Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 listopada 2012

Plaga gorsza niż faszyzm

Oglądając prawicowe marsze w stolicy odnieśliśmy wrażenie pewnego niedosytu. Prawie nic nikomu się nie stało, narodowcy jakoś tak mało przypominają diabły, Prezydent Komorowski nie ustrzelił żadnej sarny ani nie popełnił ortograficznego byka… Nie było większych rozruchów, nie było większych zamieszek.

Mimo to wiele osób trąbi o zagrożeniu. Zagrożeniu rozruchami, zagrożeniu faszyzmem. Tego jednak w Polsce zwyczajnie nie ma[1]. To z czym mamy do czynienia w Polsce jest znacznie gorsze, jest to powszechny, prawicowy konserwatyzm. Plaga, która zadomowiła się u nas na dobre.

Ten prawicowy konserwatyzm to prawdziwe dobro wspólne. To dlatego czczona jest ‘święta II RP’ i za wzór patriotyzmu uznawane są Narodowe Siły Zbrojne. Prawicowy konserwatyzm likwiduje i znosi każdą formę alternatywnego systemowo myślenia. Zagrożeniem dla wolności i niepodległości są dzisiaj nie ci, którzy wychodzą na ulicę – tych jest bowiem mniejszość i są to ludzie przez system uciskani, manifestujący w ten sposób swoje niezadowolenie – lecz ci, którzy siedzą w domach i dla których wyłączna świadomość to świadomość konserwatywnie narodowa i konserwatywnie neoliberalna. To ich siłami jest utrzymywany obecny porządek.

Lewica w Polsce (w odróżnieniu od prawicy) nie jest w stanie skonstruować masowo osiągalnej tożsamości. Te problemy z tworzeniem ‘własnego ja’ biorą się z akceptacji prawicowej polityki historycznej. Potencjalnie taką tożsamością mogłaby być tożsamość klasowa, językiem klasowym nikt się jednak w Polsce nie posługuje, a szef Solidarności swoją działalność rozpoczyna od zdejmowania Lenina z bram stoczni. Lewica pod naporem neoliberalnego kosmopolityzmu zrezygnowała też z lewicowego patriotyzmu i tak pozostała bez większego buntu, służąc za dodatek do prawicowej ekstremy i grupę od happeningu.

Tak jak pisałem, faszyzmu w Polsce nie ma, jest jedynie marginalny ruch nacjonalistyczny, który przeraża część establishmentu tym, że w ogóle kogokolwiek jest w stanie wyciągnąć z domu, sprzed telewizora i oderwać od hipnotyzujących reklam/seriali. I w tym miejscu lewica poniosła klęskę, nie potrafiąc zgromadzić większej ilości zwolenników przy okazji swoich przedsięwzięć i obchodów własnych świąt, które nie posiadają żadnej ukierunkowanej energii, stając się albo festynami starości, albo marszami wyłącznie mniejszości.

Nacjonalizm to wyraz tłamszenia Polaków przez kapitał. Nacjonalizm jest także kapitalistycznym oszustwem, które wartości narodowe przebiera w łaszki ultrakapitalistycznego programu gospodarczego. Narodowcy to dobro hodowane przez neoliberalne centrum i establishment, to jednocześnie zło wyolbrzymiane, niepoważne, i zło odświętne. Istnienie groźnej ekstremy uprawomocnia praktycznie wszelkie ‘porządkujące’ działania rządu, dlatego też liberalne media za wszelką cenę starają się straszyć ekstremami, podając rzadkie przykłady pobicia jako czołówkowe newsy.

Walec historii, który po Polsce się przejechał jest walcem prawicy poprawnie politycznej. Spór na linii Rząd, PiS, ONR… to spór w obrębie jednej rodziny, która łatwo dochodzi do porozumienia w kluczowych kwestiach takich jak: gospodarka, II RP, ocena PRLu, stosunek do Piłsudskiego, Dmowskiego i inne…

Czemu jednak jedna prawica wydaje się być ‘normalna’ a druga - z trudem zauważalna - określana jest mianem faszystowskiej? Czemu partie, które głosują za upamiętnieniem NSZ, posyłają wojska na kolonialne wojny i awantury i faktycznie sprawują totalitarną władzę przy pomocy dyktatury kapitału nie są nazywane faszystowskimi? Bo robią to pod krawatem, a nie w ciemnej bluzie i z kamieniem w łapie?

To właśnie jest prawicowy konserwatyzm, ten niedostrzegalny, ‘zwyczajny faszyzm’ naszej ery, którego pewność siebie i pociągająca dla wielu majętność zakrywa prawdziwą naturę zjawiska i rzeczywistą naturę politycznej rzeczy.

I jak to często bywa - jest jeszcze gorzej niż się to z pozoru wydaje.


[1] Faszyzm to określenie odnoszące się do ruchu, który zawiera w sobie - kluczowe - elementy narodowego socjalizmu. Takich elementów nawet najbardziej radykalne grupki polskiej prawicy praktycznie nie posiadają. Faszyzm jako kult państwa, kult umundurowanej partii i władzy totalnej jest w Polsce kompletnie nieobecny. Mamy tylko tych, którzy przedawkowali zalecaną dawkę IPNu i tych, którzy przesadzili z kultem żołnierzy wyklętych, chcąc manifestować swoją miłość do nich nawet nawet wtedy, gdy pora raczej na jesiennego grilla...

Wojna pod flagą smoleńską

Przejście od polowania na czarownice radzieckie do polowania na wewnętrznego wroga dokonało się w Polsce płynnie i bezszelestnie. Teoria zamachu smoleńskiego bez trudu toruje sobie drogę na polityczne salony, jest bowiem naturalnym rozwinięciem 'odwiecznego konfliktu', który toczy się w Polsce pomiędzy PO i PiS. Sam 'zamach' to dla PiSu nic innego jak ostateczny dowód na sprzeniewierzenie polskości i kolaborację Donalda Tuska z Władimirem Putinem i mordercami z Katynia.

Konflikt ten ma dwie twarze i dwa oblicza.

Pierwsza twarz to twarz pozorna. Na tym poziomie rzeczywiście chodzi o rzekomy zamach na Lecha Kaczyńskiego i pasażerów oraz załogę Tupolewa. To tutaj właśnie Macierewicz, niczym Chuck Norris pilnuje prawa i porządku będąc ostatnim mężem sprawiedliwości w naszym kraju. To tutaj teorie o trotylu i nitroglicerynie wydają się być tak prawdziwe, że nawet gdyby okazały się fałszywymi należałoby im pomóc i dołożyć nieco od siebie, byle tylko dopełnić obrazu zdrady narodowej i wyjawić straszliwą prawdę prawd.

Druga twarz, schowana za konfliktem pozornym nie objawia się w tak prosty i bezpośredni sposób. To tutaj jednak należy upatrywać prawdziwych przyczyn trwającego sporu.

Dla PiSu katastrofa smoleńska to jedyna prawdziwa szansa na uzyskanie autonomicznej podmiotowości politycznej. Tak naprawdę PiS to PO bis, partia identyczna w kwestiach gospodarczych i niewiele odbiegająca od PO w kwestiach polityki obyczajowej, czy nawet religijnej. Pozostaje jeszcze tylko kwestia polityki zagranicznej. Poza walką o pozór własnej tożsamości (która w warunkach polskich przemienia się w stan permanentnej paranoi) to właśnie drobne różnice w polityce międzynarodowej są dziś prawdziwą osią sporu pomiędzy tymi dwoma partiami.

