Szukaj na tym blogu

sobota, 5 czerwca 2010

Niektórym się powodzi, innym nie

Zastanawiające są [dla niektórych] deklaracje rządu w sprawie pomocy dla powodzian okazuje się bowiem, że to nie najbogatsi a najbiedniejsi - oficjalnie - mają najmniejsze szanse uzyskania pomocy. Słowami premiera pomoc "może dostaną nawet nieubezpieczeni", co dziwi mnie jako obserwatora nikt jeszcze nie podniósł głosu w tej sprawie - nie widząc widocznie problemu w pogrążaniu w biedę tych, których najpewniej na ubezpieczenia stać nie było. Nie wydaje się też potrzebna pomoc tym, którzy dostaną zwrot od firm ubezpieczeniowych co jasno nie pozostawia złudzeń że deklaracje odnośnie rekompensat mają charakter przede wszystkim obietnic bez pokrycia na fali potyczek medialnych jakie mają miejsce przed kampanią.

Odnosząc się do kampanii ze smutkiem stwierdzić należy iż polega ona obecnie wyłącznie na wyścigu zdolności jak najczęstszego wypływania na powierzchnię w przestrzeni medialnej. Debat nie ma bo nie ma potrzeby dyskusji nad programami, których możliwe nawet, że poszczególni kandydaci nie opanowali w stopniu wystarczającym do rozmów. Programy są schowane, bezużytecznie walają się po szafach a wszyscy pozują jedynie do zdjęć "stawiając na ludzi młodych" i "chcąc jak najlepiej dla Polski". Aż strach pomyśleć jaki lincz mógłby spotkać obserwatora, który odważyłby się zapytać szanownych chociażby o definicję tak często wymienianej monolitowej Polski.

Tak jak reklamy parówek w kinach przed filmami polityka przeistacza się w powierzchowną namiastkę swojej definicji opartą na prostej symbolice obligując widownię tylko do funkcjonowania na zasadzie nieszczególnie wiążących deklaracji. Coś jest "upolitycznione" a więc złe albo "niepolityczne" a więc dobre. Te granice będą polem walki dla czegoś co wytworzy sobie większość na bazie której redefiniowana będzie płaszczyzna tego co dozwolone i tego co dozwolone nie będzie, najlepiej obwiniając za wszystko mordercze kolejki w PRLu i działającego zza grobu Stalina ręka w rękę z Putinem.

środa, 12 maja 2010

Czas na zmiany, Czas na Jedi

Przykryty wielką ciszą wszedł na ekrany kin film "Człowiek, który gapił się na kozy". Recenzenci w Wyborczej jak zwykle stanęli na wysokości zadania i film ocenili wystarczająco nisko by wzbudzić moje podejrzenia, zwłaszcza zwróciwszy uwagę na obsadę filmu - pełną aktorów z czołówki z Clooneyem i McGregorem na czele. Film jest komedią jednak ocenianie go przez pryzmat widza oczekującego na kilka gagów i zabawny humor sytuacyjny w stylu 'potknął się' bądź 'uderzył' jak to uczyniło wielu recenzentów jest zabiegiem tyleż chybionym co wykonanym celowo.

Film jawi się jako sprzeciw przeciwko działaniom USA w Iraku. Ale nie tylko, obrazuje absurdy armii a przede wszystkim sięga po uczucia takie jak współczucie czy dobroć (po prostu dobroć) w stosunku do Irakijczyków czy innego człowieka w ogóle. Armia, tortury i wojna została skonfrontowana z uczuciami jak miłość, wolność i radość - zaczerpniętymi wprost z tradycji hippisowskiej którą reprezentuje tu Nowa Armia Ziemi - fikcyjna specjalna jednostka utworzona w Armii. W jednostce wszystko dzieje się dobrze do czasu jak zaczyna wykorzystywać się ją do uśmiercania a nie do zapobiegania, torturowanie kóz czy w finalnych scenach więźniów w Iraku (raczej wyśmianą niż prawdziwie przedstawioną metodą puszczania kreskówek w celach metr na metr) obrazuje ciemną stronę mocy wprost z baśniowej konwencji Dobra i Zła.

Kolejny film po "Avatarze", obecny w mainstreamie i jasno opowiadający się za redefiniowaniem punktu widzenia w kwestii polityki imperialnej Stanów Zjednoczonych na świecie. W tych chwilach szczególnie jasno trzeba wskazywać na to zjawisko jako przykład nie tylko zmian ale obecności innej perspektywy w środkach masowego przekazu w których do niedawna filmy o takim przekazie były wręcz nie do pomyślenia - wszystko tłuczone było filmami o wydźwięku remake'ów "Dnia Niepodległości". "Człowiek, który gapił się na kozy" może szczególnie uderzająco wytyka błędy zachodniego świata obchodząc się z nim za pomocą humoru.

