie nie mają prawa istnieć - dlatego też bytowanie PO, PiS i wszystkich innych klasycznych partii jest z całą siłą maskowane i skrywane pod płaszczykiem innych określeń i pozornej anty-partyjności w polityce. Partyjność jest dziś w opinii potocznej zarezerwowana dla populistycznych lewicowych partii, a walka z nią tożsama jest z walką przeciwko polityce socjalistycznej - rzecz jasna nietknięte pozostają prawicowe partie i prawicowe podmioty, których praktyka rozumiana jest jako manifestacja nieposkromionych sił przyrody.