PiS ciągle kokietuje USA i UE potencjalnie bardziej agresywną polityką zagraniczną skierowaną ku Europie Wschodniej. Smoleńsk to symbol tej polityki, polityki wykraczającej poza wszelkie granice rozsądku. Chodzi tu o nic innego jak o stare, dobre odbieranie wpływów Rosji i granie roli klina pomiędzy Niemcami a Rosją, zgodnie z niemłodą waszyngtońską strategią przyjętą po 1989 roku. Dlatego Kaczyński zabiegał o posłuch w kongresie, dlatego też liczy na bliższą współpracę z USA i odzyskanie projektu tarczy antyrakietowej po możliwym dojściu do władzy Mitta Romneya. Upór PiSu w dążeniu do prawdy o Smoleńsku tylko utwierdzić ma wszystkich w poważnie rusofobicznych zamiarach tej partii i odebrać ma Tuskowi jego zagraniczne poparcie.

Prawdziwa polityka przejawia się w Polsce niemalże wyłącznie w kwestiach stosunku do takich państw jak Ukraina i Białoruś, w kwestiach 'walki o demokrację' na Wschodzie. Reszta to zapychacze.

Spór o Katastrofę Smoleńską to więc spór o stopień reakcyjności społeczeństwa polskiego oraz o poziom reakcyjności polskiej polityki zagranicznej. Spór ten będzie trwał nawet gdy utraci(ł) już wszelkie pozory racjonalności, aż do utraty wszelkiego rozumu i zdrowia psychicznego politycznych aktorów. Wojna polsko-polska, którą nieustannie straszą nas media to przebrana w scenerię smoleńską córka hodowanej u nas nieustannie Wojny polsko-ruskiej.

Katastrofa Smoleńska, jako matka nowej - tym razem wewnętrznej - prawicowej wojny i przeciwieństwo Cudu nad Wisłą stała się bytem ponadczasowym i nieśmiertelnym.

Zadłużcie się jeszcze bardziej... P.S - Radźcie sobie sami

Rząd dostrzegł wreszcie problem niedoboru mieszkań. Pojawił się nowy projekt. Dofinansowywanie nowych mieszkań dla młodych ludzi ma się w Polsce odbywać poprzez dofinansowywanie... kredytów.

Umarzanie kilku procent kredytu to nowy sposób, którym rząd chce załatać braki mieszkaniowe. Pomysł, delikatnie mówiąc, chybiony.

Państwo nie tylko promuje tym samym zadłużanie się w nieskończoność, ale przede wszystkim ignoruje 3/4 społeczeństwa, czyli wszystkich tych, których na wysokie kredyty nigdy nie będzie stać. Kto może się zadłużać? Komu banki udzielają kredytów?

Przede wszystkim stale zatrudnionym. Tym, których dochody pochodzą ze śmieciówek (a przypominam, na śmieciówkach w Polsce pracuje 1/3 zatrudnionych) te kredyty nigdy nie zostaną udzielone. Jak otrzymać kredyt w kraju, w którym oficjalna ideologia promuje śmieciową elastyczność?

Dobre pytanie.

Nikt oczywiście nie wpadnie na oczywiste rozwiązanie problemu: społeczne budownictwo mieszkaniowe. Bo przecież na tym w żaden sposób nie zarobiłby banki, byłby to czysty koszt, a przecież koszt to w neoliberalnym słowniku słowo nieczyste. Koszt nie przynoszący natychmiastowo przekraczającego go zysku to grzech śmiertelny. Grzech niekapitalizmu, którego najlepszym przykładem są kompletnie nieopłacalne z tej perspektywy dzieci. Chyba należałoby z nich zrezygnować.

Kościoły jak widać są różne.

W swojej dzisiejszej wypowiedzi Premier stwierdził, że wolałby, by jego syn był spawaczem, niż bezrobotnym. Zachęcał też do zmieniania zawodów i pracowania w zawodzie niewyuczonym.

Cóż za genialny pomysł! W końcu jak twierdzą eksperci "lepsza jakakolwiek praca niż bezrobocie". Tak jak gdyby ludzie z własnej woli siedzieli na bezrobociu, tak jak gdyby miliony miejsc pracy roiły się na rynku.



Niestety, jedyna potencjalna kuracja została zakazana. Trup koncepcji tworzenia miejsc pracy przez nasze państwo został pochowany już dawno temu.

Premier, szef państwa, które zajmuje się przecież edukacją, bezradnie rozkłada ręce. Nie ma dla niego nic dziwnego w tym, że kształci się ludzi po nic, że nie istnieje żaden plan zatrudnienia. Wyrzucanie pieniędzy na śmietnik, kompletna fikcja edukacji nie są już nawet dla niego sprawami wstydliwymi.

Jest to normalność.

W niewolniczej dziurze

Sejmowy cyrk trwa.

Mieliśmy dziś dosłownie wszystko.


1) Premiera snującego kłamliwe wizje i nie czującego się odpowiedzialnym za sytuację gospodarczą w kraju

2) Palikota skarżącego się na to, że zagłosował za podniesieniem wieku emerytalnego za frajer

3) PiSowców uwrażliwionych społecznie, na kilka dni po tym jak głosowali za projektem Solidarnej Polski dotyczącym zaostrzenia prawa aborcyjnego

4) Hucpę z nibypremierem Glińskim na czele

5) idiotyczne głosowanie nad wotum zaufania

...


Sytuacja nie wygląda zbyt różowo.


Jedyne inwestycje państwowe, jakie planowane są przez rząd to takie, które przydatne będą przede wszystkim dla kapitału. Dlatego ciągle mówi się głównie o autostradach. Majaczące na marginesie przedszkola i urlopy macierzyńskie to tylko zasłona dymna, doskonale wiemy przecież jaka do tej pory była polityka Platformy w stosunku do kobiet i rodzin. Wiemy też z jakim zapałem zatrudniane są przez naszych pracodawców kobiety, które zamierzają mieć dziecko i skorzystać z macierzyńskiego.

Naczelnym zadaniem Tuska jest to, żeby jego państwowy komitet barbarzyńskiej eksploatacji nie rozsypał się do reszty, tylko dalej zbierał podatki [głównie od pracowników] i wydawał później te środki na to, czego od państwa wymagają prywatni inwestorzy.

Cisza wokół tematu systemu podatkowego to dowód na to, że nic się nie zmieni.

Uskładkowienie umów śmieciowych okazało się dla Premiera projektem zbyt rewolucyjnym. Tusk w jeden dzień nieomalże nie stracił władzy, tylko z tego powodu, że w mediach pojawiły się pogłoski(!) o tym iż zamierza on uzusowić ten rodzaj umów.

Teraz wmawia się nam, że ZUS i podatki płacone przez zatrudniaczy to dla pracownika same szkody. Emerytury, publiczna opieka zdrowotna, prawa socjalne... wszystko to jest jedynie chorym wymysłem państwowej biurokracji, a dla pracownika najlepiej będzie, jeśli otrzyma na swym śmiertelnie uelastycznionym stanowisku 300 zł i sam opłaci sobie to wszystko.

Największym sukcesem Polski po 1989 roku jest przecież zrobienie z Polaków taniej siły roboczej. Podpychanie 'taniego polaka' zachodniemu pracodawcy stało się prawdziwym rytuałem, dla każdej partii i dla każdej władzy. Nie ma tu miejsca na jakąkolwiek godność.

Wszyscy grają dziś w ciuciubabkę, obiecują inwestycje, ale nie chcą sięgnąć do kieszeni kapitalistów i najbogatszych. Nikt nie chce inwestować w publiczną własność w ten sposób, aby uzyskiwać z niej stałe przychody. Premierowi pozostaje więc tylko składać puste obietnice, twierdzi on wręcz, że nowe inwestycje mogą być finansowe ze środków pochodzących z.... prywatyzacji! (Pojawia się tylko pytanie jak długo można się utrzymywać z własności powstałej w PRL-u?)

Kiedy Premier nauczył się robić coś z niczego - nie wie nikt.