"Teraz zabije nas Al-Kaida" krzyczy jeden z bohaterów, dopóki drugi nie uzmysłowi mu, że nie każdy bandzior w Iraku pochodzi od Osamy Ben Ladena. Uratowany Irakijczyk jawi się jako normalny człowiek, z którym Amerykanie siedzą wspólnie przy stole usprawiedliwiając się, że nie wszyscy Amerykanie są tacy jak ich wojsko czy ostrzeliwujące się grupy ochroniarskie - podczas starć których cierpią jedynie tubylcy. W końcu ostatnia scena, LSD jako odtrutka, radość jako panaceum na zło tego świata. Zwykły człowiek zachowując się porządnie staje się bohaterem, staje się Jedi.

piątek, 7 maja 2010

"Nie należy mieć żadnych wiążących poglądów"

Świat zbudowany jest z opinii. Zaopiniować można wszystko. Nie próbuj wmówić innym a nawet sobie, że opinia to coś więcej niż twoje prywatne zdanie. Masz tyle argumentów co inni, nic nie jest prawdą, nic nie jest kłamstwem. A więc "Nie należy mieć żadnych wiążących poglądów".

Ta narastająca pustka i próżnia przestrzeni dyskusji wypiera wszelką decyzyjność, przemienia prawdą/kłamstwo czy skuteczność/bądź jej brak w niemą fasadę. Bezideowość i brak zadeklarowania tworzy przestrzeń idealną dla oportunizmu przekształcając proces dziejowy w "Radość z przypadku" objawiającą się ludowi najskuteczniej właśnie w chwili gdy ten jest jak najbardziej bezpodmiotowy. Ten paraliż polityczny narasta od wielu lat. Jeśli bezustannie w środkach przekazu medialnego powtarza się "polityczność" jako coś z założenia odrażającego i jako oskarżenie, jeżeli infantylnie politycy wypierają się polityczności a politycznym był tylko Stalin i najlepiej Katyń to tworzy się kuriozum sytuacyjne w przestrzeni publicznej.

Nie jest ten paraliż bezideowości i bezprawia [bezprawia jako braku prawd] czymś przypadkowym lub wynikiem naturalnej ewolucji społeczeństwa masowego. Jest to efekt usilnie od lat wspieranych działań mających na celu wyparcie wszelkiej dyskusji na temat frontów politycznych a przede wszystkim różnic w programach gospodarczych. Ten brak alternatyw i rozbicie dotyczy wszystkich a służy rabunkowej liberalizacji i i rzeczywiście bezideowego wyścigu po kapitał. Jeśli przestają funkcjonować jakiekolwiek prawidła moralności opartej na wiedzy i przekonaniach to pozostaje nam karierowiczostwo utkane z bezpiecznego braku wiążących poglądów właśnie.

Poza implikacją społeczną zauważalną na wszelkich szczeblach gdzie 'wyrazicielstwo' ginie bardzo podobnie przedstawia się - zwłaszcza w odniesieniu do stanowisk gospodarczych - sprawa w sferze partii politycznych. Partie, które stronią od bycia nazywanymi partiami [bo to niechciana polityczność] stawiają przede wszystkim na zaistnienie, PR i bezpieczne pustosłowie. "Silna Polska", "Liczenie się w świecie", "Więcej Ludzi Młodych", "Dumni z kraju" - Te cytaty będące istotnie farsą i bezznaczeniową papką pochodzą z każdego klubu parlamentarnego. Merytoryczne wątki zupełnie zaginęły tak jak jakakolwiek podmiotowość w przekonaniach. Im prościej, głupiej się wyrazisz tym do większej liczy osób to dotrze >>> szanse na twój zarobek w przyszłości jako polityka wzrosną.

Jeśli już partia dojdzie do władzy skutecznie ostatki z programu rozpuści w niej lobby liberalizmu gospodarczego i uprzywilejowanych bytów jak korporacje - państw w państwach - prowadząc do zupełnego zaniku szans na jakiekolwiek zmiany. Rzeczywistość podyktowana koniecznością zysku musi bowiem sprzedać się jak najszerszemu odbiorcy co Masspolityka wspaniale odzwierciedla.