Tusk wieszczący nadejście chudych lat, z uporem neoliberalnego oszołoma stosuje logikę kryzysowego zaciskania pasa, za żadną cenę nie chce jednak porównać naszej sytuacji do sytuacji krajów przeżywających obecnie największy kryzys. Zamorski kryzys bogatych gospodarek unijnych to świetny pretekst do tego, by doić niewolników jak tylko się da. W tym kontekście, nasz wzrost gospodarczy to tylko dowód na to jak dobrze się nas doi.

Nasz kraj nie ma prawa się zmienić. Polska to niewolnicza dziura, a myślenie o poprawie zastąpione zostało myśleniem o podtrzymaniu stanu obecnego. Wszyscy pocą się wyłącznie nad tym, żeby niewolnicza dziura trwała. Przodują w tym oczywiście neoliberalne think-tanki i ich energiczni lobbyści.

Dramat polityków, którzy są najemnikami neoliberalnej ideologii polega na tym, że nawet jeśli zechcą oni zmienić sytuację gospodarki na lepsze, to metody, którymi się posłużą będą metodami z teki neoliberalnych ekspertów i z wiadra neoliberalnej oczywistowości.

W tym języku lekiem na bezrobocie jest obniżanie kosztów pracy, lekiem na kryzys jest zaciskanie pasa, zaś lekiem na państwową biedę jest likwidacja państwa.

Praca, czy niewolnictwo?

Neoliberalne gadzinówki ruszyły na żer. Informacje o domniemanej propozycji uzusowienia umów śmieciowych, którą miałby przedstawić Donald Tusk w swoim piątkowym Expose wywołały prawdziwy skandal. W jednej chwili cały kapitał obrócił się przeciwko Premierowi, w jednej chwili kapitał zdecydował się Tuska zniszczyć.

Nagle nawet PiS, w osobie Adama Hoffmana, zrezygnowało z postulatu uskładkowienia umów śmieciowych, ukazując swoją prawdziwą, neoliberalną, burżuazyjną twarz i bez żadnych wyrzutów sumienia depcząc swoje wcześniejsze obietnice. Podobnie PSL, słowami Pawlaka zaczęło przestrzegać przed spodziewanymi planami Tuska, wicepremier stwierdził wręcz, że to dzięki umowom śmieciowym uniknęliśmy kryzysu i dzięki temu nie jest u nas tak źle jak w Hiszpanii.

Fakt, tak źle nie jest... jest kilka razy gorzej i biedniej.

Tusk ma nóż na gardle. Wie doskonale, że społeczeństwo ustawicznie pogrąża się w biedzie, a jednocześnie odnotowujemy przecież stały wzrost gospodarczy. Nieuzusowienie umów śmieciowych to dla Tuska gwarancja utraty opinii i władzy, gwarancja problemów budżetowych, krachu emerytalnego i katastrofy politycznej. Jego instynkt przetrwania może kazać mu realizować zadania racjonalne, nawet kosztem akceptacji antyneoliberalnego charakteru tych postulatów.

Pracobiorcy (czyt. 'pracodawcy' oszukańczo zwani pracodawcami, albo po prostu właściciele kapitału) straszą nas / pracowników najemnych / , że jeśli umowy śmieciowe zostaną obłożone zusowską składką to oni zrezygnują z zatrudniania pracowników i wszyscy wylądujemy na bruku. To czysty szantaż. Państwo musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jest za realizacją interesów ok. 5% społecznej śmietanki właścicieli, czy też jest od tego by zabezpieczyć godziwą pracę, płacę i emerytury druzgocącej większości społeczeństwa. To spór o to, czy Polska jest, czy nie jest kolonią.

Pracobiorcy otwarcie kłamią - to że zmniejszy się ich stopa zysku nie zmieni tego, że warunki zatrudniania (a więc i wyzysku) w Polsce i tak pozostaną jednymi z najatrakcyjniejszych w regionie i całej Unii Europejskiej. Komitet barbarzyńskiej eksploatacji - którym jest rząd RP - musi zmienić swoją strategię. Wyzysk w tej skali co dotychczas musi się skończyć. Chyba, że mielibyśmy zrezygnować z tego , co pracobiorcy nazywają 'kosztami pracy', a więc z emerytur i z ubezpieczenia zdrowotnego. Tego nie zrobimy. Na to nie pozwolimy.

Myślenie prostackiego wyzyskiwacza jest proste. Życie pracownika zarówno przed podjęciem pracy, tak jak i życie pracownika po podjęciu pracy nic go nie obchodzi. Nie interesuje go nawet jego stan zdrowia, bo zawsze może przecież zastąpić jednego taniego frajera, drugim tanim frajerem, zwłaszcza, że do 67 roku życia i tak mało kto dożyje, jest więc z kogo wybierać. Poza maksymalną, krótkotrwałą eksploatacją naszych pracobiorców nie interesuje nic.

Oni chcą byśmy my też nie byli zainteresowani niczym innym, tylko tym, żeby oni mogli dawać nam jak najmniej.

‘Pracodawcy’! Nie zatrudniajcie jeśli macie wyzyskiwać ludzi do tego stopnia, że nie stać ich będzie na emeryturę, jeśli nie stać ma nas być na opiekę zdrowotną. Jeżeli nie stać was na pracowników, jeśli bycie zatrudnionym ma oznaczać bycie niewolnikiem to zajmijcie się czymś co potraficie, zajmijcie się godziwszym zajęciem. Do biznesu po prostu się nie nadajecie! Na wasze miejsce przyjdą inni, którzy nie chcą mieć w sercu Europy Bangladeszu, a jeśli nie – społeczeństwo poradzi sobie bez was.

Kłamstwa, że zamkniecie firmy, gdy zostaną uskładkowione umowy śmieciowe wciskajcie komu innemu. Z czego będziecie żyli jeśli pozamykacie firmy? Co będziecie robić?

Nie wmawiajcie nam polityki jedności narodowej. Polityka jedności społecznej nie istnieje - nie, jeśli w jedności tej mają znajdować się cyniczni wyzyskiwacze. Jeżeli zieloność naszej wyspy ma wiecznie polegać wyłącznie na tym, że jej mieszkańcy są najtańszą siłą roboczą w Europie, to lepiej tą wyspę spalić i zacząć budowę kraju od nowa.

Paradoksy nieobecności państwowości

Najnowszy sondaż TNS Polska daje PiS-owi 39% poparcia, to aż o 6% więcej niż Platformie Obywatelskiej. Nikogo nie powinno to dziwić. Zdecydowanej większości Polaków żyje się dziś kiepsko, lub też całkiem źle. Język protestu, nawet nieważne jakiego konkretnie, trafia do ludzi. Maglowane przez Kaczyńskiego hasło "Alternatywa", debata ekonomiczna z ekspertami o antyliberalnym wydźwięku i rezygnacja z wyłącznie smoleńsko-ciemnogrodzkiej retoryki przynoszą zamierzone efekty. Wyborcy, jak się okazuje, są nawet w stanie przełknąć macierewiczową smoleńszczyznę, jeśli otrzymają choć cień szansy na to, że sytuacja gospodarcza Polski ulegnie poprawie. Istnieją powody ku takiej desperacji.

Kilkanaście procent bezrobocia, brak pracy dla młodych ludzi, brak planowania zatrudnienia, zdewastowany system edukacji, niemożność kupienia mieszkania na własność, macierzyństwo skazujące na biedę, głodowe płace... to szara, polska rzeczywistość. Ukoronowaniem tej pogłębiającej się nędzy będzie sprywatyzowanie już okradanej i rozbieranej służby zdrowia.

Narodził się już nawet pierwszy symbol prywatyzacji opieki zdrowotnej, są nim wyrzucane od lekarza dzieci, lądujący na bruku mali pacjenci Centrum Zdrowia Dziecka.

Kolejnych skandali nie da się przemilczeć.

Liberalne partie nie mają odpowiedzi na kryzys, gdyż to ich polityka go wywołała, tymczasem lewica wydaje się być zakneblowana, SLD dusi się swoją establishmentowością i nie potrafi jak na razie poza nią wyjść. Zapraszając Rostowskiego i podejmując dyskusję głównie na temat ułatwień dla przedsiębiorców SLD, podobnie jak Ruch Palikota, udowadnia tylko, że nie jest na chwilę obecną żadną realną alternatywą, że nie wyczuwa społecznych interesów i nie potrafi ich reprezentować. Polska lewica parlamentarna aspiruje obecnie co najwyżej do miana koalicjanta Platformy Obywatelskiej, antysystemowość nikomu nie mieści się w głowie, a język sprzeciwu i protestu najzwyczajniej nie istnieje.

Żeby mógł powstać taki język musiałaby zostać przez lewicę podniesiona kwestia najważniejsza. Problem Polski to obecnie przede wszystkim problem słabości państwa. Jego biedy, jego impotencji, jego neoliberalnego skorumpowania.

Interesów społecznych nie zabezpieczą żądni zysku "pracodawcy", których jedyną receptą na kryzys będą recepty w stylu cięcia kosztów pracy lub skracania urlopów macierzyńskich. Zabezpieczyć może je wyłącznie reprezentujące społeczeństwo, czyli pracowników, państwo. Kwestia państwowości została w Polsce zakłamana przez wieloletnią indoktrynację wolnorynkową i kolonialną, która to uczyniła z Polski podnóżek dla sił międzynarodowego kapitalizmu i jego lokalnych agentów.

Jeżeli oczekiwanie na pracę ma przestać być oczekiwaniem na cud - państwo musi zostać odzyskane. Polityka tworzenia i zarządzania miejscami pracy, a także strategia zwiększania środków do budżetu, muszą się stać sprawami priorytetowymi, polityczną kwestią numer jeden.

Bez tego możemy się co najwyżej kręcić wokół różnych wersji programów neoliberalizmu.

W taki mniej więcej sposób usiłuje budować swoją pozycję Jarosław Kaczyński. Jego prawicowa, kościelna wizja zakłada większe upodmiotowienie państwa polskiego niż ma to miejsce obecnie. Dyskurs nacjonalizmu siłą rzeczy zakłada też pewną rolę państwowości. PiS wygrywa ten wyścig o dostrzeżenie roli państwa w gospodarce. I jak na razie nie ma konkurentów...

Obudź się Polsko, Obudź się Lewico

Postępujące ubożenie polskiego społeczeństwa (i powstała w związku z nim szansa na dojście do władzy na fali niezadowolenia) doprowadziło do integracji środowisk prawicy. W marszu "Obudź się Polsko" widzieliśmy maszerujących razem słuchaczy Radia Maryja, zwolenników Prawa i Sprawiedliwości oraz związkowców z Solidarności. Siły konserwatywnego chrześcijaństwa postanowiły zjednoczyć się, żeby razem stawić czoła rządowi Donalda Tuska.

Protest pełen był haseł prosocjalnych, a także haseł katolicko-smoleńskich, nie zabrakło też naturalnie rusofobii. Słuszna krytyka neoliberalizmu mieszała się z antylewicowością, ciemnogrodzkim zacietrzewieniem i poddańczym stosunkiem wobec kościoła katolickiego. Gwoździem programu manifestacji był Tadeusz Rydzyk, którego zarówno Jarosław Kaczyński jak i Piotr Duda zapewniali o swoim poparciu dla jego sprawy.

Prawica od zawsze żerowała na antykapitalizmie ubogich i kolonizowała go swoją reakcyjno-konserwatywną narracją. I tym razem nie było inaczej. Kaczyński, niegdyś sam wprowadzający w życie neoliberalne reformy, teraz pozuje na męża stanu oburzonego biedą i bezrobociem. Piotr Duda przypomniał sobie o umowach śmieciowych i w swojej walce z Leninem nie wahał się nawet użyć cytatów z Jana Pawła II. Swoją drogą dziwi trochę to, że "Solidarność" cieszy się jeszcze jakimkolwiek społecznym zaufaniem po serii klęsk, które stały się jej udziałem - począwszy od złodziejskiej transformacji ustrojowej, a skończywszy na rządach Krzaklewskiego i AWS-u.

Wracając do samego marszu – trzeba przyznać, że odniósł on polityczny sukces. Po pierwsze, po raz pierwszy od dawna pojawiła się w świadomości społecznej jakakolwiek realna alternatywa dla rządów PO, po drugie, prawica nie bała się atakować Platformy i nazywać jej rządów złodziejstwem, czy wyprzedawaniem państwa. Wspominano o milionach emigrantów, o bezrobociu, o niskich zarobkach i niskim poziomie życia. Prawica zyskała prawdziwie radykalną twarz.

Siła języka, którym posłużyła się prawica wynika przede wszystkim z bierności i nieobecności lewicy. To lewica powinna toczyć w Polsce bój o prawa pracownicze, to lewica powinna być obecna na ulicach, to lewica powinna używać najostrzejszych słów, a nie kryć się za hasłami typu 'rozwój zamiast stagnacji', czy nieśmiało machać nóżką po kawiarniach. PiS-Radio Maryja-Solidarność odważyły się zrobić coś, czego nigdy dotąd nie potrafiło zrobić SLD - skrytykować liberalizm. Krytyka liberalizmu gospodarczego ze strony PiS jest obłudą, ale obłuda ta może okazać się skuteczna, ponieważ całkiem dobrze oddaje nastroje społeczne.

Fascynacja Kaczyńskim, który nagle ‘przemówił ludzkim głosem’, powinna mieć jednak swoje granice. Odnoszę czasem wrażenie, iż lewica nie jest do końca pewna tego, czym jest lewicowość. Pierwszy z rzędu postulat podniesienia pensji traktowany jest z miejsca jako kwintesencja lewicowości. Oczywiście nie na tym polega program lewicy, nie na tym polega program socjalistyczny.

Postulaty dotyczące podnoszenia poziomu życia pracowników są oczywiście jednym z fundamentów lewicowej polityki, są jednak i inne, równie ważne kwestie. Fundamentem jest rodzaj proponowanej tożsamości. Lewica zawsze stoi po stronie tożsamości klasowej i klasowo-narodowej, nie nacjonalistycznej, czy religijno-ksenofobicznej. Lewica to program wyzwolenia pracownika z kajdan, które zakładają mu kapitaliści i kler. Z takim programem uniwersalnego (!) wyzwolenia ani PiS, ani Radio Maryja nie mają i nie będą mieć nic wspólnego. Zachęty socjalne i obiecanki naprawy gospodarki to nic innego jak marchewka wisząca na kiju. Pamiętajmy też, że Trzecia Rzesza również podnosiła poziom życia swoich obywateli, tyle tylko, że w kilka lat później 10 milionów z nich wyparowało oddając swe życie w najstraszliwszej z europejskich wojen. Tak najczęściej kończą się prawicowe próby realizacji prosocjalnych haseł.

Już wiele razy mieliśmy w historii do czynienia z sytuacją, w której liberalna prawica wykańczała lewicę do spółki z prawicą nacjonalistyczną po to tylko, żeby później sama stać się jej ofiarą. W Polsce też mógłby spełnić się podobny scenariusz. Hodowana przez Tuska sztuczna, 'wszechogarniająca' wojna PO-PiS przy całkowitej bierności i śmierci lewicy bez trudu przerodzić może się w wojnę rzeczywistą.

To, czy polska scena polityczna na zawsze już pozostanie dwubiegunowa zależy właśnie od lewicy.

Jeśli lewica ma zatrzymać marsz na prawo sama musi stać się prawdziwą opozycją. Pewną nadzieją jest OPZZ, które zachowało trzeźwość oceny i uniknęło rydzykowo-smoleńskiego poniżenia. Szansa na lewicowy związek zawodowy to też nadzieja na lewicową partię. I tu i tu potrzebny jednak jest protest bezczelny ,bezpośredni i agresywny. „Wojna polsko-polska”, której tak boją się dziennikarze to wojna o wiele prawdziwsza i bardziej sprawiedliwa od „Wojny polsko-ruskiej”, w którą ciągle gra prezes Kaczyński. Gdyby lewica w Polsce nauczyła się języka protestu i wskazała swego politycznego przeciwnika, wówczas miałaby realną szansę na przejęcie władzy.

Bitwa Ekspertów. Powrót polityki.

Dzisiejsza debata ekonomiczna zorganizowana przez PiS była pierwszym, tak ważnym wydarzeniem na polskiej scenie politycznej od bardzo dawna. Kaczyński spełnił swój cel, zaprosił wielu różnorodnych ekonomistów, wypromował się jako przyjaciel 'ekspertów' i człowiek wiedzy, a także zadał kłam monolityczności sceny politycznej i jednorodności drogi gospodarczej, której od dawna hołduje Platforma Obywatelska. Na scenie politycznej nastąpił przełom.

Pośród zaproszonych ekonomistów pojawiła się oczywiście stara gwardia neoliberałów zebrana wokół Centrum Adama Smitha i BCC, ale obecni byli także ekonomiści liberalni, centrowi, czy też nawet lewicujący. Na oczach opinii publicznej upadł mit jednego, jedynego eksperta, jednej, świętej ekonomii i wiecznego, ponadczasowego konsensusu. Okazało się, że eksperci, tak jak i zwykli ludzie potrafią się ze sobą nie zgadzać, potrafią się ze sobą kłócić. Okazało się to co oczywiste, że ekonomia to polityka, a polityka to ekonomia.

Widzowie usłyszeli dziś, że można traktować OFE jak złodziejstwo, że można postulować różne rozwiązania podatkowe, że różnie można oceniać transformację ustrojową i masową prywatyzację. Pojawiały się głosy wzywające do inwestycji, pojawiały się głosy mówiące o rozwarstwieniu i olbrzymim bezrobociu, mówiono o zaniedbaniach i błędach, o straconych pokoleniach i milionach na emigracji. Padło nawet sformułowanie, w którym ekspert ekonomiczny SKOK-ów stwierdził, że majątek Polski obecnie nie istnieje. Pojawił się głos wzywający do tworzenia polskich banków.

Pierwszy raz od dawna w telewizji pojawiła się prawdziwa polityka. Daleka od neoliberalnej oczywistowości, daleka od katynio-smoleńska i idiotycznych sejmowych przepychanek.

Co dalej zrobi z tym PiS dowiemy się już niedługo. Jarosław Kaczyński wie, że debata zadziałała na jego korzyść i że odebrała Platformie Obywatelskiej 'monopol na poważność', zna też on swoje ograniczenia i wie, że pewnych dogmatów neoliberalizmu nie obali (bo nie chce), że potrzebne jest mu wsparcie neoliberalnych ośrodków władzy. Ale pewne jest to, że pod kątem programu gospodarczego jego partia skręci na lewo, musi to zrobić. Zakopanie trupa neoliberalizmu to recepta na wygrane wybory i jedyna szansa na odsunięcie platformerskiej katastrofy od władzy. To się może udać, inna sprawa, że nie będzie to wcale klasowa, czy też lewicowa polityka, będzie to po prostu podjęcie bardziej racjonalnej strategii politycznej w obliczu wielkiej gospodarczej klęski.

Rozbieżność stanowisk i regularne kłótnie pośród ekonomistów zaskoczyły wielu. Zszokowane były przede wszystkim media, które usiłowały umniejszyć rangę spotkania nazywając je 'politycznym spektaklem' i sugerując, że nie była to prawdziwie 'ekspercka debata'. W rzeczywistości, w której obszar polityki gospodaruje debata o katastrofie smoleńskiej pojawienie się prawdziwej polityki niejednego wprawiło w zdumienie. Media okazały się bezbronne wobec języka prawdziwej polityczności. Prawdziwa polityka to bowiem ekonomia, a przede wszystkim - nauka i jej podstawowe narzędzia. Przyzwyczajone do politycznych show i obrzucania się błotem rzesze dziennikarzy nie wiedziały jak zareagować na powrót prawdziwej polityczności. Przed obliczem zmaglowanych neoliberalną hegemonią otworzyła się nagle wielka, czarna dziura pełna różnorodnych koncepcji, pomysłów i przede wszystkim - walki. Okazało się też, że są w Polsce także normalniejsi ekonomiści, bliżsi społeczeństwu, nie pozostający na liście płac neoliberalnych ośrodków i przedsiębiorców. Jest z kim budować.

Prawo i Sprawiedliwość osiągnęło dziś wielkie zwycięstwo i choć z samej debaty nic konkretnego jak na razie nie wynikło, to już możemy powiedzieć, że debata była niezwykle stymulującym wydarzeniem, a w doborze ekspertów Jarosław Kaczyński okazał się o wiele bardziej lewicowcy od hołdującej Hausnerowi Krytyki Politycznej, której patronuje Gazeta Wyborcza. I nawet jeżeli istniejące partie okażą się zbyt przesiąknięte neoliberalną ideologią by cokolwiek zrobić z potencjałem, który dziś się ujawnił, to w świadomości publicznej zaświta być może szansa na zmianę, wizja prawdziwej alternatywy, którą ktoś zdeterminowany będzie mógł kiedyś wprowadzić w życie.

czwartek, 20 września 2012

Reformizm z rewolucją w tle

Postulaty dotyczące likwidacji bezrobocia, które słyszymy z ust polityków Prawa i Sprawiedliwości nie brzmią specjalnie wiarygodnie. Partia Kaczyńskiego w przeszłości przyniosła już Polsce neoliberalizm w wydaniu konserwatywnym, obecnie jej postępowość jest więc tyleż sztuczna, co nierealistyczna. Plany Kaczyńskiego dotyczące likwidacji bezrobocia w kapitalizmie to czcze wymysły, nie tylko z uwagi na to, że strukturalne bezrobocie to nieodłączny element kapitalistycznej rzeczywistości, ale i dlatego, że aby pokusić się o faktyczne wprowadzenie proponowanych przez Kaczyńskiego rozwiązań zmienić należy nie tylko ‘złe decyzje’ Tuska, lecz dosłownie cały porządek ekonomiczny.

Modne postulaty pudrowania kapitalizmu i zbliżania się – głównie za sprawą czarów – w kierunku zachodnich, uprzywilejowanych kapitalizmów bazują na rozwiązaniach, które stosowane są wewnątrz najbogatszych na świecie państw. ‘Polska droga do kapitalizmu’ nie jest jednak drogą ani uprzywilejowaną, ani też specjalnie atrakcyjną. Liczni komentatorzy (a także społeczeństwo) pozwolili sobie narzucić neoliberalną wizję polityki ekonomicznej. Wmówiono im, że obecna sytuacja Polski to po prostu szczebel na drabinie prowadzącej wprost ku bogactwu porównywalnemu z sytuacją (na przykład) gospodarki niemieckiej.

Wizja 'pogoni za europejską czołówką' jest oczywiście ułomna i całkowicie życzeniowa.

Plany, które w stosunku do Polski przejawia Tusk to nie tyko rezultat jego osobistej wizji, to nawet nie efekt pomyłkowego, czy też nieprzemyślanego obrania neoliberalnej drogi. Strategia ta, wynika z geopolitycznego układu sił w regionie i z ogólnej konfiguracji, w której po 1989 roku znalazła się Polska. Ewentualna próba wyrwania się z tych sideł jest równoznaczna z podjęciem walki z całym szeregiem instytucji, podmiotów międzynarodowego nacisku, i z wielką, potężną doktryną.

Realistyczna wizja realizacji – słusznego skądinąd – socjaldemokratycznego, reformistycznego programu napotyka w tym miejscu na potężne przeciwności, które uniemożliwiają wręcz powodzenie tego typu działaniom. To, co dla Prezesa PiS jest politycznym chwytem marketingowym i rezultatem sprawnej kalkulacji oraz rozeznania się w sytuacji, dla ewentualnej, prawdziwie socjaldemokratycznej partii mogłoby być prawdziwym celem.

Postulaty dotyczące rozwiniętej polityki społecznej, radykalnych zmian podatkowych, zmian celów gospodarczych całego państwa… to wszystko, co marzy się reformatorom i co jak wierzą oni, mogłoby być osiągnięte w ramach kapitalistycznej gospodarki to program – jeśli chodzi o planowane efekty – klasycznie socjalistyczny, wręcz (na polskie warunki) rewolucyjny. ‘Miękka lewica’ i część socjalnej prawicy wierzą jednak, że uciekną od spraw drażliwych… od kwestii własnościowych, od konfliktu, od głębokich podziałów społecznych, od gruntownej przebudowy politycznego myślenia… a zamiast tego przeskoczą prosto do królestwa obfitości, które jako ‘propozycja racjonalna’ miałoby przełamywać wszelki (wynikający rzekomo z braku myślenia) polityczny opór oponentów.

W polityce nie wystarczy jednak po prostu ‘mieć rację’ i głośno o tym mówić.

U podstawy polskiej gospodarki stoi wielki polityczny konsensus. Konsensus neoliberalnego kapitalizmu, reprezentowany przez wszystkie partie. Demokracja parlamentarna, której jakość w kapitalizmie jest żadna - to demokracja bogatych i władza sił, które dominują nie tylko w sferze polityki, ale przede wszystkim - w sferze gospodarki. Prawdziwe polityczne decyzje zapadają właśnie tam, a nie w sejmie, czy w innych formalnych przejawach władzy.

Irytacja instytucją wyborów powszechnych, odczuwana szczególnie w pozbawionych podmiotowości społeczeństwach ma więc swoje uzasadnione przyczyny. Kraje-kolonie i globalne peryferie skazane są na decyzje zapadające gdzie indziej. Tak też wygląda sytuacja Polski. Ewentualne wyzwolenie niosłoby za sobą konieczność postawienia się dotychczasowemu porządkowi i zakwestionowania panujących gospodarczych reguł. Tego ani PiS, ani żadna inna istniejąca partia nie ośmielą się zrobić.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Europa nie pomoże cz I&II




I


Polska jest na samym dnie Unii Europejskiej. Przejmujemy się protestami i ruchami społecznymi w Hiszpanii i Grecji, ale kryzys tych państw jest niczym w porównaniu z sytuacją gospodarczą Polski i skalą wyzysku w naszym kraju. To co przynosi niezadowolenie i bunt gdzie indziej u nas dawno już stało się normą. Unia Europejska nie jest organizmem jednorodnym, jest organizmem wzajemnie oddziałujących na siebie narodów, w przypadku Polski wymiana ta ma na celu przede wszystkim kradzież i wywłaszczenie.

Zachodni robotnicy, którzy walczą o swoją wysoką płacę minimalną są zajęci własnym interesem i sytuacja Polski nie mieści się w ich horyzoncie zainteresowań. Co więcej, dobra koniunktura w krajach zachodniej Europy żywi się tanią robocizną, której dostarczają Polacy. Drenaż mózgów, emigracja robotników, wolna amerykanka dla zagranicznego kapitału to narzędzia, które pozwalają okradać nas w zgodzie z literą prawa. W ten właśnie sposób Unia Europejska wypracowała szeroki wachlarz metod, dzięki którym Polska na stałe traci gospodarczą podmiotowość i samodzielność.

Dopóki Unia Europejska nie stanie się prawdziwą federacją, o charakterze socjalistycznym i robotniczym, dopóty nierówności i przepaście między poszczególnymi państwami będą nastawiać klasę robotniczą poszczególnych państw przeciwko sobie. Za konfliktem między różnymi odłamami klasy robotniczej stoi oczywiście kapitał i jego ideologia, tworząca z tych najbardziej uprzywilejowanych pracowników swoją wierną gwardię. Wydostać się z tych sideł nie jest łatwo, szczególnie jeśli władze kraju sprzyjają kapitalistycznej polityce tworzenia tych nierówności...

Polska znajduje się na szarym końcu unijnego ogonka i to właśnie my musimy coś z tym zrobić, cud z Brukseli nie nadejdzie. Lewica przyzwyczajona wyłącznie do sekundowania zachodnim robotnikom zapomina o ich niezwykle uprzywilejowanym położeniu. Zachodni ruch robotniczy to w większości ruch tradeunionizmu, ruch konserwatywnej walki o swoje – narodowe – przywileje w ramach imperialistycznego kapitalizmu – którego łupem padamy niestety i my.

Można rzec, że doili nas (i doją nadal) aż przywykliśmy. Słabość naszej lewicy i brak klasowych związków zawodowych nie pozwalają na walkę o godność polskiego robotnika w sytuacji, w której to jemu w Europie dzieje się najgorzej. Stąd też klęska i niekompatybilność wszelkich ‘zachodnich recept’, których targetem jest bogata arystokracja pracy, mogąca liczyć na zyski z trzeciego świata i z kolonii takich jak Polska. Symulowana ‘zachodnia demokracja’ przyjmuje w Polsce postać komediową, bowiem brakuje u nas „społeczeństwa obywatelskiego”, charakteryzującego się silną podmiotowością wynikającą wprost z zasobności portfela. Ten portfel w przypadku Polski jest pusty. Będąc zapatrzonymi we francuską klasę robotniczą lewicowi działacze nie myślą o kolonialnej przeszłości i kolonialnej teraźniejszości tego kraju. W chwili obecnej francuski internacjonalizm to wspomnienie, które w naszej kolonii żyje jeszcze z sentymentu dla Napoleona, którym nakarmiono nas poprzez hymn...



II


Cele Polski i naszej klasy robotniczej są po prostu inne od celów najbogatszych krajów europejskich. Sytuacja wyzyskiwanych wymaga walki o jej zmianę. Europa nie pomoże. Europa będzie milczeć i będzie zadowolona jeśli jej niewolnicy także będą milczeć. Walka o polepszenie bytu polskiego pracownika to walka w sercu Europy z całą liberalną maszynerią, którą Unia Europejska wypracowała i którą pacyfikuje każdy opór. Możliwość wyjazdu zarobkowego i inne bajki o unijnej wspólnocie bledną przy porównaniu płacy minimalnej poszczególnych krajów. Unijna Federacja, jeśli w ogóle powstanie, pozostanie również Unią dwóch prędkości i różnych standardów – o ile nie upomnimy się o równe prawa i nie będziemy o nie walczyć.

Walka polityczna to w przypadku pracowników najemnych walka o klasową świadomość i jej zmianę, która rodzi się dopiero w ogniu politycznych sporów i konfliktów. Świadomość klasy robotniczej zależna jest od przyjmowanej przez nią ideologii, którą wytwarza systemowa hegemonia. Każda klasa społeczna stać się może narzędziem doktryny liberalizmu, faszyzmu, konserwatyzmu… W przypadku klasy robotniczej nie jest inaczej. Z nadania nie posiadania ona nic. Każda klęska i ułomność pracowników zostanie wykorzystana przez kapitalizm, który bezlitośnie i metodycznie umacnia swoją władzę nad ogółem społeczeństwa. O wszystkim finalnie decyduje więc poziom świadomości klasowej. Ale rzeczona świadomość klasowa – jak już zostało napisane – może być różna i nie zawsze pozostaje w zgodzie z interesem całej, wielkiej klasy robotniczej.

Konflikt poszczególnych gospodarek, poszczególnych państw, a nawet konflikt poszczególnych klas robotniczych może być w swej treści konfliktem burżuazyjno-robotniczym. W tęsknocie za autentyczną świadomością klasową działacze państw-kolonii zerkają na państwa wchodzące w skład imperium, gdzie podmiotowa klasa robotnicza posiada świadomość swojego uprzywilejowania i świadomość korzyści płynących dla niej z polityki imperializmu. W taki właśnie sposób mylona jest wysoka świadomość swojego klasowego położenia, którą posiadają zachodni robotnicy z lewicową, internacjonalistyczną świadomością socjalistyczną. Świadomość jednych i drugich pracowników jest nieprzekładalna, bo nieprzekładalne są i interesy, różne są usytuowania. Dla jednych celem jest trwanie w ekstraklasie kapitalizmu i zbieranie jego owoców (zrywanych gdzie indziej), dla drugich celem jest wyrwanie się ze szpon kapitalizmu kolonialnego i odrzucenie tego systemu.

Dlatego Szwecję - o której tak wielu marzy - w Polsce trzeba dopiero wywalczyć i zdobyć przy pomocy rewolucyjnych haseł i rewolucyjnego, socjalistycznego programu. Dlatego kryzys, czy jego brak w Europie nie wpłynie na złą sytuację polskich pracowników najemnych. Dlatego też europejski socjal sytych uprzywilejowanych omija i omijał będzie Polskę. Dlatego też skupić należy się przede wszystkim na polityce na własnym podwórku...

Kraj Fikcji


Rządy Platformy Obywatelskiej to rządy fikcji. Mamy fikcyjne wykształcenie (na uniwersytetach, które ukończyć może każdy), mamy fikcyjne zatrudnienie (na umowach śmieciowych, bez składek ubezpieczeniowych), mamy fikcyjną opiekę zdrowotną (w prywatyzowanych szpitalach, gdzie w kolejkach tkwi się miesiącami), mamy fikcyjną kulturę (opartą na kulcie wulgarnych igrzysk i konsumpcyjnej tandecie), a nawet mamy fikcyjne żarcie, którego pełno jest na półkach (a którego skład w 99% stanowią wypełniacze, dopełniacze, aromaty i kolory 'identyczne' z... ale nie naturalne). Pod kątem panowania fikcji nasza nowa potransformacyjna rzeczywistość bije na głowę Polskę Ludową, która naiwnie utrzymywała stałe standardy... jak brakowało kiełbasy, to jej nie było... dzisiaj nawet jeśli zabrakłoby w sklepach mięsa to na półkach pozostanie jego azbestowy odpowiednik.

Nie ma już sklepów, są polujące na najtańszą, najbardziej chemiczną tandetę dyskonty. Nie ma publicznych, utrzymujących wysoki poziom uczelni, są prywatne uczelnie i fabryki bezrobotnych. Nie ma planowego zatrudnienia, jest planowe bezrobocie i przymusowa emigracja. Powoli likwidowane są też publiczne ośrodki kultury, które zastąpić ma importowana serialowa tandeta oraz pozwalające się wzbogacać zagranicznym koncernom igrzyska - takie jak Euro 2012. Polski kapitalizm jest fikcyjny, bo nie jest nawet pełnym kapitalizmem. Kapitalizm to system klas, dwóch klas - proletariatu i burżuazji. W przypadku Polski mamy raczej do czynienia z samym proletariatem, tanią siłą roboczą na eksport, ludźmi na sprzedaż do roboty za granicę, różnica tylko w tym, czy wyjeżdżają zagranicę do tamtejszych slumsów, czy też pozostają skoszarowani na miejscu – najlepiej w blaszanych kontenerach! Nie ma u nas burżuazji, dlatego nie istnieje też burżuazyjny patriotyzm. Siłą zewnętrzną patriotyzm został u nas ograniczony do manifestowania swojskiej rusofobii. Naród, poczucie solidarności państwowej, zastąpiony został wiarą w odwieczną walkę dobra ze złem, przy czym złem są zawsze – pragnący zakłócić naszą idyllę - czerwoni i ruscy.

W kraju fikcji wszyscy cierpią na omamy, wojując przede wszystkim z "demonami przeszłości". Z tymi demonami walczyć mamy wszyscy razem i do spółki. Fundament założycielski III RP leży u podstaw powszechnej ideologii. Nawet będące - pozornie - opozycyjnymi grupy polityczne zastanawiają się przede wszystkim nad tym jak odciąć się od historii i przemalować polski kapitalizm tak, by przedstawić go w dobrym świetle. Najodważniejsi 'rewolucjoniści' myślą w Polsce o... reformie. A symbolem 'rewolucji' jest kuroniówka, którą 'mądry Polak po szkodzie' rozdaje uciśnionym, gorąco im współczując.

Kraj fikcji to kraj bez konfliktu. Dlatego nie ma też w tym kraju prawdziwej walki, czy jakiejkolwiek wizji zmian. Prawdziwy socjalista-rewolucjonista myślał niegdyś wpierw nad tym, co zniszczyć, a potem - ewentualnie - nad tym, co później zbudować. Dziś wszyscy chcą reformy, większej ilości pudru na obitym mocno ryju, czy bardziej życzliwego języka i (to już niezwykły radykalizm!) debaty oksfordzkiej. I tak przerobiono i zalegalizowano bunty. Tak więc mieliśmy w Polsce rewolucję kulturalną, ale rewolucję tę przeprowadzono pod sztandarami IPN-u. Mieliśmy w Polsce demokratyczny przełom, w wyniku którego od lat rządzą w Polsce różnej barwy neoliberałowie. Mieliśmy w Polsce wojnę o wolność... ale w Iraku i Afganistanie... i w rzeczywistości nie o wolność, ale o niewolę i o zyski dla amerykańskich koncernów.

Trudno wpleść w fikcję jakąkolwiek ideologię. Ale fikcja potrafi rozpychać się łokciami, tak skutecznie, że samo jej panowanie staje się panującą ideologią. Ta panująca ideologia to ideologia sukcesu. Mamy więc zielone wyspy, mamy cztery nowe stadiony, mamy kapitalistyczny wzrost gospodarczy, mamy „szacunek sąsiadów”. Sukces fikcji to nic innego, jak sukces skutecznego zarządzania niewolniczym zagłębiem. Pełni nienawiści do socjalistycznej biurokracji możemy bez najmniejszego zmartwienia miłować biurokrację współczesną – wielokrotnie większą i 'demokratycznie obraną' - a więc naszą, własną, polską i nieruską! Bo w końcu skoro wszyscy kradną, to niech rządzą nami chociaż polscy złodzieje. Oto właśnie nowoczesny patriotyzm!

Fikcja to coś, co wydaje się nierzeczywistym, coś co sprawia wrażenie nieistniejącego i niewyczuwalnego. Ale my, w Polsce czujemy fikcję, jest ona namacalna, żyje razem z nami i nigdy nas nie opuszcza. Czujemy fikcję i wiemy, że tworzona przez nią rzeczywistość jest kłamstwem. Dlatego wszyscy od niej uciekamy. Uciekamy w jeszcze bardziej fikcyjne zagadnienia, fikcyjne konflikty i fikcyjne marzenia. Jedni marzą więc o narodowych zrywach i wojnie z Putinem, inni o wyzwoleniu zwierząt, jeszcze inni o emancypujących całą płeć zmianach w słowniku języka polskiego i o rewolucji przeprowadzanej przy pomocy facebooka... Są nawet tacy co śnią o sukcesie polskiej gospodarki i sprywatyzowaniu samej prywatyzacji.

Festiwal obłudy nie bierze jeńców, ale pośród marzycieli znaleźć można także zarządców fikcji.

To właśnie zarządcy fikcji są tymi, którzy nie śnią na jawie. Zarządcy uprawiają politykę i egzekwują wolę panujących w Polsce sił potransformacyjnego kapitalizmu. Politykę robi u nas Michnik, politykę robią Grzechu, Rychu i Zbychu. Wszystko co zapragnie zaistnieć w końcu będzie musiało przykleić się do zarządzających, czyli tych, którzy jako jedyni operują tym, co prawdziwe – pieniędzmi. Walka polityczna (ale także i życie) to walka o przetrwanie, to walka o stołki i o płace. Dlatego jeśli chcemy by nasza partia, czy inne, tworzone przez nas żyjątko, przetrwało upewnijmy się, że jego reguły mieszczą się w zakresie celebryckiego show/marzeń Michnika. Snując wizje o nowym, wspaniałym świecie miejmy na względzie świat prawdziwy, jego władców, panów i dyktatorów. W przestrzeni poprawności mamy prawo być tylko egzekutorami woli najwyższego (neoliberalizmu), lub błaznami, których klęski i gafy służyć będą cementowaniu obecnego panowania.

System fikcji to także system prawd oczywistych. Te prawdy oczywiste to inaczej – używając starego nazewnictwa – świętości. Mamy w Polsce kilka podstawowych świętości. Są nimi słowa-klucze, których znaczenie jest formą magiczną, niemożliwą do penetracji i jakiejkolwiek krytyki. Demokracja. Totalitaryzm. Wolny rynek. Polityczność. Apolityczność. Terroryzm. Ofiary… Każde z tych pojęć tworzy mapę pojęciową świata, w którym żyjemy, każde stanowi kolejny klocek, z których ukladanki wyłania się obraz obozu koncentracyjnego. W odmóżdżonym, „wychowanym na lekcjach religii i kreskówkach” społeczeństwie zamiast wiedzy aplikowane są właśnie prawdy oczywiste. Prawdy magiczne są serwowane społeczeństwu na każdym kroku. Każdy medialny komentarz opiera się o słownik prawd magicznych. Tylko zarządcy i miłościwie panujący – ci z nich, którzy pozostają w miarę wykształconymi – mają możliwość głębszej interpretacji świata. Ludźmi pozostają więc forsiaści, którym wykształcenie pozwala zgłębić naturę rzeczywistości społecznej. Pozostali, ci którym brakowało szczęścia i chowali się samopas w świecie strusia pędziwiatra i pędzących po lodzie gwiazd stają się wyznawcami fikcji. Motto wykastrowanych brzmi: ‘chciałbym chcieć, ale nie potrafię ‘. Ten system jest coraz sprawniejszy. Polska ulega dalszej transformacji, w stronę pełnej automatyzacji zarządzania. Rzeczywistość społeczna to ekonomia, a ta nie znosi niepotrzebnych wydatków. Dlatego za kilka lat zabraknie już ‘świadomych’ zarządców, a przy życiu pozostaną tylko ślepo zapatrzone w ekrany baranki i system żył będzie siłą organicznej perswazji i przy pomocy wdrukowanego w społeczną świadomość nazewnictwa.

Fikcja, propaganda, fałszywa świadomość, kapitalistyczna ideologia, ułuda, utopia kapitalizmu. Nazw jest wiele. Wyznawcami są prawie wszyscy. Szukając miejsca na wyłom, szukając dziury w fikcji szukajmy nieestablishmentu, szukajmy desperatów, elementu, marginesu. Krążąc od jednego reprezentanta świata fikcji do drugiego stoimy w miejscu. Nowy beton stołuje się w modnych kawiarniach, czytuje krytycznie modną literaturę, jeździ drogimi samochodami, pozostaje na topie. Do głosu dochodzi skala i wraz z nim lęk – nas, maluczkich. Wszyscy, którym udaje się zamanifestować swoją niezależność, inteligencję i pomysł natychmiast nęceni są obietnicami i dopuszcza się ich boczną ścieżką do korytka. Władza posługuje się pieniędzmi jak narkotykiem. Warstwom potencjalnie niebezpiecznym pozwala się przetrwać oferując im minimalne płace, naukowcom pozwala wisieć na sznurku, który chociaż lichy i marny nie pozwala odrzucić i zerwać łączącej z systemem pasożytniczej więzi.

Wszyscy mają prawo żądać, ale nikt nie ma prawa żądań realizować. To jest właśnie lep i pułapka na wywrotowców, którym wydaje się, że sama manifestacja i cicho wypowiedziane słowo ‘nie’ wystarczy by ruszyć z posad bryłę świata. Naiwni będą wierzyć, że przepis na rewoltę usłyszą w telewizji. Naiwni marzą o powszechnie akceptowalnej rewolucji i o aprobowanym przewrocie. Łudzą się, wierząc, że system nie zabezpieczył się i nie zideologizował faktycznych dróg oporu. Te – prawdziwe – drogi oporu są dziś ścieżkami przestępczymi, ścieżkami prawd magicznych… ścieżkami Ofiar, Dyktatorów, Totalitaryzmu… Tak już jest, że system społeczny zawsze rozpoznaje swojego wroga, piętnuje go i naznacza, przebiera w szaty diabła stawiając za wzór zła i irracjonalnego szaleństwa. Pragnąc zmian i jednocześnie wierząc w tego Złego nie da się czegokolwiek osiągnąć.

To, co operuje fikcją zwie się ideologią. A ideologię zwalczyć może tylko kontrideologia. Antyfikcja musi posiadać własne prawdy, własne pojęcia, własne korzenie, musi pozostawać w sprzeczności z fikcją panująca. Miejscem bitwy ideologii jest polityka – w swym szerokim wymiarze. Pragnąc skonstruować i przedstawić alternatywę musimy sięgnąć po język konfliktu, język walki klas i słownik różnic. To ten słownik jest dziś atakowany najmocniej. Z „lewa” i z prawa. Konfliktowi przeciwstawiana jest jedność i solidarność - fundujące obecną rzeczywistość pojęcia. To właśnie w oporze przeciwko tej narracji, narracji tworzonej przez liberalizm większość krytycznych teoretyków okazała się bezsilna. Na kapitalistycznym rynku możemy kupić rewolucję, możemy nabyć i zaprezentować każdą naszą egzystencjalną, seksualną bolączkę. Liberalne swobody i wolność są w kapitalizmie przedmiotem nieustannej debaty… poza sferą gospodarki, która staje się wyalienowana i odłączna, przeistacza się w teren ekspertów i specjalistów, magów - wtajemniczonych.

Czy czegoś się doczekamy, czy doczekamy się zmian? Neobeton twierdzi, że czekać znaczy pragnąć niemożliwego, że walczyć oznacza przeczyć wielkim osiągnięciom, oznacza przeczyć malowanej zieloności naszej wyspy. Ostatnią nadzieją stają się więc nieśmiałe protesty. Apelujemy więc do naszych bożków, władców epok minionych – rozsądku, sprawiedliwości, równości, życzliwości. Apelujemy, oburzamy się, z nadzieją na prawdomówność łowców terrorystów, zabójców i cynicznych wyzyskiwaczy. Śnimy po nocach o konsensusie, którego ślady rzekomo odnajdujemy w niezmiennej i odpornej na wszelkie debaty linii Tusków/Michników/Balcerowiczów… W heroicznych porywach marzyć można o buncie… buncie, który przeprowadzony ma zostać przy pomocy metod ratyfikowanych przez Gazetę Wyborczą, buncie śpiworowym, buncie apolitycznym i niezorganizowanym, buncie na jeden >szokujący< artykuł.